piątek, 30 kwietnia 2010
lekcji Pani Matki ciąg dalszy- polędwiczki w grzybach

No i Moja Rodzicielka zawitała w dworskie progi z czego cieszę się podwójnie, po pierwsze bo Jej towarzystwo sprawia mi niekłamaną radość, po drugie uczta smakowa czeka mnie bez wątpienia. O rozkoszach rosolnika rozpisywał się nie będę, bom już wcześniej to uczynił, natomiast o polędwiczkach wieprzowych poemat stworzyć muszę bo tego godne. Pokrojone w plastry nie za grube i mimo, że nic niewinne rozbite na cieńkość palca małego. Lekuchno posolone w mące pszennej obtoczone na gorący oleum pierwszego tłoczenia rzucone w mig chrupkiej skórki dostały. Godzin kilka wcześniej w wodzie ciepłej łebki zeszłorocznych prawdziwków w brzozowem gaju zbieranych się moczyły, Gdy wszystkie osmażone poszły do garnca, resztki z patelni wodą przepłukane łacno je przykryły. Na to grzybki w paski skrojone gdy rozmiękły, razem na malutkim ogienku pracowały ładnego brązu dostając. Sos powstał tak, a na koniec zaciągnięty moją własną śmietaną ,lekko ukwaszoną, co to w niej łyżka stoi z dwoma małymi łyżkami mąk wywarem zahartowany. Po minutach mało wielu gotowy poszedł na ziemniaczki, te zaś z buraczkami tartemi wyszły.Poezyja pełna, mięso rozpływało się w ustach, miękkości lubej, sos w ziemniaczki wchodził lekko je brązowiąc, aromat prawdziwków oddając.

Pani Matka raz kolejny pokazała pazur mistrza doświadczeniem wieloletnim spolerowany. W kuchni prostota rządzić powinna, ale talentem zaciągnięta daje arcydzieło.

środa, 28 kwietnia 2010
Piersi te Stefanii Grodzieńskiej poświęcam

Oj Wojtek, Wojtek! Nie lubisz Ty samotności, niedość Ci było towarzystwa parlamentarzystów ze Smoleńska, boś ich znał wielu, a oni Cię lubili, toś jeszcze musiał za sobą Panią Stefanię Grodzieńską pociągnąć! Wiem, że we dwójkę u Pana Boga raźniej, a Ona towarzyszka wyśmienita, wreszcie ktoś Cię przegada i do słowa, którymś z maestrią obracał, nie dopuści. Ale i tak żal ściska za gardło nas biedne niebożęta, któreście Artyści Wielcy na padole łez zostawili.

Jakom już wcześniej ubajał sezon grilowy w Słońsku, w zacnem towarzystwie, ptaszki podglądając, uznałem  ja za otwarty, tak to i kebabczi nie były jedynym popisem. Obok nich w duecie wystąpiły kurzęce piersi umajone. Najsamprzód ubite zostały by średnio lekkiej grubości nabrać, lekko oliwą pierwszego tłoczenia przetarte zioła zmasalowane dostały, a więc czosnek niedźwiedzi, czubrica zielona, gałka muszkatołowa utarta, sól morska i pieprz biały,tandori masala, asfetyda, sumak, pieprz kaukaski, wklepane w mięso weszły. No i teraz majenie - wałek z boczku tłustego, między zaś w paski pocięte morele suszone, śliwki, gruszka, jabłko, rodzynki korynckie, dla barwy i ozdoby od Felixiany, która dzielnie szła mi w sukurs, nie pierwszy raz zresztą, otrzymane pomidory w  sycylijskim słońcu suszone. Całość poszła w roladkę, piersią ubitą całość miękko zawijając i złożona w foliową kopertkę by sosu własnego nie uronić.  Na mocno rozgrzanem grilu przez minut czterdzieści raz po raz szczypcami obracane do miękkości doszły. Damy inne, w tem Moje Szczęście w kuchni Państwa Matkowskich, naszych przemiłych gospodarzy, sałatki różnorakie stroiły.

Tak to i pyszność była wielka, sezon ze wszech miar godziwie otwarty podwójnem strzałem.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Kebabczi - otwieram sezon grillowy

Uch, ten tydzień tak miły był, takem się cieszył bo ptaki dzikie mogłem popatrywać. Niedość tego, w towarzystwie miłem niezwykle, tak więc i gębę było do kogo otworzyć, bo ja na tej wsi mojej mruk podobnież straszny się robię. W tem samem czasie Wojtek Siemion ducha po wypadku Panu Bogu oddawał. Nie tak dawno jeszcze kiedyśmy go ze Szczęściem Mojem w jego Dworze wizytowali ,słowem Mistrz bawił, anegdoty rzucał, radosny pełen życia, a tu nagle jest i nie ma. Odszedł do lepszego ze światów. Szczęścia Ci tam życzym wielki, mały człecze, patrz na nas z góry i życzliwie się uśmiechaj!

Na Słońsk, tam bowiem w Rzeczpospolitej Ptasiej, której to obywatelami z Moją jesteśmy, ostatnią sobotę i niedzielę spędzalim, przygotowałem ci ja kebabczi. Potrawa tyle prosta co pyszna, a i sezon grilla z honorem pozwolić otworzyła. W dworskiej kuchni najsamprzód umieszałem kilo indyczyny najprzedniejszej, umielonej, na to piersi kurze takoż przez maszynkę puszczone, do tego przypraw wiele różnych i różnistych - czosnek niedźwiedzi, origano, czubrica zielona, tandori masala, chana masala i sumak, sól i pieprz pod smak, skruszona w płatki papryka czerwona, cebuli suszonej szklanka. Na to szklanki pół oliwy przedniej, pierwszego tłoczenia i dwa całej jaja gęsie, dla tych co nie mają za jedno trzy kurze. Całość dobrze wypracować, wymiesić i wsypać szklankę bułki utartej. Gdy gotowe na noc do lodowni wstawić, niech dojrzewa.

W Słońsku jeno pozostało ukulanie z pięknego tworzywa kiełbasek nie za długich, obtoczenie w mące pszennej i wyłożenie na tackę, która na węgiel grilowy, siwy, przepalony a gorący patyczkiem przedzianych i obwyrtanie by z każdej strony swego ciepła dostały. Gdy do tego jeszcze doszły sosy przez Moje Szczęście spreparowane i sałatki różnorakie pyszność była wielka, z tac w mig znikająca.

Tak więc sezon, mimo, że wieczorem nie najcieplejszy zainaugurowany godnie został. jeno Wojtka żal....

wtorek, 20 kwietnia 2010
wizytacji Pani Matki ciąg dalszy- pieczarki

No i wiosny, tej prawdziwej nijak nie widać. Rankiem na oziminie szron siada, ci co jęczmień wczesno posiali i skiełkował włosy z głowy rwą, bo zmarznie. Ano żarty sobie z nas Natura robi, za nic rolniczy trud mając. We Dworze nadal rządy Pani Matki z wdzecznością wielką przyjmowane, no tak to kulinarnych lekcji był ciąg dalszy. Ot, szutka, żarcik niewielki a jakiej smakowitości - faszerowane pieczarki. W zaprzyjaźnionym magazynie Pani Matka wybrała kapeluszy dorodnych tego grzyba nie za wiele, ale i nie mało, tak by patelnię całą pokryły, zręcznie obmyła, dokładnie obsuszyła, nóżki obcieła z petruszką zesiekała na drobno, do tego miszu dołożyła na twardo ugotowione dwa jaja kacze, ja je jeść mogę, bo salmonelli w kurniku mojem nie ma, w maleńką kostkę oporządzone, dosoliła dopieprzyła i do smaku dodała białej, czosnkowej cebuli, takoż spode noża. Ta miszkulencja dokładnie miseczki grzyba wypełniła. Na patelni rozegrzał się olej sezamowy z arachidowem zmieszany a rozciągnięty oliwą pierwszego tłoczenia, na niego poszło danie, by smak zamknąć obłożone z wierchu kwadracikiem goudy własnego wyrobu. Całość pokrywą zakryta dobre pół godziny pracowała.

Przekąska przed głównem daniem zacna była niezwykle, poprawiona kieliszeczkiem nalewki zblendowanej pigwy na głogu, wytrawnej a jakże, ale i mocy jasnej- uch smakowała wyśmienicie. tak to i kolejne moje kulinarne powiedzenie, że grzyb w lesie rosnąć powinien, a nie za przeproszeniem na końskiem łajnie, poszło do lamusa. Pani Matko żyj wiecznie, a ja Twe perły kuchenne, sługa wierny zbierał będę.

niedziela, 18 kwietnia 2010
rosolnik godziwy, gołąbki delicyjne

Na majątek w ramach wizytacji syna zjechała Pani Matka. Ósmy i pół jeszcze krzyżyk dźwiga, ale z pogodą wielką, od czasu do czasu jeno stwierdzając, że starość się Panu Bogu nie udała. Kto jednak w tych leciech ot, tak znaku po sobie nie dając pół kilometra na basenie by przepłynąl. Patrząc na Nią wiem, że i ja z materiału dobrego zrobionym. Nie obyło się rzecz jasna i bez kulinarnej lekcji, bo i przecie ta daną być musiała. Rosolnik z kury prawdziwej na świąteczny obiad był wydany. Najsamprzód drób dobrze zczyszczony w ćwiartki pocięty do garnca poszedł i godzinę dobrą się gotował zaprawiony jeno liściem laurowym, który z drzewka własnego, co w altanie stoi zerwany, do tego po sześć ziaren angielskiego ziela i pieprzu czarnego. Po pół godzinie łyżeczka soli morskiej. Gdy mięso już miękkawe robić się zaczyna włoszczyzna została złożona, ubogacona cebulą spieczoną z kilku boków, pomidorem w całości, żąbkami dwoma czosnku i wtedy solą do smaku. Na wolnem ogniu do smakowitości wielkiej dochodził, obok makaron się gotowił, cienki, nie za długi i każdy przed na talerz wrzuceniem oddzielny. Na patelni dużej skrojona cebula biała, czosnkowa czekała, gdy mięso całkiem już od kości odchodziło obrane poszło przez maszynkę. Pani Matka godnie palcem pracowała polecenia wydając. Kapusta mocno sparzona liście jeden po drugiem oddawała. Cebula zezłocona, wonczas mięso dodane, razem zesmażone i ryżem ugotowanem dobawione. Całość dobrze doprawiona, by pikantnem było, czarnem pieprzem, świeżo zmielonem zasypane lekko odpocząć poszło. Liście wiadomo z rdzeniem ściętem uładzone czekały. Gdy farsz lekko przestygł zaciągnięty został dwoma jajami gęsimi i na gładką masę wyrobiony. Wonczas ręką Pani Matki gołebie zawijane być poczęły i szły w brytfannę, na drabinkę, by ze ścianą kontaktu nie mieć, od wierchu resztką z kapuścianej głowy jak pierzynką były przykryte. Całość wodą podlana poszła do piekarnika.

I teraz clou tej przygody najważniejsze - dochodziły do się przez godzin cztery zamknięte, ostatnią godzinę jeno dobawione dwoma szkklankami śmietany z pomidorowym sosem i łyżką zupną mąki pszennej. Liście kruchutkie, farsz w ustach się rozpływający, przedtem wszystko popite rosolnikiem co bursztynowej barwy nabrał.Tak to i wizyta przebiegać zaczęła. W czasie między goście zacni równie zjechali Pan Sędzia w stanie spoczynku Cyruliczkiem zwany, anegdotą z rękawa na temat każdy sypiący, Krzysztof, człowiek renesansu. sądowy i nie tylko, żurnalista, artysta skrzypek, co to i Wieniawskiego i ludową nutę umie wykrzesać.

Tak więc i wino zacne i nalewka na stół poszła. O żałobie, wulkanicznych chmurach i polityce mówić nikomu się nie chciało, bo i po co, czkawki jeno możnaby się nabawić.

czwartek, 15 kwietnia 2010
tfy, nadal gotować nie dają

Po obejrzeniu materiału, który mną wstrząsnął, ręce znów mi opadły.

POSŁUCHAJCIE TUTAJ

A niech się to wszytko juże skończy! Niech życie w normalne wróci tory, niech mi smak na krwawy befsztyk wróci, bym skojarzeń nie miał. Nadal ci ja przy garncach stanąć nie mogę, suchym chlebem żyję, odetchnąć nie dają. Już to i słuchy chodzą, że monarchia wrócić może a krypta rodzinną stać się może. Umarł król, niech żyje król, zza drugiej, trzeciej zasłony zwierzę polityczne dać znaje, że miejsce puste stać nie może. Czas będzie krótki, elekcja szybka, może i ten kupon materiału na płaszcz gronostajowy starczy. Tfy, mój praszczur Walenty w wojnie krymskiej, w Lejbgwardii służąc krzyż Świętego Jerzego dostał, wójtem był wiznenskim, tak służył swoim rodakom, w takim czasie w jakim żyć mu przyszło, jak najlepiej, Za pierwszej Najjaśniejszej Ładzice sedziami ziemskimi bywali, sejmiki swojej ziemi prowadzili, w karmazynie chodząc swoje miejsce na padole dobrze znali, nikt na nich złego słowa rzec nie mógł. Ale wśród moich, nawet wśród powinowatych ni jednego Radziejowskiego, co się Szwedom zaprzedał nie było. A teraz ci wszytko na najwyższym diapazonie, kury pieją jakby już koniec historii wszelakiej był osiągnięty. A Klich niejaki w łeb sobie nie strzelił, nawet o podaniu do dymisji ani myśli. Słuchać hadko. Skończyli dla mnie żałobę kiedy w surmy dąć poczeli. Kto się za tem chowa, komu to służyć ma? Prędzej czy później oliwa na wierch wypłynie, prawdziwe oblicze się pokaże, ale mnie juże zbrzydło, jeno rodzin mi żal, dzieciątek co oćców pozbawione płakały na okęckiej płycie...

wtorek, 13 kwietnia 2010
kundle szczekają, ja książkę kucharską czytam

Jakoś tak nie mam chęci by po rondle sięgnąć. W polu peluszka w ziemię idzie, zwierzyna dobrą paszę mieć będzie, na swą kolej łubin czeka. Jeszcze trochę czasu ostało, bo zimna nie lubi, a przymrozki być mogą. Ostatni czas trochę mną wstrząsnął, więc i w pisaniu to ślad zostawić musi. Prezydent nie był z mojej bajki, zresztą jak z dotychczasowych żaden, ale gdy odszedł i to tak odszedł, odkrywa się jego inne oblicze - ciepłego, zagubionego w meandrach,w których jeno jego brat dobrze się czuł i czuje, tego który poza kamerą umiał się śmiać, dbać o tych co w jego otoczeniu pracowali. Miał jeszcze jedno wielkie szczęście. Obok niego była ONA, przez wszystkie duże litery. Pomnę te grubiańskie żarty o JEJ urodzie, wątpiące w JEJ inteligencję. Ale też jak szybko to ustąpiło, poszło jak dym. Starczył ciepły gest, strzepnięcie niewidocznego pyłka z mężowskiej marynarki, poprawienia krawata i ten uśmiech rozjaśniający zoraną życiem twarz. taką będę JĄ pamiętał. Nie wiem czy oboje zasłużyli na Wawel, to pokaże historia, czy za lat małowiele katafalk pokryje pył niepamięci, czy będą tam świeże kwiaty. Prezydentem był jakim był, ONA zostanie w mojej pamięci żywa. Mam też jedną nadzieję, że ta hekatomba nie pójdzie na marne, że dzięki niej zasypany zostanie graniczny rów z płynącą w nim kloaką nienawiści, rów dzielący dwa bratnie słowiańskie narody. Im dziś też nie jest łatwo. Ostali w czasie zimnej wojny od świata, za żandarmstwo sowieckie zostali znienawidzeni. A tak naprawdę to przecie nie oni, Stalin był Gruzinem, w Uljanowie płynęła tatarska krew, Dzierżyński polski szlachetka. Rosjanin to nasz słowiański brat, którego tak samo mocno siekał totalitarny, sowiecki bat. Nad tymi grobami niech znowu zapadnie drużba, napijmy się wódki, byle w miarę, bo oba narody skłonność do przesady mają!

Truchła naszych jeszcze dobrze nie ostygły, jeszcze ich w całość w Moskwie nie poskładano a kundle już szczekają. Rydzyk co JĄ od czarownicy wyzywał już sforę ze smyczy spuszcza, różne Girzyńskie i Górskie brudne gęby rozwierają. Czekać jeno na syk pana M. co to w swojem czasie listy prokurował by jad w narodzie sączyć, potem wywiad rozsadził. Na pewno się odezwie. Mnie słuchać jazgotu hadko takem i w lekurę poszedł. Od przyjaciółki ziemiańskiego domu książkem dostał - Makarego 730 obiadów wielkich, średnich i małych, mięsnych i postnych, z opisem śniadań i wieczerzy, tudzież spiżarni, sklepu i kuchni dla chorych, pieczenia ciast. Cud ten z tak smakowitem jak długim tytułem wydany przez a jakże Księgarnię Katolicką i gdzie, rzecz wiadoma w Poznaniu na początku wieku dwudziestego.Wygrzebałem ci ja z przepastnej ilości wielkiej przepisów jeden, co na początek zacytuję- MARENGI - 18 białek ubić na tęgą piankę, zmieszać ją z 12-16 łótami cukru miałkiego i 6 łótami najpiękniejszej mąki kartoflanej, wytłaczać z tej masy kubkiem od filiżanki lub zdłużną foremką marengi, posypać cukrem i piec w miernym piecu. Skoro zrumienią się, wyjąć, oddzielić od papieru, wyżłobić, jeszcze raz wysuszyć i jak bezy napełnić śmietanką ubitą z cukrem i wanilią. Uff, prawda, że lektura piękna? Dzięki Ci Elżbieto, bom w Twój prezent się wgłębiwszy od podłej rzeczywistości się oderwał.

niedziela, 11 kwietnia 2010
w życiu pustki nie ma, a jajo symbolem ciągłości

Długom myślał czy siąść do klawiatury. Łzy na powiekach lekko obeschły, godzić się na rzeczywistość, nadal nie godzę. Żal duszą targa, jednak poszedłem do mojej dropiatki, która w tem momencie symbolem życia się stała, jego ciągłości. Siedzi sobie spokojnie, oczkiem czujnie strzyże, piórkami przyszłe potomstwo grzeje.

Niech się jej szczęści, nachodził ją będę, ale z dala by krzywdy nie uczynić.

Gdy zaś czas tak smutny, na stypowy posiłek wybrałbym dziczyznę- udziec i skok  sarni, przedni. Najsamprzód dni dwa moczyły się w serwatce, lekko posolonej kruchości nabierając. Poczem dokładnie obmyte, ręcznikiem z papieru osuszone dokładnie zostały ziołami obsypane w tem majerankiem, czubricą zieloną, garam masalą, chana masalą i czosnkiem niedźwiedzim. Z wierzchu polane oliwą przednią odpoczywały w spiżarni godzin kilka, potem do piekarnika złożone w brytfannie z drabinką by do dna nie przytykały.

Na dwieście stopni nastawiony grzał je przez pięć godzin będzie z boku na bok jeno przekładane. W ostatnią godzinę całość czerwonem winem podlana sos ciemny tworzy. Pieczeń w brązie ponurem, jednak smakiem wybornem razi. Za spokój tych co odeszli, za żal tych co zostali ,podzielmy się tem co Pan Bóg nam z lasów i kniei pobłogosławił.

sobota, 10 kwietnia 2010
Płacz Polsko, Prezydent nie żyje...

Kiedy piszę te słowa dobrze nie widzę klawiatury, oczy rozmazują mi łzy. Chwila moment i kilkudziesięciu ludzi zgasło, odeszło na zawsze. Kilku z nich znałem osobiście. Wiem, nie lubiłem Kaczyńskiego, wielu z tych którzy zginęli  budzili moje negatywne emocje. Dziś wszystko odeszło, płaczę. Zastanawiam się jak można było dopuścić do tego by tylu ważnych, liczących się dla Polski wsiadło do jednego samolotu. Dlaczego pilot nie podjął decyzji o zmianie miejsca lądowania? Dlaczego????? Nie znamy odpowiedzi. Czy szybko ją poznamy, czy wogóle? Jednocześnie ostrzegam, ja szary obywatel - jeżeli którykolwiek polski kundel wykorzysta tę tragedię do bieżących celów politycznych, właśnie przez nas, szarych mieszkańców wsi i miasta zostanie wdeptany w ziemię. Niech żaden się nie waży. Nad nami teraz żal i smutek...

piątek, 09 kwietnia 2010
bułeczki śliczne- mączno ziemniaczany cud

Wiosna, wiosna radości to czas! W moim domu objawiła się przyjściem na świat Śmigusa - byczka brązowego, co to teraz już śmiga matkę swoją, teraz już zacną krowę mleko dającą, co to jałowicą być przestała, bodąc z szelmowskim oka błyskiem.

Jeno Basia zacna koza alpejka z bielmem w oku cosik się opóźnia i potomka nie daje. Kurka jedna, miniaturka zdrzaźniona, że jej jaja podbierają gniazdo sobie w prasie kostkującej uwiła i tam siedzi. A daj ci Boże zdrowie! Na łąkach spokój jeszcze to i czas ma. Ja zaś wiosnem uczcił piekąc bułeczki smaku wielkiego a z rolniczego trudu powstałe. Poszły do nich - ziemniaków ugotowanych na krucho kilo, potem startych na puch, kilo mąki pszennej, łyżeczka cukru i soli, jajo gęsie i perlicze, dla tych co nie mają kurzych trzy, mleko pełne koło szklanki i dwieście gram cebuli suszonej, dobrze dobranej, żółtej, słodkiej, łyźki dwie oliwy przedniej i dwie paczuszki drożdży suszonych. Ciasto musi dobrze wyrobione być tak by od ręki łacno odchodziło. Gdy gotowe, na desce ściereczką przykryte musi ponad godzinę odpoczywać jako dziecię pieszczone rosnąć, Dalej lekko dopowietrzone nożem w kęsy krojone i w kształt bułki obrobione, wierchem na chwałę Pana, co rolnikowi plony dał, krzyżem znaczone. Gdy podzielone znowu godziny pół odpocząć muszą. Wonczas na oliwą leciuchno muśniętą blachę wędrują, z wierzchu dobrze ubełtanem jajem na pianę pędzelkiem posmarowane. Do piekarnika, któren na dwieście stopni winien być rozgrzany dobrze wodą prysnąć i blacha na minut dwadzieścia i pięć idzie.

Widokiem pięknem przez szybkę serce się raduje. Zaś smak taki jakiego żadna piekarnia przemysłowa Wam nie da. Trud uśmiechem bliskich zapłacony, żal do następnego razu zostaje, że juże znikły. Witaj nam Pani, Wiosenko cudna, króluj nam do lata.

poniedziałek, 05 kwietnia 2010
ziemiański stół co się w Wielką Noc ugiął

No i Święta w które Pan nam zamartwychwstał nadeszły. To dni budzącego się zycia, które hreczkosiej bacznie obserwuje i łacniej od mieszczucha wypatrzy. Ptaki koncertować na chwałę boską poczynają, ciesząc ucho, w pary się zbierając. Co rano klangor żurawi uśmiech na twarz wywoła. Wiosna, Panie, wiosna! Chrystus powrócił! By jego królowanie uczcić śniadanie wielkanocne zacne być musi. Takoż i dziś wszytkich szczegółów Wam nie podam, bo i byście z nudów pod koniec posnęli, ale i też spisu nie poskąpię. Zgodnie z tradycją starszą od ludzkiej pamięci u stołu zgromadzona rodzina dzieli się poświęconem jajem. Abyśmy w zdrowiu i takim samym gronie spotkali się w roku przyszłym. Alleluja! Pierwszy żur na zakwaszonej przedniej mące żytniej był wydany, kiełbasą białą z cebulką zasmażoną zaciągnięty z aromatem wędzonego na bukowem drewnie boczusiu. Jaja w formie różnej w miseczkach specjalnie po to nabytych pyszniły się sosami podlane. Od ostrych po łągodne. Obok stał majonez własnoręcznie ukręcony na gęsich żółtkach, oliwie samej najprzedniejszej, pierwszego tłoczenia, czosneczkiem gładko zsiekanym ubogacony. Szyneczki w plastry skrojone, gotowane i surowe kolorem pięknym błyskały, bo one bez dodatków nijakich uwarzone przez zaprzyjaźnionego majstra, któren starodawnych procedur przestrzega, maceruje w soli, gotuje z liściem laurowem i ziarnami jałowca i angielskim zielem, poczem jak Pan Bóg przykazał przez dni kilka w ledwie ciepłem dymie okadza. Obok pasztety przez Panią Matkę narządzone i dla tych co to mięsem gardzą szpinakowa babka. Przepiórcze jajeczka w pół przekrojone kawiorem czarnem i czerwonem barwą w oczy biją. By przerwę od zimnego zrobić na stól kiełbasa uduszona w cebuli, jarzynami ubogacona z pomidorem takoż idzie. Za nią w godnem szyku kurze skrzydełka,te dwie ,grubsze części, najsamprzód w przyprawach obtoczone, poczem mąką żytnią spanierowane, usmażone na głębokiem tłuszczu. Do tego sos idzie biało- zielony, pierwszy to czosneczek utarty śmietaną własną zaciągnięty, drugi bazylia, koperek, pietruszka, świeży tymianek, wprzódy schłodzony lodową wodą, poczem w małej ilości wody ugotowany, cytryną dobawiony, oba lekko posolone. Paluszki lizać. Przekąską kiełbasy kozio -wieprzowe co wilgoć na strychu oddały i w cieniuchne plasterki krojone być musiały, na języku smaki rożne drażniąc kubeczki w cudny sposób bawiły. Dla nienasytców sałatka jarzynowa w kostkę średnio skrojona była.

Teraz słów kilka o słodkościach - Szczęscie Moje poszło po całości - mazurek, który w domu swem Nelly Rubinstein gotowiła, w jej wykonaniu takoż pyszny, z latoroślą starszą  umyśliła i babę wielkanocną ukręciła, urosła na drożdżach żółta i wilgotna, do tego córcia serce  kształtne sporządziła co wprzódy jajami w czekoladzie być miało, ale wiązać nijak się nie chciało, znaczy kostka masła, otręby owsiane, cukier, wiórki kokosowe, biszkopty rozkruszone moją nalewką ubogacone. Niemniej w smaku pyszne. Do tego moja pascha malinowa, o której szczegółach nie wspomnę, bo już wcześniej była. Żona ekonoma ukręciła ciasto śmietanowe z serem, puszyste i takoż pyszne. Więcej juże nikt pomieścić nie mógł. Tak to i świętowanie powrotu Pańskiego całą najbliższą familią świętowalim, zdrowia sobie życząc, a że mimo obfitości wszyscy w miarę umiar trzymali nijakiej pomocy nie trza było stosować. Tak to i wszystkim obfitego śmigusa dyngusa ziemiański dwór życzy!

niedziela, 04 kwietnia 2010
Spokojnych Świąt
czwartek, 01 kwietnia 2010
gęsia pierś w jarzynach
 

Lubię ci ja gęsinę, warunek jeden by nie za tłusta była to na wielkanocny stół jak znalazł. Moja metoda taka - po wycięciu razem z kością całego przodu i ze skórą, nacieram ci ja całość, kształtem ładną paczuszkę przypominającą solą morską, czubricą czerwoną, zieloną takoż, czosnku niedźwiedziego nie skąpię i pozwalam godzin najmniej dwie odpoczywać.

 

Gdy przyprawy godziwie sypnięte wilgocią najdą, ze skórą się zwiążą sypię jarzyny - seler, pietruszkę, paprykę różnokolorową, kiełki fasoli mung, marcvhewki nie za wiele, grzybki namoczone uprzednio w mleku. Wszystko to zaś ładnie w zapałkę posiekane niech pierś gęsią nam pokryje. Na dno brytfanny wprzódy drabinkę kładę i by pierwszy sumpt w pieczeniu dało czerwonem, wytrawnem winem podlewam.

Od Desktop

Tak dzieło sprawione do piekarnika kładę, któren na sto i osiemdziesiąt stopni nastawiony cztery godziny pod kontrolą pracuje. Mięso troskliwie raz po razie przewracane ostatnie czterdzieści minut odkryte idzie by skorupki dostało, ale sosem któren pod spodem jest polewane musi być zacnie. Gdy całość gotowa i miękka w plastry pokrojona być musi, sos zaś przez sito do garnuszka zlewan hartowaną śmietaną zaciągany. Do gęsi przysługuje czerwona kapusta z jabłkiem na gorąco i ryż być może. Takie danie godne każdego stołu znika w mig, paluszki wylizane zostawiając.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl