piątek, 28 stycznia 2011
a na obiad pomidorowa i klopsiki
 

Za oknem zrobiło się biało, na drogach, tych bocznych znowu ślisko. Tak się zastanawiam czy to wróciła zima? Może tak być, przecie styczeń się jeszcze nie skończył. W polityce takoż posucha, nie mając co robić już o listach wyborczych zaczęli dyskutować. Najbardziej nieszczęśliwi ci co to z Brukseli chcą ich wodzowie  z powrotem w domowe pielesze usadzić. A przecież tam kasiorka większa i innego powietrza niż na Wiejskiej można się nawdychać. Nic to ja tem czasem zdrowym tokiem idąc tym razem pomidorówkę uwarzyłem. Złote jabłka mam w słoiki zaklęte i w piwniczce stoją, jak wyglądają tutaj zobaczyć możecie. Wyniosłem jeden słoik, zmiksowałem, dwa ząbki czosnku jeszcze dodając i wlałem w rosół, co stał od wczoraj. Do tego jeszcze łyżeczka japońskiego sosu sojowego, sól morska do smaku, w środek osobno ugotowany ryż basmati, na wierzch zaś koperek, którego pojemniczek pełen w lodowni stoi, a wyciągany i na zupę dawany smakuje jak świeżo zerwany latem. Przed rozlaniem do miseczek jeszcze dwie łyżki mojej śmietany i można się zachwycać aromatem. Uwagę jedną dodam, rosół po ugotowaniu dobrze trzeba przefiltrować i wtedy stać może, nie skwaśnieje. Warzywa Pani Matka wykorzystała do sałatki, którą teraz na śniadania jemy. mięso z ćwiartki i skrzydełek zręcznie odkostnione przemielone zostało, do tego dwie cebule zeszklone na gęsim smalcu. pieprz czarny do smaku, szczypta currry, garstka majeranku i świeżo pocięta natka pietruszk.To na jednolitą masę wyrobione w kotleciki poszło, te w bułce obtoczone i na oliwę dobrą rumieniec dostało.

 

Potem jeno ze świeżą bułeczką na zimno i ciepło schodziło aż miło.

czwartek, 27 stycznia 2011
wątróbka trochę inaczej
 

No i minął mi ten dzień, szybko jako błyskawica. Musiałem się kontaktować z KRUSem. Bóg mi miły, ale kiedy musisz się spowiadać z zawodowego życiorysu pot spływa po plecach. Niedość, że trzeba wyciągnąć swoje grzechy to jeszcze pokazać co robiła w przeszłości moja Małżona. No ale skoro trzeba, to trzeba. Niech żyje papierologia!tak więc kursowałem na linii metropolia a mój powiat. Gdym zlądował w domu czasu wiele nie stało a tu kiszki marsza grają. W lodowni na taki moment czekała drobiowa wątróbka przedniej jakości z określonego źródła. Dałem na patelnię trochę oliwy i gęsiego smalcu potem wątróbki oczyszczone z łączy i włókien.

 

Gdy zaczęły skwierczeć dostały dobrego curry, soli i czarnego, świeżo zmielonego pieprzu oraz pół łyżeczki tandori masala. zaraz potem doszła garść posiekanej w drobno śłiwki suszonej. Gdy wszystko przeszło swemi aromatami dołożyłem dwie gałązki trawy cytrynowej, która dała piękną delikatną, lekko kwaskową nutę. Na wierzch zaś poszły ugotowane przez Moje Szczęście warzywa na parze, które schłodzone leżały w miszeczce - kalafior, cukinia, marchewka i papryka.

 

By można było wszystko rozciągnąć dołożyłem dwie łyżki mojej śmietany. Wszystko poszło na talerz i z kromką bułeczki zniknęło jak sen złoty. Pani Matka w tem celu oderwała się na chwilę od robienia jarzynowej sałatki, ale to już inna historia.

wtorek, 25 stycznia 2011
pasztecikiem w spleen
 

Diabła tam z taką pogodą! Wiruje w tym kotle niemożebnie. Raz tak, raz siak. Teraz zaś na polu ciągnie smuta. Może wywołać chorobę angielskich arystokratów, znaczy się spleen, po naszemu to pogoda barowa, czyli można ją zapić. Oj niedobrze, słoneczko się schowało, promyczkami nie cieszy. Kiedym po urzędach się panoszył był to czas gdy ze swych jam wychodziły wszelkie dziwa co to je Ruskie promieniami naświetlali, abo co gorsza kosmici w garnkach mieszali i domagali się reakcji ze strony organów policyjnej pomocy. Co było robić, najcięższa robota spadała na świętujące dzisiaj sekretarki. One musiały spławiać natrętów. Dzisiaj już mi takie rozrywki nie grożą, innemi zająć się muszę by mnie chandra nie dopadła. Tak to i Pani Matka wymyśliła jarski pasztecik. Ugotowała osiem jaj, bo kury się nie lenią i noszą, do tego wyciągnąłem funt zblanszowanych jesienią pięknych grzybków, były prawdziwki, kozaki, trafił się podgrzybek. Wszystko to po rozmrożeniu i wody odlaniu przesmażyła z trzema dużymi cebulami. Gdy patelnia ostygła całość przez maszynkę przeszła razem z pęczkiem zsiekanej pietruszki i wyrobiona ręką zręczną. By masa konsystencji właściwej dostała posypana tartą bułką, solą morską mieloną i czarnym pieprzem. Potem już tylko do rynki wysmarowanej tłuszczem i posypanej bułką na pół godziny do piekarnika na sto osiemdziesiąt stopni nagrzanego.

 

By wierzch był piękniejszy dostał skrojonego w kawałki masła. Dzisiaj rano wydałem pasztet na śniadanie z bułeczką com ją dni temu kilka upiekł a świeża nadal. Polany został sosem z adżyki Mojego Szczęścia by jego delikatność z kaukaską ostrością zmieszać.

 

I gdzie ja mam czas na spleen.

niedziela, 23 stycznia 2011
Henryce Krzywonos sery na chwałę
 

Ludkowie moi rostomili, nie wiem czy pamiętacie dni obchodów rocznicy powstania Solidarności. Otóż w ich trakcie wstała duża Pani Henryka i powiedziała kilka słów prawdy takiemu jednemu co to kłamał. Ja w tem czasie byłem w trakcie produkcji moich ukochanych serów. Akurat większa partia dojrzała a ja je specjalnie dla mnie sprowadzoną czarną parafiną oblewałem by za dużo wilgoci nie traciły.

 

Tak mi się wypowiedź ówczesnej tramwajarki spodobała, żem ser nazwał KRZYWONOS. Z dugiej strony tak lekko chlipiąc wspominałem Maćka Kozłowskiego, który wtedy walkę z chorobą przegrał, ulubiony mój kozacki pułkownik. Dlaczego te wspominki? Otóż właśnie z pomocą Mojego Szczęścia znowu partię Krzywonosów szykujemy. Czarne jak diabły, ale w środku bielą świecą, dojrzałe ponad dwumiesięczne, podpuszczkowe na mleku niepasteryzowanym.

 

Pod dobre, czerwone winko wchodzą tak, że ich zniknięcia biesiadnicy nawet nie postrzegą dopiero gdy im ręka nad pustym półmiskiem zwisa.

sobota, 22 stycznia 2011
kurczak Mojego Szczęścia
 

Otóż Moje Szczęście lubuje się w książkach o dwu europejskich regionach - Prowansji i Toskanii. Drogą kupna natentychmiast gdy co się ukaże swoją bibliotekę tym wzbogaca. Tak też się stało ze "Swinią w Prowansji" niejakiej Georgeanne Brennan. Po kilku kartkach lektury znalazła kurczaka i zaraz sobie zażyczyła by zakrólował on na naszym, sobotnim stole. Pani każe, sługa musi. Spytałem się tylko tak na wszelki wypadek czy na pierwsze danie, jakby co nie wyszło mogę zupę podać. Królowa zadysponowała porową, tom i ją w formie kremu zadysponował, zaś że lubie poeksperymentować to ziemski smak pora złamałem trawą cytrynową, która daniu niezwykłej delikatności dała. Rosół bogaty przecedziłem, sześć białych szabel puściłem na malakser, cztery zaś lekko przesmażyłem na gęsim smaluszku w kostkę skrojone. Wszystko połączone zostało, zaciągnięte śmietaną stanowiło boskie entree do kurczaka. Ten oto wprzódy był natarty garsztką zgniecionego jałowca zmieszanego z morską, drobną solą i świeżo umielonym, białym pieprzem.

 

Na patelni gotowało się nadzienie - szczypior zsiekany, namoczone uprzednio suszone borowiki, blanszowane rydze, twarda bułka w kostkę pokrojona i namoczona w wodzie co po prawdziwkach się ostała. Kurczak łyżeczką pchany puchł niemożebnie. Ponieważ jeszcze trochę zostało poszło w obłożenie kuraka w brytfannie.

 

Nóżki szpagatem związane i już, pod kratkę trochę oliwy, piekarnik na 180 stopni nastawiony już czekał. Tam się z godzinkę prażył, nieco tylko wodą z czerwonym winem podlany.

 

Wyszedł kruchutki. mięciutki, aromatami nasączony. Do towarzystwa dostał pieczone ziemniaczki w plastrach i pyszną surówkę z naciowego selera, pietruszki,szczypiorku, koperku, brązowego cukru i pokruszonych laskowych orzechów, to wszystko polane sosem winegret.

 

Ludzie moi rostomili opłaca się czytać! Jak żony będą kupować takie książki, nie brońcie, korzyść jest wymierna.

P.S. Za własne kupiłam! Emka1216

piątek, 21 stycznia 2011
w tęsknocie za wiosną
 

Niebo zasnuło się chmurami, znowu człeka mora dosięga, cnić mu się zaczyna za słońcem, zieleniną na polu. Tak więc z Moim Szczęściem sprawilim sobie witaminowe śniadanie. Kury już postrzegają, że dzień idzie w długość i jaj więcej niosą, więc ich w spiżarni nie brakuje. Kilka dni wcześniej w specjalnym korytku, gdzie na dnie woda, fachowo będzie to hydroponika, legły nasionka rzeżuchy, które gdy na ciepłym oknie stały szybciutko dały zielone listki. Szczęście bardziej jest brzydliwe więc cięło nożyczkami i jeno czyste łodyżki na bułeczkę kładło,

 

ja zaś wraz z korzonkami, całe.

 

Do tego na czubek noża majonezu , różowej soli tybetańskiej, rzodkieweczki takoż. Pyszota niezwykła! Kolorystycznie do tego zestawu pasuje mój ser herbowy w kolorze rosee, smakowo delikatny, zostawiający jednak długi smak na języku, tak, że po chwili się chce następnego kęsa.Do tego jeszcze kolczaste  liczi.

 

Na polu szaro, mglisto, nasz stół kolorowy i ciepły.

wtorek, 18 stycznia 2011
sery prawdziwie dojrzałe
 

Kiedy wchodzę do naszej piwniczki po nozdrzach bije zapach, zapach boski, co to już człowiekowi od tysięcy lat towarzyszy - dojrzewającego sera. na polu pogoda dziwna, ciepło i wilgoci pełno, stąd też piwniczne, podłogowe cegły biją podskórną wodą, temperatura nieco się podniosła, ale nic niebezpiecznego, jeno na 15-16 stopni. Gomółki dojrzeją o kilka dni wcześniej, ale i tak ja moich dzieciątek wcześniej jak po trzech miesiącach od tatusia nie wypuszczę. Dam je tym co na równi z niemi Bachusa, gdzie indziej Dionizosem zwanego, kochają, bo do nich to najlepsze towarzystwo.

 

Te maluchy, co je na zdjęciach widać specjalniem robił, ziarno na małe było cięte, w dużej ilości wody płukane, potem zaś pracowicie ręcznie wygniatane by resztki serwatki oddało. Twarde takie, że jak kamieniem można rzucić. Pozostałe już dojrzałe z piękną skórkę, którąm wygłaskał, sam wypieścił aż lekkkiej szorstkości dostała niezwykłej smakowitości miąższ skrywając.

 

Wino też swoje lata ma big beatowe lata sześćdziesiąte pamiętające, ale do moich milusińskich możecie młodsze wziąć, też dobre będzie.

Tagi: sery wino
17:17, mag-43 , sery
Link Komentarze (14) »
Blog roku 2010

Ziemianin po raz kolejne bierze udział w konkursie na bloga roku. Jezeli przypadł Wam do gustu jego blog, zapraszam do głosowania. Żeby oddac głos należy na nr 7122 wysłac sms o tresci H00356 (00 oznacza zero zero) - 1,23 brutto. Pozdrawiam

 

Tagi: konkurs
08:38, mag-43
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
ser pieczony jak kotlecik

W trzewiach lodowni leżał sobie panir. To ser, ojciec wszystkich serów. Robi się go w niezwykle prosty sposób. Trzeba podgrzać mleko do temperatury 90 stopni, ani mniej ani więcej a następnie cały czas mieszając wlewać sok z cytryny, mniej więcej półtorej sztuki na litr, odstawić do lekkiego przestygnięcia, odłowić na chustę serowarską i dobrze odcisnąć. Ja wkładam do formy, po kilku godzinach odwijam z chusty i jeszcze mocniej odciskam. Gdy ser jest twardy zawijam go w folię spożywczą i wrzucam do zamrażarki. Potem w miarę potrzeby wyciąga się go gdy najdzie ochota na jarską formę obiadową. Moje Szczęście nadal cierpi na ciągnące się od dłuższego czasu wrzodowe dolegliwości, to i czas na panir.

Na parze ugotowała warzywka - cukinie, marchewki, białe części pora, papryki, seler i kalafiorki. Do warzyw przysposobiła sosy z mango (na ciepło) i z avocado (na zimno).

Do podgrzewanych warzyw dodała sos z mango i wymieszała wszystko razem. Dodatkowo w małej miseczce był jeszcze koperek w sosie winegret. Panir pokrojony na plastry grubości małego palca poszedł na średnio rozgrzaną patelnię bez tłuszczu i lekko się zezłocił.

Podany z warzywkami i polany sosem koperkowym stworzył królewskie danie.

Tagi: panir ser
16:34, mag-43 , sery
Link Komentarze (10) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Felixiany kolejne jarzynkowe wariacje czyli terrina cukiniowo-warzywna

Jak zwykle niezawodna Felixiana, nadesłała nam przepis, przy którego czytaniu ślinka cieknie. Aromaty bazylii i pietruszki przenikają przez ekran komputera wywołując realne wyobrażenie doznań smakowych. Poczytacie to przyznacie mi rację. Zapraszam:

 

„Moje niesłabnące gorące uczucia do wszelkiej maści warzywek podsunęły mi kolejny sposób na lekkie, a sycące danko i w dodatku mieniące się kolorkami na talerzu jak lubię.

O tej porze roku ciągle są dostępne młodziutkie cukinie (wolę nie kombinować gdzie one tam sobie rosną i dojrzewają, ważne że są i śmieją się na zielono). A że to jedno z najulubieńszych moich warzyw, to i pomysłów mam zawsze kilka jak je przyrządzić.

 

Na początek do rondla trafia drobno posiekane 3 cebulki i 4 ząbki czosnku, żeby na na przedniej oliwie pięknie się zeszkliły. Rychło do towarzystwa dochodzą 3 cukinie pokrojone ze skórką (dla koloru) w półtalarki i wszystko dusi się parę minut. Po czym całość wędruje do michy, żeby gorącość oddać zanim trafią inne ingrediencje.

 

W tym czasie trzy większe marchewki skrojone w plasterki blanszują się przez 5 minut we lekko osolonym wrzątku z dodatkiem pół łyżeczki cukru. Wyjęte na miseczkę do ostygnięcia czekają na swoja kolejkę. Równocześnie rozmrożony i odsączony szpinak trafia na patelnię i dosmaczony czosneczkiem i solą poddusza się na 2 łyżkach oliwy extra virgin i też czeka, aby trafić w odpowiedniej chwili do potrawy.

Teraz kolej na serek i przyprawy. Osełka dobrego białego serka rozdrobniona w salaterce wraz z 4 jajkami, 3 łyżkami bułki tartej, posiekaną zieloną pietruszką i bazylią (najlepiej swieżą w ilości ok. 10 listeczków), doprawiona czosnkiem niedźwiedzim, curry, solą i świeżo zmielonym pieprzem czyni wspaniale pachnącą masę, która trafia do ostudzonej cukinii.

 

Tutaj muszę się pochwalić jak pięknie mi rośnie podarowana i przywieziona z wakacyjnego pobytu w Waszym zaczarowanym ogrodzie bazylia. Nawet kwitnie o tej porze roku! Co za zapach!

Teraz połowa przygotowanego misz maszu cukiniowo-serkowego spoczywa sobie w foremce dowolnego formatu (choć przecież terrina to nic innego jak pasztet, więc niby powinna być przygotowana w prostokątnej pasztetowej formie). Ale ja zrobiłam w kwadratowej ze względu na większą ilość i też dobrze wyszło.

Na to układa się wdzięcznie zblanszowana marchewka, potem kontrastowo ściele się szpinak, a potem przykrywa kołderka z drugiej części masy cukiniowo-serowej.

 

Całość trafia do piekarnika rozgrzanego do 200 st. na 30-35 minut, a potym czasie układa się wygodnie na górze starty (lub nie) żółty serek, wędruje jeszcze na 3-4 minutki do gorącości i dzieło gotowe.

I teraz zdradzam niewierność przepisowi, który znam. Mianowicie forma powinna być w zasadzie wstawiona do kąpieli wodnej i tak się nasza terrina powinna w niej wygrzewać jakieś 50 minut, a potem już wyjęta z "kąpieli" jeszcze jakieś 15 minut dochodzić swego w ciągle gorącym piekarniku.

Ja jednak czasem niecierpliwa bywam i wstawiłam jarzynkowe danko od razu do suchego piekarnika. I też się udało, a niecierpliwe i zgłodniałe brzuszki nie musiały tak długo czekać na obiadek.

Pyszności dopełnił sosik z reszty wody z duszenia cukini, 2 łyżek śmietany, 2 łyżek przecieru pomidorkowego (domowego), odrobiny cukru, soli i pieprzu.

Uśmiech nr 5 zdobił oblicze domowników po zjedzeniu danka, czyli musi co dobre było :-))

felixiana”

piątek, 14 stycznia 2011
cud uznany, przepiórki nie ożyły
rom kulinaria 2010

Siedzę ci ja na tej mojej wsi i przez okno na świat patrzę. Dzieje się tam, dzieje, głupot wiele. W tył głowy co poniektórzy strzelają, inni pewni spraw pochówku nie są, bo im się waga nie zgadza. Ludzie moi mili, kraj ten jeno w pogrzebowych tematach grzęźnie, zamiast Młodości dodaj mi skrzydła! Niech nad martwym wzlecę światem - to tu pod ziemię włażą i tam paluchami grzebią. A to, żeśma jako naród ostatnio wzbogacieli i żyje się nam lepiej, to nieważne? Byle to utrzymać, a pracować nad tym mocno trzeba, co prawda bałwany też się zdarzają, jak niejaki pan Cezary G.,  którego nazwisko też do pogrzebu ciągnie jednak uratował tyłek by naszych znowu nie przewieźć na Wielkanoc. Jak to już pisałem dzieje się dzieje, tak jak i w mojej kuchni. Cuda innym się zdarzają, co mądrzy w piśmie potwierdzają, moje przepiórki znowu poszły do obróbki.

Najpierw dzień jeden leżały w marynacie sporządzonej z pysznej oliwy z octem balsamico di Modena, do tego kurkuma, pieprz z Cayenne, czosnek niedźwiedzi, sól morska, suszony czosnek zwykły.

Po tym zabiegu ubogacone zostały mandarynką do wnętrza, jabłkiem winnym i w rękawie wylądowały znowu plastrami jabłka obłożone.

Czas im w piec na sto dziewięćdziesiąt stopni, tak minut czterdzieści. dalej by rumieniec wyszedł, już bez folii minut kilka i na stół. Ja jak Król Staś Poniatowski, niewiele za to wikwintnie, a Moje Szczęście jak może to mi sekunduje. Zima, to i bawić się można.

czwartek, 13 stycznia 2011
w moim krupniku zamiast MAK-u kasza

No i wrze to polskie piekiełko, na smole bańki pękają, bryzgi idą, lepiej koło kotła nie przechodzić. Wielkomocarstwowa Anodina wrzuciła rozpałkę w to naładowane emocjami palenisko. Winni bo wylecieli, winni bo podjęli decyzję o lądowaniu, Generał - pijak. No i racji w tym dużo, ale prawdy źdzbło mniej. Ja w domu mam eksperta stalowego wodza, co to lata już na emeryturze ale przedtem kilka tysięcy godzin spędził w powietrzu, niedość tego przed odejściem w stan spoczynku tworzył zasady bezpieczeństwa w ruchu lotniczym, w tym wojskowym i gdy mówi to wie co. A rzekł - za moich czasów kapitanem takich statków, z takimi pasażerami był conajmniej pięćdziesięciolatek, pułkownik, z wylatanymi więcej niż pięcioma tysiącami, o określonej stabilnej psychice, nie poddający się jakimkolwiek wpływom, ceniący życie, nie karierę. taki nie wpuściłby do kabiny ani w czasie startu ani lądowania nawet Pana Boga, załoga zaś działać musiała jak palce jednej ręki. Gdy takich ludzi zabrakło musimy szukać winy po rosyjskiej stronie. Czy to oni zmuszali nas do przylatywania do Smoleńska? Nasi notable lądowali tam nie raz, za każdym razem na własną prośbę, lenistwo ich rozpierało, czasu nie mieli by na przykład samochodami dojechać ot z Witebska. Lotnisko jakie było każdy wiedział, że kiepskie warunki to już w Warszawie wróble ćwierkały, ale lecieć trzeba samolot od VIP-ów aż w nitach strzelał. Tylko gdyby nawet tym polskim kozakom się udało to do Katynia taksówki by sobie zamówili? To, że kontrolerzy po gaciach robili prawda, wiadomo przecie, że żaden zupak nie wyda rozkazu obcemu wodzowi by precz sobie poszedł, taka bizantyjska mentalność. To załoga podjęła decyzję o siadaniu, to oni licząc na przyszłe awanse podjęli ryzyko, nie kto inny. Taką to gorzką pigułkę przyjdzie nam połknąć. A że MAK nie chciał jej nam posłodzić rzucając na ofiarę jakiegoś czynownika? No coż powiedziała Anodina Klichowi- małe państewko jesteście, u nas katastrof mnogo i raboty mnogo.Tak to i się skończy a my przed światem na śmiech wyjdziemy. Smutno mi Boże więcem sobie krupnik uwarzył. Rosół z dnia poprzedniego na kurze i wołowinie dobrej porządnie był odcedzony.Pani Matka wzięła i trzy pietruszki w kostkę skroiła, obok tyleż marchwi, seler nie za duży i dwie białe pory, do tego cztery ziemniaczki takoż.

Na pierwszy ogień poszła marchewka. Z dnia poprzedniego po smażeniu rydzów zostało mi sklarowane masło. Na nim to ona się popróżyła lekko posolona z łyżeczką trzcinowego cukru.

Gdy gotowa w garnek, za nią pietruszka tylko z solą, za nią ziemniaki i seler oraz por. Wszystko to zrumienione na złoto wzbogacało rosól. Kasza mazurska, szklanka pełna,przed gotowaniem też przeszła przez patelnię. Niecałe pół godziny wszystko razem pracowało zaciągnięte moją śmietaną z dodanym zielonym groszkiem. Na wierzch jeno drobno zsiekany koperek i koniec. Warzywa były al dente, zupa tchnęła aromatem spokoju. A więc Pax Vobiscum, niech nad Smoleńskiem cisza zapadnie.

wtorek, 11 stycznia 2011
chleba powszedniego oddam Ci Bracie Żydzie

Nie wiem, ostatnimi czasy znowu żyję w rozdarciu. Jan Tomasz Gros budzi demony. Ja przywiązany teraz do ziemi a on o żniwach, ale innych niż te, które latem mnie czekają. To co znam z rodzinnych przekazów to tradycja Kmicica i Zagłoby, ryt Sienkiewicza. Ojciec, członek warszawskiego Kedywu wykonujący wyroki na szmalcownikach, dziadek - farmaceuta pomagający z pełnym sprytem kolegom z zawodu a innego wyznania. Z mlekiem matki piłem tolerancję dla innych, czy rzecz dotyczyła innego koloru skóry, czy wyznania. Ojciec - wychowanek jezuitów z Chyrowa, najmilej wspominał czasy szkoły powszechnej w Równem, gdzie zamieniał białą bułkę z masłem i szynką na czarny chleb z cebulą i czosnkiem, które to obiekty oboje on i pejsacz pożerali w kącie by nikt ich nie złapał. Teraz dowiaduję się, że większość mojego narodu w czasie wojny to łotry, które współuczestniczyły w mordzie, chłopi doprowadzający setki tysięcy niedawnych sąsiadów w ręce niemieckich żandarmów by zagarnąć resztki ich dóbr. Czasami nawet mordujący w mroku świńskich chlewików łopatą, wrzucając potem truchła w gnój. Nie wiem, sam nie wiem co mam o tym sądzić. Niedawno przeżywaliśmy katharsis Jedwabnego, to niedaleko Wizny i Jarnutów gdzie mój ród siedzi od czternastego wieku. teraz szykuje się nam kolejna ekspiacja. Przyznam się szczerze, że wolałbym naprzód iść, zamknąć za sobą odrzwia historii, ale tu przez dziurkę od klucza umykają demony. Dlatego też rozdarty piekę chleb dla Ciebie Bracie Żydzie. Połam się nim ze mną siądź przy jednym stole. A było to tak - niecały kilogram mąki pszennej, grubej, do dopełniania całości trochę żytniej, dwa opakowania drożdży piekarniczych, łyżeczka cukru i soli jedno jajo, dwie łyżki czosnku niedźwiedziego, jedna ziół prowansalskich, trochę curry, szklanka mleka i dwie łyżki oliwy pierwszego tłoczenia, jak potrzeba to wody. Teraz trud mnie czekał pracowitego wygniatania by wszystko w jedną, lśniącą masę się połączyło. Po godzinie ciasto odłożone na dwie godziny w cieple pod lnianym obrusikiem odpoczywało. Wyrośnięte znowu rękami przepracowałem tak by powietrza w środek dostało. Znowu z pół godziny dałem spocząć ale już ukształtowane w bochenek. Potem poszło do rozgrzanego na 190 stopni pieca na pieczeniowym papierze, piec wodą spryskany, takoż i bochenek i tylko ze czterdzieści minut czekać zostało na efekt. Zapach był boski, w piecu jeszcze pozwoliłem wystygnąć.

Pozwól Bracie bym Ci go dał w darze jeśli członkowie mojego plemienia zawinili.

sobota, 08 stycznia 2011
ot, takie sobie śniadanko z bułeczkami
 

Postanowiłem zrobić takie mało wystawne, żwykłe wiejskie śniadanko, a Szczęście Moje, co to je choróbsko wrzodowe dopadło, skwitowało smutnym skieniem głową, Pani Matka zaś akceptacją. Z samego rana wziąłem funt mąki pszenną pół na pół mieszając z żytnią, niecałe dwie paczki drożdży suszonych, czyli około 12 gramów, na to szklanka mleka od mojej Bini , solidna łyżka ukręconego świeżó masła, dwa całe jajka, łyżeczka soli morskiej i łyżeczka cukru, do tego dwie łyżki oliwy z oliwek i ciasto zacząłem miesić, tak długo aż od ręki poczęło odchodzić. Przykryte ściereczką tak sobie odpoczywało w cieple przez godzinę. Potem trzeba było je jeszcze raz dobrze napowietrzyć mocno przewracając. Znowu dałem pół godziny odpoczynku i zacząłem dzielić na porcje, ugniecione w kształt bułeczki, które zręcznie na papierze pieczeniowym spoczęły. Piec nagrzewać się począł a Pani Matka prawie na piankę ubiła jeszcze jedno jajo. To poszło na wierzch bułeczek by błysk miały, forma zaś z nimi powędrowała do pieca na dwadzieścia minut.

 

  Pani Matka nie dała im jednak tak jak się należy odpocząć, konsumpcja poszła na całość z dwoma plastrami szynki złotnickiej, suszonym pomidorem zalanym oliwą włoską, oliwkami i papryką. Ot, takie małe wiejskie śniadanko, nic nadzwyczajnego. resztę bułek potem młódź, która we Dwór zjechała licznie, zlikwidowała skutecznie z sałatką jarzynową, co resztek po żurze powstała.Dzień jak co dzień...

piątek, 07 stycznia 2011
Felixiany udka faszerowane w kolejowej masakrze

By chwilę czasu ukraść robocie, której u Niej zawsze w bród, zjechała do nas Felixiana. Udało Jej się choć w jedną stronę podróż odbyć samochodem . Feli zaś w poświątecznym powrocie musiała skorzystać z usług PKP. Ludzie moi mili, do czego doszło, Kolei to my już nie mamy! Zostało jeno trochę torów, dobre i to, bo mogli pociąć i do Chin w boomie na złom sprzedać. Minister nie winowaty, nie wiedział biedaczek, że jest tak źle, środków durak na remonty taboru przesunąć nie zdążył, no i wyszło jak wyszło. Władza nowe auta sobie kupiła i kupi, to się przemieści, ludzki motłoch niech się gnieździ w kupie, ogrzewanie się wyłączy, jak się stłoczą, będzie im cieplej. Uch, alem sobie ulżył! Nam zaś lepiej się na duszy zrobiło gdyśmy popróbowali Felixianowych faszerowanych udek, o tym niech sama opowie:

"Napomniana już spieszę pokazać się u Ciebie i sposób na pyszne świąteczne danko pozostawić.

 

Przepis nie mojego pomysłu, ale kiedyś tam wyczytany, w sam raz teraz z czeluści pamięci wydobyty, pasował mi na sylwestrowe danko. Trzeba mi zdradzić, że na przyrządzenie czasu nieco potrzeba, zatem z tej  racji a i z powodu  smakowitości wielkiej wybitnie na świąteczne okazje sie nadaje. Najsampierw (jak mawiali starożytni Słowianie) trzeba borowików suszonych lub inszych grzybków garść sporą lub dwie, zalać 3 szklankami gorącej wody i zostawić na 2 godzinki, lub nockę nawet całą. Następnie grzybki gotuję około godziny, odsączam i drobno kroję.. Wywar grzybkowy zachowuję, bo przyda się potem. Dalej kroję 1-2 cebule w kosteczkę (jakże przydatny tu jest mój ulubiony kręciołek do jarzyn, co to po  kilku obrotach ukazuje nam ślicznie posiekaną cebulkę). Teraz w cienkie półtalarki skrawam białą część pora. Na patelni rozgrzewam 2-3 łyżki oleju ryżowego i szklę cebulę,, dodaję pora i grzybki, zalewam pół szklanką bulionu grzybowego i duszę około 10 minut do momentu odparowania płynu.

 

Po przestudzeniu dodaję rozdrobnione kręciołkiem 2 lub 3 jajka (w zależności od ilości przygotowywanych udek), ugotowane na twardo, mieszam wszystko i doprawiam solą i świeżo zmielonym pieprzem. No to farsz przygotowany i czeka na stosowną chwilę. Następnie udek dorodnych kurczakowych kilka (po jednym na domownika lub szacownego gościa)  przygotować trzeba. Umyte i osączone idą pod nóż i to bardzo ostry!

 

Teraz nieco trudniejsze nastaje. Cierpliwością okupić trzeba dalsze przygotowania: delikatnie wykrawam kości uważając żeby nie ponacinać skórki. Kostki wędrują do zamrażalnika i czekać będą na swój czas, żeby smaczna zupkę na nich ugotować. Wytrybowane udka wypełniam do pełna farszem grzybkowym i spinam wykałaczkami (można zszywać nitką, ale później wymaga to pracowitego usunięcia nitek).

 

Wtedy ognioodporne naczynie do zapiekania smaruję olejem. Wkładam nóżki i zapiekam 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

 

Wywarem grzybkowym co cierpliwie czekał na swoją kolejkę zalewam udka (ciepłym! by naczynie nie pękło jeśli szklane jest). Od tej chwili piekę jeszcze 30 - 40 minut. Po tym czasie udka przekładam na talerz i usuwam delikatnie wykałaczki lub nitki. Sos wlewam do rondelka i zagęszczam łyżką mąki pszennej lub ziemniaczanej (wtedy sosik jest doskonale aksamitny) rozmieszaną z niewielką ilością zimnej wody, zagotowuję cały czas mieszając. Doprawiam do smaku otartą skórką cytrynową z 1 cytryny, solą i pieprzem. Dodaję natkę pietruszki i zabielam śmietaną. Znakomicie sprawdza się podana do udek sałatka, którą już wcześniej opisałeś.

Myślę, że tym smakowitym dankiem udało mi się uczcić należycie powitanie Nowego Roku i liczę, że smakowało współbiesiadnikom naszego sylwestrowego wspaniałego spotkania :-)

                                                                                               felixiana"

P.S. Feli opisała wyżej i sfotografowała wersję obiadową. Pozwolę sobie dodać jeszcze jedno zdjęcie, bowiem w trakcie wieczoru sylwestrowego spożywaliśmy wersję soft, bez dodatków, za wyjątkiem delikatnego pietruszkowego sosiku, którym  udka były polane.

 

Pychotka. - emka1216

 
1 , 2
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl