wtorek, 28 grudnia 2010
śladem generalskich spodni do bigosu

Biało na polu, zwierzęta napasione, w Wigilię złego słowa na gospodarza nie rzekły, to i robić za dużo nie ma co, we Dworze ciepło, siedzi się przed ekranem i śledzi co też tam się dzieje. A tu ciekawie jest, ciekawie. W Poznaniu odkryli, że w krypcie, gdzie od dzieciskam wiedział, że Mieszko I leży truchło Jordana biskupa poczywa. Doszli po płytce malusiej co ołtarzyk przedstawia. Księcia zaś z małżoną według wszelkich znaków na niebie i ziemi z zemsty wywlókł Czech Brzetysław zemstą wiedzony. I wonczas jako gromem rażony zrozumiałem plan wiekopomny PiSpreza! Za lat tysiąc albo i dwa odkryją ówczesne mędrce sarkofagi na Wawelu, a tam  -spodnie z lampasami, znaczy nie ten co trzeba  spoczywa, zemstą wrednego Kaszeby zamieniony! Oj, madry ci on mądry, wiekami a nie dniem dzisiejszym myśli! W historii co w tysiące lat idzie zamieszać postanowił. My wszystkie się miniemy a braciszek zostanie, w śladzie bo zamieniony! Z podziwu aże mnie zatkało. Ja tu sobie bigos pichcę, bo to na Sylwestra być musi, a ten konus mały takie chytrości obmyśla. No ale do rzeczy - wziąłem półtora dobrej kiszeniny kapustnej, żeby gęby nie krzywiła, w garniec po skrojeniu zadałem razem z sokiem, potem niespodzianka - prawie kilo surowej modrej i razem dałem godzin kilka popracować. Obok moczyło się w mleku 30 deko prawdziwkowych pasków. Pani Matka w kostkę kroiła dobre kilo przedniej karkówki i takoż szynki. To wszystko po przesmażeniu by rumieńca solidnego dostało poszło wraz z kostną golonką peklowaną do kapusty. razem przechodziło do późnego wieczora, by potem wylądować na odpoczynek w skrytce. Rano dnia następnego znowy zgrzane dostało grzyby dobrze wypłukane i skrojone, po nich zaś pomidory własne co w piwniczcce na taką okazję stały wraz z sokiem. Gdy tworzywo zgęstniało i ciemnieć poczęło wieczór nadszedł i znowu odpoczywać poszło do chłodu. Następny dzień poczęty został kusztyczkiem wina czerwonego, półwytrawnego.

Nim to bowiem garniec polewany był często. Pani Matka zajęcie dostała bo w paski kolejny kilogram, tem razem dobrej majerankowej kiełbasy skroić trzeba było, po podsmażeniu poszła w dobre towarzystwo. Zapomniałbym- na samym początku pięć liści laurowych i dziesięć solidnych angielskich ziel poszło w kapustę. teraz skarb mój zacny- słoiczek powideł sprzed lat dwóch, w tym śliwy nie obrodziły ,łyknięty został. Dzień w zmierzch już idzie, więc czas garniec zimnu oddać. Jutro jeszcze dostanie wiśnie z nalewki wyciągnięte i żurawinę. Potem do piątku tylko grzanie i podlewanie zacnym winem. Będzie zaiste przedni, ale do historiii tysiącletniej Najjaśnieszej nie przejdzie, lampasów mu zbraknie.

poniedziałek, 27 grudnia 2010
pierogi pyszowate, grzybami nadziane
 

Święta były białe, tak jak się należy, ciche i spokojne w gronie rodziny z naszą Panią Kasią rostomiłą.  Tem bardziej,  że Ona lat temu wiele jako żona gorzelanego na naszym majątku mieszkała. Było więc wesoło, miło z kolędami, górą prezentów, które wszystkim radość niosły. Kuligu jeno nie było, bo zimno i wietrznie, do tego z sypiącymi się z góry kawałkami lodu, taki to i snieg. Trzeba jeszcze poczekać, może Sylwester będzie łaskawszy, więc pochodnie szykujemy! Po wilijnym rozpasaniu trzeba było spocząć nieco, tak na stole lżej być musiało. Pani Kasia zgotowała farsz  niezwykłej pyszności z namoczonych w mleku borowikowych kapeluszy, mocno zsiekanych, do tego nie za dużo najdelikatniejszych kapustnych listków dobrze wysmażonych na smaluszku, wszystko razem zmieszane, przez wspólną patelenkę przepuszczone, do wystygnięcia odłożone. Pani Matka ciasto zagniotła półtora szklanki zacnej mąki pszennej 650, na to szklanka wrzątku, nożem Szefa Kuchni zmieszane, gdy całość tworzyły jedno całe jajko i łyżeczka soli, teraz już ręką wyrobione i do lodowni na godzinę odłożone, by odpoczęło.

 

Potem wałkowane, szklanką krążki wycinane i zręcznymi rękami obu pań z farszem zamykane.

 

Gdy gotowe poszły na gorącą wodę osoloną z kapką oliwy do wypłynięcia.

 

W czasie między mocno skrojona cebula złotem obrastała wspólnie ze skwarkami z wędzonej słoniny, do tego dodane były trzy łyżki zacnego smalcu z gęsi. Na talerzach pyszne pierogi taką omastą polane w świąteczny dzień nas syciły. Kusztyczek naleweczki też był nie od tego.

sobota, 25 grudnia 2010
pod puchową śnieżynką przeszła Wilija

Najsamprzód wszystkim  co do mnie zaglądają staropolskie Bóg zapłać za życzliwe słowa z okazji przyjścia na świat Bożej Dzieciny. Tym samym się odpłacam i wszystkiego najlepszego na ten drugi dzień świętowania życzę. Przysypało nas dokumentnie, nadal prószy, tak i chyba jutro z kuligu nic nie będzie. Sanie gotowe stoją, ale przecie gdy taka pogoda koni ze stajni nie ruszę. Wigilija przeszła spokojnie i zacnie. To i przepisami dokumentnymi raczył Was nie będę, jeno relację zdam co i jako po kolejności było. Najpierw Pani Matka opłatek rozdała, którym to rodzina zgodnie dzielić się poczęła, poczem do stołu poszła,do którego młódź dobroci wszelkie znosić zaczęla. Najpierw jajeczka przepiórcze kawiorem czarnym i czerwonym skryte,

po nich barszcz na burakach zakiszonych, roziągnięty mocnym jarzynowym wywarem, w nim kąpiące się po trzy uszka, w których grzyby z kapustką przyprawione. Po gardle przepłukanym przyszła pora na śledzie. Były klasyczne, polskie w oliwie, obok węgierskie, czerwone od przetartych pomidorów i papryki, sułtańskie kąpiące się w bogactwie bakalii, arcyciekawe, bratowe, które brało się na kęs jeden nadziewając wędzoną, ugotowaną sliwkę, kawałek kiszonego ogórka, cebulki kończąc zmarynowanym w tych ingrediencjach śledziku, był śmietanowy z majonezem, zaciągnięty czosneczkiem, szwedzki, gdzie słodycz górę brała.

Każdego trzeba było brać jeno po kawałeczku by biesiady zbyt wcześnie nie skończyć, bo na stól trafiły spanierowane w jajku i mące borowiki, co dzień i noc moczyły się w prawdziwym mleku, za nimi rydze świeże masełkiem polane, do nich pierogi na głębokim tłuszczu zgrzane, jedne z kapustą i grzybami, drugie z serem, pikantne i łagodne. Chwila odpoczynku dla popicia kompotu z owocowego suszu,które też do przekąszenia zacne,

lub żurawinowej orszady, co to nosem bąbla puścić potrafiła. Teraz miejsce musiało być zrobione dla króla karpia. Podany był jakom już wcześniej pisał pod śmietanową pierzynką,

udatny niezwykle, klasyczny na gorąco z masełkiem, po żydowsku z rodzynkami i orientalnymi korzeniami,

w galarecie co zgotowana na rybich łbach. By trawienie wspomóc nalewka  śliwowa była w kusztyczkach zadana. Podczas gdy młódź prezenty spod choinki ochoczo rwała, starsi dobrą kawą się racząc piernikiem przegryzakli, tortem makowym i makiełkami

już raczej oczy pasąc, bo żoładek pełen w nadmiarze. Pokój niech będzie wszystkim, kolędy wiedzone przez Panią Matkę mocno brzmiały, bijąc wesołymi nutami. I tak noc nadeszła, pora Pasterki.

środa, 22 grudnia 2010
talibie bój się, morduję karpia!

No i proszę, siedzę na wsi, nic nie robię w zakresie polityki międzynarodowej, a tu się  dzieje. Nasz odwieczny sojusznik, którego nawet za poprzedniego systemu chroniliśmy, by komuna go nie obrażała w słoikach zakopując pod jabłonką, pokazał, że ma nas tam gdzie król  chodzi piechotą i bąki puszcza. Stwierdził w niejakim TIME, że nasi dzielni wojacy po dziurach się chowają w razie czego wyciągając paragrafy polskiego kodeksu, gdzie są punkty, które im grożą gdy za spust pociągną. No i dobrze, jeżeli o mnie chodzi to ja się wogóle dziwię po co oni tam pieniądze polskiego podatnika trwonią, to i moje, tam siedząc. Wielki Brat Obama I założył skórę lamparta na tors i stwierdził, że przyśle nam Patrioty bez zbędnego obciążenia, bo transport drogi, a kilkudziesięciu dzielnych żołnierzy przez wylewkę i dolewkę do krwi polskiej nie zmieni naszego genotypu. Rychtujcie się dziewczyny w okolicach ich stacjonowania, ale i tak nic z tego nie będzie. Ja zaś karpia rżnę i nadmiar okrucieństwa, który w każdym drzemie wydalam. Potem wezmę i sprawiwszy go w pół dzwonka, wyciągnę z niego wszystkie długie ości, a ponieważ od mojego przyjaciela ci on jest, więc jeziorny i mięsisty, bez mułu smaku, to i smaczny. Dwa dni pozwolę mu poleżeć w towarzystwie cebuli i w zimnie. Opłukanego i dokłądnie osuszonego posolę i lekko obtoczę w mące pszennej, na gorącą oliwę rzucę i odsączę, dodam dzień wcześniej namoczone borowiki, lekko podgotowane i w paski skrojone, kilka śliwek suszonych takoż zszatkowanych, do tego skórka cytrynowa Julienne, czyli przez tarkę puszczona. Tak sprawionego przykryję moją śmietaną sztywną, bez nijakiego dodatku i w piekarniku przez czterdzieści minut zapiekę. O wrażeniach opowiem po Wigilii, ale już teraz mówię - talib bać się ma czego!

P.S. EMKI Zdjęcia również będą po. Karp, którego ja będe robić, w lodówce siedzi, a Ziemianin na wsi zaczyna dopiero obróbkę swojego.

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010
kapustka czerwona jak obiecałem
 

Jakem obiecał uchylę teraz rąbka tajemnicy, którą od wielce miłej Pani Kasi pozyskałem a dotyczącą czerwonej kapusty, którą teraz strachem powodowany zwał będę modrą. Bo jak to już było w przypisach do poprzedniego bloga szczury czujne z nor mogę powyciągać zapachem zwabione co to mnie oskarżą, że skoro kapustę czerwoną preparuję widno i komuch zatwardziały jestem. Śmiech to i poruta jedna. Poseł Najjaśniejszej Rzeczpospolitej demokratycznie również wybranego posła, który kierując partią zwycięską premierem został od dziadów publicznie wyzywa, a drugi od tchórzy. Ludzie moi mili, czemu to prawa Boziewicza nie obowiązują. Zaraz by się takie tałatajstwo na ubitą ziemię wyzwało i wytłukło! Nie mogą tego Brudzińskiego, którego nazwisko na charakter wskazuje w tym Szczecinie spławić? Bo na Macierewicza to już pewnie żadnej rady nie ma i nie będzie, chyba że jak jego kompan znany Janowski Gabriel niejaki w podskoki i całusy po rękach ruszy, mówiąc potem, że to wraże siły w nos co mu dały. Nic to, o kapuście słów kilka - najpierw Pani Kasia, po moich nieudanych próbach tarki zastosowania,

 

nożem ostrym zręcznie cienko ją skroiła. Potem przykazała zalać wodą z niewielką ilością soli zagotować,

 

poczem zlać i do garnka z grubym dnem złożyć, tam na masełku powoli ma się próżyć do smaku z solą morską mieloną, pieprzem czarnym takoż, kapką dobrego sosu sojowego, na koniec przedniego octu balasamico z Modeny dwie łyżki, a żeby miało co odparowywać na garniec szklanka wytrawnego, czerwonego Bordeaux.

 

Tak i ona do miękkości ma dochodzić nie spiesząc się. Gdy gotowa w pyszności swej nie ma równej. W pierwszy dzień zdobiła kaczkę,

 

w drugi smaku zadała cienko sklepanemu kotletowi schabowemu, który najpierw w jajku skąpany, potem osuszony mąką pszenną poszedł na gorący tłuszcz. Sól by mięsa nie utwardzić była jeno w jajku i mące. Takeśmy to sobie drugi obiad z Panią Kasią zjedli.

niedziela, 19 grudnia 2010
Prezydent też zjadłby moją kaczkę

Gdy rano wstałem, spojrzałem w okienko radość zabuzowała w sercu.Biało, biało, lśniąco, na niebie zaś słoneczko. Zimno jest, to prawda, ale pięknie. Pamiętam o moich malutkich przyjaciołach, sikorkach, wróblach, gilach, sypię słonecznik, zlatują się gęsto. W polityce zaś nadal niewesoło. Dni teraz mamy takie, że mimo upływu lat już wielu rodzinom tych co z ręki bratobójczej padli nadal łzy się w oczach kręcą, ręce drżą mnąc chusteczki. W te miejsca pojechała głowa naszego Państwa, demokratycznie wybrany Prezydent Bronisław Komorowski. Musiał zbierać żniwo zatrutego ziarna sianego zawzięcie przez konusa, któremu śmierć bliskiej osoby zupełnie zaćmiła i tak niewielką możność trzeźwego postrzegania rzeczywistości. Tym buczeniem, gwizdami sobie nie komu innemu złe dajemy świadectwo. Prezydent odważny, cytując słowa modlitwy zdobył się na słowa przebaczenia, pamiętając jednocześnie o złu wyrządzonym. Kocham za to tego Sarmatę, wąsacza miłego. Dlatego też zaprosiłbym go na kaczkę, którą z pieczołowitością wielką przyrządziłem. Była to barbarie, czyli piżmowa, młodziutka, ale wyrośnięta. Najpierw natarłem ją zewnątrz i wewnątrz czosnkiem niedźwiedzim, ziołąmi prowansalskimi i czosnkiem mocno zsiekanym.

Tak pozwoliłem jej godzin kilka odpocząć w lekkim chłodku spiżarni. W tym czasie powstawało nadzienie. W jego skład- gładko pocięta cebula żółta, jabłko gala, winne, gruszka konferencja i dwie bezpestkowe mandarynki, do tego garść wiśni co je po zlaniu nalewki do kulinarii trzymam.

Wszystko to obsypane tartą bułką do wnętrza poszło, potem patyczkami zszyte do brytfanny. Piekarnik na 190 stopni rozgrzany, brytfanna zamknięta, tak sobie co 40 minut odwracana boki grzała. Po ponad dwóch godzinach cała została zlana rozgrzanym w winie miodem gryczanym z dodatkiem wanilii i wtedy na otwarciu brązu dostała na wyższej temperaturze 220 stopni. To było ostatnie czterdzieści minut.

Pokrojona na części, mięciuchna, wręcz płynąca poszła na talerze.

Do niej kapustka czerwona, której sposób przyrządzania osobno upiszę i ziemniaczki, nasze, liniowe zabawione mocną śmietaną i zielonym koperkiem. Zaręczam- Pan Prezydent by też po niej palce lizał. A ja ponieważ jego prostolinijność i konsyliacyjność lubię serdecznie zapraszam. A gwiżdżącym, buczącym burakom ode mnie wara!

czwartek, 16 grudnia 2010
zamiast koleją wątróbeczkę smażę
 

No i proszę co to się dzieje w państwie duńskim. Pan minister nie dopilnował by prezesy od PKP się dogadały i najpierw zabrał im to czego jeszcze dać nie zdążył, czyli premie chyba jeno za to, że są, a teraz o własną główkę martwić się musi, bo polecieć może.Mój dziadek mawiał, że w latach jego młodości to według przejeżdżających pociągów zegarek regulować było można, zaś urzędnik Kolei Państwowych to był Pan Urzędnik. Ale wtedy była to jedna instytucja i dobrze zarządzana. Teraz poszatkowali toto w drobiazgi, chyba jak na to dziś patrzę po to by więcej stołków do obsady było. Nikt za nic nie odpowiada i na dodatek jako spółki prawa handlowego bliskie to cała tałatajstwo upadłości. Ale czy my jako państwo, jako Polska możemy sobie pozwolić na życie bez kolei? Nie wyobrażam sobie takiego stanu rzeczy. Przecież to krwiobieg gospodarki, przez durniów bez wyobraźni zaniedbany, że wszystko samochodami rozwieźć można. Okazuje się, że można ale drogo i jak tak dalej to bez dróg zostaniemy bo ciężarówki asfalt na kołach wyniosą. Kiedym sobie tak pofilozofował tom zgłodniał a zdarzyło się, że dostałem świeżą wątróbkę dzika co się na mojej kukurydzy upasł.

 

Śliczniutka, krwista, zamoczyłem na godzinę w serwatce, potem płat skroiłem, na patelni przysmażyła się cebula grubo skrojona, na nią jak na pierzynkę ona poszła.

 

Cebulka w brąz i wątróbka w brąz, niczy nie doprawiana. Gdy już swoją gorącość odebrała, chwilę przed położeniem na talerz dostała zmielonej soli z Bretanii i takoż czarnego pieprzu. Do smaku poszła marynowana papryka i suszony pomidor w oliwie, by sos było czym wytrzeć bagietka nasycona masłem czosnkowym posłużyła. Takem sobie dogodził, żem zapomniał kiedy ostatni raz koleją jechałem.

środa, 15 grudnia 2010
kotlety grube na dwa palce
 

No to i ja u siebie mam własnego Burmistrza. Samem go wybrał, to i mój. Chłop porządny i ma jaja. Chce ordnung zrobić i gminę rozwinąć. Trochę to już późno, bo dotychczasowi włodarze najlepszy czas przespali, a ale zawsze lepiej teraz niż wcale. Będę go wspierał jak tylko będę mógł. teraz, właśnie zimą wpadłem na pomysł, że jesienią przyszłego roku zrobię u siebie na wsi Święto Pysznego Korbola, dla tych co nie wiedzą co zacz tłumaczę - tak  w Wielkiej Polszcze mówi się na dynię. Poświęcę hektar ziemi, wczesną wiosną dobrze nagnoję, w szklarni sadzonek naprodukuję i całość róznymi gatunkami obsadzę. Jak rozgłoszę po wsi, że tego wszystkiego będą mogli jesienią popróbować to chyba nie rozkradną. Gieno, brzuchacz znany już zdeklarował, że gourmandów róznych, w tym szefów kuchni znanych pościąga, Włóczęga też pewnie zjedzie wina węgierskie pod to komponując. Impreza będzie , że hej. A jak do tego dołaczą się z okolicznych wiosek gospodynie, to już lepiej nie pytajcie! Gazetę, na której pierwszej stronie często goszczę o patronat poproszę, będzie wyżerka na sto i osiem! Szykujcie się więc wszyscy ludkowie rostomili, bo i do Was to zaproszenie. By zaś zimowy głód zaspokoić obrobiłem ci ja dwa kotlety z karkówki. Z kostką były ci one na dwa kciuki, solidne,grube.

 

Moje Szczęście zamarynowało je w ziołach prowansalskich i nie tylko,  oliwą zalewając i czosnkiem szpikując, zostawiając kotlety na całą noc w lodówce.

 

Potem poszły na patelnie z olejem mocno rozgrzanym.

 

Gdy w brąz weszły dostały sosu z nalewki wiśniowej, znaczy owoce, które po tym procederze schowane zostały zalane wodą do smażenia ją oddały. Na koniec dla ubarwienia same owoce poszły. Mięso krwiste aże nie było, ale pięknym różem wzrok wabiło. Do tego dostało ziemniaczek ze śmietaną skruszony i czerwoną paprykę z kleksem buraczkowym.

 

Całość mniamuśna była niezwykle, jenom zapomniał o co się w pierś biję, że Szczęście Moje lubi mięso z przyprawą nieboszczki, czyli mocno wysmażone. Alem i tak całość jak to mówią w Wielkopolsce, na poczekaniu spucnął talerz pusty zostawiając.

sobota, 11 grudnia 2010
ząb,zupa zębowa, dąb zupa dębowa

No i zima na całego, w święta ma przymrozić. Rozpoczęła się kwesta Świętego Mikołaja. Koncerny paliwowe chcą wypracować odpowiednio wysoką premię dla prezesów i rżną nas na całego. Olej i benzyna dochodzą i przekraczają magiczną piątkę. Niech ich wszystkich szlag! Państwo też zaciera swoje pulchne,podatkowe rączki. Im cena wyższa, tym wyższy VAT od tego. Człek zaś by z rodziną się spotkać nie będzie na paliwo tych swoich nędznych grosiaków skąpił. Tak,tak, nad takimi ruchami pracują nie tylko ekonomiści ale i psycholodzy rynku.Tylko ty szaraku cierp i płać. Cały w nerwach już myślę o wiosennych pracach polowych. Na te smutki ugotowałem sobie kolejną zupkę. Wywar został mi z dnia poprzedniego i w skrytce w galaretę trzęsącą się zmienił. Na patelni , na rozgrzany olej wrzuciłem spiórkowane dwie solidne, żółte cebule. Posoliłem lekko i rzuciłem łyżeczkę cukru. Gdy się zrumieniła ładnie obsypałem lekko pszenną mąką i przypiekłem. Zapach był śłiczny. Tak zrobioną zasmażkę rozciągnąłem wywarem, dodałem łyżkę mojej, pięknej i śmietany i sam sobie na te zimowe smutki na stół wydałem.

Przedtem jednak gorącą zasypałem, w kostkę skrojoną,  skórką mojego sera, która miejsce grzanek zajęła.  Pychota była niezwykła, rozgrzała serce i żołądek. Mniam!

wtorek, 07 grudnia 2010
wolność słowa a ja wolny w robieniu zupy

Bo to i zimno na polu, teraz jeszcze wilgotność przenikliwa doszła, wyjść gdy nie potrzeba, to się nie chce. Zaglądam ja więc na strony gdzie od informacji się roi. Był Prezydent jeden, wyjechał, w jego miejsce drugi na fotelu. Mały PISoPrez schował się trochę, może i prawdą jest, że mu krakowski maminsynek partyjkę zabrać chce. Nudy. Jeno trochę to ożywia australijski chudzielec co to ciekawostki dyplomatyczne Wielkiemu Bratu podebrał i do JAZGOTU wrzucił. Dopóki były to ichniejsze smrodki brawa mu za to, ale gdy w tym pojawiły się szczególnie ze względu na dobro ludzkości chronione miejsca tom się wzburzył. Nie chciałbym ja by bojownicy spod znaku półksięzyca wysadzili fabrykę odtrutek przeciwko żmijowemu jadowi. Im to zaś za nic, radość wielka z którą pójdą do ichniego seraju. No, niestety gnojek i takiej wolności słowa w dzisiejszym rozedrganym świecie to ja nie chcę. By się więc nieco uspokoić na te smutki zupę nagotowałem.

 

Zdały mi się dwie kształtne, nie za duże goloneczki z kostką. Co z nimi zrobił kiedy indziej opiszę. Teraz o wywarze, najpierw były w garncu one i trzy liście laurowe, siedem dużych ziaren angielskiego ziela. Gdy mięso od kości odchodzić zaczęło poszły warzywa - dwie pietruchy, seler średni, por biały, garść fasoli zielonej i kilka różyczek kalfiora, trzy ziemniaki pokrojone, gotowały się do miękkości. Obok zaś w lekkim syropie grzały się cztery dorodne marchwie. Gdy płyn zredukował się do połowy mięciuchne były i słodkości opite. Bulion poszedł w jedno, golonki w drugie, warzywa zaś wziąłem i gładko zmiksowałem razem z marchwią, całość lekko zaciągnąłęm moją śmietaną i wyostrzyłem adżyką Mojego Szczęścia. Na tę zimową smutę lek był to zacny.

niedziela, 05 grudnia 2010
nalewek, nalewek to czas
 

Zbliża się nieubłaganym krokiem roku koniec. Starzec ledwie co już dyrda, młody jeszcze płodowe wody pije, ale do szampana się szykuje. tak jak ja dla klucznicy Elyżbiety winko po cichutku w piwniczce ściągam by w karnawał zręcznie w kielichu podać. W nogi jej zacnie idzie i bokiem chodzić zaczyna, no a poza tym wtedy też całą prawdę powie, a klucznicę przecie trzeba na podsumowanie starego przepytać. No i żeby na świątecznym stole godnie się wystawić nalewki czas zacząc ściągać i kupażować. Jak zwykle królować będą dwie Mojego Szczęścia ratafie. Jedna cośmy ją porzeczkami zaczęli, potem garstka agrestu, czereśni, wiśni, brzoskwiń kilka, śliwek różnych i arbuza kawałków kilka. Wszystko to miodem lipowym zalane, potem wódką, na koniec spirytusem dla wzmocnienia smakami przechodzi w dużym kamionkowym garncu. W drugim zaś egzotyczne zapachy w nozdrza biją - limonka, cytryny, pomarańcze brazylijskie, do tego anyż cynamon i by  krajem rodzinnym wzbogacić jabłko winne. To takoż miodem potraktowane, gdy sok na wierch poszedł spirytusem. Cytrusy ze skórki obrane, w ćwiartki skrojone. Poezja w kieliszku zamknięta. Moim okrętem flagowym będzi w tym roku wiśnia w miniaturze (wiśnia miniaturowa). Zwykła wiśnia,  kwietniowymi deszczami zlana, zimnem potraktowana owocu nie dała. Tak zaś malutka jak jagoda gałązki całe obsypane miała najpierw kwiatami,

 

a potem maleńkimi owockami. Miodu dałem godziwie, gdy płyn całość zakrył 70 procentowej okowity dałem pod czubek.

 

Kolor był rubinu bliski, smak wytrawny, lekko w język szczypiący, ale w kompozycji pyszny niezwykle. Niestety agrestówka do końca mi się krokiem szybkim zbliża. Była zaś jako rzeczą Pingwiny z Madagaskaru - słodzio miodzio. Jeszcze dziś na jej wspomnienie język w trąbkę mi się zwija.

czwartek, 02 grudnia 2010
zasypało w cholerę, jeść mam co
 

No i diabła tam, takie mają być pierwsze dni grudnia? Przecie to jak koniec miesiąca, jakby Gwiazdka już być miała. Nic to, żyć trzeba. Na podwórcu sypkiego sniegu z pół metra, by do zwierząt dojść łopatą trzeba się namachać. Jedyne o co martwię się niepomiernie to czy Moje Szczęście będzie jak miało na wieś zjechać. Jej mały samochodzik nisko jest zawieszony, byle więc w jakiejś zaspie nie utknęła. By zaś smutki rozproszyć obiad dałem sobie suty i pożywny. Z wczorajszej zupy wyłowiłem wołową pręgę i skroiłem w plasterki. Na dwóch nabierkach zupnych wywaru ugotowałem kaszę gryczaną, po chwili dołożyłem mięsko by razem pracowało.

 

Gdy sos zgęstniał a kasza dobra była rozciągnąłem moją śmietaną i na talerz dałem. Za dodatki posłużył suszony pomidor w oliwie w towarzystwie czosneczku, łyżka startego, ugotowanego buraczka i dla ozdoby kilka ukiszonych kaparków. Uff, gdym to pochłonął zima mi niestraszna, żaden mróz, czy inne lodowe wichry. Tak więc do miasta nie zjadę, bo i po co.

środa, 01 grudnia 2010
zimno, więc nie czerwona, kuźwa, zupa regenero
 

Diabła tam, wierzyć się nie chce, że to dopiero pierwsze dni grudnia. Zimno, wali, że hej, z każdej strony. W polityce nudno, jenom się obśmiał, że posła co PISłance kolor żakietu wypomniał słowem znacznikiem - kuźwa, komentarz ubogacając ukarano upomnieniem. No ostrzejsza kara by mu się należała, gdyby stwierdził, iż krempliny się już nie nosi, patrząc na niedbałe stroje małego duce jeśli chodzi o odziewek niczemu dziwić się nie należy.Ale żeby od razu, kuźwa, kolor wypominać. Przecie PISłowie prawo mają, Gierka chwwalili ustami wodza, to i do barwy się dopisali.No ale ponieważ zima coraz mocniej nastaje tom i organizm zregenerować musiał. Wydobyłem z lodowych czeluści kawał pręgi wołowej, skrzydełek drobiowych kilka, do tego pół kilo tychże żołądków. Na tym z dodatkiem liści laurowych i garstki angielskiego ziela wywar powstał niezły. Gdy mięso podmiękło, do towarzystwa dostało kilka różyczek brokułu, dwie splasterkowane marchwie, jedną pietruszkę, nie za duży pokrojony w kostkę drobną seler i cztery tak samo obrobione liniowe ziemniaczki, znalazła się jeszcze w woreczku zielona fasolka na pół ciachnięta, też poszła w zupę. Gdy wszystko ładnie swoimi smakami przeszło, solą morską doprawione poszło do miseczki, na wierzchu jeno ozdobione kleksem mojej zacnej śmietany i trzema kroplami sosu tabasco.

 

Zaraz mi się lepiej zrobiło i śmieszniej, mimo że na polu straszniej.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl