niedziela, 28 lutego 2010
egipskie smaczności na śniadanie, obiad i kolację

Kiedy zdecydujecie się Asińdzieje na wyjazd do Żiemi Świętej, coby słońcu pokłon złożyć, członki wygrzać i jako Mojżesz stopę w Morzu Czerwonym zmoczyć, wejdzcie wpierw na wagę byście wiedzieli co tracicie. Jeść tam bowiem dają tak, że oprzeć się trudno i mimo woli silnej  samo na talerz ląduje, by człek biedny sprawdzić mógł czy godne swego wyglądu.

Jak to wiedziałem już dawno - grillować można absolutnie wszystko. Począwszy od marchewki skrojonej w niecałej pół centymetrowej grubości kwadraciki, poprzez kabaczki i bakłażany, na pomarańczy w nie za grube plastry skrojonej skończywszy. Może być pietruszka, seler, papryka rzecz jasna, do tego mięciusia kasza gruba z pszenicy, zabarwiona szafranem, którego tu nie żałują, obok świeże kiszone oliwki zielone i czarne z pestką, bo te najlepsze, posiłek taki, że zjeść go trudno.

Na obiad wziąć możesz mięs dostatek, kurczaki, z nich skrzydełka, udka części, piersi takoż z węgla zdjęte, nie spalone, bo tłuszcz odlany na ofiarę. Przypraw bogactwo w nozdrza bije. Wołowina ciemnieje smakowicie, jagnięcina bielą błyska. Boże Ty widzisz i nie grzmisz! Mnie to w wałki idzie! Wieczorną porą zjeść można, by żoładowi ulżyć rybkę z grilla, taką samą coście ją wcześniej wcześniej w Morzu widzieli.

Zębacz albo i strzępiel się trafi, smakiem do łososia podobny, mięso zwarte, jasne, mięsne wielce, ości nie za wiele, pyszności wielkiej. Gdyście już sami rozgrzeszenie sobie dali słodkości można zażyć - galarety z granatów, ciast keksików sezamem posypanych, kremów śmietanowych, sztywno stojących obfitości wielkiej, do tego smaczności wielkiej malutkie banany o smaku w naszem zimnem kraju nieznanem, do tego gruszkowate pigwy ze skórka cienką słodkość z kwaskiem niewielkim.

Uff, alem nagrzeszył, czerwonem winem popił i rozgrzeszenie prosił będę.

Mea culpa, mea maxima culpa. Święta Ziemo egipskich Faraonów pełna czemuś mnie na pokuszenie zwiodła.

środa, 24 lutego 2010
Egipska stołówka 1

Kiedy kończyliśmy posiłek chmara ptasząt oczekiwała na swoje jedzonko:

Kiedy odchodziliśmy od stolika nic ich nie mogło powstrzymać przed dopadnięciem dziobem resztek:

i wydziobywania wszystkiego co zostało:

A potem patrzyły z zażenowaniem, że były tak łapczywe:

niedziela, 14 lutego 2010
placki mniamuśne są!

Szanowne Czytelnikowstwo! Jako, że Was szanuję nie mógłbym zrobić tego co planuję bez poinformowania Was o tem. Tak więc mam dla Was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą i sam nie wiem od której zacząć. No ale tam, bez krygowania zacznę ode złej- na tydzień z kawałkiem zawieszam wpisy, a teraz wiadomość dobra - wybieram się w ciepłe kraje łyknąć słońca, bo zimowa nostalgia mnię sięgła i łykanie A+D3 nie wystarcza, tam zaś popatrzę co jedzą i po powrocie nie omieszkam się z Wami zdobytą wiedzą podzielić. By zaś w głodnym smutku zostawić opowiem cośmy z Moim Szczęściem czasy ostatniemi uczynili. Były to pyszności wielkiej placki z ziemniaka surowego, w Wielkopolsce plyndzami zwane. Najsamprzód towar odpowiedni trza dobrać, ze skórki cieńko obrać, dobrze wodą spłukać i obsuszyć. My kłopoty z tem nie mamy, bo na naszych piaskach ziemniaczki nadzwyczajnej pyszności rosną, przechowywać się w piwniczce przechowują takoż znakomicie. Gdy gotowe na drobną tarkę i hajda! Takoż drobno cebulę posiekać trzeba. Na kilo pyrek trzy dorodne. Do tego jaja całe dwa, moja teścia, kto nie wie kto to niech do Glogera zajrzy, rozdzielała i białko na sztywno biła, poczem zaciągała łyżką dobrego twarogu, my tem razem wrzucilim śmietany przez się ściąganej. Do tego sól i pieprz do smaku.

Na patelni zaś gotowiła się masala, czyli rozgrzany mocno olej ryżowy, na to przyprawy - czosnek niedźwiedzi, czubrica zielona i czerwona, trochę curry i tandori. Gdy zapach poszedł po kuchni mięso z dobrze zmielonych piersi indyczych wrzucone zostało. Gdy rumieńcem zapałało mocnym, jako towarzyszy dostało pomidorki koktailowe, jeno bez skórki i kapkę białego pół słodkiego wina. Chwilę razem popracowało solą morską przyprawione i z plackami wyszło. Niebo w gębie, mało to powiedziane, znikły tak szybko, jakoby wcale ich nie było. Jeno unosząca się w powietrzu woń mówiła, że były tu, były...

czwartek, 11 lutego 2010
barszczyk na zimowe dnie

Zimą, gdy na dworze biało, bielusieńko, a i termometr w dolnych strefach siedzi lubię ci ja zupy. Gorącości muszą być one pełne, intensywności w smaku, sycić takoż by żąłąd dłuższą chwilę ciepły był i łychami łakomie przełkniętymi w błogie lenistwo nas pchnął.

Najsamprzód wywar czynię. Tem razem wołowo- drobiowy, z kawału dobrego rozbefu i dwóch indyczych szyj ze skóry obdartych. Tak sobie razem godzin kilka na ogniu niewielkim pracują. W w tem czasie przygotowuję warzywa - seler, pietruchę, marchewkę, cebulę i kapustę włoską, wszystkie w zapałkę skrojone, do tego czerwona fasola do pełnej miękkości dochodzi. Wywar rzecz jasna z dwoma- trzema liśćmi laurowymi, pięcioma ziarnami angielskiego ziela i trzema jałowca. Mięso odławiam, do sosu pójdzie z ziemniaczkami, zapałki lądują w jego miejsce. Z godzinę tak jedzie i wtedy zalewam jesienną porą zrobiony nawar z buraków, do gęstości doprowadzony. Lekko zakrapiam cytryną, wlewam fasolę razem z resztką wody, co się w niej gotowała i jeszcze dorzucam kukurydzę żółtą ugotowaną. Razem niech z minut piętnaście poćwiczy z łyżeczką octu z Modeny i już na misy wydawać można. Zimową porą pyszoty lepszej być nie może.

poniedziałek, 08 lutego 2010
indyk co by maślanych oczu dostał, ale łeb ucięli

No skorom już wcześniej maślanego indyka obiecał, pora słowa dotrzymać. Najsamprzódy trza pochodzenie jego określić. Otóż Szczęście Moje pewnej osobie przysługę wyświadczyła, ta zaś nie widząc jak się ma odwdzięczyć indyczce łeb ucięła i mnie przez te śniegi i zaspy wezwała do odbioru tego dowodu, by zobowiązań skwitowanych nie było, inaczej obraza na śmierć i życie. Cóż było robić, na tylne koła łańcuchym okuł i hajda w lasy bory ptaka oskubanego przywieźć. Po drodze czasu było nie za wiela, ale wystarczyło by obmyśleć jak go sprawić. W pierwe w garncu olbrzymim żem go sparzył, lekko obgotował, jeno z liściem i zielem. Potem w zimno, na altanę poszedł odpoczywać.

Ja w tem czasie olbrzymiego selera w drobne pasemka zsiekałem. Ptak godny dostał jeno soli morskiej z wewnątrz i zewnątrz, a takoż tego selera na przemian z kawałami masła świeżego własnej roboty, kto chce może we wcześniejszych wpisach znaleźć. Zewnątrz i wole całe takoż masłem wysmarowane i na siłę wypchane. Brytfanna z ruszcikiem na dnie takoż masła dostała, które winem z własnej piwniczki, gronowem, jasnem, półsłodkiem godnie polane zostało. Nic więcej! Naczynia ucha sznurkiem związane by jak największą szczelność zachować i do piekarnika na ponad dwieście stopni poszło. Tak się przez trzy godziny warzyło, dwa razy przewracane i znowu wiązane. Potem rozcięte i po pół godziny z każdej strony by skórka chrupkości dostała. Zapach krążył wkoło tak okrutny, że ślinotokiem jęzor wiązał. Do tego wyszły ziemnaczki z koperkiem i tymże sosem maślanem spod spodu polane i surówką z pora, a do tego papryczka nadziewana serem feta i oliwki.

Przy stole milczenie zapadło długie, mlaskaniem jeno i wzdychaniem głębokiem przerywane. Kosteczka każda cyckana była. Poezja jedna, wiersz w wiersz cyzelowana.

niedziela, 07 lutego 2010
polędwiczki wieprzowe na różne sposoby

Ponieważ są tacy co to "robali" nie lubią, które ja jeść mogę codzień, no to skorom wszystkożerny, niech będzie wieprzowa polędwiczka. Mięso to pyszne i odpowiednio zrobione może być rarytasem niezwykłym. Najsamprzód oliwą je natrzyj, w plastry nie za grube, na mały palec skrojone, zioła, mogą być prowansalskie, wklep starannie i do lodowni odłóż niech tam godzin kilka odpoczywa. Po wyjęciu lekko pobij, nie za mocno, bo ci przecie nic złego nie zrobiło i na patelnie, na olej, ja biorę z pestek winogron, złóż. Gdy z jednej strony dobrze zrumienione, na drugą przewróć i plaster mozzareli, ja włąsnej roboty mam, połóż, niech mięso obtopi. Wydawać z ryżem na sypko dobawionym kurkumą, albo jak szlachetniej chcemy szafranem, do tego oliwki idą, marchewka z selerem w kosteczkę skrojona i por cieniutko zszlachtowany śmietaną zaciągnięty, dla ozdoby pieczarka być może. Dla tych co sera i ryżu nie lubią, jak to robali i by brzydko mnie nie zwali, mięso saute dać można, do tego ziemniaczki w plasterki skrojone na patelni zesmażone, surówka z kwaśnej kapusty, oliwą extra vergine, czyli dziewiczą skropiona z dodatkiem octu z Modeny, co wykwintności doda. Dla tych co lubią, obok ziemniaczków czosnek w łupinach na patelnię dać można, by tam doszedł i potem talerz wzbogacił.

No i tak sobie w te dni zimowe dogadzamy, do kuchni uciekając by przypadkiem telewizora nie włączyć i na komisję od bandytów bez ręki się nie natknąć. Klempę wolę ja ci w lesie spotkać, zacna to łosia żona, niźli taką za stołem siedzącą i wpatrzoną w kurdupla z zachwytem! Ja tam uważam, jak i moje przodki, że to nie najlepsze połączenie gdy serce za blisko dupy.

środa, 03 lutego 2010
Była kapucha, czas na owoce morza

Zakupiliśmy z Ziemianinem Black Tigery. Uwielbiam chwytać te morskie stworzonka za ogonek, chrupać ich białe mięsko i zlizywać z warg ostry sos przyrządzony na bazie białego wina. Tak więc po kolejnej wizycie na basenie i lekcji nurkowania, tym razem w masce i z fajką (nawiasem mówiąc to jest fantastyczne, jestem zaskoczona,  że tak mnie to wciągnęło), zanurzyłam się w otchłani  kuchni.

Na gorący olej ryżowy  wrzuciłam pokrojony w płatki świeży czosnek, dodałam przyprawy – cayenne, kurkuma, curry. Wszystko razem podprażyłam i na to wrzuciłam pomidorki czereśniowe skrojone w kostkę. Odrobina chili z imbirem, szczypta cukru (malusieńka, tylko po to, żeby kwasowość zimowych pomidorów zabić), sól do smaku (morska zielona z Bretanii – mój nowy nabytek)  i białe wino. Wszystko razem doprowadziłam do wrzenia i na końcu dodałam kilka kropel oleju sezamowego dla uszlachetnienia smaku. Na osobnej patelni, na również na  oleju ryżowym  z dodatkiem kawałka  masła podsmażyłam krewetki i następnie wrzuciłam je  do sosu, w którym dusiłam do momentu, aż nie zgęstniał. Na końcu dodałam świeży koperek, tzn zamrożony z lata (najlepsza forma przechowywania koperku na świeżo), wymieszałam, a nadając potrawie ostatni szlif posypałam koperkiem całość po wierzchu.  Zasiedliśmy z Ziemianinem do stołu, na którym królowała patelnia z krewetkami w sosie i białe wino.

Ja wiem, że do wymazania sosu powinna być biała bułeczka, ale obydwoje wolimy ciemne pieczywo i zapewniam, że z taki  sosik doskonale smakuje. A  pestki słonecznika rozgryzane razem z krewetką, to po prostu bajka.

wtorek, 02 lutego 2010
orwellowska rzeczywistość

Dzisiaj chciałbym wszystkich czytelników mojego bloga przeprosić. Ten wpis będzie nietypowy. Mnie spokojnego człowieka, nadzwyczaj spokojnego, to państwo, które ma czelność nazywać się moim wyprowadziło mnie z równowagi. Okazało się, że Orwell pisząc swój 1984 potrafił przewidzieć dzisiejszą rzewczywistość. Oni, czyli rządzący, a w ich imieniu urzędnicza zgraja, żyjąca z naszych pieniędzy chce o nas wiedzieć wszystko. To wszystko sprowadza się tak naprawdę tylko do jednego - jak nas oskubać, zabrać wszystko co możliwe, zostawiając nędzne ochłapy, byśmy sił nie stracili i nie przestali pracować na ich utrzymanie. Oni nie ponoszą odpowidzialności za NIC! Za wyrwaną krwawicę nie dają NIC. Wystarczy spojrzeć na służbę, jaka ona służba, zdrowia, system emerytalny, czy system mający zapewnić nam bezpieczeństwo. Nic, nic i jeszcze raz nic, przy wielkiej arogancji i prawdziwej mafijnej bandzie urzędników rozrastającej się jak hydra. Babcia chce wnuczkowi kupić rower. Może to zrobić, ale powinna wypełnić odpowiedni druk w urzędzie skarbowym i to zgłosić. jako, że osoba to jej najbliższa nie zapłaci od tego myty, ale ONI chcą o tym wiedzieć. Kelner, który dostaje od nas uznaniowy napiwek powinien to uwzględnić w rocznym zeznaniu podatkowym. NSA uznało piekarza, który dawał niesprzedany chleb biednym winnym i już nieodwołalnie ma zapłacić temu drapieżcy zwanemu państwem 200 000 złotych haraczu. Uch, trzęsie mnie. Mam dla nich podpowiedź. Niech opodatkują bąka, którego puszczam, założą mierniki, które każą mi wystąpić o koncesję na produkcję energii, zmierzą poziom metanu, obliczą ilość wytworzonej energii cieplnej, lub gazowej i to obłożą podatkiem i akcyzą, gdy zaś tego w energię odtwarzalną nie przetworzę niech nałożą na mnie karny podatek za zanieczyszczanie środowiska. Uch to mi ulżyło! A żeby myty nie płacić podgrzałem do temperatury 20 stopni zebraną śmietanę i wlałem takową do specjalnej maszyny, zakupionej drogą internetową made in Russia (robot nie z tej ziemi) i uruchomiłem na 15 minut. Łopatki przewalały towar, aż grudki połaczyły się w pięknie wyglądający towar.

Maślanka miała smak jaki pamiętałem z dzieciństwa, resztę zaś trzykrotnie przepłukałem pod bieżącą wodą i odcisnąłęm solidnie. Smak i wygląd nieporównywalny z niczym co w sklepie dostępne, łącznie z kolorem. No i tak to dzięki tym kilku działaniom uszczuplę tę złodziejską bandę o kilka złotych podatku, które by zdarli od wszystkich po drodze ode mnie czyli rolnika do ostatecznego konsumenta. nawet mi się liczyć nie chce ile procent wyrobu końcowego to zdzierstwo wynosi.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl