poniedziałek, 27 kwietnia 2009
karkówka podana, boczniak przekąską spłynął po nalewce
             No i po wizycie w Słońsk, w ptasim raju. Rzeczywiście spacer na tzw. betonce dostarcza niezapomnianych przeżyć. Kaczki, perkozy, przelatujące licznymi gromadami bataliony, pasące się spokojnie gęsi, stojące w pozie filozofa szare i białe czaple, kołujące nad głową bociany. Wszędzie tam rządzą one, człowiek jeno przemyka się boczkiem, by im nie przeszkadzać, uzbrojony w szkło lunet i lornetek. wizjery aparatów fotograficznych. Cudo!!! Do tego towarzystwo Krogulca z rodziną, przerzucającego się nazwami przelatujących, czy przepływających gatunków.
                    Świeże powietrze ma jednako to do siebie, żę ssanie w wątpiach wywołuje. Ja zaś tak jak obiecałem i w poprzednim obiecałem przgotowałem obiadowe danie. Z drżeniem serca przystąpił żem do rozpalania wiekowego, słońskiego grila, którego przemili agroturystyczni gospodarze użyczyli, do tego jeszcze mój, przywieziony kociołek. Na tackę zlaną oliwą ze zmacerowaną papryką i ziołami powędrował boczniak, jeno z nóżką dobrze odciętą, gdy lekko podpieczony posypany świeżo zmieloną solą wraz z bazylią i pieprzem między blaszki. Po kilku minutach, lekko spieczony zniknął jako przekąska. Na drugim powoli w kopercie srebrnej dojrzewała karkówka. Uwaga zasadnicza - na grilu przewracać jej nie lza, bo sok odda. Po pół godzinie bojęc się, że krytyka mnie pobije zacząłem wydawać na talerze. Delikatnie, całości, a gdy na miejscu noże trza przez środek folię przeciąć i boki rozchylić. Wonczas niebiański zapach bije w nozdrza, a nadmiar śliny wartko trzebno przełknąć by miejsca dla dania w gębie stało. Chlebusiem świeżym sok wycyckać, by kropla się nie omskła i wolno delektować mięsiwem bogato zdobionym. Krogulec jeno głową kiwał, a felixiana mruczała jako kot przy szpyrce. Nic się nie ostało, Ptasior jeno wyrzekał, że dokładną liczbę porcji określił i nico się na poprawkę nie skapło. Po takim królewskim grillu gardło zroszone zostało nalewką trzyletnią z pigwy złamanej  śliwą dąbrowiecką, na miodzie lipowym nastałych. Do tego Piórko zaserwowała ciast wszelakich dobrodziejstwo. Tak się ten nasz pierwszy piknik w towarzystwie ptastwa wszelakiego zakończył.
piątek, 24 kwietnia 2009
karkówka na grila ze śliwką i innemi cudami
            Krogulec niejaki, osoba w światku blogowem wielce szanowana i znana, inaczej mówiąc Pierwszy Ptasior Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, zaprosił moją skromną osobę, szaraka ubożuchnego, do Słońska by podglądać bataliony, kaczki wszelakie, gęsi, rybitwy i innen fruwający klejnot zdobiący niebo. Czemże mógłbym się wkupić na dwór Jego Wielmożości Ambasadora Rzeczypospolitej Słońskiej? Wiadomo muszę cosik upichcić, a ponieważ pogoda sprzyja i ciepło, słonko grzeje to i czas na grila.
                     Z bogatego repertuaru, którem chwalić będę się innem razem ,wybrałem karkówkę ze śliwką i różnemi cudami.
Najasamprzód wybrać trzebno karku wieprzowego kawał, dorodny, dobrze poprzerastany białem. Pokroić na plastry na dwa palce grube, wonczas dobrze rozbić, by plac na desce dał obfity. Tako przygotowany lekuśko obsolić, wklepać przyprawy - garam masala, chana masala, curry, pieprz wielokolorowy, świeżo zmielony- raz z jednej, raz z drugiej strony. Poczem układać - śliwkę, świeżo skrojonego banana, żurawinę suszoną, rodzynkę sułtańską, kandyzowanego banana, włoskiego orzecha, patrząc by nie zjełczały. Tako sprawione układać na folii aluminiowej, wcześniej obficie rozsmarowanej oliwą przednią, pierwszego tłoczenia. Na wierzch równie tejże nie żałować. Wonczas zręcznie w kopertkę podwójną całość zapakować, tak by jedna kropla soku nie uciekła.
Dobroć tę do lodówki schować, a następnego dnia, co ja będę w Słońsku czynił na grilu piec przez godziny pół i biesiadnikom po porcyi wydawać. Doznania opiszę w niedzielę, gdy wrócę z ptactwa dzikiego obserwacji.     
wtorek, 21 kwietnia 2009
boczniak smażony jak sowa
               Jaja gąsie dałem rodzinie mojej prawej, gospodarczej ręki i czekam na efekty. Niedługo powinny nastąpić. Jak będą małe na pewno się pochwalę. Na polach rozsiewam wapno. Nająłem dwa takie olbrzymy, które za jednym podejściem ładują piętnaście ton, jeżdżą, raz za razem, odkwaszają moją glebę. Kasa wypływa jakby kran otworzyć. Miastowy zazdrości rolnikowi. Ten se śpi a na polu mu samo rośnie. Niedawno jednemu takiemu zawiśnikowi zaproponowałem - chcesz, otwórz zakład krawiecki, baardzo opłacalna rzecz. Naprawdę? Zainteresował się na serio. Ja mu na to -dam Ci zamówienie na spodnie. Będziesz je szył cały rok, a jak ich naszyjesz, to Ci zapłacę. A ile? Chytrość błysnęła w oku. Aaa, to zobaczymy za rok, taki jaki będzie rynek, to tyle Ci dam. Tyś się ze słupem na łby pozamieniał - on mi na to! Nie wchodzę - wrzasnął. No widzisz, a rolnik tak musi. Robi jako ten wół cały roczek, wkłada kasę, bo ciągną z niego wszystkie naokoło. Natomiast jak już mu się uda i Pan Bócek pozwoli, że wyrośnie i zbierze, to mu mówią a teraz to Ci zapłacimy i walą cenę poniżej kosztów wytworzenia. No i bujaj się Fela, bo dziś niedziela....
                    Na te frasunki usmażę sobie boczniaki. Mam ci ich w nadmiarze, bo Niemce je jeść przestały, a one głupie rosną, jak to głupie. Wiosenne są pyszne, kruchuteńkie, delikatniusie jako  panna na wydaniu. Wprzódy trza wyciąć korzonek, bo twardy i pod zębem krzypi. Wonczas jajo, ja biorę gęsie, zbić trzebno i dokładnie całe lekko posoliwszy zbełtać by białko z żółtkiem całość stanowiło, na osobnym talerzyku wysypać bułkę tartą, zmieszawszy z kaszką manną, trzy do jeden, dokładnie by zróżnić nie szło. Pora na patelnię mocno parującą zalaną olejem z winogronowych pestek, jak strzela na ziarnku soli próbnie wrzoconem, znaczy gotowa. Grzyba kładziem w jajo, potem bułkę z kaszką i na patelnię blaszkami w górę. Gdy spodem chrupka skórka powstanie kuchennym pędzelkiem resztę jaj można po blaszkach rozprowadzić, poczem delikatnie przewrócić na plecy i czekać by się dobrze związało. Wtedy młynek wziąć i grubą morską sól wraz z pieprzem białem na nie rozmielić. Do grzyba tak przysposobionego wydać należy kalarepkę wiosenną i marchew do miękkości w posłodzonej wodzie ugotowione. By podniebienie zupełnie złechtać Moje Szczęście serwuje sałatkę uczynioną z młodego naciowego selera skrojonego w kostkę z małym dodatkiem startej białej rzodkwi,  zakropionego sokiem z cytryny, na pół z pomarańczy, obtoczonego gładko zmielonym laskowym orzechem, zaprawionego szczyptą soli, pieprzu i do smaku octem z Modeny. Wszystko to szybko z talerzy znika bo po prostu pyszne jest.
niedziela, 19 kwietnia 2009
zupa czosnkowa po mojemu
               Po sobotnich lekkich mżywach, co to na samochodową szybę by kropli kilka złapać trzeba było dobrych parę metrów przejechać, na niebie ani chmurki. Mimo, że słońce temperatury wcale a wcale wzwyż nie idą. Wiaterek zamiast chłodzić mrozi.  Poza tem czas taki, że co mniej odporni łapią wszystkie dolegliwości świata, katar zaś najchętniej. Jednak pszczółki twardo odrabiają swoją pańszczyznę i zapylają, zapylają, zapylają ...   
Dobra to więc pora by przyrządzić panaceum na choroby wszelakie - zupę czosnkową!
                       Najsampierw bulion przedni trza nagotowić.
Do garnca łożę kurzych skrzydełek sześć, funt szpondra z kością, dwie przednie raciczki wieprza. Na wolnem ogniu tak pracuje by zostało w objętości płynu pół. Wonczas warzywa idą- marchew, seler,por jeno biały, pietrucha duża i połówki cebuli mocno spalonej. Wszytko do miękkości, a mięso samo musi odpadać. W czasie między bierzem główki trzy dobrego, białego, jeno by nie przesuszony, czosnku. Na łyżkę oliwy przedniej jakości skrojonego w pół kładziem solą przesypawszy i próżym na złoto, też lekutko ogień dając. Bulion cały dajem na sito, warzywa przecierając na gładko, wtedy przeprażony czosnek z oliwą co została takoż na gładź zrucamy, rozprowadzając delikatnie. Niech jeszcze chwilę dobrą popracuje i hartowanem jogurtem z Bałkan dobawiamy. Do miseczki łożyć trza dobrze spieczoną grzankę z chleba wieloziarnistego, sypnąć czosnkiem niedźwiedzim i talarek jaja na twardo ugotowanego złożyć. Łyżka może do pracy się brać.Jajo z Wielkiej Nocy jeszcze,święcone, więc i barwy skorupki zatrzymało.
Ale zupa taka, że tylko wargi po jej śladach oblizywać!!!
sobota, 18 kwietnia 2009
polędwiczki w sosie pomidorowo-paprykowym
               Latam, szukam biegam po kurniku i szukam indyczki, która by mi na jajach siadła. Tychże już nazbierałem, na przemian z perliczymi dość, jeno ochotniczka potrzebna. Nawiasem dodam, że właśnie te duże ptaki są bardzo dobrymi nasiadkami a i później matkami, wodząc nie koniecznie swoje gatunkowo potomstwo.
                W końcu spadł tak długo oczekiwany deszcz. Mało go jednak dobry Pan Bóg wypuścił. Ledwie co ziemię zrosił i już uciekł.Może jeszcze cosik będzie. Jare wschodzi, ozimina ładnie się zieleni. Może będą godziwe żniwa.
                Sprowokowany wpisem Brzuchomoowcy nabrałem chętki na wieprzowe polędwiczki. Miąsko to bardzo delikatne i wdzięczne w obróbce.Tak żem wziął i na plasterki grube na jeden palec skroił. Poczem stłukłem, ale delikatnie i sprószyłem solą i pieprzem wielokolorowym, natarłszy przednią oliwą pierwszego tłoczenia dałem im chwilę dłuższą odpocząć. W tem czasie skroiłem bakłażana, zwanego pewnie nie bez kozery, gruszką miłości w takież plastry, przesypałem miałką solą i złożyłem na papierowym ręczniku by wilgoć oddały. Wok, czyli żeliwną grubościenną patelnię najpierw w suchości rozegrzałem i podlałem oliwą z winogronowych pestek tłoczoną, gdy perkać zaczęła dałem mięso i ze dwóch stron zrumieniłem. Gdy koloru starego złota dostało zasypałem otartem z soku i soli bakłażanem. Razem chwil co niewiela musiały popracować. W czasie między zalałem wrzątkiem pomidorów pięć i czerwone papryki dwie, po sparzeniu bystro przeniosłem do foliowej torebki gdzie gorące stygły, poczem skórkę z siebie łatwo oddały i na ostrum sicie zamieniły w przecier gładki. Tymże zalałem mięso z bakłażanem, doprawiwszy szczyptą curry, pozwoliłem by wodę w jednej trzeciej oddały, z jasnej barwy przechodząc w krwistą czerwień. Przed wydaniem ubarwiłem pomidorkiem i rzeżuchą z listkami bazylii. Jeść się dało, aże ni drobina na talerzach nie została, popita piwem rżniętem czyli pół na pół jasne z ciemnem koźlakiem. 
środa, 15 kwietnia 2009
Bon żurek
               Zaczęly się nieść indyczki i perliczki. Jaja jednych i drugich pokażę, gdy przyjedzie to moje Szczęście, co ze mną ma dobrze od czasu do czasu, jeno... Różnią się od kurzych zdecydowanie. Indycze większe idące w szpic, kropkowane na przybrudzonym, brązowym tle, perlicze za to mniejsze o szorstkiej skorupce, co to gdy w jajecznicę je zamienić trudno się do nich dobrać. Za to jaka w smaku i kolorze! Niepowtarzalna. Na polach kurz, pod spodem jeszcze trochę wilgoci ostało, b o rankiem sypie ładną rosą, że noga mokra, lecz już niedługo rośliny zawołają pić. By dobry Bóg parę kropli z nieba popuścił, na koniec tygodnia w naszej części zapowiadają lekkie opady. Oby...
                      Jednym z niedłącznych dań Wielkiej Nocy jest żur. Mój trochę nietypowy, ale za to smakowity wielce.
Najsamprzód ziaren żyta trzebno by dostać, gdy do żaren brak dostępu wystarczy stary, podściwy młynek do kawy. W niem odpowiednią porcyję zemleć do kamionkowego garnca wsypać i źródlaną wodą, ciepłą zalać, an wierzch skórkę razową złożyć, kilkoma czosnkami i bobkiem ozdobić i do ciemnego schować, zapominając na dni cztery. Na dzień przed zupy wydaniem ugotować wywar na solidnym kawale dobrze zwędzonego boczku, nie zmylić się sparzonem, bo smak zepsuje. gdy oka puści założyć bogatą włoszczyzną wraz z kwiatem brokułu i kalafiora, to małem ogniu do zupełnej miękkości warzyć. Potem boczek wyjąć i w porcyjną, by dwie miejsce na łyżce dały, kostkę skroić. Żur konsystencyję mocno zsiadłej śmietany mieć musi. Półtora szklanicy na gar trza wrucić, przed czym jednak warzywo odłożyć i na gładko zemleć. Do garnca dołożyć, wprzódy zahartowawszy wrzącym wywarem, kuban jogurtu z Bałkan rodem.Zasypać dobrze utartem kwiatem majeranku. Wszytko to dobrze zmieszać i jeszcze z godzinę na wolnym ogniu gotować. W czasie między jaja ugotować, po jednem, gdy małe na talerz, skroić w talary. Żur dobawić do kwasu lekką łyżeczką octu z Modeny, szczyptą soli i świeżo zmielonym pieprzem w wielu kolorach. Gdy dobrze gorący na stół wydawać można.
Zupa ta krzepi ciało, nie tylko po dniach postu, ale i wiosnę całą, zwłaszcza gdy prawdziwych Zimnych Ogrodników się trafi.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
udana szynka, kiełbasa w warzywach
               Święta czas spokoju, lenistwa i odpoczynku, ja co prawda wolę jego aktywną formę. Rano trzeba było podlać świeżo posadzone pomidory w szklarni, rzodkiewki na grządce, dymkę co już z ziemi wyskoczyła, takoż siedmiolatkę, kury obmacać, indyczki zaczęły się nieść. Pomyśleć trzeba będzie ile pozbierać, żeby w gnieździe podłożyć i najlepszą nasadzić. No ale ogólnie laba, jeno, że Pan Bóg deszczu zesłać nie chce i kwiecień już suszy. Może jednak się odmieni i choć parę kropli spadnie.
                       Szynka udała się rewelacyjnie! Kruchuteńka, różowiutka jak pupcia niemowlęcia, rozpływająca się w ustach, gdy dobawiona ćwikłą z chrzanem - rarytas pełen. Drugie świąteczne śniadanie rozpocząłem jednak kiełbasą w warzywach.
Dobrałem pyszną, sztuka w sztuka, jak malowanie białą, do tego sztuk kilka robionej pod moje zamówienie zwykłą, w smaku niezwykłą - z dodatkiem koźlęciny, majeranku pełną, mocno wypchaną. Oba rodzaje ułożyłem na rozgrzanym oleju z winogronowych pestek, zrumieniłem tak, by nacięcia się otwarły, trochę soku oddawszy. Gdy się stało, zasypałem mocno skrojoną cebulą i szklić począłem. Zapach budzący ślinę rozszedł się wokół budząc domowników. Następnie obłożyłem całość warzywem różnorakim w zapałkę skrojonym, by aromatu na próżno nie traciła przykryłem dokładnie woka i pół godziny na malutkim ogniu całość pracowała. Wonczas rozciągnąłem zawartość pyszną ,sosem sporządzonym z papryki zapieczonej i pomidora bez skóry. Całość weszła w piękny brąz, wówczas na stół wydając z pysznym chlebem z czystego żyta upieczonego, posypałem rzeżuchą świąteczną ze świeżymi listkami bazyli zsieczonej.
Przy stole panowało nabożne milczenie, najmniejszy kawałek sosu, gdy kiełbasy nie stało wylizan chlebem został.
niedziela, 12 kwietnia 2009
pascha-smaku internetem nie oddasz
               No i święta! Najpierwem  głodował, motywowany przez Moje Szczęście by teraz puszczać wodze swawolom stołu. Jest co prawda rada by jeść a się nie przejeść, zwane to metodą małego talerzyka, kłaść wszystko ale w porcjach nie za wielkich, dochodząc do trzech czwartych pełności żoładka żartów stołowych zaprzestać. Pisać łatwo, zrobić trudniej. Tem bardziej, kiedy tyle rozkoszy oko wabi, język nęci, nozdrza wonie oddając do wdechu zachęca. No cóż, szczęściem to tylko dwa dni. Stół Pański deski gnie do rozkoszy chęcąc.
                        Paschę moją z bawełnianej szmatki odkryłem na talerz delikatnie złożyłem, ozdobiłem, migdałem w płatkach delikatnych, słodkim migdałem wprzódy sparzonym, takoż włoskim orzechem i żurawiną na słońcu obsuszoną. Moja Carska prezentowała się jako godna władcy Samodzierżawnego Tronu  Bom i tajemnicy jednej Wam nie zdradził, przepis na nią pozyskałem od Świętej Pamięci Olgi Siergiejewnej Kulżyńskiej, której matka Sophie była jedną z frelijn, czyli panien Dworu ostatniego z rodu Romanowów. Pamiętam zasuszoną staruszkę siedzącą na wysokim stolcu, podającą z pełnym namaszczeniem dłoń do ucałowania, która ćwiczyła mnie w biegłej mowie francuskiego i rosyjskiego. Musiałem się w chwili jednej z jednego w drugi przerzucać. Internet ma jednak wiele wad. Jedną z nich to ,że smaku w żaden sposób nie przekażesz. Maślany, jedwabistą gładkością język pieszczący, zatrzymujący zęby na twardszych migdałach i orzechach, spływający po żurawinie, rodzynce, śliwce, gruszce i moreli. Żółć jaj wabiąca oko prowokuje usta by łyżeczką rozkoszy jeszcze zadać. Nalewką dobroć można spłukać i zlec w słodkim nieróbstwie, święta są by wypoczynek kościom dać. Jutro dzień drugi, powiem Wam jak się szynka zdała i żur na zakwasie zastany.
sobota, 11 kwietnia 2009
zrobiłem paschę,gotuję szynkę
                    No to święta zapowiadają się nam cudnie. Z tym klimatem to już tak wogóle nic nie wiadomo. Najpierw zimno, teraz gorąco, no i co najgorsze to sucho. Żebych wieczorami choć kropelka spadła, a tu nic, na polach już zaczyna wiatr hulać i unosić tumany kurzu.
                     No ale przecież święta więc koniec z bolączkami faceta co to sobie wybrał warkstat pod gołym niebem i teraz jojczy.Wyciągnąłem szynkę z jej własnego soczku, podsypałem w garnku specyalnym dla niej przeznaczonym zielem angyelskim ,liściem z bobku com je z ogrodu przyniósł, no i mojem własnem pomyślunkiem- startem między rękoma oboma kwiatem majeranku. Teraz dwa dni na małem ogniu będzie skrępowana sznurem bawełnianem poczywać, dochodząc do swej cudności, co to na chwałę imienia Jezusowego na stół w odpowiednym momencie podana zostanie.
                           Ku pamięci wzgórza Golgoty i Męki Pańskiej począłem przygotowywać Paschę. Daję w donicę kamienną dwa funty trzykroć zmielonego, najprzedniejszego twarogu, ze świeżego mleka poczynionego,w trójkącie odwieszonego, doń osełkę dużej dobroci masła, cztery same żółtka z jaj gęsich, gdy ich nie ma, po dwa na jedno- kurze,w osobnym garnczku łożę po garsztce dużych rodzynek, na to sułtanek takoż, skórki cytrynowej i pomarańczowej po łyżce sporej, śliwki suszonej w wąskie paski skrojonej, moreli obok, gruszki w cukrze odstałej, szczyptę sporą suszonej żurawiny, łyżek miodu lipowego z dobrej pasieki sześć abo i siedem, zalewam mlekiem słodkiem i na małem ogniu grzeję by wilgoci nabyły rosnąc dwakroć.Gdy wszytko to gorącości nabiera wrzucam do twarogu, zasypawszy wiórkiem z kokosowego orzecha, zpiórkowanem migdałem i pięcioma utartemi na błysk surowemi żółtkami z dwoma pełnymi łyżkami cukru pudru. Całą tę dobroć trza dobrze by żadna gruda się nie ostała wyrobić. Masę trzebno zlać na sito wyłożone szmatką lnianą, przykryć talerzem dobranym, ciężkim słojem, w mojem wykonaniu nalewki pełnym mocno przywalić i w śpiżarni chłodnej, której mi Brzuchoomówca zawidzi, na dwa dzionki by mocno wilgoć oddała, zostawić. Przed wydaniem można jeszcze owocem kandyzowanem w przednim cukrze ,ozdobić. Wygląd mojej zaprezentuję po pierwszem dniu świętowania. Bądźcie w zdrowiu czego Wam wszystkim życzę! Smaku wielkego, tradycji hołd oddany... 
środa, 08 kwietnia 2009
tarta z krewetkami
           Jak pisze Krogulec Plamce mazurka, skowronki na polu koncertują, że aż miło i żal niezmierny gdyby sprawdziła się przepowiednia futurystów naukawców, iż ten wdzięczny ptak ma w naszej strefie klimatycznej zaginąć. Ale ja im nic nie wierzę. Tak jak zwątpiłem w przepowiednie tego tumana Ala Gore, co to zapowiedział, że jeszcze chwila i na moich polach będę sadził drzewa kawowe i banany. Nic z tego, już teraz ściśli i prawdziwi naukowcy, w przeciwieństwie do niedorobionych polityków jak ten amerykański dupek, stwierdzają, że klimat wcale tak gwałtownie się nie zmienia, że lodu zbyt wiele nie ubyło, a takie wariacje z jakimi mamy do czynienia są w historii Matki Ziemi całkiem możliwe. Walczmy o wodę, której może nam zabraknąć. To jest problem. nauczmy się dzielić tym co mamy, by nikt głodny nie chodził. To są sprawy godne największych głów. A skowronek będzie nam śpiewał.
                   Ot i patrzcie, jeszcze chwila a bym się w politykę zadał! A przecie miałem się od tego z daleka trzymać. Lepiej sobie czem innem głowę zaprzątnąć, chociażby tym co z Moim Szczęściem wymyśliliśmy. Czas przecie nadal postny i obżerać się nie uchodzi, to zjedlim tartę z krewetkami, żeby nikt mi nic nie wyrzucił, to wiem jak się klasyczną, po francuskiemu robi, ale to nasza wariacja.
Najsampierw kalafior z brokułem trza zagnieść na mak drobny i z jajami dwoma wyrobić, przyprawić pieprzem z Cayenne, czosnkiem drobno posiekanym,soli tyla co nic,kurkumy szczypty dwie, curry wiela kto lubi. Dno formy tartowej przetrzeć trza oliwą przednią pierwszego tłoczenia, na dno kładziem krewetkę sparzoną, całki pancerza pozbawioną tę tygrysią zwaną, na to masę z warzyw z jajem urobioną, na wierzch krewetki koktailowemi orzeczone i można przetrzeć jajem całkiem mocno zbełatanem na puch, jeno nie za dużo. To wszytko do piekarnika na 180 stopni nagrzanego i piec przez niecałe pół godziny aż starego złota z wierzchu dostanie. Można na stół wydawać z sosem ze startych pomidorów pieprzem zaprawionych.
                   Już mi się ta Wielka Noc w łóżku marzy. Koniec z dietami, oszczędzaniem się w tłuszczyku z szyneczki, kotlecikach wszelakich. No pamiętać trzebno by nie przesadzić, bo to zgaga i gazy męczące przyjść mogą! Koniec końców na stół wejdzie moja Pascha, do której juże się gotowię, Pewnikiem nie wytrzymam i dwie uczynię - jedną carską, żółtą jako słońce, aromatem bakalii i wanilii bijącą i tę drugą malinami zdobioną,żurawiną wysyconą. Lecz gdy do tego dobra wszelakiego przystąpię, wcześniej z Wami tajemnicami mego stołu się podzielę. Już niedługo, już niedługo, szyneczka w kąpieli własnego sosu czeka, gar żem specyalny dla niej nabył...
niedziela, 05 kwietnia 2009
słodka jajeczniczka
               Chodzę ci ja i myślę, co by tu wykompinować, by zjeść, a nie utyć i jeszcze by smakowite było. Ponieważ ciast, ciasteczek, no i w ogóle chleba mi nie wolno bo Moje Szczęście zakazało, a ja jestem usłuchany, no tom sobie pomyślał, że jednak podniebieniu dogodzę a wymaganiom sprostam! No to tak- jaj żem wziął trzy, w samo raz bo były gęsie, żółtka wielgachne osobno, białka takoż, pierwsze na puszyste zmiksowałem z bananem, dwoma kiwi, drugie na sztywno ubiłem, by znaczone koła zostały, w czasie między utarłem jabłka dwa, żółte jak słońce jedno, czerwone jak jego zachód drugie. Wszytko tom wymieszał i na patelnię dał lekko przetartą, by nie przylegało przednią oliwą pierwszego tłoczenia. Pulchna masa ci powstała, którąm na talerzyk wdzięcznie złożył i ozdobił skrojonym w talarki bananem kolejnym i ćwiarteczkami kiwi.
To żem do łóżka Szczęściu podał, niech ma przy niedzieli, jeszcze na dodatek Palmowej. Grama cukru, ani innych dodatków nie użyłem, a smakowite jak biszkopt było i z talerzyka pod kawkę znikło w mig.
sobota, 04 kwietnia 2009
kurze piersi w jarzynach
               No i proszę, pogoda jak malowana! Słoneczko świeci, cieszą się dzieci, a u nas bryka klaczusia po dworze, obskakuje mamę, która bacznym okiem śledzi jej poczynania i nie daj Panie Boże wejść komuś na teren zagrożenia dla maleństwa. Tyłem się odwraca i kopyto do ciosu szykuje. Kury jako, że to ptactwo grzebiące przebierają w ziemi szukając co smaczniejszych kąsków. Jaj w skrytce również przybywa.
               Szynka ma się dobrze, dojrzewa sobie spokojnie, tam gdzie nikt jej nie wadzi, czyli w spiżarni, sok pod się daje, ktorym to jako Kleopatra w kąpieli jest polewana. Ponieważ ja takich mięsości przed świętam jeść nie mogę, jeno oczy pasę i doglądam. W Wielką sobotę ją zwiążę sznurem odpowiednim i gotować godzinami będę równie jako i dziś się oblizując. Co będzie dalej takoż Wam opowiem.
                       Moje szczęście czuwa bym  przed Świętami był ,jak to się mówi w Wielkopolsce, szlank bez daszka nad klientem wiadomym, to i się żywię odpowiednio. Natomiast tym razem przeszła samą siebie. Mimo, że dietetyczne było to pyszne nade wyraz. Piersi kurze w jarzynach - dorodne, po porcji na twarz, skroiła wzdłuż na pasemka grube na palec i wrzuciła na wcześniej przygotowany bulion warzywno skrzydełkowy, rozlany na patelni. Gdy mocno już zbielały a bulion zaczął ubywać dobawiła skrojonym w słupki warzywami, gdzie królowała papryka, seler, pęd bambusa, por w talarkach, przyprawiła pieprzem cayenne, kurkumą, curry, zaprawiła odrobiną miodu lipowego, na sam koniec dla uciechy oka dorzuciła koktailowych pomidorków z Hiszpanii skrojonych w pół i łyżeczkę sosu chili słodko-kwaśnego. Pożarłem to wszytko w mig, albowiem zaprawdę powiadam Wam jeść się dało!
środa, 01 kwietnia 2009
szyneczka wielkanocna-krok po kroku
           Jako żem Ci ja tuman fotograficzny nie mogłem udokumentować mojej szyneczki przy pomocy ilustracyi. Moje szczęście czyni to za mnie. Tak więc najsampierw na patelnię, co to się nie przypali, na moim piecu drzewem grzanym ląduje sól prawdziwa, bez jodu nijakiego, a następnie drewnianą łyżwą rozprowadzane przyprawy - kolendra miażdżona, cynamon i gożdzik, ziele z Anglii, gałka muszkatołowa, no i dodałem, czego w pierwszym opisie nie było kwiatu majeranku między rękami startego. Tako żem czekał aż strzelać zacznie i wonczas doszła saletra.
                   Tak zaś szynka sama, sześć kilogramów ważąca, więc apetytu Krogulca się nie bojejąca, rozpostarta nieczem basza na desce wyglądała czekając aże sól z przyprawami ostygnie by dostęp dać.
                     Nacierana chłonęła łakomie każden kryształek, chowając w załomki, szpary, lekko barwę na ciemniejszą zmieniła. Złożona do stalowej brytfanny sok będzie dawać.
                            Gdy gotowa, deską przykryta, kamieniem przywalona, w ciepłej kuchni garować będzie przez jeden dzionek i wonczas skryje się w chłodnej spiżarce, raz na dzień bok zmieniając i sokiem spod niej podlewana.
                       Tyle o szynce, ja zaś nadal dietą katowan dostałem:
faszerowane gęsie jajo, na twardo ugotowione, żółtka pozbawione, bo te wraz z rzodkwią czerwoną, szczypiorem, pomidorkiem drobniutko skrojonym i przyprawami - czyli pieprzem z Cayenne, curry, kurkumą i czosnkiem niedźwiedzim oraz niezbędnym olejem lnianym, nadzienie stanowiły. Alem się najadł, popiwszy rozciągnietym wodą z Czantorii sokiem żurawinowym.No ale tłuszcz mi się wypłukuje, bo sikam na potęgę!
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl