Blog > Komentarze do wpisu
z wizytą u mennonitów

Ponieważ do Gruczna wielki sentyment z Moim Szczęściem mamy, to i gdy na XX lecie niejaki Jarek Pająkiem zwany, nas zaprosił, odmówić nie mogliśmy. Zapakowaliśmy gościniec, bo z pustymi łapami pchać się nie lza i ruszyliśmy w drogę.

Przyjęcie było zacne co nie miara. Przy Młynie gości w bród, wojewody, marszałki, posły i inne, wszystkie na jedzenie łakome. A było w czem wybierać. Najsamprzód rosół z kapłona uwarzony przez Tomka Kwiatkowskiego, mistrza nad mistrze, potem gulasz Piotrka Lenarta smakowity niezwykle, na przekąskę zaś nasze deski z serami ubarwione przez Moje Szczęście kwiatkami, wszystkie jadalne, róży smażonką zwanej, bazylii czerwonej i ogórecznika. A wszystko popite piwkiem Ambera, Żywym. Wieczorem zaś wylądowawszy u gościnnych Państwa  Chomiczów w Topolnie, zażywaliśmy zasłużonego wypoczynku w zacnym gronie. Był bowiem Wojtek Marchlewski, etnograf wiedzy wielkiej, erudyta co na stacji kolejowej mieszka, Jurek Szałygin, konserwator od zabytków, co do Gruzji co rusz jeździ, bo kraj piękny i Sławek Paszkiet, wielbiciel pączków, niderlandysta i miłośnik opery. Przy nalewce, do której i gospodarze przysiedli tematów nie brakło aż żal do łóżka wędrować. Następnego zaś dnia trzeba było jechać do Chrystkowa gdzie Pająk chatę odrestaurował, co w niej kiedyś mennonici mieszkali. Nasi wieczorni towarzysze zajęli się upowszechnianiem wiedzy o tych dawnych olendrach co Wisłę ujarzmiali.  Jeżeli jesteście zainteresowani pozyskaniem wiedzy na ten temat zajrzyjcie na stronkę: holland.org.pl Ja zaś prowadziłem warsztaty serowarskie wszystkich chętnych moją wiedzą racząc.

Ławy były pełne, pogoda piękna, sery wyszły nad wyraz zacne. Następnego dnia była powtórka z rozrywki jeno, że z innymi gośćmi. Do grona trzech muszkieterów kolejnego dnia dołączył Lukasz Maurycy Stanaszek, archeolog, co to ponoć szkielety u siebie pod biurkiem trzyma aż ich nie zbada.

Pająk nawiózł też prawdziwych Holendrów, ale także mennonitów, którzy teraz w Kanadzie i Meksyku mieszkają, co o współczesności opowiadali, pani zaś smażyła naleśniki na kwiatach dzikiego bzu.

Tu zaś dowiedzieliśmy się, że to właśnie Olendrzy tę potrawę do polskiej kuchni przywieźli. Były pyszne, na słodko i słono, znikały takoż szybko jak i nasze sery. Było pięknie, że żal było wracać, ale przecież sierpień niedługo, wtedy na Festiwal Smaku do Gruczna zjedziem.

poniedziałek, 17 czerwca 2013, mag-43

Polecane wpisy

Komentarze
2013/06/17 11:31:19
Było pięknie i na luzie :)
-
2013/07/16 10:56:02
No proszę, nie wiedziałam, że naleśniki są z Holandii, prędzej Francją mi pachniały. A z czarnego bzu robiła Babcia Bronia :-)
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl