niedziela, 27 lutego 2011
jest karnawał - są pączki!
 

Pogoda piękna, mróz puścił, słońce świeci to i człekowi ma się ku życiu. We Dworze zagościła Pani Kasia, co to już prawie godność rezydentki objęła, razem z Panią Matką słodkości nam szykują. Jako że jest karnawał czas na pączki nastał. Tem razem waga poszła w użycie, bo od dokładności dobroć ciasta zależy. Najpierw zręcznie 40 deko przedniej mąki tortowej zostało odmierzone, obok 10 deko cukru, pół łyżeczki soli, kieliszeczek rumu od kapitana Morgana z Jamajki,

 

paczuszka cukru waniliowego, dziesięć żółtek, 10 deko masła sklarowanego i jedna trzecia szklanki mleka wraz z paczką suszonych drożdży.

 

To by z towaru było wszystko. Mąka poszła do wygrzania w misce wstawiona na garnku z gorącą wodą, żóltka z cukrem i cukrem waniliowym zacnie wymieszane, drożdże w mleku się mnożyły, wtedy składniki wszystkie poszły do mąki by ciasto gładkie, błyszczące wyrobić, odstawione dojrzało, potem szklanką wykrojone w kuleczki ukształtowane, w środek zaś poszła konfitura jesienią uwarzona z pigwy gdzie imbir był dodany. Ze spiżarni przyniosłem smalcu dwa słoiki, a u mnie wszystko, jakby na wojnę jest. Roztopiony został, kuleczki poszły się na piękny brąz opiekać.

 

Teraz pozostało je jeno cukrem pudrem osypać i na stół wystawić. Kształtne, cudne, każdy na dwa kęsy. Niech żyje karnawał. matołom na pohybel!

 
sobota, 26 lutego 2011
wieprzowe kąski w przedwyborczym przebieraniu nogami

Zima nadal trwa, więc jako rolnik mam jeszcze czas, w polu cisza i biel. jeno sarny przemykają cicho szukając pożywienia. Tak to i mam możliwość by w wiadomości zerknąć i poczytać sobie. Tu zaś jazgot się już zaczyna. Kundle szczekają namiętnie czy sprawa ich kasiory decydować się będzie przez jeden dzień czy dwa. Dorwą się do żłoba szybciej i w większej watasze, czy wolniej i małej grupie. Nie będę analizował kto, bo jest mi to nadzwyczaj obojętne, warty Pac pałaca, czy z lewej, czy prawej. Chyba posłucham Adama Wajraka, który mi radzi bym biały głos oddał, czyli obowiązek obywatelski spełnił, a swego honoru wyborem bylejakości nie splamił, czyli nikogo nie kreślić. Ta filozofia coraz bardziej mi do umu przemawia. Nic to ,idźmy do kuchni. Tu zaś czekają wieprzowe kąski - karkówka, od szynki, schabu krzyna, skrojone w zręczne kosteczki. Moje Szczęście wymyśliło by je na piwo wrzucić, tam się opichci, jak odparuje dostanie cebuli  w piórka skrojonej by kołderka była zacna, do tego papryka skrojona w kostkę, jabłuszko suszone, gruszka świeża,

z przypraw czosnek niedźwiedzi rzecz jasna, kurkuma, sól i pieprz do smaku, dla ostrości trochę pieprzu cayenne. Przyprawą znakomitą jest również mój ser, którego okruszki skrzętnie zbieram i po wyschnięciu trę na drobinki i na sos prawie gotowy wysypuję. Kąski zostały wydane z sałatką mieszaną rukoli i roszponki

i kapustą modrą opisaną uprzednio. Pyszność wielka i spróbować radzę.

środa, 23 lutego 2011
o kapusto modro ty moja
 

Tak nie wiem, ale coś ostatnio koncentruję się na dodatkach, na tych małych ozdobach życia codziennego, które jego barwę tworzą. Tusk Schetynę ustawił, smaczek był, Polska Jaka jest Najważniejsza każdy wie w dół poszła, bo mało zabawna, Palikot w górę bo ludziom śmiechu brakuje. A tak wogóle to smutek jest na wsi, Sawicki głupawym usmiechem rolników mami, kasę z dopłat wstrzymuje. Nikt tak naprawdę strat nie liczy ani tego kto tu komu kabzę nabija. Przecie zimą środki ochrony roślin i nawozy są tańsze, stare prawo rynku, im bliżej wiosny tym cena wyższa. To jakie rolnik ma wyjście? Jeśli nie ma pieniędzy, które sobie wkalkulował w gospodarstwo, bo mu się niby należą, kredyt musi zaciągnąć. banki w obecnej sytuacji wcale tak skore do finansowania nie są i za niby podwyższone ryzyko ściągają dodatkową mytę. Biednemu zawsze wiatr w oczy. tak więc Moje Szczęście postanowiło mnie modrą kapustą pocieszyć. najpierw drobno ją zsiekało i na dobrym, czerwonym burgundzie dusić zaczęło. jako dodatki powędrowały do niej suszone żurawiny, korynckie rodzynki, skrojona w kostkę cytryna, bez pestek rzecz jasna, sól, pieprz, miód i szczypta cynamonu do smaku.

 

Wtedy na małym ogniu całość musiała dochodzić by wzajemnie swoimi smakami przejść. Podaje się taką na ciepło do mięs wszelakich białych i czerwonych, do kaczki, jednako pysznie smakuje, czego nasi goście doświadczyli, mimo dużej ilości zrobione krzyny nie zostawili.

 

P.S. A że nie miałam rodzynek saute, dosypałam paczke rodzynek w czekoladzie!

wtorek, 22 lutego 2011
gołębie w Pekin zawinięte
 

Zima nastała, mróz trzyma, lodem wodę skuł, przedwiośnia ani widu ani słychu, to i  człek we Dworze siedzi, jeno słoneczko go na pole wywabia, bo konie trza przejeżdzić, na dodatek to na kręgosłup dobrze robi. Pani Matka stwierdziłą, że pierogów na razie starczy, przerzuciła się na gołębie. Jam wymyślił, że kapustę trzeba zmienić, zamiast naszej, przaśnej i rodzimej, zabraliśmy się za tę z Pekinu. Farsz był taki jak się należy- mięso zmielone z kury, co to z rosołu wyciągnięte, do tego warzywka i bułeczka sucha, potem cebule trzy cieńko skrojone i przesmażone na gęsim tłuszczu, wszystko doprawione solą, pieprzem, curry i czosnkiem niedźwiedzim, do tego ryż ugotowany by każde ziarnko było osobno. Kapusta pekińska sparzona została, rozdzielona na liście, które w wodzie gorącej zmiękły. Potem farsz i zawinięte roladki poszły do brytfanny. Pod spód trochę dobrej oliwy, ingrediencje poszły do piekarnika na pół godziny by dojśc.

 

Poczem zalane zostały moimi pomidorami w zalewie wraz z przecierem, dodana suszona bazylia zwykła i czerwona, zmiksowane z czosnkiem. W temperaturze 150 stopni razem zbrązowiały zanim poszły na talerze. Nic więcej i znikały jako te gołąbki do gąbki.

 

Grama polityki za to sam smak. Kapusta z Pekina sprawdziła się dokumentnie.

niedziela, 20 lutego 2011
Ziemiańskie śniadanie czytając Kaczora

 

Ucieszyłem się niezwykle - Jarkacz się cywilizuje! Gdy dotarła do mnie ta informacja najpierw podana w trzech słowach, myślałem, że może prawo jazdy zrobił albo i konto w banku założył. Nie, to nie o to szło, On sobie bloga założył i będzie śmiecił w Internecie, pewnie też ktoś za niego tę czynność wykonuje, bo treścią są jego mowy wodzowskie oznajmiające prawdę objawioną maluczkim. Szturm ciekawskich ruszył i docisnąć się było trudno, teraz zelżał gdy stwierdzili, że ciekawego tam niewiele i chyba nie będzie. Teraz bowiem maska przywdziana, że niby gospodarka najważniejsza i z troską w obliczu pochylenie nad losami ludu małego z czego ten żył będzie. Tak więc bloga tego zarzuciłem i postanowiłem upiec na śniadanie razowe bułeczki.

Poszło na to 600 gram mąki żytniej z pełnego przemiału, jedno jajo całe, dwie paczki drożdży piekarniczych, łyżeczka soli, łyżeczka cukru i szklanka ciepłej wody, do tego lekko pokruszonych 100 gram ziaren słonecznika. Ciasto mocno wyrobione, gdy gładkie poszło pod ściereczkę na pół godziny odpoczywać. Potem znowu wyrobione, napowietrzone, w porcyjki nożem dzielone kształt okrągły przybierały, na papier pieczeniowy szły posmarowane dobrze skłóconym jajeczkiem i do pieca nastawionego na 180 stopni na kolejne pół godziny. Na stół zaś poszło z ciekawym, ziemiańskim mixem. Najpierw na patelnię poszła skrojona w talarki kiełbasa wiejska, do niej boczek w kostkę kształtny, za nimi zsiekana cebula, biała, czosnkowa, papryka czerwona, czosneczku płatki i gdy to wszystko rumieńca dostało na wierch poszedł zielony groszek ze słoiczka.

Miszkulancja smakami przeszła i wtedy rzecz najważniejsza, w kubełku, gdzie wbite trzy gęsie jaja mocno zbełtane dolana moja świeżo zebrana śmietana.

Pyszność była duża doprawiona niewielką ilością curry i dużą czosnku niedźwiedziego.

Młódź, której we Dworze w tę sobotę był dostatek zmłóciła wszystko do cna, Moje Szczęście, Pani Matka i Pani Kasia co to w rezydentkę się przekształciła do sił dochodząc też sobie nie krzywdowały. No ale skoro taki skarb jak ja w obejściu mają jakżeby mogło być inaczej.

sobota, 19 lutego 2011
Polędwiczka z zielonym błyskiem

Miała odejść, jużem się do topienia Marzanny brał, w rowie bo wody pełen, a tu zima wryt i jest z powrotem. Diabli nadali i ogonem w tym pogodowym garncu kręcą. Co to będzie nie wie nawet najmędrsza babka we wsi. Na świecie też nieciekawie, wyczytałem w gazecie, że posły młódź rozpijają by ją do polityki przyciągnąć. Jak się który nawali to smrodu czuł nie będzie jaki z tego bagna ciągnie. Jeno informacja mało wiarygodna, bo po pierwsze z Kielc, po drugie czytał ją z kartki małolat, jedno co uczciwie zeznał, że on jako nieletni nie pił ino widział. A ponieważ za jego plecami czaiła się w kobrowych zwojach Kempa, nic a nic nie wierzę. Jeno co to bym ją przetrzepał i to solidnie, że gówniarzy od małego w błocie tapla. Żeby się odchamić i z brudu oczyścić Moje Szczęście postanowiło polędwiczki przyrządzić. Nacięło ci ono pora co niemiara, białe i zielone, lekko oliwą podlała i na to złożyła mięsko. Wierzch posypała ziarnem słonecznika i suszonymi w lecie, własnoręcznie jabłakmi.  Jako przyprawy użyła czosnku niedźwiedziego, startego mą ręką korzenia kurkumy. Wszystko to duszone było w dużej ilości piwa jasnego dobrej marki. Sól rzecz jasna do smaku. Koniec był taki, że piwo zupełnie odparowało, jeno gęsty sos się ostał.

Polędwiczka od zielonego pora i niedźwiedziego czosnku seledynowego błysku dostała, nie mówiąc już o tym, że wszystko mgnienie oka trwało, raptem jak się brała, a już obiad na stół szedł. Do wszystkiego podała rukolę z mielonymi włoskimi orzechami,

jednak nie za miałko, oliwą podlaną.

Pyszne to nad wyraz i do ostatniego ździebełka z talerzy znikło. By się lekko podalkoholizować podała dobre, czerwone wino, ale na nią nikt z kartki donosów czytać nie będzie.

środa, 16 lutego 2011
refleksja zimowa nad zapiekanką
 

We Dworze ciepło, na zewnątrz znowu mróz. Wody było pełno, wszystko to ścięło, jak zachowa się rzepak i ozimina nie wiada. Rolnikowi zawsze pod górkę. Niedość tego Sawicki, który najgorszym jest chyba w dwudziestoleciu ministrem dopłat bezpośrednich nie zwalnia. Dotyczy to zwłaszcza dużych areałów. Ten półgłów nawet publicznie kiedyś wyznał, że Unia i jej pomoc to rzecz znakomita, bo gdyby nie te pieniądze ci 5, 10 hektrarowi staliby pod urzędami z ręką wyciągniętą po pomoc, a tak mają na chleb, duzi zaś zawsze jakoś sobie poradzą. Czyli wspomaganie tych co sami się żżerają od ogona, a podżynanie tych co to naprawdę żywność produkują? To się w głowie nie mieści ale tak jest. Nie wiem co jesienią zrobię, czy wogóle do urny pójdę. Nie ma na kogo głosować. Małego wodza z jego świtą nie znoszę, niech sam sobie pochodnie pali i braciszka beatyfikuje, pierwszy obrotowy RP, czyli koniczynka sam o siebie dba, resztę ma w nosie, Tusek zaś zawodzi na całej linii, dba tylko o to by być pierwszym kto dwa razy pod rząd stołek zajmie, lewica bez jakiegokolwiek programu jeno do władzy się pali.Polska jaka jest to my sami wiemy i Kluzik nas do siebie nie przekona, błazen od taniego wina też już zszedł ze sceny i raczej na nią nie wróci. Smuta wielka, demokracja w naszym wydaniu cosik szwankuje i się nie sprawdza. Zapieczeni w żalu z Panią Matką i Moim Szczęściem wróciliśmy do kuchni. Najpierw powstał przedni rosolnik na mięsie kurzym i indyczym, gdy do siebie doszedł Pani Matka mięso od kości obrała.  Moje Szczęście, mając na uwadze goszczących u nas Nikodema i Joannę, młodych ludzi co kolację jeść muszą, mięso kurze  zsiekało w kostkę,

 

do żaroodpornego naczynia nasypała zmieszanego z ziarnem słonecznika, papryką kolorową, cebulką zeszkloną  i jajkiem ugotowanym na twardo. Wszystko to zalała sosem śmietanowym z  aceto i  przyprawami.

 

Kurkumę z korzenia sam na tarce scierałem, cayenne do tego, czosnek niedźwiedzi.  Na wierzch zaś mój ser na grubej tarce starty przykrył jak pierzynką. To wszystko do pieca na 180 stopni rozgrzanego i na pół godziny.

 

Wyszło cudnie, ot coś z niczego a pożarte do ostatniej kruszynki,

 

taki nasz sposób na refleksję i wychodzącą z tego wielką smutę.

niedziela, 13 lutego 2011
grochowa na mroźniejszy dzień-dopłat nie ma
 

Siedzę ci ja na wsi i nerwy mnie zżerają. Tak to mi się jeszcze nie przydarzyło. Po tom miasto rzucił by nerwy sobie oszczędzić, a tu patrz! Dowodów nie mam żadnych, ale przypuszczenia są. Wydaje mi się, że państwo zachowuje się jak zwykły oszust. Otrzymało i to już dawno temu pieniądze z unijnego budżetu dla rolników, miejscowe oddziały ARiMR jeszcze w zeszłym roku rozesłały decyzje o przyznaniu środków, tyle tylko, że nie poszły za tym przelewy. Nadchodzi czas zakupu nawozów, paliwa na prace wiosenne, trzeba popłacić podatki, a tu pusto w kieszeni. Wniosek stąd nasuwa się jeden, gdzieś musieli tę kasę wlać, oszukują Unię, że wszystko jest, a nie ma. Takiego łotrowstwa nawet Lepper nie uskuteczniał, powód może być tylko jeden, rację ma Balcerowicz i to już jesteśmy wydmuszką, którą przefrymarczyli obiecując gruszki na wierzbie byle tylko utrzymać się przy władzy. Redaktor naczelny Playboya napisał, że jego głos już stracili, mój też. Taki rozgorzyczony siedzę w kuchni i grochową gotuję, przynajmniej siłę będę miał by na rządzących się wypiąć.

 

Najpierw połówki całą noc w zimnej wodzie się moczyły, potem w niewielkiej ilości na małym ogniu do miękkości dochodziły, obok zaś w garnku dobry rosół pyrkał na szpondrze wołowym, kurzych skrzydełkach i indyczej szyi. Włoszczyzny nie żałowałem, obok niej pływały trzy liście laurowe i po pięć ziaren pieprzu i angielskiego ziela, spalona cebula takoż. Gdy wszystko się sklarowało i odcedzone zostało do czystego poszedł miękki groch oraz na patelence usmażony wędzony, surowy boczek z drobno skrojoną cebulką.

 

To wszystko leciiuchno zaciągnąłem moją śmietaną i razem na małym ogniu pozwoliłem popyrkać by smaki na wzajem przeszły. Z warzyw powstała pyszna sałatka, mięso zmielone dało nadzienie do pierogów. tak sobie mój gorzki żal z Panią Matką tym zajadłem. Rolnik lekko nie ma.

środa, 09 lutego 2011
wynalazek nowy-ser z macierzanką
 

W końcu doczekałem się przesyłki, przyszła zdobyta przez Moje Szczęście macierzanka. W całym domu zapachniało. Tom się i Grekom starożytnym przestał dziwić, żę jej woń symbolem elegancji była. U nas niestety myli się ją często z tymiankiem i nie rozróżnia, a przecież rosła ona na słowiańskich polach dużo wcześniej zanim ten drugi ze szkockich gór przywędrował. Macierzanka była dzielnym zielem, jej gałązkę w zbroję wpinał sobie od damy ją dostawszy rycerz w pole ruszając. Do kąpieli dodana wigoru dodawać miała, bracia zaś Słowianie w kuchni ją stosowali do mięs i właśnie serów dodając. Tak to i ja postanowiłem do dawnej tradycji wrócić. Najpierw mleko zaprawiłem bakteriami by się dobrze namnożyły i surowiec wstępnie rozłożyły, albowiem macierzanka nie patrzy i mikroby dobre i złe bije. Gdy już postało w temperaturze 32-34 stopni dostało do środka pokruszonych listków i nimi naciągnęło, wtedy poszła podpuszczka i piękny skrzep powstał przecinkami ciemnymi ubarwiony, wtedy równo pocięty oddał serwatkę i osiadł. Trzeba było jeszcze go przepłukać, wygrzać w cieplejszej wodzie i do formy odcedzić. Wygnieciony mocno będzie serem zwartym i twardym.

 

Teraz jeno czekać aż dojrzeje, dobroci nabędzie.Następny do kolekcji obok dzięki Gienowi wielkiemu guru serów Brzucho- Herbowego, Krzywonosa i Grądzkiego, no i jeszcze mojego maluszka co się bez nazwy pęta.

niedziela, 06 lutego 2011
komu ser, komu
 

Zagnał mnie Gieno wielki Brzucho do Łodzi. Mam przyjechać i koniec, no cóż pan każe sługa musi, zapakowałem moje dzieciątka w kartonik i jazda w Polskę. Niechta, od czasu do czasu trzeba się ruszyć bo człek zaśniedzieje. Wziąłem do towarzystwa taką małą skrzynkę co to przez drogę miała mi gadać. Nic to, uznała, że nudny jestem i zamilkła, jeno strzałka kierunek mi wskazywała, a że autostradą jechałem robota nie była to trudna. Adres kierunkowy to Piotrkowska 97. Mieści się tam restauracja pod taką właśnie nazwą, podobnież sama wierchuszka ekskluzywnych jadłodajni tego miasta. Tam też miała przybyć śmietana z górnych warstw tej śmietany zbierana, rozmiłowana w slow food. Gieno, bośmy przed czasem tam przybyli czuł się jak u siebie, zamawiał co najlepsze, mnie wypadła wołowinka w sosie, jemu cynaderki. Do tego była kasza. Ludkowie rostomili, ta kasza wszystkie kasze miała pod sobą, pyszność niezwykła, z wierzchu chrupka, po rozgryzieniu rozpływająca się w ustach!

 

Ulka Czyżak, szefowa kuchni w kaszach rozmiłowana a one musi co odpłacają jej się smakiem nieziemskim. Potem przyszedł czas na prezentacje - Gieno pas notablowskie brzuchy kawałkami wiżajneńskich, praslickich, łęczyńskich, potem zaś ja grałem z moją orkiestrą.  Był Herbowy, grądzki i rzecz jasna Krzywonos.

 

Wszystkie przyjęto z odpowiednią atencją, zaś równie dobrze rozebrano mój najnowszy wynalazek - maluszka, mocno wyciskanego i zaprawianego specjalną mieszanką bakterii mlecznych.

 

Cudo to mocno zwarte w środku w kolorze słoniowej kości, mimo że z wierzchu nieciekawe bo skórka spękana nadrabiał smakiem niebiańskim, jak stwierdził Baryea, który wcześniej go probował - daleko zajdę. Ot i wszystko piękne i śliczne, bo nocleg był w urokliwym siedlisku gospodarza, w środku lasu i w zimowej scenerii z szklaneczką dobrego Chivasa, to następnego dnia wszystko rozwalił powrót w śnieżno deszczowej zadymce.

wtorek, 01 lutego 2011
egipskie wspomnienia i dupa jaś

Tak akurat przez ekran przewinęły się obrazy z naszego zeszłorocznego pobytu w Egipcie. W Polsce mróz, śniegu po pachy, tam zaś słońce, czyste niebo, żarełko podane pod buzię,basen z cieplutką wodą - all incusive za parę złociszy. Odetchnąłem przez kilka dni ładując akumulatory, że starczyło do żniw. No i się skończyło, zaczęło się szaleństwo, bieganie z kijami po ulicach, niszczenie co popadnie, rozbijanie sklepów, jednym słowem anarchia. Żeby było jasne, ja Egipcjanom życzę jak najlepiej. chciałbym by żyło im się dobrze i spokojnie. Niestety to co dzieje się tam obecnie wcale do tego nie prowadzi. Połowa dochodu tego kraju pochodzi z turystyki, w tej sytuacji nikt tam nie pojedzie, co było wyparuje jak sen złoty. Ci, którzy mają może nie będą mieli więcej ale nie stracą, ci którzy mają niewiele lub nic stracą szansę przeżycia. Dopiero wtedy rozsadzi ten parowy kocioł i zniknie krucha równowaga na Bliskim Wschodzie, ponieważ zaś mieszkamy w globalnej wiosce rozniesie się to dalej. Nie chcę krakać ale łza mi się w oku kręci. Rozbiorą wszystko, nawet piramidy, za podpłomyka rozwalą Sfinksa, już zaczęli w czaszkach mumii szukać złotych zębów. Żal, żal, ale żadnego rozsądnego wyjścia z tej sytuacji nie widać. Tak to i zrobiłem sobie ozorki. Najpierw ugotowałem w warzywach trzy oczyszczone sztuki, tak do miękkości, wyjęte dobrze ostudzone obrałem ze skórki i skroiłem w grube na półtora palca plastry. te poszły na rozgrzaną kapkę ryżowego oleju, na wierzchu wytworzyła się cienka ale chrupiąca skórka. Wtedy lekko rozciągnąłem sos rosołem, po chwili dodałem po dwie łyżki dobrego chrzanu, jedną wasabi i dwie musztardy sarepskiej i jedną dijońskiej.

Gdy smaki przszły sobą na wzajem doszła śmietana, kilka bulbutnięć i można było wydawać na talerze.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl