sobota, 28 lutego 2009
smażone ziemniaki - wariacja na temat
        No to już z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że mamy przedwiośnie i to całą gębą! W ogrodzie przebiśniegi, świeże kiełki kwiatów przebijają ziemię, na drzewach pęcznieją pąki, tylko patrzeć jak na wierzbach wybiją bazie. Moja ukochana została przeze mnie dowieziona w piątek, tak więc dzisiaj zgodnie z obietnicą mogę zaprezentować nowe mieszkanki gospodarstwa. I tu radość największa - obydwie to kózki! Zostaną na stałe i wzbogacą moje mleczne osiągi, jest dobrze. Gęsi i pozostały drób wszelaki niesie się jak głupi, to kolejny znak nadchodzącej wiosny.
        Chcąc mojemu szczęściu zrobić smaczną niespodziankę w ten piękny, słoneczny poranek postanowiłem przyrządzić wariację na temat ziemniaków, na bazie przepisu, kiedyś przez nią podanego.
Najpierw wybieram dobre, dorodne pyry, bom Wielkopolanin to je tak mogę zwać, dokładnie, łącznie z oczkami obieram i kroję w cienkie, przezroczyste plasterki, następnie siekam w drobną kosteczkę cebulę, odstawiam. Na angielce, na dużej patelni rozgrzewam olej z pestek winogron, gdy osiąga wysoką temperaturę wrzucam plasterki i uważnie obsmażam je z dwóch stron, na razie nie tracą swojej barwy, ale skwierczą, wtedy dorzucam cebulę, lekko uprzednio zmorzoną solą, razem doprowadzam je do złotej barwy,w międzyczasie doprawiam włoską przyprawą alla genovese oraz curry. Gdy dochodzą do oczekiwanej przeze mnie barwy, wydzielając w międzyczasie obalający zapach, budzący w nadmiarze ślinianki do pracy, zalewam całość mocno zbełtanymi jajami gęsimi wraz z kurzymi, pamiętając o proporcji - jedno gęsie to trzy kurze. Teraz drewnianą szpachtułką odrywam duże kawały ściągnięte jajkiem, czekając by całość była zwarta. Na koniec obsypuję to pokrojonym szczypiorkiem a danie wyłożone na talerz ozdabiam zrobionym przeze mnie na bazie tybetańskiego grzybka kozim serem, wyciągniętym z solnej zalewy.
Po takim śniadaniu chce się żyć i cierpliwie czekać na obiad.
piątek, 27 lutego 2009
pstrąg królewski
       Gęsi niosą na całego, w ich ślady poszły kaczki. Za chwilę uzbieram całe wiaderko tych ichnich skarbów. Teraz tylko czekać jak zaczną indyczki, bo czerwonoperły ostro się bierze do roboty, a za nimi perliczki. Przyznam się szczerze, że na ten moment czekam z największym utęsknieniem. Po pierwsze najpierw frajda z szukania, bo perlik to ptak pół dziki i normalnie w kurniku rzadko niesie, choć i to się zdarza. Jako fruwający buszuje po całym ogrodzie, więc a to przysiądzie pod liśćmi łopianu, a to w kępie dzików śliwki, najwięcej zniosły pod rozrastającą się dynią. Skąd zaś moja tęsknota? jajecznica z jaj perliczych trudna do porównania z czymkolwiek. Smak wysublimowany, aromatyczny, pełen kwiatów z łąki, traw wszelakich, w kolorze dojrzałego czerwonego grapefruita, tak się z żółtka przenosi. Gdy jeszcze usmażona na własnym maśle, w dużej danym na patelnię ilości, mgławi oczy z kulinarnej rozkoszy. No ale cóż, czekać trzeba.W tymże czasie można pojechać do Piły koło Wronek, gdzie na skraju Pusz czy Nadnoteckiej drogą kupna można nabyć pstrąga tęczowego.
Sprawienie go bardzo proste - łuska odchodzi gdy nożem smergnąć, delikatnie wypatroszyć i pod bieżącą wodą dokładnie umyć. Następnie włożyć weń gałązkę świeżego tymianku, z doniczki stojącej na parapecie zerwaną, lekko posypać morską solą, następnie utrzeć świeże masło z drobno roztartym czosnkiem i wetrzeć w nacięcia ukośne co trzy centymetry w skórze zrobione z jednej i drugiej strony, dobry kawałek samego masła do środka wpakować. Tak przygotowanego zapakować w kopertę z grubej folii aluminiowej uczynioną, przedtem jednak dobrą oliwą ją przetrzeć. Włożyć do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni i piec przez 10 minut. W tem czasie spiórkować selera, skropić limonką, dodać kleks dobrej śmietany, dobawić solą i cukrem pudrem, przygotować grzankę z paryskiej bułki, skropić oliwą pierwszego tłoczenia
i można się raczyć tym prawdziwym, królewskim daniem. 
czwartek, 26 lutego 2009
zupa "Watykan"
    Tak się właśnie zastanawiam - jaką porę roku teraz mamy - czy to jeszcze pozimie, czy też przedwiośnie? Na podwórze bez kaloszy nie wychodź, bo się utopisz. Zostały jeszcze resztki białej szatki, ale to plamki jeno, trochę na polu więcej, ale też już wygląda czarna bruzda. jak tak dalej pójdzie to niedługo przyjdzie ruszyć w pole, skultywować, przygotować pod wiosenne siewy. Trochę zostawiłem pod jare, wiadomo owies dla żywiny obowiązkowy, pewnie dodam trochę jęczmienia, dla podniesienia kultury łubinu, a nad resztą się zastanowię i przyjrzę tegorocznemu rynkowi. Tak, tak, ekonomia mocno stuka do rolniczych odrzwi. Ale jest frajda! Gospodarstwo mi się w nocy powiększyło, mała, czarna, pierwsza z tych, dla których przygotowałem apartamenta się posypała i mam dwa cieplutkie jeszcze mokre koźlaczki. Poród odbył się bez komplikacji, płci jeszcze nie znam, jak w piątek przyjedzie z Poznania ukochana porobimy zdjęcia, to się pochwalę.
      Teraz  kilka słów o "Watykanie". Nazwa tej zupy powstała w sposób niecodzienny. Mój przyjaciel Zbyszek po jej przygotowaniu stwierdził, że tak bogata, iż stać na nią będzie tylko jego i Papieża! No to do dzieła.
Najpierw wywar trza sporządzić - a do niego użyć świeżo złowionej rybiej drobnicy, w której obowiązkowo zjawić się musi parę jazgarzy, reszta to płotki, wzdrążki,leszczyki, krąpie. Po wypatroszeniu zawijamy je w lnianą ściereczkę, wiążemy i do garnca, któren duży być musi, wrzucamy. Za niemi idą łby - karpie, jesiotra, szczupaka,węgorza, pstrąga. Niech wywar sobie spokojnie na małem ogniu pyrka, by mocny bulion wyszedł, po kilku godzinach powolnego bulbutania odławiamy woreczek i wyciskamy, to co wycisnąć się da, resztą niech się cieszą koty. dalej dorzucamy włoszczyznę bogatą z obowiązkowo spaloną na świeżym ogniu cebulą. Niech przez pół godziny smak odda. Wtenczas razem z łbami ją odłowimy, seler, marchew, pietruchę i pasternak przez praskę i spowrotem do garnca. Wonczas delikatnie wkładamy sfiletowane i sporcjowane ryby - najpierw jesiotra i szczupaka, potem węgorza i pstrąga, na koniec podzielonego na czterocentymetrowe kawałki i odartego ze skóry węgorza. Na malutkim ogniu niech dochodzą do miękkości. Na chwilę przed wydaniem zaciągnąć trzeba dobrą, mocną śmietaną i bogato sypnąć cienko skrojonym koperkiem. W trakcie gotowania rzecz jasna do smaku doprawić morską solą i świeżo zmielonym na przemian białym i na koniec czarnym pieprzem. Nic więcej. Wydawać w głębokich talerzach zręcznie cedzakiem kawały ryby łowiąc, w kielichach, najlepiej rozturchanach niech białe mozelskie, abo i reńskie stoi. Smacznego!
środa, 25 lutego 2009
postne smakołyki

    Temperatura na dworze plusowa, niewiele ale jednak, niemniej wrażenie ogólne gorsze niż wtedy, gdy spadała poniżej zera. Powietrze po prostu wysycone wilgocią. Byłem u moich dożywotnich gesi. Gąsiory w bojowniczym nastroju rozrabiają na całego, jednem słowem ruja i porubstwo, znaczy natura budzi się do życia, depczą aż miło. Jedna z białych panienek juz sobie siadła i mości gniazdo na razie na jednym jaju. Kozy ze stoickim spokojem przeżuwają siano czekając na swoją porę, jednak na razie nic się nie dzieje, wymiona pokazują, że pora wykotu bliska. Czekam i bacznie obserwuję. Konie spokojnie konsumują w stajni, niedługo trzeba będzie dać im trochę do wiwatu, zwłaszcza kucowi walijskiemu, któren beczkę zaczyna przypominać, bo wojowniczy i innym zręcznie ich porcje podbiera. Tyle z podwórza...

      Dziś środa popielcowa, czystego, ekologicznego surowca u mnie nie brakuje, bo grzeję drewnem. Piec łakomy, łyka polano za polanem a zostawia jeno garstkę by głowę posypać i pościć zacząć. Wiem, wiem ,tu post a ja o smakołykach. Nie przystoi! Cóż ale ja nawet w ten czas lubię sobie podmaślić.

Wyciągnę więc solone śledzie, z nadmiaru w mleku wymoczę, dobre matiasy i potem schowam je pod pierzynkę. W jej skład wejdą spiórkowane buraki, by barwy nie straciły skropione sokiem z limonki, seler takoż przyrządzony, cebula biała i czerwona wrzątkiem przelana solą morską celem zmożenia lekko posypana, podobnie sprawiony por, ziarna kukurydzy dokładnie z wody odsączone, wszystko to układam naprzemiennie w szklanej, przeźroczystej salaterce by barwy zręcznie oddała. Wierch zaś starannie przykryję bałkańskim jogurtem dobawionym odrobiną soli, pieprzu i cukru pudru. W zimnie niech przed podaniem kilka godzin postoi, byle nie wstrząsać.

Nie zrobiłem zdjęcia w/w smakołyków ale podzielę się innymi śledzikami:

No i można w postną nutę się raczyć, dodawszy co najwyżej po dwa dorodne ziemniaki ugotowane w mundurkach ozdobione masłem z czosnkiem utartym. Lecz zaczniemy dopiero w czwartek by plebanowi nie podpaść.

 

 

wtorek, 24 lutego 2009
coś dla ducha ale i ciała
No i odwilż pełną gębą, leje się z dachu, zamiast białej pierzynki błocko, bez kaloszy na dwór nie wychodź! Moje kozy trafiły już do indywidualnych apartamentów. Każda przyszła mamusia ma swój kojec. Ponieważ trzymam osobniki z rogami, we wspólnym ,w ramach zazdrości oraz walki o większą ilość jadła mogłyby sobie zrobić krzywdę, co w ich obecnym stanie byłoby mocno niewskazane. No a poza tym komfort porodu na własnych metrach też się liczy. Teraz zostało tylko czekanie.
       Ja natomiast, nie powiem, że bez udziału mojej ukochanej, postanowiłem wykombinować coś dla ciała i to takiego ożywiającego zwłaszcza wieczorową porą gdy co poniektórym zbiera się na amory. Ukochana gdziesik wyczytała o cudownych właściwościach selera naciowego, to mi go przywiozła. No tom się wziął do roboty.
Najpierw chińskim tasakiem, przedniej roboty, dlatego moim ulubionym, na równie ulubionej desce, którą wcześniej opisywałem, siekam go na nieduże, w miarę cienkie kawałki, gdy się z tym uporam dodaję do smaku i widoku ziarna kukurydzy, bez soku, zasypuję ugotowanym w dużej ilości wody ryżem basmati, solę morską solą do smaku i doprawiam kilkoma łyżkami oleju sezamowego zimnotłoczonego, tyleż arachidowego oraz aceito balasamico di Modena przedniej jakości w dębowej beczce odstałego, niech dłuższą chwilę kompozycja się odstoi, swoimi smakami przejdzie. W tym czasie przygotuję dużego kleksa, którym produkt będzie niczym kołderką przykryty. W jego składzie jogurt bałkański, sos curry, indonezyjski, do smaku i barwy koncentrat pomidorowy, sól i pieprz rzecz jasna. Teraz wszystko na salaterkę, ćwiarteczki jabłuszka i listki świeżej bazylii z okna do ozdoby.
No i wszystko- na efekt trzeba będzie poczekać do wieczora...
poniedziałek, 23 lutego 2009
odwilż- mięknące pola
No i mają ci co narzekali na lecący z nieba puch. A że za dużo, a że zimno, a wyjść się nie chciało, no to macie! Ślizgawica taka, że strach, koni nie wypuszczę, bo który nogę złamie. Za kołnierz kapie, pola z wierzchu miękną, głębiej zamarznięte, nie daj boże się w czem takimś zabuksować, to i ciężki traktor cię nie wyciągnie.

     Sikorki wydziobały słonecznik i poleciały na inne frykasy, które być może spod topniejącego śniegu się wynurzą. Kaczki i gęsi zadowolone taplają się w brei, teraz to już daleko im do białości, ale szczęśliwe.
       Śniadanie jakoweś, dobre i pożywne trza by zrobić, żoładka nie zagracić, brzucha nie wypuczyć a na ewentualne katary się ubezpieczyć. No to zrobię sobie placuszki.
Trzeba znaleźć dorodnego selera i utrzeć go na drobnej tarce, dobry byłby pasternak, ale gdzie go znaleźć, niech więc będzie pietruszka, połowę mniej niż tychże dokładam marchewki. Wszystko starte mieszam i wyrabiam do ciasta prawidłowej konsystencji z drobną kaszką kukurydzianą, może być mąka,kukurydziana rzecz jasna, wbijam dwa jaja kacze, lub jedno gęsie, dla tych co nie mają trzy średnie kurze. Wyrabiając przyprawiam morską solą, tymiankiem dobrze startym, kminem rzymskim, czosnkiem niedźwiedzim, dosmaczam pieprzem cayenne, który da barwę i pikantność. Gdy gotowe kształtuję placuszki wielkości szklanki od herbaty, na palec grube i smażę na głebokim tłuszczu, najlepszy olej z pestek winogron, arachidowy, lub ryżowy. Osuszam na papierowym ręczniczku. W międzyczasie przygotowuję sos. Zimową porą niestety z kupnych pomidorów z puszki, najlepiej włoskich bo zachowują najwięcej słońca, bazylii, ząbka zmiażdżonego czosnku, kleksa bałkańskiego jogurtu.
No i jeść można - żołądka nie zamuli, siły da i humoru na cały dzień przysporzy.
niedziela, 22 lutego 2009
nalewka- robię blending
    Pogoda taka, że na dwór, względnie jak mawiają krakusy na pole ,nawet psa nie wypędź. Zimno, trochę wieje i śnieg prószy. Akurat odpowiedni czas by trochę się pobawić w kuchni. Wczoraj z okazji przyjazdu przyjaciół upuściłem trochę śliwkówki robionej na mirabelkach, ale tych ciemnych, wpadających w granat, zbieranych jak najpóźniej by zebrały tyle ile się da słonecznej słodyczy, by pestkę bez oporu oddały. Pyszota! Ponieważ w mojej spiżarni, co ukochana mocno oprotestowuje, słoików  w bród i lekki bałagan,lecz niektóre pół puste lub pół pełne. Można więc poeksperymentować. Ot, stoi sobie od wiosny nalewka na wzrostowych wierchuszkach sosny i świerku. Nieznający się na tym co dobre, mówią, że terpentyną jedzie. No i dobrze złamiemy ją tą na baldachach kwiatu dzikiego bzu z miodem lipowym, by jeszcze lekko smak wyostrzyć dodamy mojej perły w koronie czyli pigwówki, no i kusztyczek brzoskwiniówki. Teraz ,bo trochę osadu się ostało przelejemy to przez płatek kosmetyczny do demakijażu, znakomity filtr, niech sobie z miesiąc celem przegryzienia smaku odstoi. W marcu na wiosenne katary będzie jak znalazł.
sobota, 21 lutego 2009
wielkopolski kapuśniak

    Na dworze dzisiaj siarczysty mrozik chwycił. Termometr pokazuje nawet lekkie przekroczenie minus dziesiątki. Pod nogami skrzypi, kozy lekko poddojone już dały siarę, tak więc wykoty blisko.

    No a jak chwycił biały za nos to mnie naszło na kapuśniak. Składników w nim wiele, daję:

pięć skrzydełek drobiowych, pół kilograma żołądków kurzych, pasek żeberek wieprzowych, trzy niezłe stópki. Ponieważ pod angielką buzuje, zalewam w dużym garnku trzema litrami wody, stawiam na płycie i niech pyrka. Z ogrodu przynoszę liść laurowy, dodaję po trzy ziela angielskie i jałowce, zostawiam. Szykuję włoszczyznę, gdy z żeberek można wyłusknąć szabelki dodaję warzywa.Teraz niech sobie bulgoce, byle nie za mocno. Gdy wszystko miękkie dokładam pokrojoną kiszoną kapustę. Niech będzie biaława, lekko wpadająca w złoto. Teraz dosmaczam - trzy łyżeczki sosu teryiaki, jedną oleju sezamowego, zimno tłoczonego i wedle gustu aiceto balsamico di Modena.

Teraz idę dla Krogulca sfotografować moje gęsi, gdy wrócę naleję sobie koniecznie do kamionkowej miski, żadnego głębokiego talerza, mojej pyszności i będę chlipał parzybrodę. Na ten mróz najlepsza. 

piątek, 20 lutego 2009
ostatkowe smakowitości
No to nas zasypało ze szczętem. Wiejskie, boczne drogi skazane są na łaskę i niełaskę miejscowych władz. Albo pług wyjdzie, albo nie wyjdzie, na szczęście nasz włodarz ma dobre serce i po ósmej już jako tako można się poruszać.
      Zbliża się czas wielkiego postu, tak więc jeśliś katolik masz czego przestrzegać, jeśli nie to i tak lekka głodówka przyda się twojemu organizmowi. Ale zanim do tego dojdzie można jeszcze ostatni raz się objeść po pachy. Ja na tę okazję wyciągnę z przepastnych czeluści zamrażarki sarninę. Tym razem będą to polędwiczki i żeberka. Proces przygotowania nie jest łatwy i długotrwały, więc startuję już dziś.
Po rozmrożeniu wrzucam je do worka z grubej folii i przygotowuję mieszankę ziołową. W jej skład wejdą : czosnek niedźwiedzi, garam masala, chana masala, czerwona i zielona czubrica, wszystkiego po łyżeczce od herbaty, szczypta kminu włoskiego i na koniec łyżeczka świeżego, aromatycznego curry. Ingrediencje te mieszam dokładnie i wcieram w mięso, następnie do woreczka wlewam dobrej oliwy pierwszego tłoczenia, tak by przyprawy dobrze otoczyły włożone porcje. Tak przygotowaną marynatę wynoszę na kilka dni do spiżarni, by w chłodzie podojrzewała. W dzień podania przygotowuję dodatki. Będą to ziemniaki, brokuły i brukselka, wszystkie w równej proporcji ugotowane a następnie zasmażone na drobno skrojonym boczku z cebulką, dokładnie przeduszone w puree. Za jarzynkę będzie robiła marchewka.Wybieram niezbyt duże i w miarę kształtne, gotuję je do półtwardości, następnie do wody w której się gotowały wsypuję cukier z trzciny cukrowej, lub co najmniej buraczany, nierafinowany, na oko w zależności od ilości marchewki by wytworzył się lekki syropik. Wstawiam na mały ogień i uważnie gotuję aż marchewki  zaczną się błyszczeć od osadzającego się na nich cukru, byle nie przypalić!
Już ślinka leci mi na myśl, tych zapachów docierających do nozdrzy gdy będę to wydawał. W kieliszki wleję przednie bordeux, dobrego rocznika z naszej piwniczki, gdzie prawidłowo ułożone, pod kątem dojrzewają sobie różne butelki.
czwartek, 19 lutego 2009
jesienne jabłko w zimowej szacie
Na dworze nadal biało, bialutko, tylko ludzkie stopy wydeptując ścieżki kroją czystą połać. Kończę już przygotowania do koziego połogu, każda matka będzie miała swój własny boks, więc nie będzie kłótni. Konie gdy wychodzę na dwór idą za mną wężykiem, bo z kieszeni wydzielam im sprasowaną marchew. Z lasu przywieźliśmy drewno, więc sobie je obkorowują, najbardziej smakuje sosna. W kuchni radośnie strzela angielka, czyli piec na którym przez prawie cały rok gotuję ignorując ceramiczną, elektryczną płytę. Teraz wykorzystuję rozgrzane fajerki do przygotowania sobie deseru.
Biorę dorodne jabłko, najchętniej jakiegoś Goldena lub Szampiona, wykrawam dokładnie gniazdo nasienne, byle nie na wylot. Nastęnie wkłuwam trzy, cztery goździki, w powstały otwór wlewam zrobioną latem konfiturę z czerwonej porzeczki. Ma krwisto czerwoną barwę, pilnowałem by jej nie przesmażyć, więc karminowe kuleczki śa pełne soku,gorące pękają pod nasiskiem zębów. To jednak później, teraz wgłebienie dokładnie wypełnione zakrywam suszoną morelą i następnie wszystko to zawijam dokładnie w grubą aluminiową folię. tak przygotowany pakuneczek kładę na płycie pieca, po kilku minutach przekładam na obrzeże i tam niech sobie nawet z godzinkę dojrzewa.
Czasami takie jabłuszko jeszcze ozdabiam kleksem ubitej śmietany, ale to tylko od wielkiego dzwonu. Trzeba przecież pamiętać o możliwości urośniecia daszku nad jak to mówią wackiem, a to się ukochanej może nie spodobać!
środa, 18 lutego 2009
kozy
No i od rana sypie biała manna, niedość, że sypie to jeszcze temperatura spadła kilka kresek w dół, dobrze poniżej zera , no i pod nogami skrzypi aż miło. Dobrze, że w domu ciepło, drewno w angielce i piecu  przyjemnie strzela. Byłem u kóz, też im się na dwór nie spieszy, każdej muszę dać po kawałku suchego chleba, który zresztą ku uciesze mojej zwierzyny zbiera całe grono przyjaciół domu. Widać jak z dnia na dzień grubaśnieją, coraz bardziej nieruchawe. Czarną podejrzewam nawet o trojaczki, biała tylko chudsza.
Oj, będzie wysyp, że aż miło. Byle tylko w większości kózek, bo grono znajomych do obdarowywania koziołkami jako darmowymi wycinarkami trawy kurczy się w tempie geometrycznym. Mleka też nie ma, ponieważ chowam tybetańskiego grzybka na tej resztówce, zaeksperymentowałem i z kwaszonki wyprodukowałem serek, było tego tyle co kot napłakał, ale jednak. Bardzo dobrze odcisnąłem pod polnym kamieniem i na kilka dni zalałem solanką. Ser typu feta, kwaskowaty ale wcale nie przesadnie, wyszedł rewelacyjny, stwardniały, a jednak maślany łamie się na kawałki, ale i rozsmarowuje na grzance. Zjadająć go mogę sobie popatrzeć na sikorki.
Tagi: Kozy ser
09:32, mag-43 , sery
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009
Gęsi

No i zima nie odpuszcza! Co prawda w Wielkopolsce na razie przynajmniej nie sypie śniegiem, ale temperatura poniżej zera, biały kożuszek na polach jeszcze się nie zbrudził. Taki krajobraz aż kusi by wyjść na spacer. Sikorkom na modrzewiu wywiesiłem słoninkę, pałaszują odstraszając od przysmaku wróble. Głównie gromadzą się bogatki, ale od czasu do czasu pojawiają się modre, a pod wieczór ubogie. Po wizycie w kurniku wróciłem z pierwszym w tym roku gęsim jajem. W wielkości conajmniej trzech kurzych! Na razie jedno, poczekam na kolejne. Można je dodać do jajecznicy, pamiętając o proporcji. jednak zdecydowanie lepsze są podawane w formie zapieczonej.

Najpierw gotuję je na pół twardo - około 4 minut,potem nożem piłką przecinam skorupkę na połowę, wyciągam ugotowaną zawartość i siekam na drobne kawałki, mieszam z równie drobno posiekaną cebulką, doprawiam solą i pieprzem, wypełniam skorupki i wierzch posypuję utartym parmezanem i wkładam na 10 minut do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika, przed podaniem zdobię jajo majonezem utartym z oliwy pierwszego tłoczenia, żółtka i przeduszonego przez praskę czosnku.

Ślinka leci w oczekiwaniu na następne gęsie osiągnięcia,czekam na jaja! 

poniedziałek, 16 lutego 2009
biało, bialutko z karpiem w tle
No i zasypało nas, naszą gospodarną Wielkopolskę. Główne drogi są przejezdne, gorzej z naszymi gminnymi. Nie dość,że zima dziurawi te nasze biedne, cieńkie asfalty, to jeszcze warstwa śniegu przysypująca zlodowaciałe wyspy powoduje, że jadąc samochodem zastanawiamy się czy mam opony, czy też łyżwy. jeśli nie masz konkretnego interesu w mieście to lepiej się nie ruszaj. Koni na dwór też nie wypuszczam, jeszcze który poślizgnie się, nogę złamie, lepiej nie myśleć!
Kozy też wcale nie tęsknią za śniegiem, widać wyraźnie, że przygotowują się do porodów. tak więc na razie o mleku i serach trzeba zapomnieć. Po żniwach zostało mi trochę zyta to sobie je zmielę i nastawię na zakwas, tydzień karmiony podojrzewa to i chleb upiekę. Teraz zaś wyciągnę sobie zamrożone w grudniu dzwonka karpia i usmażę. Ale nie tak prosto, zwyczajnie.
Najpierw trzeba je dokładnie wysuszyć, potem skropić cytryną i na chwilę zostawić. Teraz czas na przygotowanie otulinki. W jej skład wejdzie przesiana mąka pszenna, kukurydziana i kartoflana, w równych proporcjach. Dzewonka przedzielamy na pól, lekko solimy i dokładnie obtaczamy, grubo, w dokładnie zmieszanej mące. Teraz przydałaby się frytkownica, wypełniona olejem ryżowym, arachidowym, gdy ich nie mamy może być dobrej jakości z pestek winogron, dobawiamy go kilkoma kroplami oleju sezamowego i nastawiamy na wysoką temperaturę. Wrzucamy kolejne porcje do wrzącego i obrabiamy przez kilka minut. Maksymalnie 4-5! Gotowe wykładamy na talerze i podajemy z tartymi buraczkami z chrzanem.
Pychota
sobota, 14 lutego 2009
Z czego żyje rolnik

Polski rolnik od czasu wejścia do Unii żyje z dopłat. Grudzień jest miesiącem przełomowym. Od pierwszego zaczyna się nerwowe wyglądanie listonosza. Przyniesie list z Agencji, czy też nie. W zeszłym roku szanowny pan Sawicki obiecał nam, że w związku z objęciem Wielkopolski jako regionu stanem suszy, dopłaty dostaniemy w pierwszej kolejności. Terminem granicznym miał być koniec stycznia. Czekaj tatka latka, kłamał tak jak i poprzednicy. Przecież im dłużej kasa poleży na ich koncie, tym więcej się uskrobie z odsetek na premie dla kolesi! Taki to niestety los, jakeś przy władzy to chapiesz i myślisz tylko o własnym interesie oraz politycznych przyjaciół, no rzecz jasna ubierasz to w piękne słówka, że to pro publico bono, które tak na prawdę masz w d...e. przecież władza dana na krótko i odbić się trzeba, bo mogą przyjść lata chude. Niestety ta nasza młoda demokracja cały czas działa na zasadzie selekcji negatywnej. Coraz to większa miełocz wypływa by dostać się do żłoba. Trudno mi ocenić partię obecnie sprawującą władzę, ale bez wątpienia dotyczy to pierwszego obrotowego Najjaśniejszej Rzeczpospolitej czyli PSL-u. Ci w myśleniu o własnym interesie, bynajmniej nie interesie polskiego rolnika, przez nikogo wyprzedzić się nie dadzą. 


No ale cóż żyć trzeba. Na te smutki wyciągnę sobie buteleczkę tarninówki, której owoce zbierałem w zeszłym roku w Bieszczadach, w okolicach Zatwarnicy. Były już zwarzone przymrozkiem, pomarszczone, wyssane z goryczki, przewiane zimnym wiatrem schodzącym z połoniny. Zalałem je lipowym miodem i gdy nim nasiąkły, dodałem przedniego spirytusu. Dzisiaj na te smutki walnę sobie setkę nie rozciąganego gorzałką ani wodą napitku, który liczy sobie z siedemdziesiąt gradusów, ale ponieważ z dobrych towarów zrobiony gładko przechodzi przez gardło, po chwili jednak waląc obuchem w łeb. Powtarzać niebezpiecznie. mag43 (14:31)

Przeprowadzka jestem uparty

 

12 lutego 2009

zasypany

No i patrzcie, wydawało się, że zimę mamy za sobą a tu niespodzianka! Nas tu na wsi to zasypało, przez noc spadło co najmniej 15 centymetrów śniegu. Oczywiście to żadna tragedia, ozimina przykryta puchową pierzynką śpi sobie spokojnie, jedynie konie boję się wypuszczać ze stajni, bo ślisko. No i zaczyna je energia rozpierać, rozwaliły kamionkowe koryto do owsa. A niech je! Kozy już prawie mleka nie dają, znaczy wykot bliski. Wyszedłem na ogródek i spod śniegu wygrzebałem zostawione tam pory, zmrożone na kość, będę je musiał po odtajaniu natychmiast przyrządzić. Najpierw na moim piecu, na płycie muszę upiec dwa placki, tylko z mąki i wody, z odrobiną soli. Ciasto po wyrobieniu trzeba rozwałkować na jak najcieńszy płatek. Tajemnica w dobrym wyrobieniu, odłożeniu w chłodnym miejscu by dojrzało. Gdy placki gotowe wkładam jeden na spód foremki do ciasta i nań kładę pokrojone w talarki pory, przyprawione solą i pieprzem, na nie sypię zwiórkowaną goudę i jak pierzynką przykrywam drugim płatem podpieczonego ciasta. Foremka na 25 minut ląduje w piekarniku na 180 stopni. I to wszystko w taki zimowy dzień -pyszna przekąska na drugie śniadanie.

mag43 (15:44)

 

11 lutego 2009

łosoś

rozpadało się a termometr skacze między zerem a niewielkim plusem. Pogoda typowo barowa. Dlatego też w taką pochmurną pluskotę przypomniał mi się przepis zainspirowany przez mojego przyjaciela Andrzeja na łososia w marynacie.Najlepszy jest do tego płat dobrego łososia, obdarty ze skóry.

Kroimy go w słupki, takie na dobry kęs do ust. Marynata jest dość ciekawa - w źródlanej wodzie rozpuszczam na szklankę trzy stołowe łyżki atlantyckiej, morskiej soli, wodę podgrzewam i korzystając z tego dorzucam trzy goździki, kawałek cynamonu i dwa plasterki świeżego imbiru. Po ostudzeniu wlewam do tej mikstury również szklankę przedniego octu jabłkowego, który leciutko jedną łyżką dosładzam miodem. Gdy wszystkie ingrediencje dobrze połączone zalewam łososia i przygniatam talerzykiem z kamieniem w kamionkowym garnku. Zapominam o nim na dwa tygodnie.

Gdy upłyną w takie pochmurne, deszczowo - sniegowe dni jak dzisiaj mogę się nim raczyć dodając kusztyczek zmrożonej, dobrej gorzałki.

mag43 (08:50)

 

09 lutego 2009

tort

Niestety kozy dają o tej porze roku niewiele mleka, powoli je zasuszam, przygotowując do kocenia, czyli porodu. Tak więc trochę muszę pomęczyć by nazbierać odpowiednią ilość surowca by zrobić faskę sera. Ale zawziąłem się i postanowiłem zrobić sobie dwuosobowy torcik.

Tak więc faska sera, to około 250 gram, ucieram to z przyprawami, z udziałem bazylii, trochę kminku, curry, czerwonej czubricy i suszonej cebuli, wbijam trzy jajka i ćwiartkę masła. Masa musi być absolutnie jednolita. Na koniec wlewam i rozciągam setkę koziego mleka, podgrzanego z szczyptą drożdży. Odstawiam w cieple, przykrywając serwetką. Biorę makaron długie rurki, czyli takie spagetti z dziurką w środku, gotuję al dente, przelewam zimną wodą i dokładnie odsączam. Teraz czas na małą tortownicę, pedantycznie smaruję boki masłem i wysypuję tartą bułką. Dno wykładam warstwą serowej masy, na to makaron i tak na ile starczy surowca. Gdy skończone wkładam na 40 minut do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika. Na 10 minut przed wyjęciem wylewam na wierzch jedno dokładnie zbełtane jajko, może być kacze, wytworzy warstewkę pięknej ciemnożółtej skórki, a kacze da posmak biszkoptu. Temperaturę zmniejszam na tej końcówce do 100 stopni. Do tego podaję sos na bazie gęstej pulpy pomidorowej z pastą sambal olek i cienko skrojonym kiszonym ogórkiem.

Toast można wznieść łącką śliwowicą - co to krzepi serca, krasi lica.

mag43 (10:05)

 

08 lutego 2009

śmierć w Pakistanie

Od polityki staram się trzymać jak najdalej. Może dlatego, że przed laty przyglądałem się z bliska wybrańcom narodu na Wiejskiej. Toż to typowy przejaw selekcji negatywnej i to z tendencją pogłębiającą. Ci, którzy trafili tam w ramach sejmu kontraktowego to prawdziwi koryfeusze, do tego idealiści, potomkowie Judyma chcący zmieniać świat. Z kadencji na kadencję psieli, kundlili się coraz bardziej by w poprzednim rozdaniu osiągnąć apogeum. Nie o tym jednak - gdy dotarła do mnie wiadomość, oby nieprawdziwa, o śmierci Polaka w Pakistanie zatrzęsła mną głucha, zimna złość. Dlaczego, po co i w imię czego? Wziąć ich wszystkich bez wyboru otoczyć niewidzialnym murem, którego możliwość stworzenia daje dzisiejsza technika,otworzyć elektroniczny parasol uniemożliwiający korzystanie z telefonów komórkowych i satelitarnych, komputerów, nie dać szans skorzystania ze zdobyczy XXI wieku i niech sobie gniją w tym średniowieczu, które tak sobie upodobali. Bez stosowania przymusu bezpośredniego, a jednak sięgając do Starego Testamentu - oko za oko, ząb za ząb, odebrać to co im nie należne. Nasz rodak pojechał tam przecież po to by im ułatwić skorzystanie z bogactw ich ziemi. Lecz im to widać niepotrzebne! A nasi politycy? No cóż, zrobili wszystko co możliwe, czyli nic.

mag43 (10:13)

 

 
1 , 2
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl