środa, 27 sierpnia 2014
Było Gruczno i łza się w oku kręci

Niestety, miło było ale się skończyło. Znowu rok trzeba czekać by się powtórzyło. Oświadczam wszem i wobec - Gruczno jest jedynym festiwalem z odbytych do tej pory, który trzyma poziom. Zasługa to grupy zapaleńców-wolontariuszy z Jarkiem Pająkowskim, zwanym "Pająkiem", którzy co roku tkają tę misterną sieć. Wszystkie pozostałe podupadają na zdrowiu, albo się kończą. Piękne Wdzydze Kiszewskie z ich skansenem zarżnięto. Bilet wstępy wywindowano na 15 zeta. Wejdzie czteroosobowa rodzina, sześć dyszek pada, coś wypiją, zjedzą, stówy nie ma, gdzie tu zostawić coś na zakupy. Wystawcy klęli na czym świat stoi i odgrażali się, że w przyszłym roku nie przyjadą. Poznań wywindował ceny domków na niebotyczny poziom, nie zachowując się przy tym fair wobec tych, którzy ten haracz zapłacili. Czysta komercha, żaden slow food, żadne szerzenie idei, tylko nabijanie kabzy. Tak więc zostało Gruczno i nie zawiodło. Po pierwsze ścisła weryfikacja wystawców, z ulicy się tu nie dostaniesz, po drugie atmosfera, przyjaźni ludzie, służący pomocą. Alejka serowarów jak zwykle wypełniona po brzegi, same pyszne smaki. Sylwia i Rusłan ze swoimi frontierami, prawdziwe koryciny dające się zjeść, Mariusz Purgał i jego pyszności w tym klasztorny z najwyższej półki, sery Bożenki Sokołowskiej, dla miłośników serów świeżych łapiące za oko piękne wynalazki Kaszubskiej Kozy. Przytulił się do nas Ojciec Patryk, zacny Benedyktyn ze swoimi nalewkami służącymi ku zdrowotności. Tłum więc walił liczny i miał po co. Moje rzecz jasna przyciągały zapachem, dzieciaki przechodząc obok zatykały nosy, ale dorośli wciągali aromaty z lubością. Przyszedł Jean Bos twierdzący, że moje to najlepsze na świecie, jadł te najostrzejsze, którym sam nadał nazwę - Onuce carskiego sołdata i coś w tym było. Posilaliśmy się żurkiem Jaśkowej Zagrody, pierogami od Piotrka Lenarta z jagnięciną, lodami od Misia. Brakło jedynie filii Togi i jej winiarenki z Piotrkiem Michalskim, ale to nadrobimy w Lublinie, któy przed nami. Teraz tylko wypada tęsknić cały rok by wrócił klimat Gruczna.

Tagi: Gruczno
11:32, mag-43
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 sierpnia 2014
cacana zapiekaneczka

Kupiliśmy z Moim Szczęściem nowe naczynie ze szkła hartowanego. To i trzeba było je niezwłocznie wypróbować.

Moja nieoceniona pomocnica ugotowała kaszę pełnoziarnistą swoją metodą, dodając spore ilości kurkumy, czyli na dwie szklanki wody jedna pełnego ziarna, do wody wrzucony czosnek i soli do smaku. Wszystko to zagotowane, chwilę poperkało na wolnym ogniu, potem w ręcznik i pod kołdrę na dobrych kilka godzin by doszło. Zaręczam ziarnko w ziarnko, każde miękkie, pełne smaku i soczystości. Wziąłem naczynie wysmarowałem oliwą, wysypałem tartą bułką, na to poszła kasza, na nią skrojona w cienkie plasterki cukinia, by warstwę wypełnić posiekana papryka mała ostra i jabłkowa, łagodna, dalej mięso wołowo- wieprzowe doprawione delikatnie na palec-kciuk grubo, w poziomie rzecz jasna, znowu kasza, na nią plastry pomidora z ogrodu prosto. Wszystko to poszło do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 45 minut. Po tym czasie rozrobiłem kwyrlejką dwa całe jaja, wlałem sto gram dobrej śmietany i tym zalałem zapiekankę odkrywając ją na ciepło. Wszystko doszło w 15 minut. Było syto, zdrowo i pysznie.

To co zostało popróbuję następnego dnia, bo jak wieść gminna niesie odgrzewane najlepsze. Może jeszcze tylko tartym serem, swoim rzecz jasna, takim dwumiesięcznym posypię.

niedziela, 10 sierpnia 2014
przyjęcie na dziesięć fajerek

Zjechało we Dwór ciekawe towarzystwo. Para niezwykle dobrana, może dlatego, że pełna przeciwieństw. Maciej - spokojny, wyluzowany, bardzo poukładany, Iga- rozedrgana, nie potrafiąca usiedzieć na miejscu, poza tym beserwiserka, czyli wszystko wiedząca najlepiej, trudna osóbka. Między nimi Paulina, żona Maćka, spełniona matka Polka z uśmiechem obserwująca słowne zmagania tej dwójki. Oni zaś to znani blogerzy winno kulinarni - Wino na Widelcu. Nie będę się więc rozpisywał na temat kurczaków zrobionych przez Moje Szczęście, wyluzowanych pięknie i faszerowanych. To zrobią oni, ja jeno uzupełnię. Na pierwsze bowiem podałem zupę. Najpierw był rosół sklarowany,zmienił się w galaretkę w lodówce, dodałem do niego moje kiszone ogórki mocno starte, całe pół kilo na 1,5 litra już rozgrzanego. Zgodnie z tradycją powinienem całość zagęścić ugotowanym i skrojonym w kostkę ziemniakiem. ja natomiast w grube sześcianiki przygotowałem cukinię, którą wrzuciłem na głęboki olej i zasmażyłem, wyciągnąłem na papierowy ręczniczek, dobrze odsączyłem z tłuszczu i wtedy wzbogaciłem nią zupę.

Wystarczyło zaciągnąć śmietaną i było pysznie. Moje Szczęście warzywa z rosołu rozdrobniła z kalafiorem, dorzuciła posiekanego szpinaku, dodała ziaren słonecznika, posoliła, popieprzyła, zakurkumiła i zaczosnkowała, ale lekko. Włożyła to do ciasteczkowych foremek i zapiekła.

Wszystkie te cuda przyrządzone były po to by wzbogacić winną ucztę, bowiem Maciek wyciągnął z piwniczki aż 6 butelek (!) win różnorakich do testów. Było więc co degustować. Do tego dodać należy deser sporządzony z czystego świeżaka, melona Galia, malin z krzaka, oliwy truflowej i rzecz jasna naszej konfitury pomarańczowej. Całość ozdobiona kwiatami pysznogłówki i floksa.

Zwieńczeniem dzieła była deska serów. Ale o łączeniach smaków poczytacie na stronie Wina na Widelcu.

piątek, 25 lipca 2014
pieróg a la ja

Dawno z Moim Szczęściem w naszym domu do stołu  nie siadaliśmy. Jak to śpiewał jeden bard - Robota jest robota, roboty mamy dość. Tak to i myślałem, myślałem i wymyśliłem. Z samego rana wziąłem 30 deko mąki pszennej, chlebowej i tyleż samo żytniej. W kubeczku rozrobiłem w ciepłej wodzie wraz z łyżeczką cukru 10 deko drożdży, w mąkę wbiłem jedno całe jajo, wlałem łyżkę oliwy z oliwek, podsypałem łyżeczkę soli morskiej i tyleż kurkumy.Ciasto dobrze wyrobiłem masując je by gluten uwolnić, potem odłożyłem do miski przykrywając ściereczką by objętość podwoiło. W wolnej chwili wyrobiłem pół kilo dobrego mielonego doprawiając solą i świeżo zmielonym pieprzem. Poszedłem do ogródka by narwać świeżych ziół - origano, rozmarynu, estragonu, bazylii i zerwać dojrzałych pomidorów w szklarence, na grządce zaś liści fioletowej kapusty i młodą cukinię. Ciasto wyrosło, trzeba więc było je znowu ugnieść i dobrze wymasować, potem zaś rozwałkować. Na blasze rozłożyłem plaster duży, podłożywszy papier do pieczenia. Na nim plasterki cukinii, posolone, potem pomidor i zsiekanymi ziołami, kołderką wszystko przykryte rozklepanym mięsem i by wilgoci nie gubiło całym liściem kapusty.

Wtedy ciasto zamknąłem w duży pieróg, który wysmarowałem dokładnie rozbitym jajem wzbogaconym oliwą, nie dużo jedna łyżka. Blacha powędrowała do piekarnika rozgrzanego na 200 stopni. Tam wszystko się piekło pół godziny, z wierzchu brązowe, jak brazylijska karioka z Copa Cabany, w środku wilgotne jak.... ech skojarzenia się pod pióro cisną, ale nie będę rozwijał bo nigdy nie wiadomo czy młodź czytać tego nie będzie.

Dla ubogacenia poszedł sosik z adżyki z moim przecierem, a Szczęście Moje dało naszą sałatę z jagodami goi, nasionami słonecznika, ugniecionym czosneczkiem, oliwą i octem balsamicznym.

Wszystko to zniknęło w mig z talerzy i przy stole nastała syta błogość.

niedziela, 06 lipca 2014
kluseczki z riccotty

Ruszyłem ze żniwami. Przyjechała pierwsza przyczepa z wykoszeniem tzw przyczy, czyli skrajów pola. Jęczmień ozimy powinien sypać. Cóż z tego, kiedy spekulanci duszą ceny. Ten kto sprzedaje w czasie żniw staje się ich ofiarą. Wyczuli krew, jak hieny czają się na łup. Już wiadomo, że będzie urodzaj. Spichlerze zapasowe wcale nie są wypełnione po brzegi zbiorami z ubiegłych lat, ale proponują ceny niższe o 25 procent od zeszłorocznych. Przechowają za co wezmą jeszcze kasę od Unii by sprzedać późną jesienią lub zimą z dużym zyskiem. Niestety na wsi już tak jest, że wszyscy mają zarobić tylko nie rolnik.Nic to, damy radę, bo przecie innego wyjścia nie ma.

By sobie i bliskim podmaślić zrobiłem kluseczki. Z serowarskiego kotła poszło na to 300 gram świeżej riccotty z koziego mleka. Niewtajemniczonym tłumaczę - produkt to powstały z serwatki. Ja robię absolutnie tradycyjną, czyli amerykańskim wzorom nie ulegając, nie dodaję ani mleka, ani śmietany. Tylko czysta zakwaszona serwatka wygrzana do temperatury 95 stopni przez dłuższy czas.Podrzuciłem garstkę mojej ulubionej przyprawy - macierzanki, wbiłem jedno całe jajo, do tego łyżkę oliwy i mąki pszennej tyle samo co riccotty. Wyrobiłem dobrze, trochę jeszcze ręce mąką podsypując, dodając soli morskiej i świeżo mielonego, czarnego pieprzu do smaku. Potem tylko pozostało zrywanie łyżeczką od herbaty porcji na gotującą się, posoloną wodę. Po kilku minutach zaczęły wypływać na wierzch. Wyłowiłem i przekładałem na rozgrzaną patelnię gdzie już się szkliła posiekana na drobno czerwona cebula. Dzień wcześniej do dużej miski włożyło Moje Szczęście pokrojone w średnie kąski kawałki piersi kurzej. Były one dobrze przyprawione pieprzem cayenne, kurkumą i pieprzem mielonym, posolone do smaku, zlane dobrą oliwą, macerowały się zacnie. Gdy kluseczki były gotowe mięso poszło na głęboki tłuszcz rozgrzany do 170 stopni. Wystarczyło pięć minut i można było wyciągać by podawać na stół wraz ze skrojonymi pomidorami i buraczkami. Prosta potrawa do której na szybko uczyniłem pikantny dip, na bazie chilli, które Beata z Meksyku przywiozła w prezencie.

piątek, 27 czerwca 2014
trochę mnie zatkało...

No i tak to bywa czasami, że człeka przytknie tak, że ni dechu złapać nie może. Tak to i ze mną było. We Dworze praca rwała się jako ten ogień w rękach. Sianokosy przerywane deszczem, trudno było zebrać, do tego festynów różnych wielość niezwykła. W Lidzbarku musiliśmy być, źle napisałem, nie musieliśmy a bardzo chcieliśmy. Jest to jedyna jak do tej pory w Polsce czysta impreza gdzie wystawiają się tylko i wyłącznie serowarzy rodzinni, farmerscy, czy zagrodowi. Jak się zwał tak się zwał, nieważne, to jest nasze serowe święto. Podróbek jest sporo, oryginał jeden. Widząc, że rośniemy w siłę podszywają się pod nas wielcy gracze marketowi, ci którzy wyrośli ze spóldzielni mleczarskich, teraz już nimi nie będąc, operując na globalnym rynku łakomym okiem patrzą na to co robimy zastanawiając się jak tylnymi drzwiami na naszym stoliku się umościć. No ale nic to, damy radę i nie pozwolimy sobie w kaszę dmuchać.

Równie pracowicie jak ja czas wiosenny i wczesnoletni spędziły moje pszczółki. Z ramek lało się płynne złoto. Akacja, bo to już drugie miodowanie, dała sporo, wiadra podstawione pod wirówkę napełniały się w mig.Będzie czym okraszać przetwory, będzie sporo syropu z hyćki, dla nie wiedzących - z kwiatu dzikiego bzu. Natomiast znakomitą letnią przkąską na ten czas mogą być kluseczki serowe. Robię je z bouche de chevre, czyli tłumacząc na nasze koziej gęby. Serek to zacny wykonany techniką mozzarelli ale w kształcie rurki o przekroju 4 centymetrów. Kroję go w plasterki grubości około centymetra, panieruję lub nie, rzucam na rozgrzaną patelnię pokrytą leciuchno dobrą oliwą i obsmażam na złoto, minutka z jednej, minutka z drugiej. Serek się nie topi, lekko tylko spływa po krawędziach. Na stół można go równie dobrze wydać z miodem jak i polędwiczką z kurkami.

poniedziałek, 12 maja 2014
chłodnik kolorem wiosny

v

Mimo, że temperatura nas nie rozpieszcza postanowiłem - robię chłodnik! Pola już obsiane, został jeno kawałek pod proso, to ziarno musi pójść w ziemię dobrze wygrzaną. Jeszcze chwila, jeszcze dzień, dwa i puści, Pan Bóg da słoneczku poświecić by oczy cieszyć. No ale revenons a nos moutons, czyli jak mawiają żabojady wracajmy do tematu. Bazą mojego chłodnika był kefir wyprodukowany przy pomocy grzybka tybetańskiego. To takie dziwne białe kuleczki, które się chętnie mnożą w mleku moich kóz. Odsączam przez sitko, byle nie metalowe po jednej dobie ich pracy i mam pyszny, lekko kwaskowaty, gęsty mleczny napój. Był tego litr, obrałem dobrą garść świeżych, ledwie co zebranych rzodkiewek, jakby mierzyć sklepową miarą - pęczek, zsiekałem je bardzo drobniutko, podobnie pięć kiszonych ogórków z mojej piwniczki. Twarde, jędrne, dobrze zrobione, na pewno i dzięki temu, że bez nawozu uprawiane. W tym samym czasie narwałem wiązkę boćwiny. Buraczki były malusie, ale nie one najważniejsze, ciąłem drobno łodyżki i listki, wrzuciłem do lekko posolonej wody i krótko zagotowałem by zmiękły. wtedy odsączone, ale nie do końca wrzuciłem do kefiru. Na to poszedł jeszcze młodziuchny koperek z ogródka. By towar zagęścić ugotowałem na twardo dwa gęsie jaja. Wiem, że nie każdemu dostępne, więc mogą być cztery kurze. Poszatkowałem na drutach w kółku i wrzuciłem. Wyjaśnię jednak dlaczego lepsze gęsie - ich białko po ugotowaniu twardsze i miło ustępuje pod zębami przy jedzeniu. Teraz pozostało jeno dosolić morską solą z Adriatyku i dodać świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Potrawa była gotowa. Jednak wydawać jej od razu nie należy. Niech sobie postoi przez minimum dwie godziny w zimnej spiżarni. Wtedy smaki sobą przejdą na wzajem, stworzą boską, gęstą masę pieszczącą podniebienie. Dodam jeszcze jaka przewaga mojego tybetańskiego grzybka nad zwykłym kwaśnym mlekiem. Otóż gdy zwykłe po kilku godzinach zawsze się rozdzieli, gęste na spód opadnie, wodniste pójdzie na wierzch. Mój nawet drugiego dnia będzie jednolity. Smacznego Wam życzę i idę znowu kilka łyżek tej witaminowej bomby spałaszować.

niedziela, 27 kwietnia 2014
przepis na chaczapuri

Udało mi się uprosić Anielkę by swój przepis na chaczapuri podała. Od razu zaznaczam żem na kolana padać nie musiał ani stóp całować, życzliwa pani. Tak więc jak dostałem tak i przekazuję, dodając jeno, że ślina jak jakiemu odyńcowi nadal mi z pyska ciecze na samo wspomnienie uczty, którą nam we Dworze Anielka i Michał sprawili.

"30 g drożdży

300 ml letniej wody

2 łyżki cukru

0,5 łyżeczki soli

3-5 łyżek oleju

Mąka

Ser taki jak mozzarella (ale nie ten z płynem), ja przywożę gruziński suluguni, jest lekko słony 100 g roztopionego masła Po 1 jajku na każdy placek

Wymieszać drożdże z wodą i cukrem, dodać tyle mąki żeby ciasto było jak gęsta śmietana. Odstawić na 30-40 min. Dodać sól, mąkę i wyrobić miękkie ciasto, wyrabiać ok 20 min, aż przestanie kleić się do rąk, dodać olej, wyrabiać jeszcze 5-7 min i odstawić na 40 min. Musi podwoić objętość. Podzielić ciasto na 3-4 części, rozwałkować, tartą mozzarellę wyłożyć na brzegi placków i zrobić wałek, żeby ser był w środku, a placek nabrał kształt łódki. Do środka też włożyć ser. Wstawić do piekarnika 200 C na 15-20 min, kiedy ciasto zrumieni się, wyjąc i posmarować roztopionym masłem, a do środka łódki włożyć jajko, piec jeszcze 3-5 min, aż białko się lekko zetnie. Przed podaniem wymieszać jajko z roztopionym serem."

Na zdjęciu pól łódki jeno, bo danie było tak apetyczne, że jeść się chciało od razu, a nie zdjęcia robić! A sos czerwony od buraczków powstał. 

gruzińskie smaki

Zjechali we Dwór goście. Przemili, przesympatyczni, to normalne, jak większość naszych znajomych, ale ci są jeszcze bardziej nietypowi. Małżeństwo to mieszane, on Poznańczyk z krwi i kości, solidny, postawny, ona filigranowa, wdzięczna Ukrainka o ślicznym uśmiechu. To jednak nadal nic nadzwyczajnego, rzecz inna - ONI PRZYJECHALI Z WŁASNYMI GARNKAMI A W NICH POTRAWY! Ludzieńki moi mili, jakie to były pyszności! Anielka, ona to bowiem była autorką tych cudów, wydała najpierw zupę, była to charczo. Niby pomidorowa, niby gulasz, a jednak różna. Wywar przygotowuje się na wołowinie, której kąski w niej pływają, do tego ryż i papryka paląca jak ogień. Całość ma konsystencję, nie zupy do której przywykliśmy a gulaszu. Były w niej mielone orzechy, mieszanka świeżych ziół z odczuwalną nutą kolendry, cebula i całe papryczki chili. Pyszności jednym słowem rzadkie, paliła w gardło, ale spłukany naszym, domowym dwuletnim winem smak nie walił na kolana. Zaraz za nią wjechała jagnięcina długo pieczona na wolnym ogniu z pestkami granatu i bakłażanem. Wiem, że o tym pisać nie powinienem, ale wylizałem i wyssałem z sosu talerz. Mięso rozpływało się w ustach, mięciusieńkie, kruchuteńkie, nasycone smakiem. Nie będę podawał przepisu, bom przy gotowaniu nie był, ale powiem jedno - takich gości to ja przyjmować mogę codziennie! Deseru nie było, bo zaraz po mięsie wjechało chaczapuri. Jeżeli nie wiecie co zacz, powiem tyle, że smakowitość niezwykła - ciasto zapieczone z serem, lekkie i puszyste, obramowane wyższym progiem, w środku zaś rozbełtane jaja całe, wlane w odpowiednim momencie by się zupełnie nie ścięły, tak w postaci wiedeńskiej w środku pływały.

Przyznaję, pełny byłem jak ta beka ogórków ale to też pożarłem. Anielko i Michale! Drzwi naszego Dworu zawsze przed Wami otworem. Następnym razem postaram ja się czymś zrewanżować, ale tak wdzięczną pomocnicę chętnie do roboty najmę!

sobota, 19 kwietnia 2014
zielone babeczki

Święta nadeszły! Niby czas gdy radość powinna zawładnąć sercem, jednak zmącona tak jakoś. Wina po stronie czarnych stron ludzkiego umysłu. Stare Bizancjum chce się nam w nowej formie narodzić. Są na tym świecie ludzie, którym nie starcza, że mają co do garnka włożyć, czym się przyodziać, zimą jak ogrzać i żyć wygodnie. Roi im się panowanie nad światem. Mój Świętej Pamięci Ojciec krótko przed śmiercią powiedział - synu na tamtą stronę nic ze sobą nie zabiorę, a tu chcę zostawić dobrą pamięć po sobie. Tak długo będę żył jak długo w sercach waszych mój dobry ślad zostanie. Święte słowa niestety nie dla wszystkich przeznaczone. Dlatego też patrząc na dzisiejszy świat smuteczkiem mi trochę wieje.

Nic to, zielony kolor nadziei, dlatego też Wam, Kochani takoweż babeczki perswaduję. Wziąć 25 deko ugotowanego szpinaku, drobno posiekanego, tyleż samo brokułu, dodać dwa całe jaja, doprawić solą morską, pieprzem czarnym, świeżo mielonym, dosypać czosnku niedźwiedziego, może być świeży koperek, dobrze wymieszać na jednolitą masę, dla jej lekkiego zespolenia dosypać trzy czubate łyżki startej bułki, tąż samą wysypać foremki muffinowe. Rozgrzać piekarnik do 150 stopni i włożyć na 20 minut. Potem temperaturę zwiększyć do 180 stopni i tak potrzymać 15 minut, po wyjęciu z piekarnika posypać startym serem, oczywiście grądzkim (!) i pozwolić się we własnym cieple wystudzić.

Babeczkę włożyć do koszyczka i pójść na Święconkę z jajem co początek życia zwiastuje. Życzę Wam wszystkim tego co najlepsze, byśmy następnej Wielkanocy w niezmienionym, może lepszym świecie dożyli, by nam naszej kochanej Ziemi nie wysadzili lont podpalając ludzie źli, co niedaleko naszych granic stoją, byśmy doczekali chwili gdy pokrętna demokracja wyłoni takich, na których warto będzie głosować. Dzielę się z Wami święconym jajeczkiem i zieloną babką. Alleluja! 

czwartek, 10 kwietnia 2014
czas postu okraszony zielonym śledziem

Wiosna pełną parą, moje pszczółki pracowicie znoszą pyłek, mirabelka już przekwitła,czas na śliwy i czereśnie, bogato się zrobiło w ogrodzie.

Pola już obsiane, została jeno kukurydza, zboża przezimowały, zapowiada się pełny sąsiek latem, ale cicho sza, gdy kto ma warsztat pod gołym niebem, wszystkiego może się spodziewać. W kuchni zaś czas dań lekkich, czekamy wszak na Wielkanoc gdy to stoły uginać się będą od dobra wszelakiego. Szynki już zrobione, jeszcze lekko się dowędzają, teraz odpocząć powinny. Tak więc w kuchni czas na śledzia. Tym razem był inny, ale taki, że palce do tej pory oblizuję. Moje Szczęście wzięło pół kilo dobrego solonego i wymoczyło go w serwatce tak by jej słodkości nabrał. Skroiła go potem w paseczki ładne i kształtne by do buzi pasował. W miseczce obok ubiła dwa wyciągnięte łyżeczką dojrzałe, miękkie avocado, skropiła sokiem z limonki, dorzuciła usiekanego koperku i dymki, wszystko zamieniła w lekki puch dosalając i dopieprzając do smaku, ubogacając ząbkiem zmiażdżonego czosnku, strumykiem cienkim wlewając w trakcie dwie łyżki dobrej oliwy, zimno tłoczonej ze słonecznej Hiszpanii. W piękną, zieloną masę włożyła śledzia i dała mu sobą przejść. W garncu ugotowały się ziemniaki w mundurkach, mączyste takie a kruche zarazem.

Wszystko gdy wydane zostało na stół znikło w mig i jakem wcześniej napisał, do teraz budzi  tęskne wspomnienia, żądając powtórki.

środa, 02 kwietnia 2014
placek z dobrociami

Zaniedbałem się, zaniedbałem, przyznaję bez bicia, piany zwłaszcza. Niemniej jednak przyczyna tego zacna. Otóż wszedłszy kiedyś do księgarni w mieście Gorzowie przejrzałem z przyzwyczajenia półkę gastronomiczną. Ku swemu zdziwieniu stwierdziłem, że na niej nie ma pozycji o serach. Była jedna sprzed kilku lat i to na dodatek tłumaczona z angielskiego. Pani książkowa zapytana, czy gdyby miała możliwość zamówienia takiej pozycji wykonałaby jakikolwiek ruch w tę stronę, skoczyła w powietrze za ladą. Ależ oczywiscie - stwierdziła radośnie. Brakuje takich polskich pozycji, poszłyby jak woda. No tom się zawziął i od pewnego czasu wraz z Moim Szczęściem pracowicie walimy w klawiatury komponując to wielkopomne arcydzieło. Przyjęliśmy następującą konwencję - żadna ramota, luźna gawęda, na dodatek pisana z dwu punktów widzenia - Mars i Wenus. Do tego często, gęsto przeplatana konkretnymi przepisami i radami jak zrobić to co my robimy. Na razie osiągneliśmy poziom jednej ósmej tekstu, do tego będzie mnóstwo zdjęć. Tak więc wcale się nie lenię, jeno pracuję.

We Dworze zaś spokój. Kozy się wykociły, owce takoż, krowy dopiero czerwiec, lipiec. Do posiana została tylko kukurydza i pola będą gotowe, ozimina przezimowała akuratnie, można czekać na plony. ja zaś w kuchni postanowiłem zerżnąwszy podstawy od Włochów upiec placek z dobrociami. Pizzą nie będę tego zwał, niech nazwa pozostanie w Neapolu czy Wenecji. Polacy nie gęsi, swój język mają będzie więc placek. Wziąłem połtora szklanki dobrej pszennej mąki 650, wyrzuciłem na stolnicę, w naczyńku czekały - sto gram dobrego oleju rzepakowego,tłoczonego na zimno, szklanka podgrzanej do 35 stopni serwatki koziej do której wrzuciłem 1/3 kostki drożdży świeżych, łyżeczka cukru, łyżeczka soli i nic więcej. Ciasto zacząłem pracowicie wyrabiać po kolei i powoli dodając serwatki. Stolnicę i ręce od czasu do czasu posypywałem mąką, do tego momentu gdy dobrze wyrobione przestało się kleić. Wtedy odłożyłem je do miski, przykryłem ściereczką i pozwoliłem jak to się u nas w Wielkopolsce mawia - garować. Tak stało ze dwie godziny. W tym czasie pokroiłem mięso z ugotowanego kuraka, paprykę wielokolorową,cukinię młodą, por w drobne plasterki by go potem sparzyć dla oddania nadmiaru goryczki. W miseczce ukręciłem sos z adżyki Mojego Szczęścia z dodatkiem mojego jogurtu, dosolony i dopieprzony do smaku. Nadszedł czas by ciasto powtórnie wyrobić, urosło pięknie, więc wyrzucone na lekko posypaną mąką stolnicę poddało się pracy moich rąk. Gdy już dobrze sprężynowało rozwałkowałem nie za cienko, ot tak na pół palca, okręciłem wokół wałka i wyłożyłem by się nie porwało na blachę lekko posmarowaną olejem. Najpierw poszło mięso, na nie por, potem papryka i plasterki mojego koziego solana, dopełnieniem zielona cukinia. Całość oblałem sosem, który barwy nadał. Blach poszła na 40 minut do piekarnika rozgrzanego do temperatury 170 stopni. W międzyczasie Moje Szczęście ukręciło sos z avocado z czosnkiem, który ślicznie współgrał i w smaku i kolorze. Do tego było zielone z roszponką, kiełkami rzodkiewki i ziarnkami.

Danie było pyszne to i szybko z talerzy znikło. Tak to i we Dworze sobie dogadzamy w przerwach między pracą.

niedziela, 09 lutego 2014
naleśniczki pyszotki

Ostatnio we Dworze było trochę ciężkiej kuchni. Była dziczyzna, była świńska karkówka, pieczenie soczyste, zawiesiste, smaczne i pożywne, ale długo na żołądku leżące. Tym bardziej, że sroga zima ustąpiła niespodziewanej wiośnie. Temperatura w dzień dziesięć stopni przebić potrafi. Tak więc i z Moim Szczęściem postanowiliśmy na obiad wydać coś lżejszego. Wymyśliliśmy naleśniczki i pomysł okazał się trafiony. Do miski poszło sześć całych jaj, do nich ćwierć litra serwatki i by ciasto było odpowiednio lejące sześć łyżek pół kopiastych dobrej mąki od Rafała Dendka, pszenicznej 650. Wszystko dobrze ubite z łyżeczką soli porcyjnym nabierakiem wylewane było na mocno rozgrzaną ceramiczną patelnię bez tłuszczu, za to ta ryflowana. Gdy ładnie się zeżółciło przerzucane na drugą stronę i odkładane, gotowe na talerz. Moje Szczęście w tym czasie kręciło farsz. W jego składzie białą słodka riccotta, do tego łyżeczka miodu lipowego, starte orzechy, wiórki kokosowe, sezam i insze bakalie do smaku. To było pierwsze, drugie powstało z pokrojonymi mandarynkami.Trzecie tradycyjnie z wanilią. Napakowawszy je, zawinęła naleśniczki w piękne kopertki, te włożyła w naczynie żaroodporne i danie poszło na 20 minut do rozgrzanego na 170 stopni piekarnika.

Ja w tym czasie przyniosłem z magazynku konfiturę z sycylijskich pomarańczy na nierafinowanym cukrze trzcinowym ze świeżym imbirem, jagody leśne w miodzie akacjowym

i wiśnie z gorzką czekoladą. To służyło za omastę. Danie znikało z talerzy w mig, tą proporcją pożywiło się nieźle osób cztery. Nikt głodny od stołu nie odszedł.

niedziela, 19 stycznia 2014
smaki dzieciństwa - wędzonka

Pamiętam jak mój dziadek, a było to lata,lata temu, na naszej działce letniskowej budował wędzarnię. Służyła mu do tego stara metalowa beczka. Wkopywał ją lekko w ziemię, odprowadzał trzymetrowy kanał, który biegł poniżej gruntu i kończył się paleniskiem. Góra beczki przykryta była lnianym workiem, w nacięciach mieściły się kije, na nich wisiało to co aktualnie było utrwalane. Mieszkaliśmy nad jeziorem, brałem wędkę, szedłem na noc z rosówkami, rano wracałem z węgorzami. Niektóre takie jak mój ówczesny biceps. Dziadek brał je wycierał w soli, gdy posnęły patroszył, wrzucał do zrobionej przez siebie marynaty. Na litr wody łyżka stołowa i jeszcze pół soli z Wieliczki, wtedy taka była. Dorzucał trzy łyżki kwiatu majeranku, łyżeczkę namoczonego przez noc kminku razem z angielskim zielem i jagodami jałowca, każdego po cztery. Tam sobie węgorz leżał w chłodzie przez dwa dni przyduszony kamieniem by nie wypływał. Potem odsączony i dobrze wytarty szedł do beczki. Dziadek był zwolennikiem zimnego dymu. W palenisku leżało kilka szczapek pozostałych po przerzedzaniu ogrodowej jabłoni, te zaś przykrywane były zrębkami z wiśni i gruszy. Pracował nad beczką też dwa dni. W nocy palenisko stygło by rano znowu się rozniecić. Temperatura w momentach najwyższego płomienia nie przekraczała 40 stopni. Wyjęta z beczki ryba rozpływała się w ustach. Tak samo dziadek postępował z boczkiem, ten musiał być gruby, dobrze poprzerastany, mięsny. Dziś gdy wspominam tamte czasy, łzy się do oczu cisną. Zawdzięczam Jemu łatwość z jaką dziś produkuję utrwalane sery, szynki i polędwice. No i teraz co mnie spotyka ze strony brukselskich urzędasów. Pomysłów dziadka realizował już nie będę bo podobno niezdrowe a oni o moją kondycję dbać gotowi. Tyle, że znajomy lekarz tak na ucho rzekł mi, iż jednorazowe zjedzenie kilograma wędzonki odpowiada wchłoniętej przez ludzki organizm ilości substancji smolistych z jednego papierosa. Widział kto kiedy Gargantuę co takie góry ucztując za jednym razem pochłania? Tak mnie się wydaje, że jak n ie wiadomo o co chodzi, chodzi zawsze o jedno. Jakiś jeden czy drugi międzynarodowy koncern sporo się obłowi na sprzedaży kąpiółek do kiełbas, które sprawią, że będzie się nam wydawało, że naturalne jemy chemię pochłaniając. Zaś ci co już na naszym rynku siedzą karmiąc nas skrawkami zwanymi MOM a potem na parówki przerabianymi, tłuste swe łapki zatrą. Ich lobbyści w Brukseli konkurencję im przerzedzą. Oświadczam, że jak przez nieudolność rządzących zniknie oscypek, odejdzie wędzona, polska śliwka, zaczną upadać małe, tradycyjne masarnie, to również wyparuje taka jedna polska partia mieniąca się obrońcą interesów polskiej wsi.

środa, 15 stycznia 2014
smaki dzieciństwa - plyndze

Wychowywałem się w tych dziwnych czasach gdy nie kupowano a załatwiano. Człek bez znajomości nie żył, królową balu była biuściasta i biedrzasta pani z mięsnego. Lepsze obiady to była niedziela, kiedy zgodnie ze zwyczajem przy stole spotykała się cała rodzina, posiłek był celebrowany, nikt się nie spieszył, każdy kęs był prawidłowo rozdrabniany bo przecież tak trzeba. Rodzice -  obydwoje lekarze, dbali o zdrowe zasady. Tydzień w tych sześciu dniach był siermiężny i ubogi. Ojciec często brał dyżury, więc go nie było, mama na drugi etat pracowała w spółdzielni gdzie zakładała plomby. W domu była babcia, sprawdzała się zasada rodziny wielopokoleniowej, ona sprawowała kontrolę w kuchni, a czyniła to niezwykle zacnie. Częstym gościem na naszym stole były wielkopolskie plyndze, czyli tłumacząc z naszego na wasze - placki ziemniaczane. Babcia pracowicie tarła pyrki na tarce, najlepsze były leniny, takie o czerwonej skórce, kupowane na targu od bambra.Efekt lądował w misce na górze gromadził się nadmiar wody z krochmalem, który był ulewany. Do pozostałej masy babcia dodawała łyżkę mąki ziemniaczanki i takąż pszenicznej. drobno skrojoną cebulkę, soliła ale z umiarem. Na patelni rozgrzewany był smalec, gdy strzelał znaczy gotowy, rozlewała placki czyli plyndze. Nie mogły być zbyt grube, po brzegach robiły się brązowawe, na całości złotawe i dosyć zwarte tak, że można było je widelcem zdjąć z patelni. Na ogół babcia wydawała je posypane cukrem, od czasu do czasu polewane śmietaną. Zdarzało się też gdy robiony był remanent w lodówce, powstawał sos na bazie przecieru pomidorowego z pokawałkowaną drobno kiełbasą, jak po świętach szynką, częściej boczkiem. Ich smak pamiętam do dzisiaj, obojętnie jakiej wysokości była piramida i tak znikała w mig.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl