Kategorie: Wszystkie | dieta | emka gotuje | gościnnie | kuchnia i dom na wsi
RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010
indyk co by maślanych oczu dostał, ale łeb ucięli

No skorom już wcześniej maślanego indyka obiecał, pora słowa dotrzymać. Najsamprzódy trza pochodzenie jego określić. Otóż Szczęście Moje pewnej osobie przysługę wyświadczyła, ta zaś nie widząc jak się ma odwdzięczyć indyczce łeb ucięła i mnie przez te śniegi i zaspy wezwała do odbioru tego dowodu, by zobowiązań skwitowanych nie było, inaczej obraza na śmierć i życie. Cóż było robić, na tylne koła łańcuchym okuł i hajda w lasy bory ptaka oskubanego przywieźć. Po drodze czasu było nie za wiela, ale wystarczyło by obmyśleć jak go sprawić. W pierwe w garncu olbrzymim żem go sparzył, lekko obgotował, jeno z liściem i zielem. Potem w zimno, na altanę poszedł odpoczywać.

Ja w tem czasie olbrzymiego selera w drobne pasemka zsiekałem. Ptak godny dostał jeno soli morskiej z wewnątrz i zewnątrz, a takoż tego selera na przemian z kawałami masła świeżego własnej roboty, kto chce może we wcześniejszych wpisach znaleźć. Zewnątrz i wole całe takoż masłem wysmarowane i na siłę wypchane. Brytfanna z ruszcikiem na dnie takoż masła dostała, które winem z własnej piwniczki, gronowem, jasnem, półsłodkiem godnie polane zostało. Nic więcej! Naczynia ucha sznurkiem związane by jak największą szczelność zachować i do piekarnika na ponad dwieście stopni poszło. Tak się przez trzy godziny warzyło, dwa razy przewracane i znowu wiązane. Potem rozcięte i po pół godziny z każdej strony by skórka chrupkości dostała. Zapach krążył wkoło tak okrutny, że ślinotokiem jęzor wiązał. Do tego wyszły ziemnaczki z koperkiem i tymże sosem maślanem spod spodu polane i surówką z pora, a do tego papryczka nadziewana serem feta i oliwki.

Przy stole milczenie zapadło długie, mlaskaniem jeno i wzdychaniem głębokiem przerywane. Kosteczka każda cyckana była. Poezja jedna, wiersz w wiersz cyzelowana.

niedziela, 07 lutego 2010
polędwiczki wieprzowe na różne sposoby

Ponieważ są tacy co to "robali" nie lubią, które ja jeść mogę codzień, no to skorom wszystkożerny, niech będzie wieprzowa polędwiczka. Mięso to pyszne i odpowiednio zrobione może być rarytasem niezwykłym. Najsamprzód oliwą je natrzyj, w plastry nie za grube, na mały palec skrojone, zioła, mogą być prowansalskie, wklep starannie i do lodowni odłóż niech tam godzin kilka odpoczywa. Po wyjęciu lekko pobij, nie za mocno, bo ci przecie nic złego nie zrobiło i na patelnie, na olej, ja biorę z pestek winogron, złóż. Gdy z jednej strony dobrze zrumienione, na drugą przewróć i plaster mozzareli, ja włąsnej roboty mam, połóż, niech mięso obtopi. Wydawać z ryżem na sypko dobawionym kurkumą, albo jak szlachetniej chcemy szafranem, do tego oliwki idą, marchewka z selerem w kosteczkę skrojona i por cieniutko zszlachtowany śmietaną zaciągnięty, dla ozdoby pieczarka być może. Dla tych co sera i ryżu nie lubią, jak to robali i by brzydko mnie nie zwali, mięso saute dać można, do tego ziemniaczki w plasterki skrojone na patelni zesmażone, surówka z kwaśnej kapusty, oliwą extra vergine, czyli dziewiczą skropiona z dodatkiem octu z Modeny, co wykwintności doda. Dla tych co lubią, obok ziemniaczków czosnek w łupinach na patelnię dać można, by tam doszedł i potem talerz wzbogacił.

No i tak sobie w te dni zimowe dogadzamy, do kuchni uciekając by przypadkiem telewizora nie włączyć i na komisję od bandytów bez ręki się nie natknąć. Klempę wolę ja ci w lesie spotkać, zacna to łosia żona, niźli taką za stołem siedzącą i wpatrzoną w kurdupla z zachwytem! Ja tam uważam, jak i moje przodki, że to nie najlepsze połączenie gdy serce za blisko dupy.

środa, 03 lutego 2010
Była kapucha, czas na owoce morza

Zakupiliśmy z Ziemianinem Black Tigery. Uwielbiam chwytać te morskie stworzonka za ogonek, chrupać ich białe mięsko i zlizywać z warg ostry sos przyrządzony na bazie białego wina. Tak więc po kolejnej wizycie na basenie i lekcji nurkowania, tym razem w masce i z fajką (nawiasem mówiąc to jest fantastyczne, jestem zaskoczona,  że tak mnie to wciągnęło), zanurzyłam się w otchłani  kuchni.

Na gorący olej ryżowy  wrzuciłam pokrojony w płatki świeży czosnek, dodałam przyprawy – cayenne, kurkuma, curry. Wszystko razem podprażyłam i na to wrzuciłam pomidorki czereśniowe skrojone w kostkę. Odrobina chili z imbirem, szczypta cukru (malusieńka, tylko po to, żeby kwasowość zimowych pomidorów zabić), sól do smaku (morska zielona z Bretanii – mój nowy nabytek)  i białe wino. Wszystko razem doprowadziłam do wrzenia i na końcu dodałam kilka kropel oleju sezamowego dla uszlachetnienia smaku. Na osobnej patelni, na również na  oleju ryżowym  z dodatkiem kawałka  masła podsmażyłam krewetki i następnie wrzuciłam je  do sosu, w którym dusiłam do momentu, aż nie zgęstniał. Na końcu dodałam świeży koperek, tzn zamrożony z lata (najlepsza forma przechowywania koperku na świeżo), wymieszałam, a nadając potrawie ostatni szlif posypałam koperkiem całość po wierzchu.  Zasiedliśmy z Ziemianinem do stołu, na którym królowała patelnia z krewetkami w sosie i białe wino.

Ja wiem, że do wymazania sosu powinna być biała bułeczka, ale obydwoje wolimy ciemne pieczywo i zapewniam, że z taki  sosik doskonale smakuje. A  pestki słonecznika rozgryzane razem z krewetką, to po prostu bajka.

wtorek, 02 lutego 2010
orwellowska rzeczywistość

Dzisiaj chciałbym wszystkich czytelników mojego bloga przeprosić. Ten wpis będzie nietypowy. Mnie spokojnego człowieka, nadzwyczaj spokojnego, to państwo, które ma czelność nazywać się moim wyprowadziło mnie z równowagi. Okazało się, że Orwell pisząc swój 1984 potrafił przewidzieć dzisiejszą rzewczywistość. Oni, czyli rządzący, a w ich imieniu urzędnicza zgraja, żyjąca z naszych pieniędzy chce o nas wiedzieć wszystko. To wszystko sprowadza się tak naprawdę tylko do jednego - jak nas oskubać, zabrać wszystko co możliwe, zostawiając nędzne ochłapy, byśmy sił nie stracili i nie przestali pracować na ich utrzymanie. Oni nie ponoszą odpowidzialności za NIC! Za wyrwaną krwawicę nie dają NIC. Wystarczy spojrzeć na służbę, jaka ona służba, zdrowia, system emerytalny, czy system mający zapewnić nam bezpieczeństwo. Nic, nic i jeszcze raz nic, przy wielkiej arogancji i prawdziwej mafijnej bandzie urzędników rozrastającej się jak hydra. Babcia chce wnuczkowi kupić rower. Może to zrobić, ale powinna wypełnić odpowiedni druk w urzędzie skarbowym i to zgłosić. jako, że osoba to jej najbliższa nie zapłaci od tego myty, ale ONI chcą o tym wiedzieć. Kelner, który dostaje od nas uznaniowy napiwek powinien to uwzględnić w rocznym zeznaniu podatkowym. NSA uznało piekarza, który dawał niesprzedany chleb biednym winnym i już nieodwołalnie ma zapłacić temu drapieżcy zwanemu państwem 200 000 złotych haraczu. Uch, trzęsie mnie. Mam dla nich podpowiedź. Niech opodatkują bąka, którego puszczam, założą mierniki, które każą mi wystąpić o koncesję na produkcję energii, zmierzą poziom metanu, obliczą ilość wytworzonej energii cieplnej, lub gazowej i to obłożą podatkiem i akcyzą, gdy zaś tego w energię odtwarzalną nie przetworzę niech nałożą na mnie karny podatek za zanieczyszczanie środowiska. Uch to mi ulżyło! A żeby myty nie płacić podgrzałem do temperatury 20 stopni zebraną śmietanę i wlałem takową do specjalnej maszyny, zakupionej drogą internetową made in Russia (robot nie z tej ziemi) i uruchomiłem na 15 minut. Łopatki przewalały towar, aż grudki połaczyły się w pięknie wyglądający towar.

Maślanka miała smak jaki pamiętałem z dzieciństwa, resztę zaś trzykrotnie przepłukałem pod bieżącą wodą i odcisnąłęm solidnie. Smak i wygląd nieporównywalny z niczym co w sklepie dostępne, łącznie z kolorem. No i tak to dzięki tym kilku działaniom uszczuplę tę złodziejską bandę o kilka złotych podatku, które by zdarli od wszystkich po drodze ode mnie czyli rolnika do ostatecznego konsumenta. nawet mi się liczyć nie chce ile procent wyrobu końcowego to zdzierstwo wynosi.

niedziela, 31 stycznia 2010
gołębie prosto w gębę

Przyjechało Moje Szczęście na wieś i od razu z propozycjami - gołąbki za nią chodzą i to szeregiem, jeden za drugim. Wszystko już ma, jeno kapusty zbrakło. Na to ja, że sprawy nijakiej nie ma, w spiżarni dorodna głowa z myślą o tych "ptakach" spoczywa. No tom sobie nagrabił. Liście dziel, obsprawiaj, bo nadzienia będzie dużo. Ona za farsz się wziena. W składzie ryż rzecz jasna, jeden dla psów poszedł, bo się rozgotował, urugwajski, drugi laotański w smak trafił, dalej boczek wędzony bez skóry,która na bok odłożona i śliczna karkówka w kostkę drobną skrojona.

To wraz z cebulą na patelnie poszło, by lekko zbrązowiało, doprawione jako zwykle czosnkiem niedźwiedzim, solą i pieprzem czarnym. Ryż zgodnie z moją wskazówką jeden do czterech godnie zmiękł. Liście obsprawiłem do kłębu, parząc je mocno. Szczęście grubości skroiło i bardzo zręcznie żadnego narzędzia ni sznurka nie używając zawinęła, by do brytfanny z drabinką na spodzie i z tąże skórką od boczku ciasno złożyła, liśćmi, które zostały szczeliny utkała i najsamprzód na piec złożyła. Gdy całość zawrzała, ciepło skręcone i trzy godziny wieczorem i jedną rano, na małem dochodziło. Wonczas gołębie delikatniuchno do innego garnca zostały złożone. Zaś skórka (miętka się zrobiła jak masełko), sok co wyciekł i liście do zmielenia poszły z dodatkiem pomidorów dwóch bez skórki i łyżeczek dwóch kminku całego i soli morskiej do smaku.

Tak sos do potrawy powstał pyszny wielce. Gołębie tak poczynione szybko znikać zaczęły w nienasyconych gębach lądując.

sobota, 30 stycznia 2010
pasztecikowe kopertki i cebulowa zupa

To i dom mój spotkał zaszczyt niemały. Zjechało się w ziemiańskie progi towarzystwo nie byle jakie, bo gourmandów pełne, gardeł dla kulinarii zasłużonych, a i w sieci znanych - Brzuchomoowca, Włóczęga i Wojtek Lewandowski. To i też przyjąć takich gości byle czem nie można było. Najsamprzód z piwniczki pokrojone w kosteczki sery wyszły, by pierwszy apetyt zaspokoić. Różne, różniste, dwu, trzy miesięczne, a i pół roczne między niemi. Kozie, krowie i mieszane. W czarkach wydana została zupa cebulowa mojego przepisu - najpierw tęgi rosół na nóżce i skrzydełku indyka z warzywami, przesączony przez sito na bok odstawiony, cebula w średnio grubą kostkę skrojona podsmażona na oliwie w towarzystwie czosnku świeżego, na koniec dobawiona suszoną krewniaczką. To lekko posolone i pieprzem doprawione w wywar poszło by razem przejść. Na dno czarek lekko skrojona mozzarella, na wierzch grzanka z chlebka wieloziarnistego. Nie powiem wdzięcznie danie przyjęte zostało. Do niego zaś poszły paszteciki, gdzie nadzienie z tego co po rosole zostało zmielone na lekko pikantnie chili doprawione, obwoluta z ciasta francuskiego w kopertki zamknięta, z wierzchu jajkiem posmarowana dobrze rozbitem.

Blachy porządnie masłem wysmarowane, by ciasto nie przylgnęło i całość na 200 stopni na półgodziny do rozgrzanego piekarnika. Pyszota niezwykła, kilka co ich łakomce zostawili do dziś na sztuki rozdzielam.

Do tego poszło wino młode z piwniczki wyniesione, mimo, że owocowe na żytnim zastawie uznaniem ze strony takiego znawcy bachusowych napoi jak Włóczęga się spotkało. Ufff, pochwalili, zżarli, ciekawą bajdą poczęstowali. Niedość tego bo Brzuchoomowca ze swego pojazdu dwie skrzynie wyciągnął a one serów zagrodowych pełne. Tak więc było nad czem do nocy późnej gawędzić. Śnieg sypał, cisza jako aksamit się słała, dom zacnych gości pełen. Czego można chcieć więcej.

czwartek, 28 stycznia 2010
fasola co z Bretanią nie ma nic wspólnego

To i mnie na wsi zasypało. Chciałem ci ja do miasta, a traktor w sukurs wzywać musiałem. Tam gdzie pola gołe nawiewało zaspy na pól metra. przejechać nijak nie da rady. Za to zwierzyna ma się lepiej, konie chętnie na godzinę wychodzą by pobiegać, śnieg im niestraszny.

Ja zaś fasolę do garnka wrzuciłem, kilo Jasia Głupiego, dużego, dorodnego, na to kilo kolorowej, brązowej w plamy białe. Tak sobie stała noc całą, lekko posolona, rano zaś na powolnym ogniu przez godzin kilka dochodziła. Jako towarzysza dostała kilo skrojonego w kostkę, lekko przesmażonego, wędzonego boczku, cztery cebule drobno usiekane i zeszklone i prawie kilo karkówki przerośniętej, też zdrobionej i zrumienionej. Razem smakami na się przechodziły, wzbogacone majerankiem, czosnkiem niedżwiedzim i odrobiną curry. Na ozdobę dostały takoż lekko przesmażonych pomidorów bez skórki z sokiem. Ot i wszystko, tajemnica jedna by dobrać taką ilość wody od początku do moczenia by jej dolewać nie trzeba było.

Za ustroju, jedynie słusznie minionego zwano ją fasolą bretońską, mimo, że ponure Francuzy w atlantyckiego wybrzeża nic na ten temat nie wiedzieli. ja jednak zimową porą bardzo ją sobie chwalę, syta, grzeje i najlepsza gdy w garncu dno pokazuje, wielokroć podgrzewana na dobroci zyskuje.

wtorek, 26 stycznia 2010
Szpinak z dobrociami różnymi

Wspomniał był Ziemianin, że szpinakowi z pomidorami należy się opowieść osobna. Opowieść tę czynię niniejszym. Szpinak wzięłam,  niestety nie z własnej hodowli (próby podejmowałam jednak ptactwo domowe bardzo sobie mój warzywnik upodobało, zaprzestałam więc rozmachu i pozostałam przy klasyce warzywniakowej, której i tak nie udaje się dotrwać do pełni rozwoju), mrożony, ale za to liściasty. Skroiłam pomidory, paprykę żółta, dla koloru i oliwki. Do gorącego szpinaku na patelni dodałam wymienione wyżej ingrediencje i smażyłam na oliwie, nie za długo, tyle tylko, żeby woda z pomidorów wyparowała (niestety zimowe pomidory za dużo jej mają). Całość doprawiłam zmiażdżonym czosnkiem, brązową solą morską (nowy nabytek), a i to niedużo bo oliwki słone były i jak zwykle czosnkiem niedźwiedzim.

Po usmażeniu wymieszałam ze usiekanym  koperkiem i po przełożeniu do salaterki, posypałam świeżą bazylią.  Lubię szpinak i lubię z nim eksperymentować. Ten eksperyment był całkiem udany.

niedziela, 24 stycznia 2010
słodko ostre smaki we francuskim cieście

Zima to jednak dobra pora roku jest. Chodzę ci ja i myślę. Co i raz coś nowego do głowy mi wpada. Ponieważ gość serdeczny się zapowiedział postanowiłem go uczcić pysznością jakowąś co to by i domowników i jego zaskoczyła. Tem bardziej, że osoba owa nigdy z pustymi rękoma w dwór nie zajeżdża, a zapowiedziała placek z wiśniami, sam już ślinkę budzący.

No tom wziął wieprzową polędwiczkę i dwa kotlety schabowe, pierwszą skroiłem w plasterki nie za grube, drugie poszły w kosteczkę. Na patelni z olejem ryżowem uprażyły się przyprawy - curry, czubrica i odrobina soli selerowej. W to poszło mięso gracko w oranżu je oblepiając, lecz jeno na krótko, tylko by z wierzchu warstwę ściąć.

Ziemniaczki obrane ,skrojone w talarki cieńkie, wzbogacone zieloną fasolką, papryką i kukurydzą takoż lekkiego brązu na patelni dostały, Na nie czosnek niedźwiedzi i prowansalskie zioła. Obok starty w piórka czekał praojciec wszystkich serów - panir. Forma tortowa wylepiona została ciastem francuskiem, przedtem oliwą przetarta, na spód ziemniaczki z warzywami poszły, za niemi mięso, na to ser.

Teraz zaś clou programu - ananas w kostkę skrojony i jabłka winne w grubych plastrach. By nadmiar wilgoci odebrać poszło łyżek kilka mąki kukurydzianej. Tak zaś poczynione jako czapką nakryte ciastem takoż z Francji, te pokłute by powietrze puściło i do piekarnika na 180 stopni nagrzanego na 45 minut. Wygląd był imponujący, smak zaś taki, że sygnał po telefonicznej linii poszedł i Pióro z Krogulem chrusty dostarczając jako te ptaki drapieżne takoż się zleciały.

Szczęście Moje stół ubogaciło swoim rewelacyjnym szpinakiem z pomidorami, papryką, oliwkami i czosnkiem (temat na notkę osobną), jam sos pomidorowo-paprykowy z łyżką majonezu i dobrej śmietany dodał i tak to osiem osób godziwie się najadło jako że dom otwarty i nikt głodny stąd puszczonym być nie może.

sobota, 23 stycznia 2010
Arum smalc - czyli XVII wieczne jajca

Tak jakem obiecał sięgam do Compendium Ferculorum, by się przekonać jako to przodki jadali i czy w czas współczesny da się to przenieść. Probuję od rzeczy prostych by zrazu nie polec, a więc ARUM SMALC:

Miej dwie kielemce małe żelazne,przetretuj masło,a wlej w jedno masła tretowanego,wypuść całkiem z białkami jajec cztery albo pięć w naczynie osobne i posól trochę,a pieprzu daj. Wlej to na gorące masło, a gdy się od spodu podsmaży, odlej masło w drugą kielemkę i te jajca wywróć na to masło, a znowu smaż.A podsmażywszy, daj na stół ciepło, a pieprzem potrząśnij.

Ot i tyle, czy aż tyle. Nie miawszy kielemek wyciągnąłem dwie patelenki, takie w sam raz na jajek pięć. Najsamprzódem masło stopił i odszumował, na nie jajeczka poszły, białkowe baloniki przekłuwałem chyżo.

Gdy w całość się zwarło, masło odlałem przez sitko na drugą patelenkę, wywyrtnąłem wartko i dałem brązowieć ze strony drugiej. Masło całe jaja w się wciągnęły. Pieprzu dałem a jedynym odstępstwem było posypanie z wierzchu czosnkiem niedźwiedzim, który Szczęście moje uwielbia. Ludzie mościjewy - PYCHOTA W GĘBULI! Przodkowie wiedzieli co dobre, śniadanie było tak szybko znikające jak nigdy, a po zjedzeniu błogość wielka kawusią popchnięta. Dodam jeszcze, że na tychże jajek pięć poszło 100 gram przedniego masła. Ale przecie od czasu do czasu i gdy na dworze mróz trzaskający podmaślić sobie można.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Gościu siądź przy mym blogu i odpocznij sobie...
Pomidorowy Sezon 2009 Ziemniaczany Sezon 2009