wtorek, 30 listopada 2010
smutno mi to ja karkówkę
 

Tak mnie dziś melancholia dopadła. Brakuje mi Groma, mojego konia profesora,

 

konia nad wszystkimi koniami. Trochę zastępuje go Bastion, poszedłem się do niego przytulić, pogłaskać, podzielić marchewką. Ale on jeszcze za młody, nie ma tej mądrości, tego wewnętrznego spokoju co tamten. Bestia, jego mamusia miała dziś zły humor i szczerzyła zębiska, ot tak bez powodu. Na polu pruszy śniegiem, białą pierzyna kryje świat. Moje Szczęście pracuje w dużym mieście, dzieciaki zajęte swoimi sprawami. Ot, życie. No to mówię sobie nic to, muszę cosik na te smutki wymaślić. Wziąłem gruby kotlet z porządnej karkówki, ubiłem go na palec wskazujący, natarłem harissą, która czerwona i pokruszonymi liśćmi karvi, które pięknie zielone.

 

Razem z solą pozwoliłem wsiąknąć. Mięso rzucone na mocno rozgrzany olej ryżowy przyjemnie zaczęło skwierczeć. Gdy rumieniec na nim błysnął dostało do towarzystwa skrawki skórki z mojego sera na taką okazję trzymane,

 

te topić się zaczęły, pozostało jeszcze wszystko zaciągnąć łyżką mojej śmietany. Na kotlecie wylądował suszony pomidor z czosneczkiem wydobyty z piwniczki a do wylizywania sosu była buleczka razowa z uprażoną kukurydzą. Całość łącznie z wydaniem trwała dwadzieścia minut. Szybkim jak błyskawica i melancholia przez ciepło pełnego żółądka popłynęła precz.

niedziela, 28 listopada 2010
idzie zima a ja naleśniczki
 

No to już przymroziło. Na termometrze poniżej 5 stopni a w nocy ma być jeszcze zimniej. We Dworze piec rozbujany, więc ciepło i w krótkim rękawku chodzić można. Teraz jeszcze śniegu brakuje by oziminę przykrył i będzie dobrze. Kaczora by na pole jak najczęściej wypędzać to mu złe wapory być może wyjdą, choć w to za mocno nie wierzę, bo jak komu Pan Bóg umu nie dał to i nie przybędzie. Ja zaś na życzenie młodszej latorośli, która konie przyjechała objeździć naleśniczki upichciłem.

 

Ciasto na nie proste - mąki szklanka, półtora mleka ciepłego, całe jajka dwa, łyżeczka soli i dobrze roztrzepać. Sztuka jeno w dobrze rozgrzanej patelni, potem najpierw jedna strona, potem podrzut i druga rumieniec dostaje. Farsz był już ciekawszy. Kura com na niej pyszny rosół uwarzył wraz z włoszczyzną, z kości obrana poszła przez maszynkę, do tego doszły takoż zmielone ziemniaki ugotowane wprzódy. Stanowią one jedną trzecią masy. Całość trzeba dobrze doprawić solą do smaku, pieprzem świeżo zmielonym, kurkumą całkiem obficie, trochę pieprzu cayenne i świeżego curry.

 

Na osobnej patelni, miałko posiekana cebulka lekkiego brąziku dostała, na koniec by się skarmelizował przesypana łyżką cukru. Ta bardzo dobrze wymieszana i lekko przesmażona z farszem wonczas już gotowa i gdy naleśniki gorące, a muszą być elastyczne dla tegoż otulinę stanowiła.

 

Część zrobiłem w ciemnym brązie, część w lekkiej żółci.

 

Gdy gotowe polane sosem słodko kwaśnym zacnie wchodziły i pożarte przez głodną litwę zostały.

P.S. od Emki: Nie pochwalił się jeszcze jak po mistrzowsku podrzucał te naleśniki. Fruwały pięknie.

 

Tylko dlaczego takie dziwne miny przy tym robił?

sobota, 27 listopada 2010
śniadanie mistrzów
 

Jak jużem wcześniej pisał rozsiadł się we Dworze na dni nie za wiele Gieno brzuchacz sławny. Przy serach sobie maśliliśmy, wieczorem łyczek agrestówki popijając. Ale nadszedł dzień pożegnania. Gourmand w dalszą ruszał drogę, zahaczając o Farmerkę z jej kreuzerami, potem zaś do Barei spiesząc, wioząc moje czarne dzieciątka, czyli Krzywonosy, tak na cześć sławnej Henryki co słowa prawdy powiedziała, zwane.Mójże Gieno przywiózł mi również bardzo radosną nowinę. Otóż w moich serach zagustował Adaś Chrząstowski, znany krakowski restaurator i popularyzator dań zacnych w Kuchni.TV. Tak i dla niego porcyjka znaleźć się musiała. By zaś zacnie Mistrza pożegnać śniadanie królewskie sprawiłem. Na ciepło wydane zostały rydze. W tym roku wysyp ich był niesamowity. Za radą mojego przyjaciela, autora "365 Obiadów Babci Moniki" Andrzeja Niczyperowicza wziąłem je świeże, z piasku i obtarłem i takie same w aluminiowej folii na tacce trwale zamroziłem, bez blanszowania. Teraz wyciągnąłem je, obtarłem z lodowych kryształków i rzuciłem na mocno rozgrzaną extra oliwę, lekko rozciągnięta olejem ryżowym. Solą trzeba było sypać bo strzelały mocno. Szybko jednak gorącem napełnione poszły na talerze. Do tego chlebek pszenny, by oliwę z patelni można były wyciągnąć do ostatniej kropelki.

 

Obok zaś stał mój twarożek świeży, mocno odsączony, doprawiony cebulką, czosneczkiem drobno zsiekanymi, garstką szczypiorku, solą, świeżo zmielonym pieprzem. Deserem zaś były takoż moje latem pachnące powidła śliwkowe, jeno sprzed roku, bo w tym natura nie dopisała.

 

W miarę wysmażone, bez grama cukru, we własnej jeno słodkości się pławiące. Klucznica Dworowa Elyżbieta do tych pyszności też dopadła, w ilościach dużych swoje przepastne trzewia napychając.

 

Szczęście Moje na stól dało pachnącą kawę. I takeśmy Giena w drogę wyprawili.

czwartek, 25 listopada 2010
nocne rozmowy o serach
 

Zjechał ci do mego Dworu podróżnik zacny, wiedzy kulinarnej pełen czyli Gieno Brzuchomoowca. Przejazdem, w poszukiwaniu ciekawych serowych smaków w południowej Polsce zahaczył o moje domiszcze by mi chwile samotności bez Mojego Szczęścia osłodzić. O czem zaś mogli rozmawiać smakosze dwaj - wiadomo o serach. Na początek zaś podałem krem szczawiowy zrobiony na tęgim bulionie w skłąd którego weszła pręga wołowa, świńskie nóżki i dwie ćwiartki kurczaka. To sobie godzin kilka z liściem laurowym i garścią angielskiego ziela na ogniu niewielkim pracowało. Gdy mięso doszło prawie do miękkości a szum był zdjęty doszły warzywa - seler cały, pięć marchwi, dwie pietruchy i porów dwa. Tak szczegółowo piszę by zachęcić miłośników "bulionu" z kostki to rezygnacji z tego chemicznego erzatzu. Tego nawet specjalnie pilnować nie potrzeba, im dłużej, tym lepiej. Gdy już wszystko miękkie było płyn zacny poszedł w malakser wraz z warzywami by w aksamitną gładkość się zamienić. Do tego doszedł szczaw przez Panią Kasię na łąkach uzbierany i w słoiku zamknięty. teraz pozostało jaja z kurnika przyniesione na twardo ugotować, potem, bo świeże mocno zimną wodą zaprawić, inaczej skorupka trudno odchodzić będzie. Po jednym do miseczki, zupą załać i kleksa mojej zacnej śmietany dodać. Niby nic a małmazyja na języku pełna. Po zupie przyszedł czas na serową deskę. Gieno z koszyka wydostawał praslickie, wiżajneńskie i ostatnio zdobyte z Dolnego Śląska z zagrody Kozia Łąka w Łomnicy.Tośmy smakowali czeskim piwem popijając, smak zaś płucząc moim musującym lekko wytrawnym, białym, gronowym winem. Onże gourmand nie byłby sobą gdyby mnie za język nie ciągnął co dalej ze swą produkcją zamierzam. No tom się przyznał, że stanowczo idę w stronę twardych i półtwardych, podpuszczkowych, dojrzewających, by gotowaość po trzech miesiącach osiągnąć. Dla niego specjalnie będę robił aromatyczne, twarde jak skała, które i po półroku a i dłużej jadalne są. Ale to dla smakosza, bo łupie się je po kawałku wielkości pół paznokietka i na jężyku rozciera. Aromatyczność ich taka, że aż zatyka, ale po zjedzeniu jednej odrobiny człek zaraz rękę po następną wyciąga. tak tośmy sobie do północka pogaworzyli, miło było.

 

Sery dla Barei mam już gotowe bo pracami polowymi wstrzyman z żalem wielkim na otwarcie jego klubu do Bydgoszczy nie zjadę. Taka rola rolnika, jak ma się warkstat pod gołym niebiem.

 

P.S. od Emki: Zaznaczyć chciałam, że Gieno nie tylko o żarciu. Rok temu nawiedził nas z osobiście skonstruowaną camera obscura, czego wynikiem są zdjęcia, którymi się dzielę. Gieno wykazał dużo cierpliwości, żeby sfotografować mnie z unieruchomioną nogą przy stole w ogrodzie. Ja mniej i dlatego jestem zamazana. Dom był bardziej cierpliwy i nie zamazał się.

wtorek, 23 listopada 2010
ser się prasuje, wybory za i przed nami
 

No i minął dzień cudów, trwał do dziesiątej w nocy, a ta ciemna. Myślałem, że festiwal demokracji więcej chętnych przyciągnie. Niestety wyszło jak zawsze. Najgorsze jednak, że duży sukces odniosło błoto. Ono bowiem było celnym narzędziem w sprawie. Rzucano nim duż i chętnie. W mojej gminie doszło do drugiej tury. I tak lud wykazał się dużą mądrością, bo spokojny i wyważony w wypowiedziach kandydat zdobył pierwsze miejsce. Ale niewiele za nim demagog i kłamca namiętny, co to obsmarowywał wszystkich dookoła podiumowe miejsce osiągnął. Na początku grudnia czeka nas więc dogrywka. Mój wiejski radny, co to świetlicę piękną nam sprawił, starał się jak mógł, z kandydatką tegoż "zgrywusa" przerżnął. Wystarczyło tylko po kuluarach wici puścić, że przy budowie swoje skubnął, choć to nawet gdyby chciał nie było możłiwe. Ale jak to mówił nieboszczyk Goebels - kłamstwo tysiąc razy powtórzone staje się prawdą. Nic to ja do serów wracam. Koziego mleka coraz mniej, bo być może w grudniu pierwszych wykotów spodziewać się mogę, tak więc teraz powstają te z większości krowiego, bardziej aksamitne, delikatne. Chcąc je resztek serwatki pozbawić wkładam pod prasę i tam dwa dni siedzą, dopiero później w solance się kąpią.

 

Za to skórka ładniejsza gładsza, środek niewielkimi bąbelkami naładowany, smaku pełen. tak to i sery gorycz demokracji mi łagodzą.

Tagi: sery wybory
15:20, mag-43 , sery
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 listopada 2010
potrawunia żołądek pieszcząca

Ponieważ w wiadomej sprawie cisza, to i ja cicho sza. Ale emocję są, z niecierpliwością na oficjalne ogłoszenia czekał będę. W czasie między zaś sprokurowałem potrawkę, potraweczkę potrawunię, tak aksamitną, że język pieściła zaiste mało gastronomiczne powodując doznania. A było to tak - dostałem pyszne skrzydełka kurze, wrzuciłem je do wody wraz z dobrą przygarstką angielskiego ziela i laurowego liścia, lekko przysoliłem i tak z godzinę wszystko popracowało. Potem doszły bogate warzywa - seler cały, dwie pietruchy, cztery marchwie, por biało zielony, to razem jechało godzin kilka na małym ogniu aż płynu zostało jedna trzecia, nie powiem, bo Szczęścia Mojego wonczas nie było kubeczek mały tego bulionu wypiłem łakomstwu folgując. reszta zaś warzyw i płynu zmiksowana została na piękną, gładką masę. Ponieważ marchew kolor wchodzący w róż dała, by go lekko złamać wrzuciłem słoiczek własnego przecieru pomidorowego z bazylią ogródkowego pochodzenia przygotowanego. Lekko całość jeno zapyrkała. bo dostała mięso ze skrzydełek obrane i gotowe. Podkładem był śliczny ryż basmati smak i zapach specyficzny dający. Obok zaś stała, przez zczęście Moje przygotowana,  misa sałaty z posiekaną papryką i ogórkiem, polana pysznym winegret. Całość była posypana moim serem trzymiesięcznym, mniam!

Do Dworu zjechała nasza Pani Kasia mileńka tak to i miał się kto wraz z Moim Szczęściem tym aksamitnym smakiem cieszyć.

piątek, 19 listopada 2010
Głosujcie na swojską wołowinę
 

Ludkowie moi rostomili, korzystając, że ciszy jeszcze nie ma, znaczy tej wyborczej, a ja Was do żadnych konkretnych zbezeceństw nakłaniać nie będę głoszę jedno - idźcie, idźcie i oddajcie zakreśloną kartkę. Te wybory są najważniejsze z ważnych. Teraz  bom wieśniak Prezydenta zobaczę co najwyżej w telewizorni, z posłów smiać się będę, bo to matoły po większości, ale mój Burmistrz czy Wójt będzie osiągalny na dotknięcie ręki. Jak mi się nie będzie podobało co robi to pójdę i mu osobiście nawtykam, tyle co moje! Jak będzie zły sam sobie i sąsiadowi  w zupę napluję żem durnia wybrał, jak zaś nie pójdę to potem siebie tylko po pysku prać będę żem kapuściany łeb. Idźcie kochaneńcy i tych najrozsądniejszych wybierajcie! By sobie żywot osłodzić swojską wołowinę wybrałem, sowicie warzywkami z ogródka obłożyłem i w wodę poszła by na niewielkim ogienku sobie pracować. Gdy w połowie piękno swoje pokazała, wywar zaś gęsty się zrobił, wyjąłem i w cząstki nie za duże skroiłem. Na patelence bulionu podlałem i dobrym chrzanem zaprawiłem, gdy zabulbutał dostał swojskiej śmietany, soli i pieprzu do smaku. Wołowinkę, zrazówka to była jak pierzynką otulił swoim aksamitem.

 

Do tego poszły  brukselka czyli jesienna kapustka oraz różyczki kalafiora. Jak na wyborczą "kiełbasę" nieźlem sobie i Szczęściu Mojemu podmaśłił. Idzcie więc na te wybory, idźcie a jak będziecie kole mego dworu przejeżdżali wstąpcie. Stara, szlachecka gościnność głodnymi Was puścić nie pozwoli.

wtorek, 16 listopada 2010
Fotygę Macierując z ziemniaczkami zapiekamy
 

Ostatnio z Moim Szczęściem ruszyliśmy w wojaże i zawiało nas do Otmuchowa. Jego jesienne uroki możecie podziwiać w Jej blogu, naprawdę warto. Widać, że podróżny reisefiber nie tylko nas opanował, my co prawda blisko, a szanowna Fotyga w doborowym towarzystwie ruszyła aż za ocean. Nie wiem, czy jeszcze żyje niejaki Wojewódka, co to nasze kabarety tam ściągał. Jesli tak należy go natychmiast zawiadomić o możliwości interesu życia bo takiej pary to jeszcze tam nie było! Pojechali skarżyć na własny kraj, mam nadzieję, że dobrze wazeliną nasmarowani, co Jankesi w procesie trawiennym i wydalniczym z pewnością docenią.Trzeba doprawdy mieć kuku na muniu żeby się na taki krok zdobyć. Nic to, bo Moje Szczęście zapiekankę sporządziło, którą podróżnikom dedykuję. Najsamprzód ziemniaki podgotowane w ósemki skroiła, uzupełniła brukselką,

 

płatkami czosnku, pomidorowymi ćwiartkami i krążkami,

 

na to dała zeszkloną, czerwoną cebulę,

 

szpinak wymoczony w śmietanie z przyprawami pośród których cayenski pieprz i czosnek królowały,

 

dalej w dziury trochę więcej niż zblanszowana brukselka,

 

na to ziemniaczki ale  w plastrach. Posypała to czosnkiem niedźwiedzim obficie i startym serem.

 

Tu miłośnikom moim dzieciątek podpowiem, że jako przyprawa do takich dań jak i zup genialnie wprost się nadaje skórka z serów zagrodowych. Wszystko to poszło na niecałą godzinę do piekarnika nastawionego na 190 stopni i efekt jaki był każdy widzi. Podróżnikom takie danie służy. Może zaś tym dwom tak się kuchnia amerykańska spodoba, że zostaną o azyl prosząc. Bracia Amerykanie - za Pułaskiego i Kościuszkę nie odmówcie tej prośbie!

środa, 10 listopada 2010
koza kozie tego nie robi, tylko ja ser
 

Jeden baławan z Kielc, gdzie Pacanów leży uknuł filipikę, że gejów nie lubi bo nawet koza kozie "tego" nie robi. A ja się nie dziwię bo on baran i innego gatunku nie rozumie. Jeno, że znane z liberalnych poglądów SLD takiego durnia na Prezydenta miasta scyzoryków pcha tego nie rozumiem. Zawieźć do Pacanowa i okuć, w pierzu obtoczyć i na gołego do baru wiadomego z Akademii Policyjnej puścić! Ja zaś powoli moje ukoochane zasuszam, bo im cap dobrze zrobił, nie zaś sobie na wzajem, tak więc nie za długo kocić się będą, dopiero potem popłynie rzeka pełna mleka.

 

Taraz więc mieszam 75 procent krowiego reszta kozy i utwardzam dobrze, odstawiam na trzy miesiące by dobrze stwardniały, skórkę miały pyszną. Konsumenci sobie chwalą i ciągle jeszcze wołają. Menadżerka Kręglickich w dumę mnie wbiła. Ostatnio w jednej z ichnich restauracji gościł Holender rodowity, popróbował moich specjałów i stwierdził, że nieprawdą jest jakoby takie szlachetności w tak dzikim jak nasz kraj powstawały.

 

A ma cudzy ziemiec jeden, nie wie i mores zna. Agata mogła głowę dumnie nosić. Szacun i buziaki mi przesłała, ja zaś do piwniczki schodzę by moje dzieci podoglądać.

Tagi: ser wybory
10:40, mag-43 , sery
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
talerz pełen makaronu na politykomatołków

No i spadł pierwszy śnieg. Widać zmiana pogody, przewalające się górą fronty również działały na to co się działo w główkach co poniektórych użytkowników internetu.Na moje łamy przywiało jednego takiego. Czy ja kogo do czytania tego co piszę zmuszam? Czy ja obrażam, nie może trochę ośmieszam, choć to zadanie bardzo trudne, bo nasza klasa polityczna tę sztukę opanowała do perfekcji. A tu proszę, warchlakiem zostałem, po moim grzbiecie na koń chcą wsiadać, ja i czerwony pomiot! Ludzie moi mili, do czego to doszło, ale chciałeś demokracji, biłeś się o wolność słowa, to i masz Tomaszu Dyndało. Tak to i przejdę z uśmiechem pobłażania nad takimi uwagami. Panie zaś dwie z łamów nie schodzą, mają swoje 5 minut, które szybko się skończy, żaś ich partia,w której śniły sen o potędze, też razem z psem Sabą pójdzie tą drogą. zostanie jeno w głowach różnych "czujnych". którzy odzywać się będą gdy wiać będzie Halny. Podeptawszy do kuchni wziąłęm się za sosik zacny, bom apetytu na makaron nabrał. Sam dla się menu muszę ustalać, bo Moje Szczęście sylwetki nabywa i je mało wiele i po swojemu. Na rozgrzaną oliwę rzuciłem świeżo zmielone mięsko - pół na pół szyneczka i pierś indycza, by nośnika smaku nie zbrakło dodałem przekręconego boczku surowego, wędzonego. Powolutku to sobie bulbutało dobawione curry, harissą i własną, suszoną bazylią. Gdy mięso ściemniało dostało na się nasz własny przecier pomidorowy z piwniczki ziołami ogródkowymi doprawiony. Gdy smaki sobą przeszły rozciągnąłem moją śmietaną wraz z czerwoną, słodką, szegedyńską papryką, by barwę mocniejszą wyciągnąć. Makaron spagetti, ale z pełno przemiałowej mąki, ugotowany al dente, na talerzu sosem mocno potraktowany ubogaciła oliwka z migdałem i pyszne kaparki, by smak lata przywołać.

 

Tak to sobie podmaślając na wybory czekam, bo te lokalne naprawdę są ważne. Tutaj tłumoki tak łatwo zupy kalafiorowej ludziom z mózgu nie nagotują!

sobota, 06 listopada 2010
chowam się w mysią dziurę, jedzenia starczy...
 

To, że odcięty bieliźniak wyrzucił ze swojej mafii dwie kobitki nie dziwi mnie wcale.Przeca on bab nie lubi. Próbowali mu kiedyś wmówić taką jedną, ale spławiona rzuciła się w objęcia plebana tańcząc z różą w zębach. Ale 11 tego miesiąca chowam się, na ulicę wyjść się będę bał wyjść. Na podobieństwo tego jednego małego ruszą bowiem z pochodniami różnorakie faszysty, nacjonalisty i inne paskudztwo. Jestem ciekaw kto ich ośmielił, do takiego zachowania zachęcił, mówiąc jeszcze, że z tej ojczyzny trzeba zły rząd wyplenić, a Prezydentowi ręki nie podawać. Coraz to gorzej z tą naszą demokracją. Ostatnio dostałem kolejną korespondencję z Instytutu nie-Pamięci Narodowej, że śledztwo w sprawie zbrodni komunistycznych, których byłem ofiarą zostaje umorzone, ze względu na nie znalezienie sprawców itd, itp. A mówiłem spalić, w powietrze wysadzić, a nie ludziom w głowach mieszać. Z drugiej strony gdy czytam o tych nacjo marszach myślę, że nie o takiej Polsce marzyliśmy i nie takiej w tamte mroczne dni wyczekiwaliśmy. Czyli oczekiwania jedno, a wyszło jak zawsze.tak więc ja do kuchni i owinę się w ciepłą kołderkę pięknęgo boczku. Cały płat, mięsnego i grubego nacinam w poprzek,

 

w szczeliny idzie cienko skrojony koperek ze świeżą pietruszką, aż do pełna. do tego wędzona śliwka i rodzynki korynckie, lekko posolone ciałko i popieprzone, wonczas zawijam ciasno i sznurkiem konopnym mocno ściskam. całość do brytfanny na godzin kilka w 190 stopni, od czasu do czasu piwem można podlać. Gdy mięso mięciuchne, więzy usuwamy i kroimy w średnio grube plastry. Poszły one na pyszną sałatkę z rukoli Mojego Szczęścia, zmożoną sosem winegret.

 

Pyszność zacna i na stół obiadowy przeznaczona. A PISłanki i to byłe śmiechem traktuję, tak jak i ich byłego pryncypała, którego na wiarę hetero chciały nawrócić.

czwartek, 04 listopada 2010
Emki babka wysoce niemoralna
 

Zobaczyłem dziś na internetowych stronach zdjęcie Kaliny Jędrusik. Łza zakręciła mi się w oku. jako zywa stanęła mi taką jaką ją pamiętam w trakcie łagowskiego filmowego lata. Wiem byłem wtedy młody, fryzura jak Jimmi Hendrix i pseudo, którym odbarzyli mnie koledzy z pierwszej pracy - Bel Ami. Było, było ale się minęło po malutkiej chwili. ONA w skąpym stroju wodząca hipnotyzującym wzrokiem po nas, młodziakach, ten głos z charakterystyczną chrypką. Nie było takiego, który by dla Niej na łeb do pustego basenu  nie skoczył. I wiecie co Mości Państwo, dla mnie ten JEJ czar nadal paruje z czarno białych foto. A tu nagle na obiadowy stól Moje Szczęście serwuje piękną babkę, jakby w moich myślach czytała.

 

Jak zaś ją sprokurowała niech sama opowie:

"Pomimo tego, że jestem na diecie, a może właśnie dlatego (smaki mnie gonią),  postanowiłam bliskim moim zrobić na obiad coś nowego, coś niespodziewanego i kolorowego. Pomysł naszedł na mnie przypadkiem. W lodówce stały resztki ugotowanych buraczków, co to po golonce zostały. Kolor bił w oczy. Obrałam więc ziemniaki, ugotowałam je. W czasie gotowania na patelni zeszkliłam cebulkę, którą z boczkiem mielonym zasmażyłam i doprawiłam do smaku.

 

Potłuczone ziemniaki podzieliłam na dwie części, z których jedną pomieszałam ze zmiksowanymi burakami i czosnkiem zmiażdżonym. Drugą część doprawiłam suszonym selerem, i częścią boczku z cebulką.

 

Oczywiście obie części dosmaczyłam przyprawami dla nadania im wyrazu i osobowości, a także wbiłam po dwa nieduże jajka dla zwartości i  łatwości zapieczenia masy. W formie babecznej układałam składniki warstwami: pure czerwone, pure żółte, boczek z cebulką, pure żółte i pure czerwone.

 

Całość zapiekałam w piekarniku przez ok. 40 minut. Do gotowej babki sos się nadał złożony ze śmietany, kaparków, musztardy, drobiny przecieru pomidorowego, sosu chili słodko-kwaśnego i bazylii suszonej przeze mnie osobiście, a wyhodowanej w przydomowym warzywniku.  

 

Kolorystycznie babka biła po oczach. Zarówno Ziemianin jak i Pani Matka zaskoczeni byli nie tylko efektem kolorystycznym, ale i smakiem. Że im smakowało, wiem, bo z talerzy znikało w tempie błyskawicznym."

środa, 03 listopada 2010
golonka jak kaczka, bo też w buraczkach

Przeczytałem ci ja u Ireny i Andrzeja, że nabór przeprowadzają zaciężnikom stawiając warunek, by w okowach kuchni polskiej legli. No i takem się się nieopatrznie zakręcił, że patrzcie mościjewy-zapisałem się.

Gotujemy po polsku!Teraz wstyd by było pola ustąpić. W ramach akcji Gotujemy po polsku!, której patronem jest serwis zPierwszegoTłoczenia.pl na warsztat wziąłem golonkę, nie za dużą, nie za tłustą, taką w sam raz. Wymoczyłem w soli, jak się należy, bez jodu rzecz jasna, trzy dni,potem zagotowałem razem z liściem bobkowym, zielem angielskim, pieprzem i jałowcem, z warzywami takoż, do pierwszej miękkości.

W osobnym garnczku idą buraczki co mi w ilości dużej wyrosły, obrane i pokrojone w cienkie plasterki. Zalane wodą, lekko posolone, z łyżeczką miodu i sokiem z jednej cytryny, gotują się do takiej miękkości jak mięso.

Gdy woda w połowie wyparuje całość na patelnię i razem się dusi, gdy płynu brakuje podlewam piwem.

No i bym zapomniał - najsamprzód pod golonkę dałem olej kujawski, ale nie zwykły, lecz "trzy ziarna", którym najpierw na czubek języka wziął i wysoko ocenił. Nic smaku i jakości potrawy nie zmienił, jeśli to poprawił. Do sosu dorzuciłem jeszcze ugotowanej brukselki. Golonka tak zrobiona w ustach się rozpadała, karminem oczy pasła, więc bez oskomy nijakiej w kanon kuchni polskiej mogę ją zaliczyć. Wszystko u nas wyrosłe, znane i wielokroć przerabiane, by utradycyjnić ziemniaczki z koperkiem, nasze liniowe dodałem. I z takim talerzem się zgłaszam.

poniedziałek, 01 listopada 2010
kurczakowe placuszki z czerwoną kapustą

Uch, wspominanie tych co odeszli to dla mnie wyczerpujące zajęcie. Jedyne co trzyma mnie na duchu to, to, że są gdzieś tam pozbawieni doczesnych trosk, czuwają nade mną z pełną życzliwością, jaką darzyliśmy się w cielesności. Wiem, że będą istnieć również w naszym świecie tak długo jak będziemy o nich pamiętać. Z roku na rok coraz więcej tych, którym zamykając oczy stawiam świeczkę. takie jest prawo życia. By więc sił nie zbrakło i mnie, Mojemu Szczęściu i Pani Matce ugotowałem pyszny i pożywny bulion, który w kubkach podawany podnosił ducha. jak go robiłem opisywał nie będę, bo było to już wielokroć przedmiotem moich kuchennych peregrynacji. Opiszę zaś com wymyślił z kuraka wyczynić potem. Obrałem mięso dokładnie z kości, dołozyłem warzyw ugotowanych przepuściłem przez maszynkę, dołożyłem ugotowanych ziemniaków, te przechodząc przez sitko pięknie je oczyściły. Masę dobawiłem sosem sojowym, słodko kwaśnym chili, lekko posoliłem i dosypałem shoarma masala.

Dałem jej chwilę odpocząć, rozgrzałem na patelni olej ryżowy, uklepałem zgrabne placuszki, obtoczyłem je w tartej bułce i dałem na rozgrzany tłuszcz rumieniąc zręcznie z obu stron, delikatnie drewnianą szpachtułką, bo miękkie, przewracając. Do tego doszła surówka z czerwonej kapustki, którą zręcznie Moje Szczęście w dietetycznej będąc traumie umodziła. Jak zaś niech sama upisze:

"Kapustę modrą posiekałam w przyrządzie, co w prezencie od Felixiany otrzymaliśmy. Zdatny jest i drobno zsiekł ją.  Cytryną następnie zmorzyłam. Jak zmiękła lekko, ale koloru nie straciła, wtarłam do kapusty jedno jabłko, dodałam sezamu, wiórków kokosowych, kandyzowanej skórki pomarańczowej, szczyptę imbiru i cynamonu a na koniec  rodzynek dla słodkości. Dla złamania smaku na czubku łyżeczki cayenne i  kurkumy. Całość polałam olejem lnianym. Mnie smakowało, jak inni ocenili nie wiem, nie komentowali, ale zjadali wszystko z talerza."

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl