czwartek, 24 stycznia 2013
teraz wykwintnie- tartaletki

Przyjechali do nas goście, kto zacz, niespodzianka, dowiecie się na początku lutego, teraz tajemnicy jeszcze nie odkryję. Moje Szczęście postanowiło się popisać i sama z siebie danie wymyślić, a ponieważ zdolna jest trudności nie miała wiele. Poszła w wykwintność i stworzyła tarteletki. Na ciasto wzięła dwie szklanki mąki, niecałą kostkę masła porządnego, do tego 3 żółtka, sól, pieprz cayeński, kurkumę i czosnek niedźwiedzi. Szybko to wyrobiła dla uzyskania zwartego ciasta. Gdy takie było w folię zawinęła i włożyła na godzinę do lodówki. Potem rozwałkowała je ale stosunkowo grubo i wyłożyła nim formy tartaletek wygniatając porządnie kształt i odcinając nadmiar. Piekła je przez 20 minut w temperaturze 180 stopni.

W tym czasie szykowała nadzienie - pół kilo zmielonej, wieprzowej szynki, cebulę, mój ser trzymiesięczny, Herbowy, skrojony w małą kostkę, curry, kurkumę, szczyptę imbiru i czosnek prażony. Cebulę dobrze zsiekaną najpierw zeszkliła, dodała przyprawy, potem mięso, wszystko zezłociła. Po wystudzeniu włożyła ser i wymieszała.

Dno ciasta wysmarowała rozbełtanym jajem by nie puszczało dalej soku, na to wkładała nadzienie

i zapiekła przez pół godziny w 180 stopniach. Na pięć minut przed końcem wysmarowała wierzch tartaletek jajem i podniosła temperaturę do 220 stopni. Podawała gdy po chwili odpoczynku ciepłe były. Gdy do tego jeszcze dodać łyżkę moich pomidorowych powideł pyszność wyszła nad pysznościami. Mogło służyć gdy z większej formy jako danie obiadowe, gdy z mniejszych jako przekąska. Zdolna jest bestyja niezwykle, co i powód do dumy mi daje. Moja szkoła!

wtorek, 22 stycznia 2013
wizyta włóczęgi i omółki

Sam sobie tym razem gościa zwiozłem. Był nim goszczący jako ten ptak przelotny w Poznaniu Zbyszek Kmieć włóczęgą zwany. Kiedyś "kudłaty", teraz zaś by na ten przydomek zasłużyć musi jeszcze sporo poczekać bo się latem na zero obgolił. We Dwór zjechał jak zawsze z fasonem i z gościńcem. Było tego półtora kilo świeżutkich omółków dwa dni wcześniej wyłowionych. Takie teraz czasy, chcesz to masz. Czekał wieczora by pora była odpowiednia i przystąpił do swoich czarów. Do brytfanny wrzucił ćwierć kostki masła, na to całą główkę czosnku, którego ząbki pracowicie zsiekałem, gdy to lekko się zezłociło wrzucił wcześniej umyte i z nadmiaru wodorośli obrane muszle. Pracowicie mieszał czekając czy wszystkie się prawidłowo otworzą, wtedy dolał słoik mojego przecieru pomidorowego, z naszych pomidorów lima robionego, a że na zimę to podsolony więc już nie przyprawiał. Na to wszystko chlusnął nie żałując śliwowicy łąckiej "siedemdziesiątki" prawidłowej dodając cienko skrojone suszone, greckie figi. Teraz przyszło jeno czekać by alkohol wyparował. Na stół zostały wydane, Zbyszek z naszej piwniczki wina dysponował po dobre roczniki sięgając.

Narzędzi żadnych potrzeba nie było. Po otwarciu drugą połówką muszli zręcznie zawartość się wydobywało sosem polewając. Mieliśmy we trójkę z Moim Szczęściem ucztę nie lada najlepszych stołów godną. Zbyszek posiedział, posiedział, odespał trochę, potem na węzeł autostradowy zawieźć się kazał a po trzech godzinach z niewielkim okładem meldował, że właśnie do Warszawy wjeżdża. Wagabunda taki, ale jakowyś urok w sobie mieć musi, że wyciągając rękę w dzisiejszych nieufnych czasach, podróżuje prawie zawsze na czas tam gdzie chce dojeżdżając.

piątek, 18 stycznia 2013
styczeń, powstania czas, a ja je papryką

Zbliża się czas świętowania powstania, tego ze stycznia. A ja tak dumam czy jest co świętować? Moim przodkom co ruszyli w bój ziemię car zabrał, dwóch na Sybir wysłał, po domowych szufladach jeszcze znaleźć można czarną biżuterię z tamtego czasu, pamiętam naszyjnik z bardzo ciemnych granatów uwieńczony smolistym krzyżykiem z orłem jagiellońskim na nim rozciągniętym. Familia za ten zryw krwawą zapłaciła cenę. Gdzie indziej w świecie świętuje się wiktorie, o klęskach się pamięta i co najwyżej nauki wyciąga. Tym czasem tu proponuje się historię by politycznego przeciwnika przećwiczyć. Jedni ubraliby się w barwy białe, bo przecież czerwień nie przystoi. Gdy tymczasem właśnie to stronnictwo układowym było, z zaborcą dogadać się chciało, bój był im wstrętny. Tak to jest gdy Jarek w szkole nie uważał i z historii lekcji nie wyciągał. Jednak myśl naczelna mnie gnębi - po co kult wokół hekatomby czynić, świętować coś co myśl niepodległościową stłumiło, krwią gasząc ogienek. Tak wielką fetę bym wokół naszego Wielkopolańczyków zrywu zrobił. Jedyne co kraju ziemi ojczyźnie przysporzyło, mądre, z głową czynione, dało podwaliny armii II Rzeczpospolitej, która dzięki jej dzielności obroniła wschodnie rubieże.Ale nas za ten pozytywizm nie lubią, wolą to swoje romantyczne dumanie, śmierć za młodu, grottgerowską brankę. Cóż by gorycz na języku osłabić wziąłem papryczki w kolorach jaskrawych, Moje Szczęście kijaszkiem grzebiąc pestki z nich wygrzebało, minut kilka obgotowało, osuszyło i za pomocą gastronomicznej strzykawy wypełniło moją riccotą, kozią na ostro uczynioną, z czosnkiem, pieprzem cayenne i curry, potem całość w naczyniu ułożona gorącym olejem od Leszka Rutkowskiego z Góry Św, Wawrzyńca została zalana i do wystudzenia odstawiona. Po kilku godzinach jeść było można.Smaki pięknie się łączyły, słodkość, która po chwili ostrości miejsce ustępowała. Własna przekąska, nie z żadnego sieciowego marketu, bez chemii nijakiej a tydzień trzymać się może i jak świeża smakuje. Czy dłużej, co prawdopodobne, nie próbowaliśmy bo znikła, powstanie, to ze stycznia tonując.

piątek, 11 stycznia 2013
płyną dni i światła więcej

We Dworze widoczne to już z rana. Jak chmur na niebie nie ma poranek budzi trochę dłużej, bo po siódmej. Świergot ptasi w łóżku leżeć nie pozwala, bo i one kruszyny boże swego się domagają, by im ziarków do karmnika rzucić. Sikory ci one  najbardziej checne, bo na słoninkę łase. Moje Szczęście tymczasem cosik wymajdrowało, żeby smaczne było. Ciasto lejące w misce wymieszała, posolone, wylała i 5 w miarę cienkich naleśników uczyniła. Potem je przekładać poczęła.

Najpierw poszła masa z mięsa mielonego lekko przesmażona z cebulką, płatkami czosnku, przyprawami  i zsiekaną brukselką, potem podgotowane brukselki w pół przekrojone posypane moim serem startym, potem znowu opisane wyżej mięso razem już z brukselką.

Wszystko przykryte najgrubszym naleśnikiem. By naleśniki sosem farszu nie przeszły smarowane były jajkiem, zaś wykończenie góry żółtkiem przez co chrupiące się stało. Torcik na stół wydany został, na dodatek sos pikantny z chili i pochłonięty w całości, no prawie, bo następnego dnia zjechał we Dwór wnuk Ignacy,  to się też załapał ze smakiem samodzielnie  zajadając,

bo on już widelcem dzielnie macha.

piątek, 04 stycznia 2013
serowa przekąska na Nowy Rok

No i przeszedł nam ten Sylwester. Spokojnie, w gronie przyjaciół Dworu, smacznie, bo bigos doszedł jak należy, do tego były jeszcze pieczone przepiórki, barszcz na wędzonce, śledziki na przekąskę i ciasto obficie zsypane kokosem. Ponieważ zgodnie z tradycją by się z włościanami spotkać przeszliśmy całą wieś winszując napotkanym, by później tańce i hulanki, swawole w wężyku na świetlicy odbyć, nikomu nic w biodra ani fałdki na brzuchu nie poszło. Byle tak dalej. Teraz zaś, bo Moje Szczęście krzynę chcąc wypocząć, na wieś zjechało przyrządziłem drobną przekąskę.

Był to ser mój z zielonym pieprzem, dobrze wygrzany, w krążku małym, następnie natarty dobrą, hiszpańską oliwą pierwszego tłoczenia, oprószony solidnie tartą bułką wymieszaną z naszą bazylią, czerwoną, latem zbieraną,potem obsypany ziarnem słonecznika i w kawałkach złożony na mocno rozgrzany olej z pestek winogron.

Chwilę tylko obskwierczał z jednej i drugiej strony by na talerz zostać wydany w towarzystwie borówek z gruszką, które Pani Kasia zacna przyjaciółka domu zrobiła. Pyszność wyszła niezwykła, jeno Moje Szczęście stwierdziło, że malizną to czuć. Alem przecie uprzedzał- to przekąska noworoczna a nie danie obfite.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl