poniedziałek, 25 lutego 2013
Królik smakowitości wielkiej

Zobowiązałem się, że w zamian za karpa pyszności niezwykłej królikiem się zrewanżuję, a ponieważ słowa zwykłem dotrzymywać com zrobił opisuję. Chowany ci on był w sąsiedniej wiosce, do nas zaś już w formie obranej przybył jako humorarium za prawną przysługę. Wyciągnąłem go z lodowni gdzie kruszał, dobrze nabłyszczyłem olejem od Leszka Rutkowskiego czyli z Góry Św. Wawrzyńca, obklepałem nieco solą adriatycką i curry, wszystko delikatnie by smaku nie przyćmić. Tak sobie poleżał. Potem poszedł do brytfanny w towarzystwie skrojonej w piórka czerwonej cebuli i szalotki, było tego z pięć  sztuk, do tego w paski skrojona czerwona papryka, dobrze mięsista. Podlany został młodym, pół słodkim, różowym winem, podchodzącym pod furmint. Tak sobie przewracany i regularnie skrapiany winem siedział w temperaturze 170 stopni przez dobrą godzinę. Wtedy do towarzystwa dostał tak, że cały był obłożony topinambur, czyli słonecznik bulwiasty, bez obierania w skórce. Dochodził przez kolejną godzinę, aż warzywo całkiem było mięciuchne, u onego zaś mięsko od kości bez protestu odchodziło. Wydałem go na stół a dał taki aromat, że ślina biesiadnikom w gardzielach bulgotała. Do tego poszły buraczki od niezrównanego Rafała Dendka spod Okonka, z którymi nic robić nie trzeba było jeno podać i zielenina z roszponki polana winegretem. Uważam żem się z zadania wywiązał i rewanż był na równie wysokim poziomie jak danie co go wywołało.

niedziela, 24 lutego 2013
karp pod pierzynką a bób na dodatek

Moje Szczęście błysnęło talentem kulinarnym niezwykle. Gdym ja stał na Bernardyńskim Rynku niedogodności pogodowe cierpliwie znosząc Ona obrabiała karpia. Surowiec miała zacny, bo wyrośnięty w jeziorze a nie jakowymś bagnistym stawie. Najpierw obłożyła go czerwoną cebulą sokiem z cytryny skropiwszy, potem dzwonka z każdej strony obsmażyła, piórka zaś zdjęte zeszkliła na innej patelni potem rybę nimi przykrywając. W kolejnym naczyniu w mojej pomidorówce z jesiennego przecieru na kapłonowym rosole rozpuściła mieszankę moich serów. Był tam ten z macierzanką, czarnuszką, kawałek Krzywonosa, świeżaka trochę. Sos był solidny, zawiesisty z mocnym wyrazem. Wtedy rybę obłożyła płatkami migdała na przemian z czosnkiem, posypała kurkumą, soli dala nie za wiele, miszkulencją zalała i włożyła na 20 minut do rozgrzanego na 170 stopni piekarnika.

Ludkowie rostomili poezja kulinarna była to niezwykła. Świętej Pamięci Wisława za nią by kawałek swojego Nobla oddała. Jam jeno pokornie schylił głowę hołd składając zajadając się pyszną sałatką z bobu, którą do dania dodała. Był on na miękko ugotowany, wystudzony, zalany sosem vinegret z dodatkiem kiełków brokuła i niedźwiedziego czosnku.

 

 

Obiecałem się następnego dnia królikiem delicatess odwdzięczyć. Ale to już inna opowieść.

środa, 20 lutego 2013
Noc Śledziożerców i moje tortelino

Jako to już zwykle bywa w miesiące na L trzeba mi do Szczecina jechać, bo nobless oblige, a Noc Śledziożerców do chlubnej weszła tradycji. Veni, vidi. vici. Pojechałem, zobaczyłem a potrawa przeze mnie przyrządzona spotkała się z aplauzem licznie zgromadzonych. Tym razem był to torcik śledziowo serowy. Najpierw zacne matiasowe tuszki zmacerowałem w oleju z Góry Św. Wawrzyńca czyli rzepakowym, tłoczonym na zimno i niczym śródziemnomorskiej oliwie nie ustępującym, wraz z octem balasmicznym di Modena. Tak leżały przez tydzień. Potem do formy papierem pieczeniowym wyłożonej dałem moją riccotę kozią na ostro zrobioną z pieprzem cayenne, curry i prażonym czosnkiem, na to poszedł w paski skrojony śledź, przykryty został ubitymi na sztywno białkami lekko rozciągniętymi białą riccotą. Forma poszła na pół godziny do pieca ustawionego na 170 stopni. Gdy białka się ściągnęły posmarowane zostały rozbełtanymi żółtkami i znowu na 20 minut wstawione. Potem piec wyłączony i torcik samoistnie stygł. Dobrze zniósł podróż do Szczecina, tam wyłożony z formy oblany został moimi powidłami pomidorowymi i obłożony ogórkiem zakonserwowanym czystym miodem i winnym octem według starodawnego przepisu. Tak wydany został i sam wielki Bolek Sobolewski, podszedł do mnie by stwierdzić - Maruś, gdyś mi dał w duszy bałem się, że kawał za duży, bo przecie jedzenia tu nie brakuje, a ja talerzyk wylizałem! Taka pochwała serce cieszy i raduje.

niedziela, 03 lutego 2013
polędwica wołowa i była pyszna

Czas sobotnio-niedzielny to oddech, wewnętrzne wyciszenie. Moje Szczęście musi naładować swe akumulatory by tydzień przetrwać. Ja jeszcze w sobotę na Zielonym Bazarze się uzewnętrzniam więc ona ten czas sama spędza, ale za to twórczo niezwykle. Wzięła się więc za wołową polędwicę i trochę nietypowo z nią postąpiła. Ja bym zafundował średnio wysmażone, różowe steki, ona zaś pocięła w kształtne kawałki, lekko poklepała i pory na oleju zamknęła z każdej strony je traktując. Dolała potem nieco wody, nie za dużo, do dwóch trzecich wysokości, podsypała nieco pieprzem cayenne i dobrą kurkumą, dorzuciła trochę płatków migdałów i ziaren słonecznika, gdy sos się nieco zredukował wrzuciła skrojone w cienkie plasterki dwie marchewki,

dosoliła do smaku i dalej dusiła. A wszystko to na naszym piecu kuchennym czyniła. Gdy kółeczka były miękkie wydała na stół z brukselką, którą obydwoje kochamy i kiszoną kapustą od Rafała Dendka, która sama w sobie jest mistrzostwem świata. Skupić się więc trzeba było by w spokoju dary boże spożyć. Niedzielny czas spędzimy na pływalni by coś i ciału dać w te lutowe dni.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl