wtorek, 29 marca 2011
wątróbkowe wariacje
 

Wiosna idzie pełną parą! Rzepak zacżeliśmy nawozić o 5 rano. Szaruga pełna, ziemia mrozem nocnym ściągnięta, właśnie dlatego ciągniki na nią poszły by "szpur" czyli śladów nie porobić. Wody wszędzie pełno, na polu nad jeziorem kałuże stoją, nie można wjechać żeby siać. Stare posłowie mówi - siejesz w błoto, zbierasz złoto, a tu kwiecień u drzwi i nic robić nie można. Nic to, trza na Pana Boga patrzeć by rolnikowi dopuścił. ja zaś wziąłem się za moje ulubione wątróbki drobiowe. Dobrze oczyszczone ale nie naruszone w masie leżały przygotowane. Najpierw na patelnię poszedł olej ryżowy, na niego po garstce rodzynek drobnych i takoż dużych, gdy ciemnieć zaczęły dostały curry, czosnku niedźwiedziego i szczyptę garam masala, lekko startej gałki muszkatołowej i soli morskiej w to wątróbki. Zaczęły się ingediencjali oblepione obsmażać. Po dłuższej chwili dostały do towarzystwa jedną pierś kurzą, która wcześniej noc mocno czosnkiem natarta spędziła w lodowni, teraz pokrojona w paski paluszkowe poszła na patelnię. Gdy wszystko się obsmażyło w kolor bursztynu wchodząc rozciągnięte zostało szklaneczką rieslinga, ten gdy alkohol stracił pięknie smak sosu ubogacił, do tego jeszcze dwie łyżki mojej śmietany, tej stojącej więc gdy kupna to 30 procentowa.

 

Jak wszystko własnymi treściami przeszło, bulkot jeden, drugi poszedł, można było na stół wydawać. Nagrodą największą był uśmiech na twarzy Pani Matki, znaczy smakowało.

niedziela, 27 marca 2011
krzywonosów to czas, cieliczka na świecie

Skoro Moje Szczęście na wieś zjechało trza je dobrze wykorzystać. Tak to i nadszedł czas oblewania Krzywonosów, by z jasnych, kremowych czarnej barwy nabrały i mogły odpoczywać nie wysychając.

Dyrdymałki kupiła taki właśnie we wrześniiu ubiegłego roku, trzymała go w lodówce, tam gdzie warzywa pamiętając o obracaniu. Na dniach rozkroiła i wydała do zjedzenia. Skupił się w sobie, stwardniał ale walorów smakowych nie stracił. Znaczy jest to eksperyment udany i dobrze na przyszłość rokujący.Kolejna więc porcja zjedzie do piwniczki by na chętnych czekać. Na gospodarstwie też się dzieje,

Jerseyka powiła cieliczkę, tak to więc cała rodzina wydała krzyk radości, bo z byczkiem tej rasy za bardzo robić nie ma co.

Po zejściu siary mleka też będzie w bród bo wymię dobrze wykształcone i widać przydatne będzie.

From jerseyka

Tak więc niedziela Pańska pod dobrym znakiem płynęła i byle tak dalej. Śniadanie teź smakowite było. Pani Matka wydała faszerowane pieczarki, do tego sałatka z jarzyn wyciągniętych z rosołu z dodatkiem gotowanych buraczków. Wiosna idzie!

piątek, 25 marca 2011
barszcz z pierogami boskim nektarem

Mam ci ja w lodowni, dzięki Pani Matce zapas niezniszczalny pierogów wszelakich. Opisane są akuratnie, więc wiadomo co jaki pojemniczek zawiera. Pod rękę trafiły dwa, jeden z mięsem mieszanym wołowo drobiowym, drugi z serem na pikantnie. Szczegółów produkcji pierogów nie będę powielał, kto chce niech do archiwum sięgnie. Natomiast apetyt mnie naszedł na barszcz by te właśnie z mrozu wyciągnięte nim zalać. Wziąłem dwa solidne, wyrośnięte, jędrne w środku i kłamał nie będę Pani Matce, na co ta chętnie przystała, zleciłem obranie i skrojenie w plastry. Wyszedł garniec pełen, szczelnie wypełniłem go wodą, dodałem dwie łyżeczki cukru i takoż soli morskiej, wycisnąłem mocno dużą cytrynę i sok poszedł w wywar gdu ten już dojrzewał. Z dnia wczorajszego został mi litr solidnego bulionu drobiowego, mocno warzywnego, który ubogaciłem skrojoną w kostkę papryką. Ten to już sam z siebie pyszny wywar zalałem esencją z moich buraków, co to z półtorej godziny na malutkim ogniu pyrkały. Do smaku poszedł jeszcze kusztyczek jabłkowego octu co w spiżarni dojrzał i dwie łyżki balsamicznego z Modeny, jeszcze kieliszek burgunda i barszcz gotowy.

Pierogi w miseczki złożone świeciły pięknym blaskiem, ślizgały się po nich kropelki karminu. Smak taki jakim chciał osiągnąć - boski.

środa, 23 marca 2011
kto zamawiał mielone?
 

Wiosna, wiosna idzie żwawo! Lewą,prawą, idzie chwacko, wyjdę do ogrodu z gracką! Słońce świeci, ale temperatura wcale nie chce się podnosić, na polach woda nie opada, traktorem ni diabła nic robić nie można. Nic tylko czekać cierpliwie. Na te frasunki Moje Szczęście zrobiło kotlety mielone, czyli melone, na Śląsku karbinadlami zwane. Ma ci ta przechera takie swoje kruczki, sztuczki, że wychodzą one nadzwyczajnie. Jeść je można i na ciepło i na zimno. Po pierwsze dzieli mięso i dodaje wieprzowe od szynki grubo zmielone,  indycze też dzielone z udźca i piersi, oraz wołowe.

 

Dobrze to wyrabia z jajkiem, bułeczką namoczoną w mleku, łyżką gęstej śmietany,  posiekaną cebulką,

 

szczypiorkiem, dużą ilością pietruszki i koperku, czosnkiem niedźwiedzim, przyprawami i solą do smaku.

 

Gdy zaś je kształtuje, sekret rodzinny zdradzę, wkłada w środek kawałeczek, tyle co pół paznokcia,  masła, zamyka dobrze obklepuje obficie tartą bułką posypując. Teraz już na patelnię zręcznie obracając by z oby stron równych rumieńców każdy dostał.

 

Ty razem wydała je z buraczkami tartymi, mogą być na ciepło, lekko zasmażane, a dla finezji kaparki. Mówię Wam palce lizać i talerz takoż, nigdy nic nie zostaje, bo goście z błagalnym wyrazem podstępnej gęby po dwa sobie biorą.

niedziela, 20 marca 2011
flaki sporządzone przez e-geniusza czyli Włóczęgę
From gieno i zbyszek marzec

Dwór ci nasz otwarty, szeroko odrzwiami w oczekiwaniu na miłych gości. Pogoda przedwiosenna, słoneczko zaczęło przygrzewać, choć jeszcze kurtek lepiej nie zrzucać. W drzwiach zaś stanęli mili wędrowcy Gieno wielki Brzucho, poszukiwacz smaków sera wraz ze znawcą win węgierskich, twórcą egerskich bikaverów Włóczęgą. Wieczór minął więc nad mocno zalanym karczmiakiem boskim napojem i próbowaniem smaku tego com wytworzył w mojej piwniczce z tym co się w Polszcze dzieje, poprzez Wiżajny, Praslity, Łomnicę kończywszy na pięknym blue Rusłana z Frontiery. Żem się wstydzić nie miał czego niech świadczy wpis Dyrdymałkowy, któram mojego Krzywonosa w lodowni od września przechowywanego rozkroiła. Ale skromnym będąc chwalił się nie będę, niech inni świadczą. Włóczęga zaś przywiózł ze sobą potrawę bogów godną. Najpierw wywar mocny na dwóch wołowych pręgach, jarzynami zdobny sprawił, do tego dodał wołowe flaczki w grubą kostkę skrojone, serce tegoż stwora i wątrobę, wszystko to zaciągnięte szpikiem, doprawione papryką, zaciągnięte zasmażką z mąki razowej na piwie sporządzonej z kieliszkiem wódki prażyło się w rynce do piekarnika włożonej przez dobre pół godziny, jako że wszystkie składniki uprzednio najpierw osobno, potem razem godzin kilka wolno pracowały.

 

Teraz te ostatnie chwile pod okiem Mistrza razem dochodziły z wierzchu moim serem, który starty ręką Giena poszedł posypane. Takiej mecyi królewski stół by się nie powstydził. Za zaszczyt sobie poczytuję, że ser mój potrawę wykończył ozdobnie. Szczęście Moje jednak z pieleszy za późno wstało, żeby uwiecznić całą włożoną we flaki pracę i zdążyło sfotografować jeno szczątki po śniadaniu pozostałe. Niech ci, których we Dworze brakło żałują! By się Mistrzom gourmandom odwdzięczyć na śniadanie wydałem rydze na maśle, które zmrożone, tylko przetarte serwetką na taką okazję czekały. Lekko tylko piaskiem leśnym zgrzytając smakowały tak jakby świeżo zebrane. Niech żyją ci co jeść lubią, a Wam drodzy przyjaciele prostej drogi do Szczecina by doświadczeniami się dzielić w audycji o Nieustraszonych Smakoszach.

piątek, 18 marca 2011
kochane moje stwory
 

Jestem na końcu wykotów. Została tylko jedna koza co to się opóźnia i statystykę psuje. Rok ten zapowiada się niezwykle plennie, do tego chyba na wojnę nie idzie bo większość to kózki co na remont stada zostaną. Kozioł - alpejczyk com go na własnym memłonie wychował jurny jest niezwykle i koźlaki wypisz wymaluj ojciec! Część młodzieży już na własnym "chlebie" więc kubełek z mlekiem coraz bardziej pełny, serów w piwniczce przybywa, tak więc i córcia Wojtka Lewandowskiego mogła dostać ser, którego od taty stanowczo się domagała, a że śłiczna to i wybrała najładniejszy. Po deszczach każdy pogody się spodziewa, pola trochę obeschną, traktory zdobędą wiosnę, będzie dobrze. Ot i widzicie, człowiek wypije sobie dwa ciemne "czarnkowskie" to i optymizmu dostaje! Moje Szczęście zaś by nadwątlonego ducha podtrzymać uczyniła zapiekankę. Ziemniaki obgotowane skroiła w plastry, pory sparzyła i w talarki skroiła, paprykę pokroiła w kostkę,

 

cebulę zeszkliła,

 

posypała skrojonymi zieleninami czyli pietruszką, koperkiem cebulką. Poukładała wszystko warstwami w naczyniu

 

i zalała sosem ze śmietany, zieleniny, doprawionej jak zwykle pieprzem cayenne, czosnkiem niedźwiedzim i normalnym,  sosem chili czosnkowym z kilkoma kroplami oliwy, wszystko dobrze ubite.

 

Na wiewrzch poszedł mój ser paprykowy starty z wiórkami mojego masła. To wszystko do piekarnika na 150 stopni na pół godziny i gęba się śmiała. Potrawa postna, jak się należy przed Wielką Nocą a pyszna.

 

Wiosna, wiosna mości panowie, krew się burzyć zaczyna, a i w starym piecu diabeł pali!

środa, 16 marca 2011
postna sałatka dla Sikorskiego by kochać ojczyznę
 

Wystąpił minister Sikorski. Mówił o swoich małych sukcesach na poziomie naszego średniego kraju. O tym, że wcale nas w świecie nie lekceważą, że Miedwiediew wyraża się sympatycznie, że Merkel przyjeżdża, pod parasolem w deszcz stoi, nawet Sarkozy nas lubi w miarę, co mając Bruni za żonę nadzwyczajne jest. Poza tym w miarę spokój mamy, przyjmują nas na pokojach, w kuchni na resztki z pańskiego stołu czekać nie każą. A tu nagle w polskim Sejmie pokurcze na polskiego ministra wrzeszczą, że sprzedawczyk, że wiceminister i to w dwóch państwach na raz. Ludzie moi mili, toż to mówiąc po wielkopolsku poruta jest! Gdybym bliżej Warszawy był w pysk bym takiemu strzelił. Ale nic to takie nic, miernotę walniesz a za człowieka sądzony będziesz. tak więc skoro jest post i do Wielkiej Nocy pasa zaciskać trzeba, Moje Szczęście sprokurowało sałatkę , w którą rozmaitości nawrzucało. Były tam w kosteczkę skrojone: papryki,

 

ogórek kiszony, jajko na twardo, pomidorek, mango i łyżeczką wyłuskany  miąższ avocado, które w serwetce dla dojrzałości trzymane było.

 

Do tego czosnek przetarty a wszystko to w oliwie skąpane z przyprawami, więc pieprz cayenne, curry szczypta, sół i pieprz do smaku i kaparami ubogacone, zostawione zostało na chwilę by nawzajem smakami przeszło.

 

No i można pościć. Sejmowe zaś wrzaskuny spod tego "narodowego" smaku pewnie tradycję trzymając bobrowe ogony w post jedzą, bo to katabasy im odpuszczą, bo stwór wodny, rybie bliski. Tak już przed wiekami przewrotnie czynili. A Pan, Panie Ministrze się nie przejmuj, ci co te durnoty wygadują to ci kochający inaczej, tę naszą biedną Ojczyznę. Pytanie mam tylko jedno - kto ich wybrał? Ale jak to mówią - nieodgadnione są boskie wyroki.

sobota, 12 marca 2011
królewskie danie- koźle tylce w brytfannie
 

Żeby jasność była pełna - jestem wszystkożer i od mięsa nie stronię. Uważam, że tak nas Pan Bóg stworzył i nie nam Jego wyroki kwestionować. Na orzeszkach i modyfikowanej, ptrzerobionej soi długo bym nie pociągnął. Jednak to co ostatnio do mnie trafiło to istny rarytas czyli kożlęce tylce. Porozcinałem je na trzy części, dwa udka i polędwiczki do przodu idące. W miseczce sprorokowałem mieszankę przyprawową - zioła prowansalskie, curry, moja własna ogrodowa papryczka, garam masala i mój nieśmiertelny czosnek niedźwiedzi.

 

Tym całość najpierw olejem pokryta była wymasowana poczem poszła odpoczywać do chłodnej spiżarni na całą noc. Z ranka zaś dostała smalcu gęsiego na spód brytfanny i poszła do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika. tam udka przewracane przez póltora godziny pracowały. Wtedy to dostały na polewkę dobrego, czerwonego, wytrawnego wina.

 

Kolejna godzina im zeszła, kruchutkie niezwykle soli niewiele potrzebowały by delikatności smaku nie zabić. Ostatnie 10 minut otwarte były by zbrązowieć smakowicie. Obstawa surówek mocarna była niezwykle. Moje Szczęście sporządziło czerwoną kapustę, którą ubogaciłem wisienkami po nalewce pozostałymi, cera młodsza dodała marchewki tartej z bogatym czosnkiem rozdrobnionym, zaciągnięta dobrym majonezem.

 

Szczęście dodało jeszcze różyczek kalafiora w białym sosie, który też był już opisany. Ziemniaczki uklepane ze śmietaną bogato zasypane siekanym koperkiem pietruszką i dymką były dania uzupełnieniem. Wszystko to zaś na cześć i chwałę mojej starszej cery, która za dwa miesiące na dziady mnie sprowadza, znaczy potomek Ignacy na świat się szykuje, a ta z kolei z teściową swoją, miłą niezwykle Ewą we Dwór zjechała.

środa, 09 marca 2011
mięso czarnego luda
 

Pogoda jest, słońce świeci, ale zimno. Może to i dobrze, dzięki temu woda z pól schodzi powoli, rola twarda, dzięki temu te trochę nawozów, które sypię mogłem po uprawach rozrzucić. W sercu trochę więcej optymizmu, myślę, że to dzięki promyczkom co na twarz padają i dalej drążą, podobnież jakowąś witaminę tworząc. Tak więc lepiej i oby tak dalej. Ja zaś dla przeciwnieństwa ciemne mięso zrobiłem. Była to dobrej jakości szynka, skroiłem w kostkę, poszła do lodowni czosnkiem natarta, czosnkiem niedżwiedzim posypana, do tego kurkuma, trochę curry i tandori masala. Oliwą polana by przyprawy dobrze się wczepiły, oklepana tak w lodowni cały dzionek spędziła. Gdym ją wyjął pachniała nadzywczajnie i razem z zaprawą poszła na patelnię, gdy lekkiej skórki dostała solą czarną, zmieloną świeżo posypana została. Teraz pora jest dobra i kupażuję nalewki, zostają mi wisienki pyszne, one to właśnie z sosem swoim do mięska poszły, trzeba na odkrytym czekać by resztki alkoholu mięso krusząc odparowały. Dodałem jeszcze w kostkę skrojonej śliwki suszonej, sos coraz to ciemniał, zapachy po kuchni roznosząc. Rozciągnąłem go na koniec moją śmietaną co w niej łyżka stoi, dla doprawy zaś niezwykłej poszły pokruszone kawałki sera mojego co na wyschnięcie był odstawiony, przyprawa to nadzwyczajna. Danie wydane zostało z ziemniaczkami, sałatą z roszponki sporządzoną przez Moje Szczęście i papryką kolorową w paski skrojoną.

 

Kalorii trochę, ale przecie przedwiośnie nieśmiało dopiero nadchodzi to i się na polu spali. Zaznaczam, że robione było przed sypaniem głowy popiołem, jeszcze w karnawale, więc Pleban Dziedzicowi odpust da.

niedziela, 06 marca 2011
kurczakowe kąski są mniamuśne
 

Ludkowie moi rostomili nie uwierzycie co mnie sprowokowało do tej kuchennej akcji. Powodem otóż była telewizyjna reklama. Siedziała sobie  cała rodzina z najmłodszymi latoroślami, jakiś tam harmider a tu pan domu wkracza z czemś co nazywa nuggetsami. Maczają to w sosie i ciamkając podają do jamy gębowej. Co, pomyślałem sobie,oni to robią a ja nie potrafię tego lepiej i bez tej całej chemii otoczkowej, którą ich panierka zawiera? Akurat tak się złożyło, że Pani Matka obiła kurze piersi i mocno obsypawszy posiekanym czosnkiem, nasmarowała oliwą i złożyła je w lodowni.

 

No tom uznał, że materiał jest. Wyciągnąłem kacze jajo, bo się nieść zaczęły, a ja salmonelli w kurniku nie mam więc bez obaw, rozbiłem bardzo mocno na puszek całe. w miseczce obok nasypałem tartej bułki pół na pół z kus-kusem, do tego przednie curry jedna łyżeczka i takoż kurkuma, posypałem to zmieloną solą różową. Potem proces był już prosty - kurczak pokrojony w paski zanurzony w jajku potem obtoczony panierką i na głęboki olej.

 

Tym razem użyłem palmowego. Wyskakiwały piękne, złote na papierowy ręcznik by nadmiar tłustego oddać.

 

Ziemniaczki z koperkiem do tego, kalfior, nadziewana pieczarka i utarta marchewka z czosnkiem obtoczona lekko posoloną śmietaną. Kawałki zaś zostały polane sosem słodko kwaśnym rodem z Tajlandii, który był rozciągnięty z kolei sojowym, japońskim i barwy ciemnej dostał, to zmieszane z pastą curry.

 

Pożarte wszystko, Daniel, chłopak mojej młodszej ze smutkiem we wzroku spozierał na pusty półmisek mówiąc - juuuuż koniec? Tak to i z telewizyjnego badziewia bat ukręcić można.

piątek, 04 marca 2011
ocet siedmiu złodziei

Zamiast w polu siedzę we Dworze i myślę. Myślenie ma przyszłość, jak mawiają mądrzy ludzie, jeno nie wiadomo jaką. Zimno jak diabli, w nocy poniżej dziesięciu na termometrze. No tom wyciągnął ze spiżarni butlę, w której zimował ocet sporządzony jesienią. Do jego opisania sprowokowała mnie Hanula. Przecie o tej porze roku jabłka też są dostępnie to i takowy zrobić można. Mój powstał z dzikich zbieranych po polnych drogach. Pokrojone dwa kilogramy w ćwiartki, pozbawione pestek zostały zalane w kamiennym garncu źródlaną wodą, do tego ćwierć kilograma cukru i pięć goździków, kawałek cynamonu, trochę zmielonej gałki muszkatołowej, na wierzch zaś sucha kromka razowego chleba. Całość przykryta gazą w  ciemnym cieple stała przez dwa tygodnie. Potem przez tęż gazę wszystko przelane i w zakorkowanej butelce do spiżarni odstawione. Co dni kilka trzeba było cieczą mocno wstrząsnąć i znowu odstawić. W grudniu butla odstawiona została i osad zaczął na dno opadać.

 

Teraz zaś przez bibułę przesączony został, drobiny na dnie osiadłe poszły w zlew. Ocet zaś o pięknym aromacie w butelce czeka na swoją kulinarną przyszłość.

środa, 02 marca 2011
kozy mleko dają- jest ser
 

Na polu zimno, żadnego przedwiośnia, śniegowa pierzynka dobrze się trzyma. Z pączkami com je opisał pojechałem do hr. Niny Tyszkiewiczowej, sąsiadki, też na zewnątrz nie wychodzi zimna się bojąc, jej jezioro mocno lodem skute. Jednak nic tak mocno zmarznięte jak polska scena polityczna nie jest. Tusk na nowo nas straszy powrotem do władzy ortodoksów, ja się tego boję, ale co zrobię nie wiem. Lenistwo rządzących i ich strach przed reformami mnie przeraża. Na dodatek wyczyniają sobie te swoje harce naszym kosztem. Dopłaty dla rolnictwa wstrzymane, pieniędzy na zakup nawozów nie ma, handlarze łapy zacierają, ceny pójdą wiosną o 15-20 procent do góry, oskubią chłopa za to, że rząd unijnymi pieniędzmi i tak mniejszymi wielokroć niż te w starej części jakąś dziurę sobie zalał. Nic to kozy mleko zaczęły dawać, bo te które się kociły na koniec grudnia i początku stycznia już koźlaki mają odstawione i dojone są. Zostało mi jeszcze kilka, które czekają chyba na lepszą aurę beczki przypominając, więc pewnie po dwa rzucą.

 

Serów w piwniczce przybywa, oko cieszą, dojrzewają moje maluszki tak pracochłonne w wykonaniu. Trzeba je mocno odciskać, potem po wielokroć przewracać, w solance kąpąć, gdy do dojrzewalni schodzą też dbać codziennie. Obok nich są te z macierzanką, też czekam niecierpliwie aż dojdą lada dzień.

 

Po roztopach, tych sprzed miesąca wodą ziemia opita cały czas oddaje, więc w piwniczcce ceglana podłoga mokra, wilgoci dość a temperatura właściwa. Będzie co próbować. Odpowiadając na zapytania tych, którzy chcieliby więcej poczytać i spróbować  moich serów polecam górną zakładkę SERY (tam wszystkie zapisy na ten temat zgromadziło Moje Szczęście) i  kontakt ma maila mag43@poczta.onet.pl. Powstaje już strona internetowa moich dzieci i jak tylko się ziści nie omieszkam o tym zawiadomić.

Tagi: sery
21:16, mag-43 , sery
Link Komentarze (10) »
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl