wtorek, 31 marca 2009
szynka świąteczna i dietowa zupa rybna
             Wieczorami chłodno, w piecu nadal palę, a w sypialni rozgrzewam starego kaflaka, który tworzy atmosferę i zupełnie inny klimat, używam do tego celu drewna, więc nie ma brudu, sadzy i takich tam. Rano gdy wstaję jest się do czego przytulić zakładając skarpetki. Nasadziłem dropiatą czubatkę na jajach, to będą młode. Zawzięta jest, swoje miejsce zna i matka z niej absolutnie rewelacyjna. Klaczusia w pogodny czas szaleje na dworze, aże trudno ją do stajni zapędzić. Orka wiosenna idzie szybko, za chwilę czas siewu. Pójdzie w ziemię na dniach owies, za nim jęczmień, potem łubin. Starzy ziemianie mówią- siejesz w błoto, zbierasz złoto. Byle tej wilgoci starczyło.
              Ale cóż to, zbliżają się święta i to nie byle jakie bo Wielkiej Nocy poświęcone. Czas ten trza uczcić godnym jadłem i napitkiem. Alleluja! Tak więc jutro odbieram
szynkę tak ze trzy kilo z młodego wieprza, swojskiego chowu, co to i ziarna i parowanej pyry spróbował, paszy mu nie dawali bo droga. Najsamprzód natrę ją dokładnie miksturą następujęcą - 30 deka soli, jeno kamiennej, bez jakowego jodu, który na wapory dobry a nie do mięsiwa przyprawiania, wyprażę kryształy na rozgrzanej żeliwnej patelni, by strzelać poczęły.Dodam szczyptę niewielką, ot dwa deko saletry, dwa razy tyle cukru ciemnego, dwie łyżki stłuczonego w moździeżu ziarna kolendry, garsztkę ziela z Anglii, gałki muszkatołowej, cynamonu i gożdzików parę.Wszytko to zręcznie wymieszane wetrę uważnie w każdziutki centymetr szynusi.Jako towar wynijdzie w stalowe naczynie tako przygotowane złożę, deską nacisnę, przedtem laurem ozdobiwszy, kamieniem przywalę. Jedną dobę niech w kuchni dojrzewa by sok dała, potem do zimnej spiżarki wyniesę i raz na dzień spoglądał będę obracając na kolejny bok, tem co pod spodem polewając. Tak ćwiczyć trza przez dwa tygodnie, by mięso dojrzałe do swego doszło. Poczem zwiążę niczem pakunek pocztowy i wyjścia będą dwa- abo wędzić w zimnem dymie, abo gotować na ogienku maleńkim by jeno powoluśku tuplutał drobnieńkimi bąbelkami mięso oplatając. Tak przez godziny najmniej cztery, Wonczas schłodzić można, kroić w plastry na ćwierć palca i z ćwikłą wydawać. A co tam, święta są to jeść będę,żadna dieta mnie w on czas nie dopadnie!
Teraz jednak zaspokoić się musiałem rybną zupką w diecie obowiązującą. A było to tak-
na wodę wrzucić trzeba warzywka przez Bonę przywiezione, gdy trochę barwy dadzą, gotować nie za długo wrzucić dobrą garść krewetek, pięć minut niech popracują, dołożyć filet z karpia, część na osobę, na małem ogniu niech dojdzie, dodać dobrą szczyptę mielonego imbiru, pieprzu cayenne, ćwiartkę szklanki octu jabłkowego. Ozdobić skrojonym koperkiem i już jeść można. Smak nieco niecodzienny przyznać trzeba, ale dzięki rybie i krewetkom nawet przyswajalny. Czegóż to nie robi się dla diety.
 
niedziela, 29 marca 2009
smaluszek w marzeniach,grzybowa na stole

          Klaczusia rośnie jak na drożdżach. Nadal jednak trochę nieśmiała, ale spod powieczki już zalotnie zerka. Mamusia hojnie marchwią karmiona, dumnie latorośl prezentuje. Rośnie nam pociecha, rośnie. Koźlaki mlekiem karmione, już zaczynają sianka podjadać, a spaślaki takie, że podnieść trudno.Gdyby wiosna była jak się należy możnaby zielonką podpaść tobym i mleka mógł bez większych wyrzutów sumienia młodym podkraść. A tak, nic to, czekać należy,choć za serami skuczno. Ot chociażby mógłbym już takiego, co to matka ziemia z niego wilgoć wyciąga, czyli zakopany dojrzewa, zrobić.

              Ponieważ diety nadal się trzymam i krew czyszczę, nic to z potraw tłuszczem kapiących, mięs pełnych. Jednak wyobraźnia pracuje, po głowie, w myślach krąży mi smaluszek co to go nieraz robiłem. A było to tak-

świeżej słoniny na dwa palce grubej weź dwa funty, skrój w kostkę średnią i do żeliwnego garnca złóż. Gdy oka puszczać zacznie mieszaj, by żadna nie przywarła, bo gorycz dać może. Jak na palec tłuszczu zbędzie wkrusz najprzedniejszego majeranku, kwiat sam jeno z każdej najdrobniejszej łodyżki odsiany, tak ze dwie łyżki, łyżeczkę ziarna kminku wrzuć. Pilnuj i mieszaj, gdy sama skwarka się ostanie, przelej przez sito by się sama dobroć ostała, wonczas zetrzyj na grubej tarze jabłuszka dwa, z twardych a winnych, cebulki żółtej takoż dwie w drobiazg pełen zesiekaj. Do garnca na małem ogniu będącego wszytko wrzuć i takoż pilnuj. Na koniec jedno specyalnie wybrane jabłuszko ogonka pozbaw i otworem ziarka wydłub, by skórkę zachować. Wrzuć i pilnuj by całe przykryte na wolnym ogienku do pełnej miękkości pracowało. Gdy jedwabiste, całość do faski zlej i pilnuj by przy dnie zastygło, jeśli lubisz na koniec skwarki wrzuć i do chłodu wystaw. Wydawaj z małosolnym, małym kształtnym ogórkiem, nie za grubo rozsmarowany na ciemnym żytnim chlebie.

Uch, marzenia jak ptaki szybują po niebie, jak nie pada, a jak pada to jesteś na diecie...

                W rzeczywistości zaś zrobiłem grzybową, i to taką co tłuszcz i inne trucizny wypłukuje. A to było tak - najsampierw Moje Szczęście przygotowało bulion z warzywek wielu, w słupki skrojonych i sześciu skrzydełek kurzych. Do tegoż wrzuciłem cienko skrojone w paski boczniaki, cebulkę w kostce, wlałem trzy łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny, szczyptę kminku. Całość na pełnym ogniu, często mieszana gotowała się z dziesięć minut. Po tem odcedziłem wywar, z sita podzieliłem na dwie części, jedną na równą masę zmiksowałem. W czasie między do wywaru powędrował podzielony na różyczki brokół, szczypta curry i kurkumy. Na sam koniec masa zagęściła zupę, na wierzch skrojony koperek zielony i łyżeczka grzybowego sosu sojowego oraz pozostałą część zgotowanego boczniaka i cebuli. Soli ani kszty!

Tom se pomarzył i pojadł, pojadł, pojadł. No...

 

sobota, 28 marca 2009
całodzienny zestaw żywieniowy kata
            Nareszcie nadszedł długo oczekiwany moment! W nocy Śnieżka powiła, jest źrebaczek i to na dodatek też klaczka. Co to się dzieje? W tym roku mi darzy samymi babami. Wśród koźlaków zdecydowana przewaga kózek, a teraz klaczka. Będzie trochę kłopotów z imieniem, bo zgodnie z końską tradycją dziecko ma się zwać od pierwszej litery rodzica. A więc - Śmigła, Śmieszka, Ścieżka? No nie wiem, no nie wiem.Ale sami musicie przyznać, że piękna.
           Drodzy coponiektórzy! Tak, tak niedługo wrócę do solidnej, ziemiańskiej kuchni, takiej w której przepis zaczyna się od - weź dziewek kuchennych sześć a nakaż im. Na razie jeszcze pozwalam się lekko skatować Mojemu Szczęściu, które co prawda zaznacza, że jak warczeć nie przestanę. to sama mi chleba ze smaluszkiem przyniesie. A przepisy na takowy znam, takie, że ech, już nerwowo łykam ślinę. Tem bardziej, że na śniadanie dostałem jajecznicę na wodzie! A robi się to tak. Na tęże rozlaną na patelni wkroiła, mój kat, pomidorka i zieloną cebulkę, poczekała aż się zgęstni i wtedy dała rozbełtane jajka, dobawiła pieprzem cayenne i odrobiną kurkumy. Gdy rzecz ku gotowości zmierzała oblała lnianym olejem na zimno tłoczonym. To na talerze wydała. Ani soli, ani pieczywka, o masełku nie wspomniawszy. No nie mogę powiedzieć, kubki smakowe nawet drażniło i zjeść się dało. Kilka godzin przeżyłem wspomagając się gruszką, jabłuszkiem, czy też dla odmiany kiwi. Na obiad miała być rozpusta. Czyniła ją pierś z kurczaka doprawiona sokiem z limonki, zmiażdżonym czosnkiem, pół łyżeczką zmielonego imbiru i ziarnkami kolendry takoż. Wszystko to zamknięte w naczyniu żaroodpornym dojrzewało przez prawie godzinę w piekarniku nastawionym na 180 stopni. Do tego wydana została sałatka z rukoli, cebulki czerwonej, drobno posiekanej,ogórka świeżego, pietruszki i koperku. Wszystko to pływało w sosie z soku z cytryny,niewielkiej ilości octu jabłkowego i oleju lnianego, jak zwykle zimno tłoczonego. Między posiłkami pijam wodę zabarwioną sokiem z żurawin, bez cukru rzecz jasna. Kolacja natomiast to misz masz z tuńczyka w sosie własnym, obsypanego kukurydzą, pietruszką zieloną, doprawiony zaś tradycyjnie pieprzem cayenne, kurkumą, zmiażdżonym czosnkiem i czosnkiem niedźwiedzim dla odmiany, polane rzecz jasna lnianym olejem. Czy dorosły człowiek przewalający tony ziarna, przygotowane do siewu może wyżyć na czemś takim? Sam się zastanawiam. Podobno kolejny dzień ma być przełomowy. A ja już się zastanawiam, czy nie zawołać - królestwo za PIWO! Może być z golonką...
piątek, 27 marca 2009
obiadem w sadełko
            Niby jest a jej nie ma, znaczy wiosna. W nocy nadal mrozik przyciąga, więc rośliny nie dają się zmylić i nie idą w wegetację. Moje Szczęście zmylone przebłyskami słoneczka obsadziło swój ulubiony klombik bratkami. Ja im nie brat ale wieczorków na dworze współczuję. Nie słucham tak do końca Ambasadora RP, czyli Republiki Ptasiej Słońskiej i dokarmiam moich dzikich, skrzydlatych przyjaciół, nie za dużo, ale ot tak krzynkę, dla przyzwoitości. Na podwórkach też tak jakby się ożywiło, jest dzierlatka, przeleci śmieciuszka, żurawie nadal kluczami otwierają niebo. Czekam, czekam niecierpliwie kiedy przyjdzie ta prawdziwa w kwiaty odziana...
                Obiecałem, że opiszę jak przeżyłem ten pierwszy dzień katowania duszy i ciała. Okazało się, że w całkiem dobrej kondycji. Trochem pusty i głodnawy, ale za to lekki i radosny jako ten skowronek. Do tego jako się mądrze nazywa wypłukiwania tłuszczu zez organizma posłużył obiad przygotowany przez Moje to co nazwyałęm niedawno Szczęście a teraz kata. Na patelence, bez niczego udusiła, jakby nie mogła zastosować w słowie przynajmniej łagodniejszej techniki,pokrojoną w małą kosteczkę chudziusieńką, niebożątko, wołowinkę, do tego pomidorka, cebulkę, brokułka, marchewkę i parę listków szpinaku. Zaprawiła mściwie po pół łyżeczki curry, najostrzejszego pieprzu cayenne i na wierzch kurkumę. Szczypty soli pożałowała, ale powiedziała, że jak chcę to mogę, patrząc wzrokiem bazyliszka. Dusiła krótko, a nie mocno, pewnie dlatego, że wołowina wcześniej była podgotowana. Wyłożyła na talerz, przedtem każąc wypicć szklanicę soku z pół cytryny z ciepłą wodą. Jak tak dalej pójdzie to się do Orderu Uśmiechu zapiszę! No nie powiem, nie poskąpiła, dała po kieliszku czerwonego, wytrawnego wina. W przerwach mam popijać sokiem z żurawin, bezcukrowym, mocno rozciągniętym wodą źródlaną, półtora litra dziennie. Od tego żaby w brzuchu mogą się zalęgnąć! Na kolację wydała po pieczonym jabłku, które wydrążyła, nie na wylot, zalała olejem lnianym zimnotłoczonym, dobawiając suszoną śliweczką , drobinami cynamonu i kawałkami anyżu gwiaździstego. No i co mościjewy, ja duży chłop a na takich małomecyjach przeżyłem! Niedość tego nawet nieźle się czuję. Co prawda patrzę z lekkim niedowierzaniem w lustro, bo przede mną jeszcze dziesięć dni tych ekszperymentów. Jak dotrwam opiszę.
czwartek, 26 marca 2009
sałatką w zbędny tłuszcz
           Wiosny nadal nie ma,mimo, że od czasu do czasu wyjdzie słonko, to gdy człek coś robi palce grabieją z zimna,nadal duje i powiewa. Korzystając z chwili przebłysku promyczków wypuściłem na podwórzec moje kozie stado razem z przychówkiem. Chwilę to trwało i z powrotem zaganiałem na apartamenta. Po pierwsze tatuś, znaczy cap chciał się przekonać czy to już można się załapać na to i owo, lecz spotykał się z wyraźną niechęcią, do tego jeszcze panie zaczęły się naparzać i to serio, bałem się, że jeszcze któreś młode ucierpi. Ale to był dopiero początek kłopotów. Jak dla mnie małe to chińczyki, jeden w drugiego takie same. Rozróżniałem je metodą prób i błędów. Jak dopuszczone do cycka znaczy trafione, jak bodzie to zmiana. Ażem się spocił!
                W kuchni natomiast roszada. Ponieważ wielu z czytających dba o linię, albo i co gorsza się odchudza, to i ja jako ten cygan co się dał dla towarzystwa powiesić, pozwoliłem się namówić na kurację tłuszcz z boczków wypłukującą, czyli likwidację mięśnia piwnego. Na pierwszy ogień, czyli śniadanie poszła sałatka. Chcąc posiłek rozweselić i uprzyjemnić, na półmisek wypuściłem ptaka - pół gęsiego jaja, zostawiając same białko wysadziłem na gnieździe z czerwonej papryki, boki zdobiąc zieloną sałatą, szyja wycięta z białej rzodkwi, takoż skrzydła, ogon z rukoli. Środek wypełniony zaś tym co główną podstawę posiłku stanowiło, czyli sałatka, to i teraz Wam opiszę. Najsampierw czerwona papryka,cebulka biała z zieloną,rzodkiew biała, jajka twarde po dwa na łeb, wszytko gładko usiekane w drobną kostkę, dobawione kurkumą i pieprzem cayenne, no i jeśli już ktoś zyć bez tego nie może szczypteńką soli. Całość zaś, byle nie pływała zlana olejem lnianym najwyższego kwalitetu zimno tłoczonego. Jęśli myślicie, że to już koniec cierpień młodego Wertera toście w błędzie. By do konsumpcji przystąpić trza gembe wykrzywiwszy okrutnie wypić szklanicę soku świeżo wyciśniętego z cytryny zalanego ciepłą wodą. Drugie śniadanie to gruszeczka i koniec! Całe mojej jestestwo się ode tego przewraca, ale cóż robić kiedy Moje Szczęście na moim zywym organiźmie chce ekszperymentować. Pani każe, sługa musi. Po tych moich karkóweczkach, pieczonych półgeskach taka odmiana. Jak żyć będę opiszę jakem dotrwał do obiadu.      
środa, 25 marca 2009
ogórkowa na marcową pogodę

        No nie, teraz to juz powoli szlag jasny mnie trafia. Byłem przygotowany, że owies pod ziemię schowam, jęczmień w następnej kolejności, za nimi łubin, a tu zima jak w styczniu! Śniegu spadło z dziesięć centymetrów,zawierucha jak na Syberii, wiater duje, do tego z trzy poniżej zera. Diabeł tańcuje, czarownica się raduje, a rolnik smutuje. No nie, złamałem się i wysypałem cosik, nie cosik jak mawiała niejaka Kruk moim ptaszynom. No bo i gdzie mają tego roboszka sobie poszukać, jak tu ziemię mróz im skuł. Konie nawet nosa ze stajni nie wystawiły, jedynie matoł wyszedł na rekonesans, głównie dlatego, że mu świeżą ściółkę szykowano.

         W taki dzień coś trzebno było wydumać to i ja wydumał ogórkową. Najsampierw dobry podkład zdało się podgotowić. Wszedł w to wołowy szponder, nie za tłusty, skrzydełek sześć na garniec i przerąbana w pół tylnia stópka wieprza. To  żem na wolnym ogniu trawił godzin sześć, gdy cały smak oddały, wrzuciłem bogatą włoszczyznę, z cebulą spaloną i dalszą godzinę obracałem. Pora nadeszła na cedzenie, gdy sam smak został, dodałem trochę marchewki spiórkowanej i na to starty mały, twardy kiszony ogórek do smaku wodą spod niego podlany. Gdy ingrediencje zmieszawszy się zawrzały odstawiłem na mały ogienek i zaciągnąłem zhartowaną śmietaną. Na wierzch podano grzaneczkę z żytniej mąki i jako cymes pół jajka na twardo. Całość bogato obsypana skrojonym koperkiem

podana została Mojemu Szczęściu, które jeno gorącość docenić potrafiło, ale miseczka w mig zniknęła bez słów wiela.

wtorek, 24 marca 2009
pierś indycza- kruchuteńka
           No i w piecach musiałem napalić, i to solidnie. Może wcale nie jest tak zimno, ale po pierwsze pada śnieg, a po drugie wieje, a po trzecie wilgoć wisi w powietrzu. Koniom wogóle nie chce się wychodzić na dwór, lub jak mawiają krakusy na pole. Młodziak, czyli dwuletni ogierek Bastion leżu sobie na słomie, robić ze sobą pozwala wszystko i nigdzie mu się nie spieszy. Córa młodsza wygłaskuje go, nie podnosząc się z kolan. Reszta spokojnie przeżuwa sobie sianko z pełną flegmą podchodząc do wariacji pogody. Jedynie gęsi i kaczki bez oporu siedzą na dworze taplając się w błotku. te pierwsze nie podskubywane to i niska temperatura in niestraszna.
             No ale ponieważ gawiedź, która zjechała do nas, a dom prowadzimy otwarty, trzebno było nakarmić postanowiłem wydać tem razem tradycyjnie przyrządzoną pierś indyczą.
Najsampierw skroiłem jąże na grube, na półtora palca kotlety, które średnio mocno zbiłem młotkiem karbowanym z jednej i drugiej strony. Wonczas w lekko przednią oliwą przesmarowane wtarłem z wgnieceniem grubą ,morską sól ze świeżo zmielonym wielokolorowym pieprzem.Pozwoliłem chwilę dłuższą odpocząć w lodówce. W tem czasie przy pomocy szczęścia i córek powstały gotowane ziemniaczki, w ćwiartki pokrojone, mizeria ze śmietaną i sałata rwana w różnych kolorach z sosikiem na bazie soku z limonki i oliwy aromatyzowanej bazylią,do tego jeszcze boczniaczek w cieńkie paseczki skrojon a uduszony ze śmietaną na wierzch poszedł. Teraz gdy wszytko przygotowane parowało, na bardzo mocno rozgrzaną patelnię ze średnio głęboko wylanym olejem ryżowym powędrowały kotlety przedtem przyprószone mąką żytnią. Smażenie do koloru średniego złota trwało z jednej i drugiej strony około 8 - 10 minut. Do ziemniaczków powędrował cieńko skrojony zieloniutki koperek i na stół.
Jak potrawa strzeliła zapachem nie było przy stole osobnika, któren by śliny w nadmiarze się toczącej nie łykał. 
poniedziałek, 23 marca 2009
karkówka w sosie grzybowym
         No i co z tą wiosną, ni diabła jej nie ma! Nie dość, że zimno, to jeszcze duje jak w piekle,mój kapelusz z rondem podwiewa i tylko rzemień pod brodą ratuje mnie przed gonitwą po podwórcu. Gęsie jaja już odkładam na Wielkanoc, niosą bardzo ładnie. Śnieżka tak bowiem nazywa się konica nadal rześka i ani myśli o połogu. Wczoraj była na dworze z resztą spokojniejszych koni, poskubała trochę zielonego i sianka, wcale nie miała zamiaru wracać do swojego boksu. Kóz na razie na dwór nie wypuszczam, jeno drzwi uchylę by się powietrzyło. Ot, takie gospodarskie zajęcia.
             Po tej znakomitej rybie na parze postanowiłem zaszaleć z lekka, tak właśnie bo specjalnie
karkówkę wybrałem chudą. Najsampierw trochę ją zbiłem z obu stron, także kotlety wyszły całkiem okazałe i grube na pół palca, poczem zwilżyłem  ją przednia oliwą i natarłem ziołami - niedźwiedzim czosnkiem i czubricą zieloną, gdy poszła sobie odpoczywać do lodówki nastawiłem ziemniaki i zrobiłem surówkę z naciowego selera, zielonych oliwek i dodanej czerwonej fasoli ugotowanej na mączysto- miękko, do tego rzecz jasna sos vinaigret. Potem przygotowany był grzyb - czyli świeżo zerwany z mojej plantacji boczniak, trzeba pamiętać by dokładnie wykroić nóżkę, bo twarda i smak zepsuje. No i kotlety powędrowały na patelnię, na mocno rozgrzany olej z pestek winogron, jedna i druga strona by lekki brąz złapały, a sok wewnątrz się ostał. Gdy to było gotowe wrzuciłem grzyby w pasek posiekane i cebulka czerwona w kostkę. Wtedy mniejszy ogień i niech sobie powoli pyrka. Moje szczęście dorobiło  mizerię ze świeżego ogórka by rozpusta pełną była. Ziewmniaczki po ugotowaniu w mundurkach, obrane, w plastry podzielone i do starego złota na cieniutkiej warstwie oleju dobawione.
No i to by był komplet. Wszytko to w ustach się rozpływało, kruchutkie, dzielone na małe kęski, w smakach się uzupełniające. 
sobota, 21 marca 2009
ryba na parze
      Wiosna idzie, idzie ale dojść nie może. Wychodzę wczesnym rankiem z domu chcąc dać w miski psom a tu lód trzeba wytrzepywać. Znajomy małorolny chciał obornik wcześniej na polu rozrzucony przeorać a tu mrozik i pług się ślizga. Wegetacja stoi w miejscu i ani drgnie. Dobrze, że choć wilgoci na razie dostatek. Koźlaki chowają się znakomicie, kury niosą, czekam aż cwerka, czyli miniaturka kurza zacznie siadać na jajkach to jej po odseparowaniu zrobię gniazdo. To rewelacyjna  matka! Ciężarna konica jeszcze sobie wesoło chasa po podwórzu i ani jej w głowie macierzyństwo. Zwiozłem resztę łubinu pod siew i mnie w krzyżu strzyka, tak zawsze jak się parę ton przerzuci. Ale przynajmniej u nas w Wielkopolsce lepeij niż u rodziny mojego szczęścia w Siarach, to przedmieście Gorlic, gdzie taplają się w topiącym śniegu. No i dobrze, jako że są górale.
       Moje szczęście tym razem postanowiło mnie nakarmić i to syto a lekkostrawnie, więc sięgnęła po rybę. Tem razem był to pospolity morszczuk pod postacią fileta.
Dokładnie go rozmroziła, osuszyła, zanurzyła w panierce z tartej bułki, przed tem skropiwszy sokiem z limonki, dodawszy nieco soli i pieprzu. Poczekała aż ta lekko przychsła i wonczas rozpoczęły się czary - wyciągneła metalową konstrukcję do gotowania na parze, niczym parasol ją rozpostarła na dnie garnka lekko zalanego wodą i powyżej lustra umieściła spreparowane rybie płaty. Proces z nimi skończyła krótko, nie trwało to nawet dziesięć minut. W międzyczasie przygotowała dodatki, a były ci one pyszne. Ziemniaki w mundurkach, kształtne jak rzadko, utarte masełko przedniej jakości ze świeżym czosneczkiem gładko skrojonym, do tego surówka miłości z selera naciowego wzbogacona papryką różnokolorową, oliwką zieloną, trafił się i kaparek, dla mnie specjalnie dołożona ostra jak piekło papryczka. I jak tu za taką nie chodzić. Wszystko gładko przeszło przez gardło spłukane przednim, czerwonym winem.
Ach jeszcze teraz na samo wspomnienie mi się cni. Człek najedzon, kałdun pełen ale nie ciąży, to i głupie, acz radosne myśli po głowie krążą.
czwartek, 19 marca 2009
kotlety w sosie
       No i wiosny nadal nie ma. Zdarza się, że pojedyńcze płatki śniegu zawirują w wietrze. Wydawało mi się, że piecowy obowiązek się skończy, ale gdzie tam, w południe trzeba rozpalać. Nowa konica, o którą powiększyło się gospodarstwo, o ładnym szczupaczym pysku, jest na ostatnich nogach, to i źrebak będzie. Koźlaki szaleją w swoich boksach, już by chciały na dwór, ale trochę się boję zmienności pogody  i że się przeziębią. Matkom, mimo, że dobrze żywione, żebra zaczyna być widać, podmaślam im jak mogę - a to marchewka, a buraczek, witaminki regularnie, to młode rosną jak na drożdżach. Ozimina przeżyła bardzo dobrze, teraz by tak na prawdę wystartowała potrzeba jej tylko ciepła. Zwożę nasiona na jare. Będzie łubin, jęczmień browarny, owies obowiązkowo, może trochę gorczycy. Prace polowe od poniedziałku ruszą pełną parą. Kury nadal niosą, gęsi im wtórują, niestety ze względu na temperaturę jeszcze się wstrzymują perlice. Kacze też znoszę do domu. Wielkanoc będzie bogata. Może jeszcze co oryginalnego z jaja wymyślę.
           Na obiad natomiast będą kotlety w sosie pomidorowo-warzywnym. Najsampierw mięso trza drobno posiekać. Ja w tem celu biorę indyka pierś, szynkę z wieprza i rostbef z wołu. Po sprawiedliwej części. Dobrze trzeba wyrobić, w to w mleku zmoczoną bułkę pszenną dodać i do smaku doprawić - solą, pieprzem wielokolorowym, szczyptę majeranku dodaję, gdy zaraz na stół wydawany będzie wbić można jedno całe jajo. Gdy całka wilgoć wyrobiona i masa gładka, formować trza kształtne kule i splaskacić na desce, obrobić tartą bułką. Rzucam je na głęboki, mocno rozgrzany olej z pestek winogron, któren sprawdzam w prosty sposób rzucając nań ziarnko soli, jak obrasta bąbelkami, znaczy, że gotowy. Smażę z każdej strony krótko, by weszły w stare złoto i chrupkości nabrały, wykładam i osączam. Teraz czas na sos. Biorę szklankę soku pomidorowego, do tego dwa,trzy sparzone i obrane pomidory, ugotowaną zieloną fasolkę pokrojoną w cząstki, skrojony zblanszowany seler i cienko skrojony w krążki biały por. Wszystko to wrzucam na małą część oleju ze smażenia i podprowadzam, by całość zgęstniała, wtedy wrzucam kotlety by wspólnie doszły. Całość dania wzbogacą kluseczki z mąki z jajkami wyrobione, jedno na jedną porcję klusek. Chodzi o to by były al dente, twardawe. Całość wzbogaci kolorystycznie brokuł i sałata rwana z pomidorem, papryką w wielu kolorach, szczypiorem, koperkiem, do smaku oliwkami zielonymi i kaparkami. Bogać ta dobawiona sosem na oliwie pierwszego tłoczenia, sokiem z limonki i łyżeczką aceito di Modena najlepszego kwalitetu.
I to by było na tyle!
wtorek, 17 marca 2009
pieczeń z dziczyzny
              Krogulec z Piórkiem i latoroślą wyjechali, szczęśliwy był zwłaszcza ten pierwszy, zobaczył rożeńca, którego na pewno na Warcie nie ma. Reszta chyba też się nieźle czuła, bo chyba  im żal było, że nie mogli dobrze przyjżec się nowej rezydentce stajni - brzemiennej klaczce. Podjedli chyba też nieźle, mimo, że po nich, łącznie z progeniturą nic a nic nie widać. Dobra przemiana materii! Dostali też po kilka jajek od naszych hojnych, ptasich rezydentek. Mam nadzieję, że Krogulec przeznaczy je do celów konsumpcyjnych a nie zacznie wysiadywać. Chociaż po nim wszystkiego można się spodziewać. Tak więc nowy tydzień przed nami, a tu wiosny ani dudu! Opóźnia się kwiatowa pani, w dzień jeszcze jako tako, mimo że pluchowato, to w nocy wali w łeb obuchem i termometr leci w dół poniżej zera. No ale cóż, jakoś wytrzymamy,w końcu musi dojść.
                      Na przyjęcie gości postanowiłem z przepastnych czeluści zamrażarki wyciągnąć dziczyznę. Niestety pochodzę z rodu, w którem obowiązkiem samców było zaopatrywanie sadyby w pokarm, a to co pole dało uzupełnić należało tym co dawał las. Mnie jakosik w tę stronę nie ciągnie, chociaż by rodową tradycję zachować, a przede wszystkiem broń przechodzącą z pokolenia na pokolenie zgodnie z przepisami utrzymać w jednych rękach, strzelcem zostałem. W las jednak z lornetką chadzam, chyba  że łaszka kury zacznie mi dusić, abo i lis przechera po obejściu kręcić się zaczyna, to i się zasadzę. Do rzeczy jednak -
w worze okazała się przednia łopatka, żeberka i druga łopatka dorodnej sarny. Najsampierw dokładnie rozmroziłem, mięso przeleżawszy skruszało, dokładnie wytarłem by wodnej wilgoci w sobie nie miało, natarłem przednią oliwą i wysypałem ziołami. W ich skład weszła czubrica zielona i czerwona, czosnek niedźwiedzi, szczypta mała mocno utartego majeranku, pieprz cayenne, garam masala i chana masala. Mięso przy łopatce naszpikowałem przekrojonymi w pół świeżymi ząbkami czosnku, głęboko je chowając. Wszytko to w worku powędrowało do skrytki by się przegryźć i swoim aromatem nasiąknąć. Dzień i noc tak spoczywało. Gdym je wyciągnął już lekko barwę zmieniło na ciemniejszą, a zapach w nozdrza bił przewrotny. Wonczas nie pozostało nic innego jak do dużej brytfanny części te złożyć. Najlepsza taka z drabinką na spodzie. Wtedy mięso nie przylega, łatwo się przewraca. Pilnować je musiałem często, gęsto, bo w temperaturze 200 stopni pracowało od samego ranka, często musiało zmieniać strony, a jeszcze lekko białym winem podlane, z wierzchu od sosu wilgotne być musiało. Późny obiad wydany był kole szesnastej. Do dziczyzny moje szczęście dodało sałatę wielokolorową rwaną, z papryką czerwoną w paski krótkie posiekaną, z dodatkiem kaparów, marynowanego czosnku i zielonych oliwek no i tradycyjną mizerię.  Zniknęło w gębach łakomych wszystko w mig. Na deser podano delicje Piórka, nad którymi pracowała przed przyjazdem do nas. Rozpływały się w ustach. 
A ponieważ wytrawną nalewką, krupniczkiem ku zdrowotności podlane, trawiło się w wiejskiej spokojności znakomicie. 
niedziela, 15 marca 2009
sałatka jejeczna - krok po kroku
         Czas biegnie tak szybko, że przestaję zauważać jego upływ. Jeszcze przed chwilą był środek tygodnia, a już kończy się niedziela. Był u nas z wizytą Krogulec waraz z Piórkiem i latoroślą. Tak nam było dobrze, że nie miałem czasu by siąść do bloga i upisać opisanie ilustracji o wykonanej przeze mnie sałatce jajecznej. Tę zrobiłem na cześć gości, a moje szczęście krok po kroku ją uwieczniała. Różnice były niewielkie, zamiast białej cebuli, żółta, do jaj gęsich dodałem jedno kurze. Oto składniki:. Po połączeniu usiekanych  składników powstała bardzo apetyczna mieszanka:no i niestety, chwila nieuwagi  przy ucieraniu sosu spowodowała, że sos z płynnego zaczął się zmieniać w stały. Ale smak pozostał rewelacyjny - spróbujcie dając to danie w zestawie Wielkanocnego śniadania - jest tego godne!
czwartek, 12 marca 2009
kapuśniak

           U mnie na wsi nadal wiosny ni ma! A to nawet grad sobie pozwoli, a to rano szyby samochodu trzeba skrobać bo szronem zajdą. No niby wiem, że to normalne, naturalne, że na wyższą temperaturę jeszcze muszę poczekać. Ale jednak żal za słoneczkiem, za promyczkiem co w okno zapuka. Na taką pogodę i żałość nadałoby się po kusztyczku nalewki , ale ponieważ sam siedzę, bo moje baby albo po szkołach, albo złotówki ścibią postanowiłem sobie podmaślić i uwarzyć kapuśniaczku.

Najpierw dobra baza na dwóch indyczych golonkach, trzech kurzych skrzydełkach i dwóch indyczkowych szyjach. Zalałem w dużym garncu rano i pozwoliłem popyrkać do późnego południa. Potem dorzuciłem warzyw, ale nie zwyczajnych, włoszczyznowych, lecz - pory dwa, seler, jeden mniejszy, papryki czerwona i żółta, cebula czerwona, pomidory trzy. Te ostatnie obdarłem po sparzeniu ze skórki, resztem oczyścił i zsiekałem na większe patyczki, no i do garnca. teraz po kilkunastu minutach dodałem surowej pół główki, drobno szatkowanej i pół kilograma kiszonej kapusty posiekanej. Na małym ogienku popracowała całość ze czterdzieści minut. W międzyczasie dodałem dwie łyżeczki sosu teryiaki, jedną sojowego grzybowego, do smaku soli i pieprzu.

Na razie wsunąłem dwie michy, a do wieczora jeszcze trochę czasu zostało, to zobaczymy. 

środa, 11 marca 2009
sałatka jajeczna

            Ot i przysiadłem trochę, pobudził mnie do życia jeden, drugi dzionek z pięknym, grzejącym słoneczkiem, a tu plucha, przeplatana mokrym śniegiem, chwilami waląca po łbie małym gradem. To się z chałupy nosa wyściubić nie chce i psyche siada. Do tego po wielu latach, nie powiem ilu, bo to przecież ludzie tak długo nie żyją, odezwała się przyjaciółeczka, którą pamiętam jako młodą ,zwiewną dzieweczkę z kultowej Gawędy. Zamiast pocieszyć to mi oznajmia, że ma siodło, że się rozjechała, bo nijaki Targalski wyrzucił ją z pracy, bo nosi to samo nazwisko, co jakiś tam generał z peerelowskich  spec służb, któren jeszcze i w III Najjaśniejszej się pojawiał. Nic z tego, że nigdy go na oczy nie widziała, żadne więzy, tym bardziej krwi ją z nim nie łączą. To samo nazwisko już jako pretekst wystarczyło, by drzwi ukochanego Radia się przed nią zatrzasnęły, a ona, która w czyiś sprawach waliła jak taran, w swojej nawet popukać nie potrafi. No i do tego codzienna rzeczywistość warszawki. Wypadasz, telefon milknie a znajomi na Twój widok przechodzą na drugą stronę ulicy.

              Gdy taki nastrój, do tego podbudowany, taką paskudalską pogodą postanowiłem nie patrzyć na kalorie ino strzelić sobie bombę z baaardzo grubej rury. A więc dietetycy cicho, sza po powystrzelam, muszę sobie nastrój poprawić.Najpierw dwa gęsie jaja ugotowane na twardo siekam w drobną kosteczkę, niech stygnie, do tego biała cebula czosnkowa lekko podgotowana by miękkości dostała, takoż skrojona, podgrzybek jeden abo i dwa z lekkiego octu dodany zsiekan będzie, no i jeszcze przez moje szczęście zaprawiona dynia. Wszystko to w misie odstawiam. Teraz biorę jajka kurze, oddzielam dokładnie żółtka od białek i te drugie na sztywno ubijam, żółtka kręcę z bardzo mocno utartym czosnkiem, dolewam przedniej oliwy pierwszego tłoczenia po kropelce i kręcę majonez, sól i pieprz wielokolorowy, świeżo zmielony do smaku. Gdy wszystko gotowe, na malutki ogień wstawiam majonez nieco mlekiem podlany i powoluteńku mieszam z ubitym białkiem by w jeden ciepły sos się zmieszały. Gdy zlekka się ustala polewam nim przedtem przygotowaną siekaninę jajeczną, posypuję koperkiem i na stół wydaję. Ponieważ Bozia talentu fotograficznego poskąpiła, obiecuję, że w sobotę sesję zorganizuję i pokażę jak owa sałatka w naturze wygląda. 

poniedziałek, 09 marca 2009
mielone kotleciki
          Moje domowe szczęście kilka dni temu w ramach radosnego szału kuchennego, nie powiem, że przeze mnie inspirowana ,wykonała mielone kotleciki.
Powstały one z mięsnej mieszanki dobrze usiekanej z wołu - pręga, wieprza - szynka i indyczej piersi. Wymieszane dobrze, do tego jajo gęsie, bo na zwartość służy, a żółtko olbrzymie, do tego przypraw szczędzić nie wolno, czyli - soli morskiej świeżo zmielonej, czubricy zielonej i czerwonej po szczypcie, szczypucha solidna niedźwiedziego czosnku, na patelence przesmażyć drobno zsiekanej cebulki, czosnku zduszonego, gdy złote z mięsem połączyć, na koniec kolorowej mieszanki pieprzowej domielić, gdy to zrobione, dorzucić w godziwym mleku, normalnie się to u nas robi w świeżym, kozim, bułki pszennej zmoczonej.
Wonczas wyrobić można na piękne kształtne owale. Gdy kto lubi to można jeszcze obtoczyć w tartej bułeczcce. Po zrobieniu tychże, zapał trochę jej opadł, poza tym stwierdziła, że w najbliższym czasie żaden pułk wojska w naszej okolicy stacjonować nie będzie a tu ilość zacna, Krogulec, któren żarty jest gatunek, z resztą gości być może w sobotę zjedzie. Tak więc zaleciłem przesmażyć lekko, tak jednak by gorączka do środka dotarła i zamrozić. Dziś jednak, gdy pracy było wiela pomyślałem, że można by z zapasu skorzystać i wyciągnąłem jedną, kształtną paczuszkę. Chcąc by jeszcze większego smaku kotlety nabrały wrzuciłem je do pulpy pomidorowej, bazylią wspomożonej z mielonym orzechem laskowym i drobinami sera. Sól i pieprz do smaku, do tego wstawiłem ładne, kształtne ziemniaczki w mundurkach i przygotowałem tarte buraczki ,by barw przysposobić na talerzu.
Moje szczęście na masażu, gdy wróci uproszę by te barwy przedwiośnia na talerzu stworzone zdjęciem przekazała. Niestety, walnął świeży nabytek - aparacik Rolei i zdjęcia kulinarne nie wyszły ,a apetyt był tak duży, że dzieło zniknęło w naszych przepastnych żołądkach, więc nie było co powtarzać. W zamian więc prawdziwe kolory wiosny, które dostaliśmy 8 marca od przyjaciól z okazji takiej, naszej, małej rocznicy
 
1 , 2
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl