czwartek, 29 marca 2012
no to o dorszu słów kilka
 

Bogato w życiu naszym, codziennym, bogato. Teraz dla odmiany zaprosiła nas Monika Richardson byśmy na żywo swoje mądrości a propos dzieci wychowania wywnętrzyli. Jakbyśmy jakimiś ekspertami byli! Pogwiazdorzymy więc trochę. Będzie to w piątek o 21 na TTV. Odmówiliśmy kooperacji z wyjazdem do Warszawy więc studio do łączenia bezpośredniego przygotowują w Poznaniu. W polu owies w ziemię kładę, wcześniej nie można było bo woda stała, teraz zaś nadzieję trzeba mieć, że wkrótce popada, bo z wierzchu kurzyć się zaczyna. Moje Szczęście twardo mnie trzyma, jak konowały orzekły, że dieta to dieta. Tym razem był to dorsz. Wzięła najpierw marchewkę lekko skroiła, poddusiła z cebulką i czosnkiem na patelni, na wodzie, doprawiwszy solą, kurkumą i curry.

 

Gdy ta pierwszy stopień miękkości dostała, wyłożyła na  nią, jak na ruszt, osolonego, opieprzonego i oczosnkowanego dorsza,  skropionego dodatkowo pomarańczą. Ryba dojrzała w 15 minut parowania, w tym pięć pod przykrywką.

 

Była delikatniusia, rozpływająca się w ustach. Przygotowanie posiłku trwało krótko a efekt był niespodziewany. Tak dalej będę jadł tłuszczów nienasyconych się trzymając i oliwy pierwszego tłoczenia, czyli jedzenie z kuchni śródziemnomorskiej, dla mnie zdrowe niezwykle podobno.

wtorek, 27 marca 2012
jedzcie dorsze do emerytury
 

Oj się porobiło, porobiło. Rządzący chcą nasze dzieci, bo nas już nie dadzą rady, wysłać na emerytury o dobrych parę lat później. Tak się nad tym głębiej zastanawiając, to Tusk sprowokował mnie do wyjścia z siebie i spojrzenia na tę sytuację stojąc obok. Ja, po pierwsze, tak jak Pawlak, nie liczę na państwową emeryturę. mam w nosie te grosze, którymi mają zamiar mi kapać. Ale to ja, a przecież obok żyje wielu, którzy na państwowych posadach odbębnili swoje dziesiąt lat i to ich jedyna perspektywa. Nie dali rady nic odłożyć, bo zawsze było "z łapy do papy". Z drugiej zaś strony, przecież ta reforma odłożona w czasie, rzadko kto z nas potrafi wieszczyć futurystycznie. Jeszcze dwadzieścia lat temu sześćdziesięciolatek uważany był za nobliwego starca, który już jedną nogą w grobie, dziś gdy dba o siebie może jeszcze ho, ho, zamiast wnuki niańczyć własnej progenitury się dorobić! trzeba po pierwsze zmienić styl myślenia, seniorów do łopaty nie da się nagonić, ale wykorzystać ich doświadczenie życiowe, wiedzę można. Tych zaś co doświadczenia przekazywać nie umieją włączyć do systemu pomocy wzajemnej. Bo społeczeństwo to przecież żywy organizm, w którym są ci którzy dają sobie radę lepiej i ci ,którym trzeba pomóc. Jeśli reforma ma wejść w życie za te dwa, trzy dziesiątki lat już dzisiaj trzeba reformować rynek pracy, dostosowywać do przyszłych potrzeb. Ale by to zrobić potrzeba wizjonera, człeka z olbrzymią fantazją, zarazem zaś takiego, który pod te wizje będzie umiał zmieniać teraźniejszość. Ja wśród obecnie sprawujących władzę takich mało widzę. I tu największa bolączka jest! Z drugiej zaś strony jeżeli nie zacznie tak jak należy funkcjonować system opieki zdrowotnej to nie będzie w ogóle o czym mówić. To co jest przypomina dziurawe wiadro. Ile byś tam wody nie nalał, ono zawsze puste. Kiedyś doktor przychodził do domu chorego ze słuchawkami i radził co robić. Dzisiaj bez całej maszynerii, która go otacza nie potrafi postawić prawidłowej diagnozy. To zaś kosztuje i to niemało. Jeśli właśnie rządzący nie będą potrafili nam zapewnić odpowiedniej opieki medycznej i tego byśmy mieli za co tabletki wykupić, to rzeczywiście wymrzemy i na nic pomysły zagospodarowania w gospodarce pięćdziesięciolatków, czy sześćdziesięcio, bo ich po prostu nie będzie. Tu jest pies pogrzebany a nie w tym, czy pracować dłużej. Ja bowiem do siedemdziesiątki na emeryturę się nie wybieram, a i dłużej chcę pociągnąć. Mój Pan Ojciec ostatni raz do pracy pojechał na miesiąc przed przejściem przez barierę światła, to właśnie praca trzymała go przy życiu, a zgasł mając 84 lata.Oj, alem się rozpisał, to o dorszu chyba opowiem jutro.

Tagi: emerytura
08:25, mag-43
Link Komentarze (7) »
niedziela, 25 marca 2012
Halibut mniamuśny
 

Powiem ci ja szczerze - dobrze mam! Konowały stwierdziły, że cosik mi się nie tak układa. Jakoweś trójglicerydy za wysoko podrosły, cholesterol w cyferkach i mnożnikach zgadzać się nie chce, do tego cukier jakiś nie taki. To i posłali mnie na dietę wykluczając czerwone mięsa, zalecając ryby i drób. Moje Szczęście na poważnie się przejęło tym gadaniem białych kitli i dawaj mnie paść zdrowiem samym co w morzach pływa. Tem razem był to halibut. Ludkowie mili jużem zapomniał jak ta rybka smakuje. Uruchomiła parowar, lekko natarła solą, pieprzem, utartym czosneczkiem, zlała sokiem z pomarańczy, ot i wszystko, zaparowała pod przykryciem 15 minut i delikates na stół powędrował. Do tego dodała kaszę orkiszową by kiszeczki jak drapakiem przeczyścić, dodatek wydawałoby się nie pasujący a wkomponował się znakomicie. Być może dlatego, że przyprawiła ją gotując niezwykle zacnie. Były tam płatki czosnkowe,curry, sól, pieprz i łyżeczka octu balsamicznego z Modeny. Za surówkę robił skrojony seler naciowy z mandarynką i włoskimi orzechami. Mówię Wam, Szanowni Czytelnicy, tak można się odchudzać z przyjemnością dla oka i żołądka.

poniedziałek, 19 marca 2012
kaczusia, lubusia dla fiancee klucznicy
 

No i stało się. Szczęście mnie opuściło, nie do końca, ale by kwalifikacje podnosić i to gdzie? w Ciechocinku, musi co deptak będzie szlifować ucząc się tych prawniczych kruczków. Tom i zemstę krwawą przygotował. Na pocieszenie została mi klucznica Elyżbietta, com ją z podkuchennej na salony wpuścił bo się do ręki nadała nieco już potrafi, poza tym, że po nocach garnki skrobi z tego co zostanie, żadnych większych wad nie ma i zaufaniem można ją obdarzyć. Co więcej, gdym ja pracowicie czas na Zielonym Bazarze spędzał ona z własnej, nie przymuszonej woli serowarnię wyszorowała. Chwała jej za to. Toteż gdy Moje Szczęście nogi i resztę w troki zawinęła by do wód pojechać, ta zapowiedziała przyjazd kolejnego fiancee, czyli kawalera do jej ręki, postanowiłem go surowej poddać ocenie. Ten zapowiedział się, że z rodzicielką we Dwór zjedzie, znaczy zamiary ma poważne. Jam zaś wyciągnął kaczusię Barbarę, natarłem rzeczoną solą morską, potem curry com z Egiptu przywiózł, czosnkiem niedźwiedzim, oliwą dałem skórkę błyszczącą, do środka zaś poszło jabłuszko winne. Najpierw odpoczęła sobie z godzinę tak spreparowana, potem do brytfanny, na dno olej ryżowy by początek dał. tak sobie pracowała z dobrą godzinę w temperaturze 150 stopni, potem do sosu poszła szklanka rieslinga z Austrii, na skórkę zaś miód lipowy. Temperaturę zwiększyłem do 180 stopni, w czasie między dwa razy kaczusię obracałem by równo dochodziła. Na piecu zaś wodę wchłaniała turecka kasza burgul w proporcji jeden do trzech, pyszna niezwykle. Obiad rozpoczął barszczyk słodki na rosole, potem poszła Barbara z wzmiankowaną kaszą i buraczkami, utartymi pracowitymi ręcami Pani Kasi, przyjaciółki domu, której tym razem nie stało. Przy stole konwersacja toczyła się ą i ę, znaczy na poziomie, bo rodzicielka fiancee miłą, z umysłem jak brzytwa, starszą panią się okazała. On zaś istny, na tle tych co do tej pory by ocenić przyprowadzała klucznica, wrażenie zrobił należyte. Może być i w późniejszym czasie zaproszenie do Dworu dostał. Zmyślny jest, pewnie się do czego zda.

sobota, 17 marca 2012
skrzydełka co mi latać pozwoliły
 

Pogoda taka, że nie pytaj, słoneczko i ciepełko życie budzi. Byłem ci ja w Poznaniu. Po pierwsze na wręczeniu Koziołków, nagrody, której udzielają dziennikarze dziennikarzom, bo dostawał ją serdeczny mój kompanion z dawnych czasów czyli Zenek Laskowik, w dobrej trzymający się kondycji, potem było wino w Cafe Muzeum, gdziem za notabla uchodził dzięki moim serom, które w gastronomii poznańskiej są znane. W Museum Cafe akurat tego wieczoru gotował i grał Timo (Timoteo) Paradis. Uraczył nas dwoma rodzajami paeli i wirtuozerią gry na fortepianie i gitarze.

 

Sobota zaczęta Zielonym Bazarem gdziem się dziełem rąk moich dzielił. Sery szły jak woda. W domu zaś Szczęście Moje czekało z obiadem. Żyć nie umierać! Najpierw zmarynowała je w oliwie z dodatkiem octu balsamicznego i niewielkiej ilości soli, rozciągnęła wodą i poddała powolnemu pyrkaniu z dodatkiem cebulki, jabłuszka i czosneczku by zmiękły,

 

gdy to nastąpiło zlała płyn do malaksera i dodała zblanszowanych podgrzybków , puściła w obroty jednorodną masę czyniąc. Tą miszkulencją zalała zmiękczone skrzydełko, dodała jeszcze zielony koperek w znacznej ilości. Sos się uczynił zawiesisty, pyszny, lepszego nie potrzeba. Do tego doszedł ryż basmati ugotowany tak, że ziarnko po ziarnku liczyć było można i wiórkowe buraczki z octem jabłkowym.

 

Niczego lepszego życzyć sobie nie można, ale to przecie nie dziwota gdy się ma takie Szczęście u boku, to i Zielonych Trawek jako czytelników sobie nie życzę i uważać radzę bo moje kozy takiej strawy spragnione.

czwartek, 15 marca 2012
nie kozam a zieleniną się żywię
 

Uch, odetchnąłem, program przeszedł, emocje opadają, za chwilę będą następne ofiary do obróbki. Jedyne co mnie dotknęło to że postrzeżono mnie jako satrapę, dzierżymordę, który działa podporządkowując sobie innych metodą łąmania charakterów. Wyciągnięto z kontekstu powiedzonko - kiedy byk ryczy, obora słucha. No i to prawda, tak wychowywałem moje dwa "mercedesy" by być dla nich autorytetem, przewodnikiem stada, mój głos musiał być decydujący i rozstrzygający, zawsze jednak po wysłuchaniu argumentów progenitury, stąd znamiona demokracji. I chyba wychowałem je dobrze, bo przecież rezultaty świadczą o metodzie. No ale dość o tym. By zaś charakter sobie łagodzić jem zieleninę. Ta sałatka rękodziełem Mojego Szczęścia. W jej skład wszedł seler naciowy, czerwona cykoria,

 

słodkie mandarynki  i włoskie orzechy.

 

Proste i nieskomplikowane, siekanina ta w nie za duże kawałki polana została oliwą pierwszego tłoczenia z dodatkiem dobrego octu balsamicznego z Modeny, z niewielkim dodatkiem soli morskiej i świeżo zmielonego pieprzu.  Niech ten sos dokładnie oblepi listki a będzie to strawa godna senatorskiego stołu. Zdałby się do tego jeszcze mój bundz, ale doktorka serów też zakazała, ja zaś usłuchany i te trzy miesiące wytrzymam.

poniedziałek, 12 marca 2012
śledź zielony na NOC najlepszy
 

O naszych telewizyjnych przygodach pisał nie będę. Okazuje się, że nasze pojawienie na szklanym ekranie pobudziło zawistników i pisaczy różnorakich. W jaki sposób to co pokazano w niedzielę przerzuciło się na smak mojego sera oraz podjęcie kampanii i do jego próbowania zniechęcać dalibóg nie rozumiem. Poza tym obrzucono mnie błotem, gdzie słowa gbur, cham czy burak do najłagodniejszych należą. Ale niech tam takie widać prawa tego interesu i nasz polski charakterek - jak ktoś trochę się wychyli to go za nóżki w narodowe piekiełko wciągnąć! Grunt, że moje dzieci uważają mnie za pozytywnie zakręconego i za to między innymi rzecz jasna mnie kochają, a nieżyczliwych w diabły wysyłam. Wolę więc o śledziach pisać. Jakem trochę wstecz zaznaczał byłem ci ja na Nocy Śledziożerców, której mój przyjaciel Gieno Wielkie Brzucho patronuje, a rzecz jak zwykle działa się w Szczecinie w restauracji Mistrza sztuk wszelakich w tym gawędy Bolka Sobolewskiego- NA KUŃCU KORYTARZA. Nie będę pisał co tam podawano by Wam ludkowie rostomili apetytu nie czynić. Wymienię jeno śledzia w smardzu, kaszankę śledziową i pączka z powidłami śledfziowo cebulowymi. Wszystko było pyszne niezwykle. Danie przyrządzone przeze mnie też spotkało się z aplauzem. Był to przedni śledź zielony, pierwszej jakości, który dwa dni leżał w zalewie z oliwy pierwszego tłoczenia, octu balsamicznego, wina białego z Austrii, trzech łyżek dużych miodu bławatkowego. Do tego przełożony był ćwiartkami winnego jabłka. Potem wyciągnięty został obtoczony w 2/3 mąki z zielonego groszku, 1/3 dobrej tortowej i dwóch łyżkach cukru z trzciny. Wtedy to rzucany na rozgrzany olej ryżowy ładnego złotego koloru dostawał, dobrze odsączony był odkładany, reszta panierki została zużyta do pokrycia jabłek, tak by do każdej porcji starczyło i te na głębokim oleju takoż rumieńca dostały. Gourmandowie, których tym na zimno raczyłem z zadowoleniem smacznie mlaskali. Niestety nie było wonczas Szczęścia Mojego, tak i więc ilustracji nie będzie, alem starał się na tyle obrazowo rzecz upisać by Wam to tym razem starczyło.

P.S. Może nie są to zdjęcia w/w śledzia, ale z tej samej partii, tylko inaczej robionego - Emka1216

 
środa, 07 marca 2012
przepraszam za milczenie

Nie było mnie tu przez czas jakiś mało wiele długi, ale tłumaczę się tym, że goniący nas z Moim Szczęściem czas dał się nam we znaki i trzeba było trochę pofolgować, tak więc była chwila oddechu,

 

ale wracamy do codziennego kieratu. W sobotę od 11 będziemy w Warszawie na ul. Zakroczymskiej w restauracji Forteca, gdzie mieszkańców stolicy będziemy raczyli naszymi wyrobami, w niedzielę zaś na żywo będziecie mogli nas obejrzeć w Dzień Dobry TVN, by wszystko podsumować w tejże stacji, takoż w niedzielę o godz. 20 Surowymi Rodzicami w naszym wykonaniu. Wszystkim życzliwym przesyłamy serdeczne pozdrowienia i prośbę o trzymanie za nas kciuków. Hanulę zaś osobno i serdecznie zapraszam do Fortecy, daleko nie masz!

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl