piątek, 30 stycznia 2015
wojaże, wojaże

No i ostatnio ganiam ja z Moim Szczęściem po świecie. Dzięki mojemu Marszałkowi wojewódzkiemu, pojechaliśmy do Berlina na Grune Woche. Ludzie, czegoś takiego nie widziałem dawno! Jak za dawnych, komuszych czasów gdy czerwcowe Targi w Poznaniu były jedynym okienkiem na świat, szło się tam choćby powąchać zakazanych zapachów, tak tam za własne pieniądze przez dziesięć dni maszeruje tłum ludzi, jeden przy drugim, rządek w rządek, że się przepchnąć nie można, próbują, smakują, kupują jak im się co zda. Ceny takie, że nie pytaj. W pawilonie Moskwician kieliszeczek gorzałki, przyznać trzeba, że dobrze zmrożonej dwa Eurasie! I jeszcze w kolejce stoją. Niemcy wystawili swoje piwa, na deskach kolekcja kapsli, każdy od innego a są ich tysiące. Od zaprzyjaźnionego Mongoła spróbowałem kusztyczek wódeczki podanej w srebrnej czarce i ichniego piwa. Jedno i drugie zaręczam, że przednie. Moje sery szły jak te ciepłe bułeczki. O dziwo amatorów znajdowały te najbardziej dojrzałe, przyciągające zapachem z kilkunastu metrów. Jak mówił o nich mój serdeczny komilton, ongiś kucharz Króla Belgów Jean Bos - Marek to onuce carskiego sołdata, ale te spod Berezyny! Ale kupowali i nie narzekali. Polskie stoisko jakie było, takie było, żyło tylko i wyłącznie dzięki wystawcom. Szanowne Ministerstwo wystawiło sobie metrów wiele, tyle, że nic się tam nie działo. Jakieś smętne mało aktualne biuletyny, foldery niczego nie dotyczące i góra jabłek nie wiadomo od kogo i jakich gatunków. Oficjele przyjechali na otwarcie, napili się, poklepali po ramionach i wyjechali. Gdzie indziej inaczej to wyglądało. Widać było wsparcie państwa dla producentów żwyności. Począwszy od maleńkiej Łotwy, czy Estonii na Wielkiej Brytanii czy gospodarzach skończywszy. A podobno polski eksport żywnością stoi. Nic to otarłem się o wielki świat, widziałem wiele i wiele się nauczyłem. Może coś się uda przenieść na grunt mojej serowarni. Ale to będzie już inna opowieść

niedziela, 11 stycznia 2015
kolacyjka

Chcesz popieścić serce swojej bogdanki? Nie ma lepszej metody jak dotrzeć do niej za pomocą podniebienia. Jakem sobie pomyślał takem zrobił. Najpierw z zakamarków lodówki wyciągnąłem co tam latem złożone zostało. Najpierw rydze, zamroziłem je jeno na sucho oczyściwszy, teraz poszły na sklarowane masło, w nim się rozmroziły, potem posolone doszły w normalnym masełku na małym ogniu, na końcu rozciągnąłem sosik naturalnym jogurtem, doszedł świeżo mielony, czarny pieprz i danie było gotowe do wydania.

To jednak nie wszystko, clou programu były ślimaki. Te zblanszowane, przedtem wytarte w soli, z powrotem zostały włożone do skorupek. na wierzch poszło masełko świeże z drobno posiekanym czosnkiem i zieloną bazylią. Slimaki doszły przez 5 minut w piekarniku nastawionym na 170 stopni. Ot i cała tajemnica.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl