sobota, 04 kwietnia 2015
Śniadanie wielkanocne - biała w piwie

poniedziałek, 23 lutego 2015
List do Marka: Moja fasolka, która z Bretanią ma mało wspólnego

Od przyjaciela mojego Andrzeja, smakosza jakich mało, otrzymałem list a w nim przepis, którym się z Wami dzielę. W liście było zdjęcie nastrojowe. A oto i przepis i zdjęcie:

SKŁADNIKI: 50 dag Pięknego Jasia, 10 dag świeżego boczku, 10 dag boczusia wędzonego, 10 dag karkówki bez kości, 2 kiełbasy śląskie, duża cebula, mała marchewka, 3 ząbki czosnku, ćwiartka dobrego przecieru pomidorowego lub zmiksowanych włoskich pomidorów pelati, 2 łyżki koncentratu pomidorowego, 5 - 6 ziarenek ziela angielskiego, 2 listki laurowe, po 2 szczypty kminku i cząbru.

"Jak doskonale wiesz, mój kamracie przy garach, fasolka po bretońsku jest potrawą typowo polską. Na północy Francji – twierdzi z całą mocą zaprzyjaźniony smakosz z Bretanii, Yann Gontard - dość często szykuje się zupełnie inną potrawę. Składa się ona z gotowanej drobnej fasoli, przysmażonych na oliwie obranych i wypestkowanych pomidorów, cebuli i czosnku. Całość na koniec podlana jest białym wytrawnym winem.
Tę, którą warzyliśmy wspólnie w ogromnym garze, w starodawnych czasach za komuny, u mnie na poznańskich Garbarach, była prawdziwą fasolką po bretońsku (o czym te niedouki kulinarne z Bretanii nie wiedzą), i taka fasolka jest po poznańsku, ale dla uniknięcia zamieszania w nazewnictwie zostańmy przy starej, i niesłusznej nazwie. Wtedy - w tych trudnych czasach - sztuką było zdobycie Pięknego Jasia oraz wkładu mięsnego. Teraz ogromne ziarna tej królewskiej fasoli kupuję na Placu Bernardyńskim. I tu jest sprawa zasadnicza: sprzedawany w sklepach i marketach Piękny Jaś, wcale nie jest piękny. Jest to zazwyczaj malutki, pomarszczony zdechlak fasolowy. Zaklinam Cię - poszukaj naprawdę Pięknego Jasia! 
W przeddzień umyj Jasia, i zalej dużą ilością wody; będzie ją ciągnął jak smok. Następnego dnia ugotuj fasolę w tej samej wodzie, dodając - dopiero po zagotowaniu i dokładnym zdjęciu szumówką piany - soli do smaku, paru ziarenek angielskich, dwóch listków bobkowych i trzech ząbków zmiażdżonego czosnku. Jasiek gotuje się bardzo długo na małym ogniu, dlatego co pewien czas uzupełniaj wyparowaną wodę. Jak mu dasz za dużo ognia - to popęka.
Teraz smaż na patelni surowy, pokrojony w kostkę, boczek, potem pokrojoną, przerośniętą tłuszczykiem, karkóweczkę, kiełbasę i boczek wędzony. Wyjmij tę smażeninę i dorzuć do pyrkoczącej na wolnym ogniu fasoli. 
W wytopionym na patelni tłuszczu smaż pokrojoną w drobną kostkę dużą cebulę, jedną marchewkę - i też dorzuć do garnka z fasolą. Gdy fasola jest już miękka, ja dodaję swojski przecier pomidorowy z plantacji w Lubochni i dwie łyżki koncentratu pomidorowego. Solę jeszcze raz do smaku, bo Jaś połyka sól w trakcie gotowania, doprawiam kminkiem (jeśli Twoja Pani nie znosi kminku, oszukaj Ją i dodaj kminku mielonego, bo nie daj Bóg znajdzie ziarenko i zrobi awanturę) i cząbrem. Lekko jeszcze całość gotuję, mieszając drewnianą łyżką, bacząc pilnie, by nie uszkodzić ziaren i żeby potrawa się nie przypaliła. Nigdy nie stosuję zagęszczacza z mąki, co robią zbrodniarze kulinarni w knajpach, bo długo gotująca się fasola w pysznym sosie mięsno-pomidorowym jest z natury rzeczy należycie gęsta. Najlepiej zrób dwa razy więcej tej mojej fasolki. Po pierwszej porcji wszyscy żądają dokładki. A.N. "

wtorek, 03 lutego 2015
Polska nam przyjazna

Jestem rolnikiem, ciężko pracuję wyrywając krwawicą coś dla siebie i rodziny. Wydawało mi się, że w ciągu tych dwudziestu paru lat zaczynamy żyć w normalnym kraju. Ale tylko mi się wydawało. Wyobraź sobie Szanowny Czytelniku, że uprawiasz marchewkę. No i dobrze, taką brudną, prosto z pola możesz ją sprzedać pośrednikowi, który zawłaszczy sobie większość efektów Twojej pracy. Nie daj Panie Boże, że marchewkę umyjesz

i ładnie zapakujesz w kilogramowe woreczki. Staniesz się przestępcą gospodarczym! Bo zgodnie z obowiązującym w tym kraju prawem by to zrobić musisz zarejestrować działalność gospodarczą, zostać przedsiębiorcą, płacić ZUS i inne podatki. Zeżrą Cię na wstępie, oskrobią do kości, nie wydolisz. Kapustę możesz ukisić, proszę bardzo, ale w główkach, bo jak poszatkujesz to w kajdany. Od dłuższego już czasu wiele środowisk ludzi zdroworozsądkowych apeluje o zmianę kretyńskiego prawa. Niestety bezskutecznie. Już gdy wydawało się, że sprawa zmierza do szczęśliwego końca sprawę zawetowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych! Do dzisiaj szukają idioty, który ten protest sprokurował i znaleźć nie mogą. Ale papier z mocą urzędową nadal jest. Uzasadnieniem była niezgodność z prawem unijnym. W ubiegłym roku byłem w Austrii, na wsi w okolicach Linzu. Tam rolnik ma ochotę zorganizować na przykład fest, czyli swoje święto, na swoim podwórzu, idzie do swojej gminy, zgłasza, uiszcza zryczałtowany podatek i robi - kiełbasy, szynki, sery, masła, piecze chleby, warzy piwo, zlewa nastawione rok wcześniej wino, pędzi destylat. Warunek jest tylko jeden - produkty spoza gospodarstwa nie mogą przekraczać 10 procent całości! Oni w Unii i my w Unii a jakby dwa różne światy. Tak samo jest we Włoszech, Niemczech i Francji. I nie ma silnych na tych durniów.

Tutaj każdy obywatel traktowany jest jak potencjalny złodziej, zaś przez urzędy jak łowna zwierzyna, którą trzeba dopaść, sprawić i oskrobać do kości. Gdy jeden z drugim popełni błąd, to odpowiedzialność żadna. Co najwyżej Skarb Państwa odszkodowanie zapłaci, który niechętny temu Sąd być może przyzna.

piątek, 30 stycznia 2015
wojaże, wojaże

No i ostatnio ganiam ja z Moim Szczęściem po świecie. Dzięki mojemu Marszałkowi wojewódzkiemu, pojechaliśmy do Berlina na Grune Woche. Ludzie, czegoś takiego nie widziałem dawno! Jak za dawnych, komuszych czasów gdy czerwcowe Targi w Poznaniu były jedynym okienkiem na świat, szło się tam choćby powąchać zakazanych zapachów, tak tam za własne pieniądze przez dziesięć dni maszeruje tłum ludzi, jeden przy drugim, rządek w rządek, że się przepchnąć nie można, próbują, smakują, kupują jak im się co zda. Ceny takie, że nie pytaj. W pawilonie Moskwician kieliszeczek gorzałki, przyznać trzeba, że dobrze zmrożonej dwa Eurasie! I jeszcze w kolejce stoją. Niemcy wystawili swoje piwa, na deskach kolekcja kapsli, każdy od innego a są ich tysiące. Od zaprzyjaźnionego Mongoła spróbowałem kusztyczek wódeczki podanej w srebrnej czarce i ichniego piwa. Jedno i drugie zaręczam, że przednie. Moje sery szły jak te ciepłe bułeczki. O dziwo amatorów znajdowały te najbardziej dojrzałe, przyciągające zapachem z kilkunastu metrów. Jak mówił o nich mój serdeczny komilton, ongiś kucharz Króla Belgów Jean Bos - Marek to onuce carskiego sołdata, ale te spod Berezyny! Ale kupowali i nie narzekali. Polskie stoisko jakie było, takie było, żyło tylko i wyłącznie dzięki wystawcom. Szanowne Ministerstwo wystawiło sobie metrów wiele, tyle, że nic się tam nie działo. Jakieś smętne mało aktualne biuletyny, foldery niczego nie dotyczące i góra jabłek nie wiadomo od kogo i jakich gatunków. Oficjele przyjechali na otwarcie, napili się, poklepali po ramionach i wyjechali. Gdzie indziej inaczej to wyglądało. Widać było wsparcie państwa dla producentów żwyności. Począwszy od maleńkiej Łotwy, czy Estonii na Wielkiej Brytanii czy gospodarzach skończywszy. A podobno polski eksport żywnością stoi. Nic to otarłem się o wielki świat, widziałem wiele i wiele się nauczyłem. Może coś się uda przenieść na grunt mojej serowarni. Ale to będzie już inna opowieść

niedziela, 11 stycznia 2015
kolacyjka

Chcesz popieścić serce swojej bogdanki? Nie ma lepszej metody jak dotrzeć do niej za pomocą podniebienia. Jakem sobie pomyślał takem zrobił. Najpierw z zakamarków lodówki wyciągnąłem co tam latem złożone zostało. Najpierw rydze, zamroziłem je jeno na sucho oczyściwszy, teraz poszły na sklarowane masło, w nim się rozmroziły, potem posolone doszły w normalnym masełku na małym ogniu, na końcu rozciągnąłem sosik naturalnym jogurtem, doszedł świeżo mielony, czarny pieprz i danie było gotowe do wydania.

To jednak nie wszystko, clou programu były ślimaki. Te zblanszowane, przedtem wytarte w soli, z powrotem zostały włożone do skorupek. na wierzch poszło masełko świeże z drobno posiekanym czosnkiem i zieloną bazylią. Slimaki doszły przez 5 minut w piekarniku nastawionym na 170 stopni. Ot i cała tajemnica.

poniedziałek, 15 grudnia 2014
Wigilia Mojej Mamy

Właśnie przestałem być dzieckiem. Dzieje się to wtedy, gdy na drugą stronę tęczy przechodzą rodzice. Ja jeszcze przed chwilą miałem Mamę. Mogłem do niej zadzwonić, usłyszeć w słuchawce Jej głos – i jak syneczku, dobrze się czujesz? Tego już nie będzie. Do ostatniej chwili żyła zbliżającymi się świętami. Zostawiła lodówkę pełną uszek, pierogów z kapustą i grzybami, a przede wszystkim dyspozycje. Miałem przygotować i przywieźć do miasta zebrane w nowotomyskich lasach prawdziwki, których ususzone kapelusze miały być podane, najpierw moczone w mleku, potem dokładnie obsuszone, obtoczone w jajku i tartej bułce, lekko tylko posolone i posypane świeżo mielonym pieprzem. Do mnie należeć miały też ryby, najlepsze, jeziorne karpie, których smak czuć się miało przez długi czas. Tak jak sobie tego życzyłaś Mamo, ta wigilia będzie Tobie poświęcona.

       

Zbierzemy się przy stole, już bez Ciebie, całą rodziną, jako teraz najstarszy rozdzielę opłatek, złożymy sobie życzenia, cały czas pamiętając o Tobie. Twoje krzesło zostanie puste, będziesz jednak z nami. Wiem, że tak będzie. Na stół wjadą śledzie. Przyrządzi je jak co roku mój brat. Począwszy od tradycyjnych w oliwie, poprzez te w śmietanie, pod pierzynką przykryte buraczkami, selerem. Jabłuszkiem i śmietaną zmieszaną z majonezem. Będą też te po węgiersku, w winie, te które tak lubiłaś. Moje Szczęście zrobi też śledzie w avocado, po raz pierwszy, nie miałaś okazji ich spróbować ale zapewniam Cię że będą pyszne. Po nich, a jeść będziemy ostrożnie po kawałeczku, wnuczki wniosą barszcz na kiszonych burakach z Twoimi uszkami, zaraz potem pieczone pierogi, też Twoje, z kapustą i grzybami  no i moje smażone kotlety z pięknych prawdziwków, tak jak Ci obiecałem, śliczne, dorodne, będą się rozpływały w ustach. Teraz przyjdzie czas na karpia. Będzie smażony saute i w delikatnej panierce, zrobię też w śmietanie, mojej w przeddzień ściąganej od moich zwierzaków. Dzwonka odpowiednio przyprawione tylko solą i pieprzem będą sobie powolutku pyrkały przez prawie półtorej godziny, ostrożnie wstrząsane. Na nie pójdzie drobno zsiekana natka pietruszki. Wszystko popijać będziemy kompotem z suszu i oranżadą zrobioną na żurawinie błotnej z Puszczy Nadnoteckiej, po której tak lubiłaś spacerować. Po wszystkim wjedzie Twój tort makowy, bez mąki. Na kawę i słodkie zejdziemy do pokoju z kominkiem, gdzie wnuczki wyciągną spod choinki prezenty. Będą wśród nich również te dla Ciebie. Patrz na nas stamtąd gdzie jesteś Kochana Mamo i opiekuj się nami. Ta wigilia będzie dla Ciebie.

niedziela, 23 listopada 2014
Popis Mojego Szczęścia

Jakże przyjemnie jest wracać w domowe progi gdy na dworze jesienna szaruga a na stole czeka nas parujący bogatymi zapachami obiad. Tak to właśnie jest z Moim Szczęściem, potrafi dogodzić tak, że kubeczki smakowe wariują z radości. Tym razem trafiło się samo bogactwo - zsiekała czerwoną kapustkę, udusiła ją dodając jagód goi, słonecznika, żurawiny, płatków czosnku, doprawiając pieprzem cayeńskim, szczyptą kminku całego, solą i pieprzem. Świeciła się błyszcząc dobrym masełkiem, które ją ubogaciło.

Mięsem była wyborowa, wieprzowa szyneczka pokrojona w kąski. Najpierw ją zamknęła smażąc na płytkim oleju z każdej strony, by potem dusić w śmietanie, którą zaciągnęła chrzanem i musztardą francuską. Jedwabistość przetykana ziarenkami gorczycy i ostrością korzenia. Wszystkiego było po równo, więc i smak w pełni zrównoważony. Do tego doszła pokrojona w połówki brukselka, najpierw ugotowana, potem podsmażona z pestkami dyni, żurawiną i płatkami czosnku. By talerz był pełen ugotowała na tradycyjnie róże kalafiora, który posypała zielonym koperkiem. Kwintesencja smaku i koloru, piękna Pani Jesień na talerzu! Ludkowie rostomili, rzadko mi się zdarza wylizywać talerz, ale tym razem powstrzymać się nie mogłem. Takich to posiłków w jesienną szarugę i Wam życzę.

czwartek, 16 października 2014
tunezyjskie wspominki

 

Wyjeżdżając do krajów północnej Afryki człowiek odczuwa lekki niepokój. Wspomnienia arabskiej wiosny nadal są bardzo żywe. Tu jednak piszę, a podpisuje się pod tym również Moje Szczęście - do Tunezji możecie jechać bezkarnie. Nie spotka Was żadna krzywda. Spotkacie miłych, uśmiechniętych, a zarazem pełnych wewnętrznej godności ludzi. Jestem frankojęzyczny więc problemów z porozumieniem nie miałem żadnych. Każdy mieszkaniec tego kraju, który do szkół chadzał zna ten język funkcjonujący na równi z arabskim. Jechałem tam przekonany, że spotkam tam wielu hodowców moich ukochanych kóz, że zobaczę wiele produktów mlecznych. Nic bardziej mylnego. Owszem stada zabiedzonych stworzeń chodziły w pobliżu śmietnisk starając się tam pożywić, próbując przeżuć plastikowe torby. Lecz wiadomo - cyckowe pyskiem się doi, z takiej zaś karmy nic nie poleci. Mleko pozyskuje się z farm dotowanych przez państwo, więc tylko krowy żywione wysokoenergetyczną paszą, więc i surowiec nie najwyższej jakości. Żeby było śmiesznie kwasowy twarożek sprzedają jako produkt spożywczy, bo i rzeczywiście na nazwę serek on ci nie zasługuje. Biała maź bez jakiegokolwiek smaku. Włosi zwariowaliby gdyby spróbowali tutejszego produktu nazwanego mozzarella! jest on zapakowany tak jak u nas sprzedaje się karmę dla psów w foliowe, kilogramowe "kiełbasy". W smaku przypomina nie wiadomo co. Są i miejscowe sery dojrzewające. Nie sądzę by którykolwiek leżakował dłużej niż dwa tygodnie. Nazywają się niby jak należy gouda, edam, ale w smaku oryginałów nie przypominają za grosz. Do tego drogie są jak psi. Oczywiście na półkach delikatesowych leżą również przemysłowe oryginały z Francji czy Włoch. Te jednak są zupełnie poza zasięgiem portfela przeciętnego Tunezyjczyka. Co krok spotykały nas takie dziwy. Przecież posiadając zaplecze w postaci wielu ośrodków wypoczynkowych na wybrzeżu nie byłoby dużego problemu ze sprzedażą dużych ilości produktu odpowiedniej jakości.

Niestety kiedy o tym mówiłem natykałem się na duże oczy i brak zrozumienia. Przecież dobrze jest jak jest. Tunezyjczycy słyną ze znakomitej, pikantnej przyprawy. Nazywa się Harissa. Zrobiłem z nią ser. Jak dojrzeje co najmniej miesiąc zdam Wam relację co do doznań smakowych.

niedziela, 12 października 2014
świnia w dole

Jak co roku wyprawiliśmy we Dworze nasze wspólne święto. Tym razem bylo ono nadzwyczaj huczne. Ponieważ pogoda dopisała niesamowicie, prawie połowa października a można było biegać w krótkim rękawku, wszystko odbyło się na podwórcu. Na wszelki wypadek stanął namiot ze stołami, w odpowiedniej zaś odległości w wykopany był dół na człowieka głęboki. Jego dno wyłożyliśmy polnymi kamieniami i na tym całą noc paliło się ognisko. Świnia była przygotowana dzień wcześniej, ponacinana skóra z wtartą solą z przyprawami, do środka zaś nakładziona dynia, czyli po naszemu korbol, jabłuszka i polowe pomidory. Cała zaś zawinięta w podwójne płótno. Tak przygotowana poszła rankiem do doła, gdzie żar rozgarnięty i przysypany piaskiem. Wtedy to na nią poszło ze dwadzieścia centymetrów znowu piachu i ognisko paliło się do 17 kiedy to z udziałem dzielnych strażaków, ubranych w ogniowe stroje nastąpiło wyciągnięcie jej z żarowej czeluści.

W dzieleniu pomagał mi dzielnie nasz przyjaciel Piotr z kultowej restauracji TOGA w Poznaniu.

Najlepsze kąski były od szynki, ale i karkówka cieszyła się powodzeniem. Dzięki przyjaciołom z SETKI strumieniem lało się piwo Skalak. W kuchni polowej uwarzyła się zupa z korbola, pomidorów na króliku i kurakach. Była pyszna. Do tego śląska i biała z kotła. Tak więc jedzenia nie zbrakło, humoru takoż. Goście rozeszli się dopiero gdy zapadły egipskie ciemności, ale wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni z żalem stwierdzając, że na coś takiego czekać muszą cały rok.

czwartek, 11 września 2014
jadę testować sery

                                          Kochani czytelnicy mojego bloga!

Jadę na cieplejszy kontynent, więc nie urażajcie się, że przez najbliższe dziesięć dni nie będzie wpisów.Potem jednak postaram się Wam to wynagrodzić przepisami kuchni gdzie mieszać się będą wpływy francuskiej, włoskiej i berberyjskiej. Zwłaszcza jednak pasjonować mnie będą sery. Ja zaś przekażę im swoją wiedzę, którą posiadłem. Taka wymiana- coś za coś. Może być ciekawie.

środa, 27 sierpnia 2014
Było Gruczno i łza się w oku kręci

Niestety, miło było ale się skończyło. Znowu rok trzeba czekać by się powtórzyło. Oświadczam wszem i wobec - Gruczno jest jedynym festiwalem z odbytych do tej pory, który trzyma poziom. Zasługa to grupy zapaleńców-wolontariuszy z Jarkiem Pająkowskim, zwanym "Pająkiem", którzy co roku tkają tę misterną sieć. Wszystkie pozostałe podupadają na zdrowiu, albo się kończą. Piękne Wdzydze Kiszewskie z ich skansenem zarżnięto. Bilet wstępy wywindowano na 15 zeta. Wejdzie czteroosobowa rodzina, sześć dyszek pada, coś wypiją, zjedzą, stówy nie ma, gdzie tu zostawić coś na zakupy. Wystawcy klęli na czym świat stoi i odgrażali się, że w przyszłym roku nie przyjadą. Poznań wywindował ceny domków na niebotyczny poziom, nie zachowując się przy tym fair wobec tych, którzy ten haracz zapłacili. Czysta komercha, żaden slow food, żadne szerzenie idei, tylko nabijanie kabzy. Tak więc zostało Gruczno i nie zawiodło. Po pierwsze ścisła weryfikacja wystawców, z ulicy się tu nie dostaniesz, po drugie atmosfera, przyjaźni ludzie, służący pomocą. Alejka serowarów jak zwykle wypełniona po brzegi, same pyszne smaki. Sylwia i Rusłan ze swoimi frontierami, prawdziwe koryciny dające się zjeść, Mariusz Purgał i jego pyszności w tym klasztorny z najwyższej półki, sery Bożenki Sokołowskiej, dla miłośników serów świeżych łapiące za oko piękne wynalazki Kaszubskiej Kozy. Przytulił się do nas Ojciec Patryk, zacny Benedyktyn ze swoimi nalewkami służącymi ku zdrowotności. Tłum więc walił liczny i miał po co. Moje rzecz jasna przyciągały zapachem, dzieciaki przechodząc obok zatykały nosy, ale dorośli wciągali aromaty z lubością. Przyszedł Jean Bos twierdzący, że moje to najlepsze na świecie, jadł te najostrzejsze, którym sam nadał nazwę - Onuce carskiego sołdata i coś w tym było. Posilaliśmy się żurkiem Jaśkowej Zagrody, pierogami od Piotrka Lenarta z jagnięciną, lodami od Misia. Brakło jedynie filii Togi i jej winiarenki z Piotrkiem Michalskim, ale to nadrobimy w Lublinie, któy przed nami. Teraz tylko wypada tęsknić cały rok by wrócił klimat Gruczna.

Tagi: Gruczno
11:32, mag-43
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 sierpnia 2014
cacana zapiekaneczka

Kupiliśmy z Moim Szczęściem nowe naczynie ze szkła hartowanego. To i trzeba było je niezwłocznie wypróbować.

Moja nieoceniona pomocnica ugotowała kaszę pełnoziarnistą swoją metodą, dodając spore ilości kurkumy, czyli na dwie szklanki wody jedna pełnego ziarna, do wody wrzucony czosnek i soli do smaku. Wszystko to zagotowane, chwilę poperkało na wolnym ogniu, potem w ręcznik i pod kołdrę na dobrych kilka godzin by doszło. Zaręczam ziarnko w ziarnko, każde miękkie, pełne smaku i soczystości. Wziąłem naczynie wysmarowałem oliwą, wysypałem tartą bułką, na to poszła kasza, na nią skrojona w cienkie plasterki cukinia, by warstwę wypełnić posiekana papryka mała ostra i jabłkowa, łagodna, dalej mięso wołowo- wieprzowe doprawione delikatnie na palec-kciuk grubo, w poziomie rzecz jasna, znowu kasza, na nią plastry pomidora z ogrodu prosto. Wszystko to poszło do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 45 minut. Po tym czasie rozrobiłem kwyrlejką dwa całe jaja, wlałem sto gram dobrej śmietany i tym zalałem zapiekankę odkrywając ją na ciepło. Wszystko doszło w 15 minut. Było syto, zdrowo i pysznie.

To co zostało popróbuję następnego dnia, bo jak wieść gminna niesie odgrzewane najlepsze. Może jeszcze tylko tartym serem, swoim rzecz jasna, takim dwumiesięcznym posypię.

niedziela, 10 sierpnia 2014
przyjęcie na dziesięć fajerek

Zjechało we Dwór ciekawe towarzystwo. Para niezwykle dobrana, może dlatego, że pełna przeciwieństw. Maciej - spokojny, wyluzowany, bardzo poukładany, Iga- rozedrgana, nie potrafiąca usiedzieć na miejscu, poza tym beserwiserka, czyli wszystko wiedząca najlepiej, trudna osóbka. Między nimi Paulina, żona Maćka, spełniona matka Polka z uśmiechem obserwująca słowne zmagania tej dwójki. Oni zaś to znani blogerzy winno kulinarni - Wino na Widelcu. Nie będę się więc rozpisywał na temat kurczaków zrobionych przez Moje Szczęście, wyluzowanych pięknie i faszerowanych. To zrobią oni, ja jeno uzupełnię. Na pierwsze bowiem podałem zupę. Najpierw był rosół sklarowany,zmienił się w galaretkę w lodówce, dodałem do niego moje kiszone ogórki mocno starte, całe pół kilo na 1,5 litra już rozgrzanego. Zgodnie z tradycją powinienem całość zagęścić ugotowanym i skrojonym w kostkę ziemniakiem. ja natomiast w grube sześcianiki przygotowałem cukinię, którą wrzuciłem na głęboki olej i zasmażyłem, wyciągnąłem na papierowy ręczniczek, dobrze odsączyłem z tłuszczu i wtedy wzbogaciłem nią zupę.

Wystarczyło zaciągnąć śmietaną i było pysznie. Moje Szczęście warzywa z rosołu rozdrobniła z kalafiorem, dorzuciła posiekanego szpinaku, dodała ziaren słonecznika, posoliła, popieprzyła, zakurkumiła i zaczosnkowała, ale lekko. Włożyła to do ciasteczkowych foremek i zapiekła.

Wszystkie te cuda przyrządzone były po to by wzbogacić winną ucztę, bowiem Maciek wyciągnął z piwniczki aż 6 butelek (!) win różnorakich do testów. Było więc co degustować. Do tego dodać należy deser sporządzony z czystego świeżaka, melona Galia, malin z krzaka, oliwy truflowej i rzecz jasna naszej konfitury pomarańczowej. Całość ozdobiona kwiatami pysznogłówki i floksa.

Zwieńczeniem dzieła była deska serów. Ale o łączeniach smaków poczytacie na stronie Wina na Widelcu.

piątek, 25 lipca 2014
pieróg a la ja

Dawno z Moim Szczęściem w naszym domu do stołu  nie siadaliśmy. Jak to śpiewał jeden bard - Robota jest robota, roboty mamy dość. Tak to i myślałem, myślałem i wymyśliłem. Z samego rana wziąłem 30 deko mąki pszennej, chlebowej i tyleż samo żytniej. W kubeczku rozrobiłem w ciepłej wodzie wraz z łyżeczką cukru 10 deko drożdży, w mąkę wbiłem jedno całe jajo, wlałem łyżkę oliwy z oliwek, podsypałem łyżeczkę soli morskiej i tyleż kurkumy.Ciasto dobrze wyrobiłem masując je by gluten uwolnić, potem odłożyłem do miski przykrywając ściereczką by objętość podwoiło. W wolnej chwili wyrobiłem pół kilo dobrego mielonego doprawiając solą i świeżo zmielonym pieprzem. Poszedłem do ogródka by narwać świeżych ziół - origano, rozmarynu, estragonu, bazylii i zerwać dojrzałych pomidorów w szklarence, na grządce zaś liści fioletowej kapusty i młodą cukinię. Ciasto wyrosło, trzeba więc było je znowu ugnieść i dobrze wymasować, potem zaś rozwałkować. Na blasze rozłożyłem plaster duży, podłożywszy papier do pieczenia. Na nim plasterki cukinii, posolone, potem pomidor i zsiekanymi ziołami, kołderką wszystko przykryte rozklepanym mięsem i by wilgoci nie gubiło całym liściem kapusty.

Wtedy ciasto zamknąłem w duży pieróg, który wysmarowałem dokładnie rozbitym jajem wzbogaconym oliwą, nie dużo jedna łyżka. Blacha powędrowała do piekarnika rozgrzanego na 200 stopni. Tam wszystko się piekło pół godziny, z wierzchu brązowe, jak brazylijska karioka z Copa Cabany, w środku wilgotne jak.... ech skojarzenia się pod pióro cisną, ale nie będę rozwijał bo nigdy nie wiadomo czy młodź czytać tego nie będzie.

Dla ubogacenia poszedł sosik z adżyki z moim przecierem, a Szczęście Moje dało naszą sałatę z jagodami goi, nasionami słonecznika, ugniecionym czosneczkiem, oliwą i octem balsamicznym.

Wszystko to zniknęło w mig z talerzy i przy stole nastała syta błogość.

niedziela, 06 lipca 2014
kluseczki z riccotty

Ruszyłem ze żniwami. Przyjechała pierwsza przyczepa z wykoszeniem tzw przyczy, czyli skrajów pola. Jęczmień ozimy powinien sypać. Cóż z tego, kiedy spekulanci duszą ceny. Ten kto sprzedaje w czasie żniw staje się ich ofiarą. Wyczuli krew, jak hieny czają się na łup. Już wiadomo, że będzie urodzaj. Spichlerze zapasowe wcale nie są wypełnione po brzegi zbiorami z ubiegłych lat, ale proponują ceny niższe o 25 procent od zeszłorocznych. Przechowają za co wezmą jeszcze kasę od Unii by sprzedać późną jesienią lub zimą z dużym zyskiem. Niestety na wsi już tak jest, że wszyscy mają zarobić tylko nie rolnik.Nic to, damy radę, bo przecie innego wyjścia nie ma.

By sobie i bliskim podmaślić zrobiłem kluseczki. Z serowarskiego kotła poszło na to 300 gram świeżej riccotty z koziego mleka. Niewtajemniczonym tłumaczę - produkt to powstały z serwatki. Ja robię absolutnie tradycyjną, czyli amerykańskim wzorom nie ulegając, nie dodaję ani mleka, ani śmietany. Tylko czysta zakwaszona serwatka wygrzana do temperatury 95 stopni przez dłuższy czas.Podrzuciłem garstkę mojej ulubionej przyprawy - macierzanki, wbiłem jedno całe jajo, do tego łyżkę oliwy i mąki pszennej tyle samo co riccotty. Wyrobiłem dobrze, trochę jeszcze ręce mąką podsypując, dodając soli morskiej i świeżo mielonego, czarnego pieprzu do smaku. Potem tylko pozostało zrywanie łyżeczką od herbaty porcji na gotującą się, posoloną wodę. Po kilku minutach zaczęły wypływać na wierzch. Wyłowiłem i przekładałem na rozgrzaną patelnię gdzie już się szkliła posiekana na drobno czerwona cebula. Dzień wcześniej do dużej miski włożyło Moje Szczęście pokrojone w średnie kąski kawałki piersi kurzej. Były one dobrze przyprawione pieprzem cayenne, kurkumą i pieprzem mielonym, posolone do smaku, zlane dobrą oliwą, macerowały się zacnie. Gdy kluseczki były gotowe mięso poszło na głęboki tłuszcz rozgrzany do 170 stopni. Wystarczyło pięć minut i można było wyciągać by podawać na stół wraz ze skrojonymi pomidorami i buraczkami. Prosta potrawa do której na szybko uczyniłem pikantny dip, na bazie chilli, które Beata z Meksyku przywiozła w prezencie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl