niedziela, 31 stycznia 2010
gołębie prosto w gębę

Przyjechało Moje Szczęście na wieś i od razu z propozycjami - gołąbki za nią chodzą i to szeregiem, jeden za drugim. Wszystko już ma, jeno kapusty zbrakło. Na to ja, że sprawy nijakiej nie ma, w spiżarni dorodna głowa z myślą o tych "ptakach" spoczywa. No tom sobie nagrabił. Liście dziel, obsprawiaj, bo nadzienia będzie dużo. Ona za farsz się wziena. W składzie ryż rzecz jasna, jeden dla psów poszedł, bo się rozgotował, urugwajski, drugi laotański w smak trafił, dalej boczek wędzony bez skóry,która na bok odłożona i śliczna karkówka w kostkę drobną skrojona.

To wraz z cebulą na patelnie poszło, by lekko zbrązowiało, doprawione jako zwykle czosnkiem niedźwiedzim, solą i pieprzem czarnym. Ryż zgodnie z moją wskazówką jeden do czterech godnie zmiękł. Liście obsprawiłem do kłębu, parząc je mocno. Szczęście grubości skroiło i bardzo zręcznie żadnego narzędzia ni sznurka nie używając zawinęła, by do brytfanny z drabinką na spodzie i z tąże skórką od boczku ciasno złożyła, liśćmi, które zostały szczeliny utkała i najsamprzód na piec złożyła. Gdy całość zawrzała, ciepło skręcone i trzy godziny wieczorem i jedną rano, na małem dochodziło. Wonczas gołębie delikatniuchno do innego garnca zostały złożone. Zaś skórka (miętka się zrobiła jak masełko), sok co wyciekł i liście do zmielenia poszły z dodatkiem pomidorów dwóch bez skórki i łyżeczek dwóch kminku całego i soli morskiej do smaku.

Tak sos do potrawy powstał pyszny wielce. Gołębie tak poczynione szybko znikać zaczęły w nienasyconych gębach lądując.

sobota, 30 stycznia 2010
pasztecikowe kopertki i cebulowa zupa

To i dom mój spotkał zaszczyt niemały. Zjechało się w ziemiańskie progi towarzystwo nie byle jakie, bo gourmandów pełne, gardeł dla kulinarii zasłużonych, a i w sieci znanych - Brzuchomoowca, Włóczęga i Wojtek Lewandowski. To i też przyjąć takich gości byle czem nie można było. Najsamprzód z piwniczki pokrojone w kosteczki sery wyszły, by pierwszy apetyt zaspokoić. Różne, różniste, dwu, trzy miesięczne, a i pół roczne między niemi. Kozie, krowie i mieszane. W czarkach wydana została zupa cebulowa mojego przepisu - najpierw tęgi rosół na nóżce i skrzydełku indyka z warzywami, przesączony przez sito na bok odstawiony, cebula w średnio grubą kostkę skrojona podsmażona na oliwie w towarzystwie czosnku świeżego, na koniec dobawiona suszoną krewniaczką. To lekko posolone i pieprzem doprawione w wywar poszło by razem przejść. Na dno czarek lekko skrojona mozzarella, na wierzch grzanka z chlebka wieloziarnistego. Nie powiem wdzięcznie danie przyjęte zostało. Do niego zaś poszły paszteciki, gdzie nadzienie z tego co po rosole zostało zmielone na lekko pikantnie chili doprawione, obwoluta z ciasta francuskiego w kopertki zamknięta, z wierzchu jajkiem posmarowana dobrze rozbitem.

Blachy porządnie masłem wysmarowane, by ciasto nie przylgnęło i całość na 200 stopni na półgodziny do rozgrzanego piekarnika. Pyszota niezwykła, kilka co ich łakomce zostawili do dziś na sztuki rozdzielam.

Do tego poszło wino młode z piwniczki wyniesione, mimo, że owocowe na żytnim zastawie uznaniem ze strony takiego znawcy bachusowych napoi jak Włóczęga się spotkało. Ufff, pochwalili, zżarli, ciekawą bajdą poczęstowali. Niedość tego bo Brzuchoomowca ze swego pojazdu dwie skrzynie wyciągnął a one serów zagrodowych pełne. Tak więc było nad czem do nocy późnej gawędzić. Śnieg sypał, cisza jako aksamit się słała, dom zacnych gości pełen. Czego można chcieć więcej.

czwartek, 28 stycznia 2010
fasola co z Bretanią nie ma nic wspólnego

To i mnie na wsi zasypało. Chciałem ci ja do miasta, a traktor w sukurs wzywać musiałem. Tam gdzie pola gołe nawiewało zaspy na pól metra. przejechać nijak nie da rady. Za to zwierzyna ma się lepiej, konie chętnie na godzinę wychodzą by pobiegać, śnieg im niestraszny.

Ja zaś fasolę do garnka wrzuciłem, kilo Jasia Głupiego, dużego, dorodnego, na to kilo kolorowej, brązowej w plamy białe. Tak sobie stała noc całą, lekko posolona, rano zaś na powolnym ogniu przez godzin kilka dochodziła. Jako towarzysza dostała kilo skrojonego w kostkę, lekko przesmażonego, wędzonego boczku, cztery cebule drobno usiekane i zeszklone i prawie kilo karkówki przerośniętej, też zdrobionej i zrumienionej. Razem smakami na się przechodziły, wzbogacone majerankiem, czosnkiem niedżwiedzim i odrobiną curry. Na ozdobę dostały takoż lekko przesmażonych pomidorów bez skórki z sokiem. Ot i wszystko, tajemnica jedna by dobrać taką ilość wody od początku do moczenia by jej dolewać nie trzeba było.

Za ustroju, jedynie słusznie minionego zwano ją fasolą bretońską, mimo, że ponure Francuzy w atlantyckiego wybrzeża nic na ten temat nie wiedzieli. ja jednak zimową porą bardzo ją sobie chwalę, syta, grzeje i najlepsza gdy w garncu dno pokazuje, wielokroć podgrzewana na dobroci zyskuje.

wtorek, 26 stycznia 2010
Szpinak z dobrociami różnymi

Wspomniał był Ziemianin, że szpinakowi z pomidorami należy się opowieść osobna. Opowieść tę czynię niniejszym. Szpinak wzięłam,  niestety nie z własnej hodowli (próby podejmowałam jednak ptactwo domowe bardzo sobie mój warzywnik upodobało, zaprzestałam więc rozmachu i pozostałam przy klasyce warzywniakowej, której i tak nie udaje się dotrwać do pełni rozwoju), mrożony, ale za to liściasty. Skroiłam pomidory, paprykę żółta, dla koloru i oliwki. Do gorącego szpinaku na patelni dodałam wymienione wyżej ingrediencje i smażyłam na oliwie, nie za długo, tyle tylko, żeby woda z pomidorów wyparowała (niestety zimowe pomidory za dużo jej mają). Całość doprawiłam zmiażdżonym czosnkiem, brązową solą morską (nowy nabytek), a i to niedużo bo oliwki słone były i jak zwykle czosnkiem niedźwiedzim.

Po usmażeniu wymieszałam ze usiekanym  koperkiem i po przełożeniu do salaterki, posypałam świeżą bazylią.  Lubię szpinak i lubię z nim eksperymentować. Ten eksperyment był całkiem udany.

niedziela, 24 stycznia 2010
słodko ostre smaki we francuskim cieście

Zima to jednak dobra pora roku jest. Chodzę ci ja i myślę. Co i raz coś nowego do głowy mi wpada. Ponieważ gość serdeczny się zapowiedział postanowiłem go uczcić pysznością jakowąś co to by i domowników i jego zaskoczyła. Tem bardziej, że osoba owa nigdy z pustymi rękoma w dwór nie zajeżdża, a zapowiedziała placek z wiśniami, sam już ślinkę budzący.

No tom wziął wieprzową polędwiczkę i dwa kotlety schabowe, pierwszą skroiłem w plasterki nie za grube, drugie poszły w kosteczkę. Na patelni z olejem ryżowem uprażyły się przyprawy - curry, czubrica i odrobina soli selerowej. W to poszło mięso gracko w oranżu je oblepiając, lecz jeno na krótko, tylko by z wierzchu warstwę ściąć.

Ziemniaczki obrane ,skrojone w talarki cieńkie, wzbogacone zieloną fasolką, papryką i kukurydzą takoż lekkiego brązu na patelni dostały, Na nie czosnek niedźwiedzi i prowansalskie zioła. Obok starty w piórka czekał praojciec wszystkich serów - panir. Forma tortowa wylepiona została ciastem francuskiem, przedtem oliwą przetarta, na spód ziemniaczki z warzywami poszły, za niemi mięso, na to ser.

Teraz zaś clou programu - ananas w kostkę skrojony i jabłka winne w grubych plastrach. By nadmiar wilgoci odebrać poszło łyżek kilka mąki kukurydzianej. Tak zaś poczynione jako czapką nakryte ciastem takoż z Francji, te pokłute by powietrze puściło i do piekarnika na 180 stopni nagrzanego na 45 minut. Wygląd był imponujący, smak zaś taki, że sygnał po telefonicznej linii poszedł i Pióro z Krogulem chrusty dostarczając jako te ptaki drapieżne takoż się zleciały.

Szczęście Moje stół ubogaciło swoim rewelacyjnym szpinakiem z pomidorami, papryką, oliwkami i czosnkiem (temat na notkę osobną), jam sos pomidorowo-paprykowy z łyżką majonezu i dobrej śmietany dodał i tak to osiem osób godziwie się najadło jako że dom otwarty i nikt głodny stąd puszczonym być nie może.

sobota, 23 stycznia 2010
Arum smalc - czyli XVII wieczne jajca

Tak jakem obiecał sięgam do Compendium Ferculorum, by się przekonać jako to przodki jadali i czy w czas współczesny da się to przenieść. Probuję od rzeczy prostych by zrazu nie polec, a więc ARUM SMALC:

Miej dwie kielemce małe żelazne,przetretuj masło,a wlej w jedno masła tretowanego,wypuść całkiem z białkami jajec cztery albo pięć w naczynie osobne i posól trochę,a pieprzu daj. Wlej to na gorące masło, a gdy się od spodu podsmaży, odlej masło w drugą kielemkę i te jajca wywróć na to masło, a znowu smaż.A podsmażywszy, daj na stół ciepło, a pieprzem potrząśnij.

Ot i tyle, czy aż tyle. Nie miawszy kielemek wyciągnąłem dwie patelenki, takie w sam raz na jajek pięć. Najsamprzódem masło stopił i odszumował, na nie jajeczka poszły, białkowe baloniki przekłuwałem chyżo.

Gdy w całość się zwarło, masło odlałem przez sitko na drugą patelenkę, wywyrtnąłem wartko i dałem brązowieć ze strony drugiej. Masło całe jaja w się wciągnęły. Pieprzu dałem a jedynym odstępstwem było posypanie z wierzchu czosnkiem niedźwiedzim, który Szczęście moje uwielbia. Ludzie mościjewy - PYCHOTA W GĘBULI! Przodkowie wiedzieli co dobre, śniadanie było tak szybko znikające jak nigdy, a po zjedzeniu błogość wielka kawusią popchnięta. Dodam jeszcze, że na tychże jajek pięć poszło 100 gram przedniego masła. Ale przecie od czasu do czasu i gdy na dworze mróz trzaskający podmaślić sobie można.

czwartek, 21 stycznia 2010
dziękuję i zapraszam na jeszcze

Napisałem na gorąco i emocjonalnie, Szczęście Moje głowę mi zmyło. Tak więc wycofawszy się z goryczy tekst skasowałem i w jego miejsce - serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy złotówkę na mój blog wyasygnowali. Mam nadzieję, że kwota mała bo mała ale trafi do dzieci troski wymagających. Dziękuję i przepraszam wszystkich tych, którzy próbowali a których system odrzucił. Pewnie obrazu całości by to nie zmieniło, a jak twierdzi Szczęście Moje miejsce 14 też zaszczytem, ja jednak podkreślam, że dla siebie to robię, służąc radą tym którzy z rad skorzystać chcą i tych to właśnie zapraszam na jeszcze, a weekend będzie pierwsza próba kuchni staropolskiej. W pas się kłaniając, czapką powałę zamiatając, jeszcze raz dziękuję!

środa, 20 stycznia 2010
W końcu dotarła!!!

Paczka szła długo ale dotarła i nareszcie jesteśmy w posiadaniu "Compendium Ferculorum czyli zebranie potraw" autorstwa Stefana Czernickiego.

A tak o niej pisze wikipedia:

"Compendium Ferculorum albo zebranie potraw  to  pierwsza polska książka kucharska, wydana w Krakowie w 1682r. Jej autorem jest kuchmistrz wojewody krakowskiego Aleksandra Michała Lubomirskiego Stanisław Czernicki.

Książka składa się z trzech rozdziałów i zawiera 333 przepisy. W części pierwszej opisano potrawy mięsne, w rozdziale drugim umieszczono przepisy na dania z ryb, zaś ostatnia część dzieła zawiera receptury na potrawy mleczne. Rozdział trzeci tak naprawdę jest poświęcony gotowaniu nie tylko potraw mlecznych, ale i przyrządzaniu pasztetów, tortów i ciast. potrawy.

Każda z trzech części, oprócz stu głównych przepisów, zawiera też tzw. additament (uzupełnienie), na który składa się po dziesięć kolejnych receptur, dotyczących dodatków do opisywanych wcześniej potraw. Zwieńczeniem każdego rozdziału jest tzw. sekret kuchmistrzowski. W pierwszym autor podawał 100 sposobów na przyrządzenie potraw mięsnych oraz "dziesięć additamentów, condimentów do pieczystego dziesięć i sekret pierwszy kuchmistrzowski", drugi rozdział zawierał 100 sposobów gotowania potraw rybnych i również additamenta i sekret kuchmistrzowski, trzeci zaś rozdział poświęcony był potrawom różnym - mącznym, pasztetom, ciastom, majonezom, musztardom itp. Ten również zawierał "dziesięć additamentów" i "sekret trzeci kuchmistrzowski".

Dzieło nosiło dedykację dlaHeleny Tekli Lubomirskiej  żony Aleksandra Michała, u którego służył Czerniecki.

Ze współczesnych reprintów warto odnotować ten, który ukazał się pod kierownictwem Elżbiety Chodkiewicz-Przypkowskiej nakładem Oficyny Wydawniczej w Jędrzejowie w 2002 roku. Książka została wydana na papierze czerpanym, w oprawie skórzanej, w nakładzie 500 sztuk, przy czym każda z nich została opatrzona kolejnym numerem.

W 2009 roku nakładem Muzeum Pałacu w Wilanowie ukazała się edycja "Compendium ferculorum" zawierająca, oprócz opracowania tekstu, także obszerny wstęp, życiorys Czernieckiego, słownik terminów kulinarnych oraz szczegółowy indeks dań i produktów. Publikacja rozpoczęła edycje staropolskich książek kucharskich w serii "Monumenta Poloniae Culinaria."

Właśnie w internetowej księgarni Muzeum Pałacu w Wilanowie Szczęście Moje wyszukało powyższą smakowitość ksiegarską.Dzięki za to jej wielkie, a ponieważ przepisów ci tam mnogość to dla niej i gości zacnych gotował będę, oj będę!

wtorek, 19 stycznia 2010
a ja czniam, że niezdrowo - GOLONKA!

Zima na wsi przyjemna jest. Człek sobie przez okno popatruje, sikoreczki na gałązki skaczą, do zawieszonej słoninki podlatują, skubią na przemian z wróblami, że aż miło. Tak to i sobiem pomyślał, że skoro im dobrze, to i dlaczego mnie gorzej ma być. Wiem ci ja wiem. dietetycy zaraz gęby rozdziawią, że im by i wóz drabiniasty wleciał, że to niezdrowo, tucząco, cholesterolami zaraz postraszą. Diabła im tam za kołnierz! Robię swoje. Najsamprzód goloneczki w pół dobrze przecięte, by odprysków nie było na dziesięć dni w garniec kamionkowy poszły i przyduszone w solnej zaprawie, tej kamiennej, broń Panie Boże z jodem, jeno z kulami jałowca, angielskiego ziela i liśćmi co olimpijskie czoła zdobił w wieńcu poczywały. Bielusieńkie, już na sam widok pyszniutkie do kotła jak dzieciątka włożone powolutku sobie pyrkały, tak by mięsko od kości bez przymusu jakowego odchodziło a skórunia mięciusia w gębuśnej porcyjce na języku rozpływała się jak małmazyja jakowa.

Do tego ziemniaczki, uduszone, z brukselką, posmażone z boczusiem w kostkę skrojonem i chrzan i musztarda, abo i co jeszcze lepszego -generalska ćwikła z chrzanem teścia mojego, a dla zdrowotności kalafiorek na surowo. A że i on generał prawdziwy, co z tego że w spoczynku stanie, to i przysmak wartości inszej nabiera. Uch, niech mi tam powieści nie snują, że niezdrowe, Ziemianin od czasu do czasu musi cóś takiego przejeść by wiedział, że na wsi żyje. I do tego setuchna czystej wódeczki, mocno zmrożonej. Czniać konowałów, człek tym jest co zji, a że wszystkożer, to i jak dobrze zjadł, to i pośpiewać może! Jadą goście jadą, koło mego sadu, do mnie nie zajadą, bo ja już tam nie mieszkam! Łoj dy rydy ucha!

Blog roku

Jeszcze tylko 84 godziny do końca  II etapu. Jeżeli ktoś jeszcze chce zagłosować na Ziemianina proszę o oddanie głosu na nr 7144 o treści A00220. Z góry dziękuję.

09:09, emka1216
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Kurczak wypchany dobrem wszelakim

Wczoraj byliśmy z Ziemianinem na zakupach, w nieodległym miasteczku powiatowym. Kiedy wchodziliśmy do marketu budowlanego (tak, tak marketu jednej z dużych sieci, które w ramach globalnej wioski są wszędzie), w celu nabycia materiałów niezbędnych do remontu kolejnego kawałka naszego domu,  poczułam dolatujący z budki pod tytułem „Gastro Viola”, zapach pieczonego kurczaka. Ślinka mi pociekła i zapowiedziałam szanownemu, że dzisiaj na obiad kurczak będzie, którego zakupiwszy po drodze do domu.  Jak zapowiedziałam, tak i zrobiłam.  Po drodze wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionego sklepiku z „prawdziwym” drobiem i nabyliśmy dużego, wypasionego kuraka. W tym miejscu wtręt: jako jednak mieszczanie kur z naszego kurnika, które domownikami są, wychowanymi na memełonie, nie jadamy.

Na początek przygotowałam farsz, składający się z wątróbki usiekanej, jabłek w niedużych kawałkach, cebulki drobno pokrojonej i papryki,  który doprawiłam odpowiednio na ostro, jak zwykle posługując się pieprzem Cayenne i czosnkiem niedźwiedzim. Nawiasem mówiąc dyskusja z graza04 pod wpisem Ziemianina dotyczącym karpia, przekonała mnie ostatecznie do tej przyprawy. Częścią farszu wypchałam kuraka, którego uprzednio marynowałam w oliwie z czosnkiem świeżo ukręconym i innymi przyprawami, a to co zostało przeznaczyłam na sos do niego.


W brytfannie położyłam drobiowe zwłoki, obłożyłam jabłkami, plastrami cebuli, plastrami gruszki, orzechami i posypałam płatkami suszonego czosnku. Na dno pod ruszt, wlałam odrobinę wody. Najpierw, żeby farsz puścił soki i mięso wilgotności nabrało, dusił się na parze jakiś czas pod przykryciem. Następnie przełożony (wraz z wymieszaną z sokami resztą farszu z dna brytfanny i kawałkami owoców i cebuli)  na tę płytszą część brytfanny,  opiekał w piekarniku. Po upieczeniu przeniosłam zwierza na talerz, a do farszu wymieszanego z sokami puszczonymi przez owoce i cebulę, wsypałam warzywa mrożone i wszystko to po zawrzeniu i lekkim odparowaniu doprawiłam chili  i tabasco, kilkoma kawałkami sera pleśniowego i niedużą łyżką śmietany dla złamania smaku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obiad wydałam podając kurczaka i osobno warzywa w sosie.  Chyba smakowało.

sobota, 16 stycznia 2010
sum pod serem

No i konkurencja się rozwija, stary a głupi, w bloki startowe mu się stawać zachciało. Teraz to i z telefonami dzwonią, że popierają, że kciuki trzymają. I tak z przyjemności skrobnięcia od czasu do czasu słów kilku olimpiada się zrobiła. Jako żem człowiek żywy i mówiący to i tem razem miasto tekstu samego nowaliję, czyli filmem wsadził.

A opowieść ciekawa bo i sporej sztuki dotycząca, czyli suma, którego obejrzeć na fotografii możecie.

Obsprawiony w filety zręczne został, skóra z jednej strony, a co z niem dalej to obejrzeć możecie. Gdy z piekarnika wyszedł, gdzie dwadzieścia i pięć minut poczywał, na talerze poszedł,

skądy z wielką smakowitoścą, wraz z pieczonemi ziemniaczkami wydany jako błyskawica ulotna zniknął, bo malizną czuć go było, tem bardziej, że wzbogacony dobrym białym winem, a to z okazji urodzinowej Szczęścia Mojego. .

środa, 13 stycznia 2010
wątróbka w mandarynkach, ziemniaczki pod serową pierzynką

Śnieg ci już nie prószy, ale na bokach hałdy na człeka wysokie leżą. Dojechać na wieś trudno, niemniej jednak przyjacielstwo z maturalnej klasy zwabione bogactwem nalewek stawiło się w nadzwyczaj dużym gronie. Wspominać było co, łby siwe, niektórym mięśnie piwne powiększyły się znacznie, ale dusze zostały młode. Tak to i menu tego grona musiało być godne. Dwa kilo przednich kurzęcych wątróbek poszły na patelnię, na ryżowym oleju, rozciągniętym masłem, rumieńca nabrały z każdej strony. Wonczas do formy zrzucone do towarzystwa dostały kilo mandarynek obranych i w pół skrojonych, banany dwa, ćwierć kilo suszonych węgierek bez pestek w paseczki zrobionych i na formę razem, lekko soli, majeranku i pieprzu, ta zaś do piekarnika na 150 stopni ustawionego by smaki nie za szybko się przenikały. Na drugi poziom zaś poszły ziemnaki w piwniczce zimujące, obrane, w talarki skrojone, posypane lekko morską solą, prowansalskimi ziołami z jeszcze dodaną bazylią, przykryte na pół centymetra skrojoną własną mozzarellą, tym od oryginału się różniącą, że nie z bawolego a krowiego mleka uczynioną. Do tego na stół poszły podgrzybki własnoręcznie marybiwane, pieczarki z octu, oliwki i sałatka grecka z fetą własnoręcznie przez Rezydenta uczyniona, a także kalafior na surowo, o którym już pisałem, tym razem bardziej na ostro przyprawiony i kurkumą zżółcony.

Towarzystwo, któremu w gębie nie zasychało, bo trunków wszelakich nie brakło, chybko na posiłek się rzuciwszy pobojowisko jeno za sobą zostawiło. Wieczór pewny do kolekcji wspomnień zaliczyć można i na taki albo i lepszy czekać.

wtorek, 12 stycznia 2010
KONKURS

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2009 w kategorii Moje zainteresowania i pasje (blogi tematyczne)

Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści A00220 na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto.

Zamieszczam ten wpis, bo skromność (hi, hi) Ziemianina nie pozwoli mu samemu tego zrobić.



17:44, emka1216
Link Komentarze (8) »
lekkostrawna kolacyjka z warzyw

Ponieważ na wsi naszej zaspy poszły na drogi, tak że koniom po brzuch, w dworze ciepluchno jako w uchu, gady nakarmione też nieruchawe, to i do kuchni zajść można. Szczęście Moje myślało, myślało i w czyn ten proces skomplikowany przekuć postanowiło by co lekkiego na kolację zjeść. W spiżarni pory leżały, to je cienko skroiła, obok papryka takoż pod nóż trafiła. Na patelni olej ryżowy skwierczeć począł, przesmażyła doprawiając czosnkiem niedźwiedzim, lekko solą morząc i pieprzem z Cayenne. To jej jednako mało było, dorzuciła fasolę czerwoną ugotowaną, na to dała skrojone w kosteczkę pomidory bez skóry. Podrzuciła płatków czosnku, cebuli prażonej i wena uciekła.

Całość pyszna by była gdyby to nasz letni pomidor by w niej kólował, słońcem nabrzmiały. Ten zaś użyty kwas zbyt mocny narzucił i dominował. Tom i ja na ratunek posiłku tete a tete wezwany został. Dzielniem zaprawił patelenkę gęstą, świeżo zbieraną śmietaną. Ale i tak efektu nie było, poszły zioła prowansalskie, lepiej, cieplej ale nie to. W lodowni brakło zawsze obecnej żółtej Goudy, a rezydenta na ratunek wzywaćem nie chciał. On jeno mozzarellę mógłby podrzucić, a to na dziś nie był mój smak. Szare komórki grzały się z wysiłku, rozbiłem cztery jaja, odlałem białko,żółtka do zimnego, te zaś pod mikserem poszły na sztywno. Wonczas zapiekłem zmieszane pod przykryciem i wyszła delikatna poezja cichego wieczoru. Dla ozdoby octowe pieczareczki z grzybem leśnym i długaśna papryczka. Można było dzień kończyć, w łoże się kłaść, nocne koszmary niegroźne.

 
1 , 2
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl