czwartek, 28 kwietnia 2011
Felixiany świąteczne polędwiczkowe ruloniki

Feli swoja obietnicę zrealizowała. Przysłała przepis na kolejne pyszności w jej wykonaniu. Zapraszam:

"Zapowiadałam kolejną część słońskich smaków, ale na drodze stanęły Święta, no i jakoś łatwiej stołowe aktualności było mi opisać. Do słońskich potraw rychło powrócę.

Wielkanocne dni zostały kulinarnie uczczone: w pierwsze święto tradycyjnym ale i przednim żurkiem z jajkiem, czarną kaczką z pomarańczami i jabłkami. Ale to żadne w kuchni nowum i rewelacje. Za to w dzień drugi odezwała się kulinarna wena czyli  pełna improwizacja.

 

W chłodzie cierpliwie czekały sobie wieprzowe polędwiczki, same ciekawe, co też z nimi pocznę i jak się zaprezentują na świątecznym stole. I może nie ma tu nadto dużo możliwości, ale jak się włączy myślenie, to całkiem zacne rzeczy z tego wychodzą.

Jako, że lubię rzeczy zakręcone, jak i jak już wiadomo jarzynki w każdej postaci , to i wymyśliłam sobie polędwiczkowe ruloniki.

 

Sześć ładnych polędwiczek zostało potraktowanych tłuczkiem, ale na tyle delikatnie, że pozostając całe rozciągnęły się w piękne duże medaliony. Po tych torturach posolone, natarte świeżutko zmielonym pieprzem i skropione oliwą e.v. poszły znów do chłodu, żeby poodpoczywać i poczekać na odpowiednie towarzystwo.

A do towarzystwa przeznaczyłam mrożony szpinak. Odparowany na patelni z odrobiną soli i hiszpańskiego czosnku nabrał konsystencji miękkiej i pachnącej masy. Potem ułożył się wygodnie na płatach polędwiczek  i zaprosił jeszcze czosnek niedźwiedzi, majeranek i płatki suszonych pomidorów, aby oddały mięsku swe aromaty. Na to  jeszcze lekkie skropienie oliwą e.v. i polędwiczki mogły być zwinięte w zgrabne ruloniki, nie wymagające nawet spinania.  

Potem opieczone krótko na patelni na ryżowym oleju nabrały właściwej złocistości i powędrowały do folii. Ułożyły się wygodnie w brytfannie i poszły do piekarnika nagrzanego do 200 °C. Po mniej więcej 20 minutach tej spiekoty obniżyłam miłosiernie temperaturę do 185 st. i piekły się tak jeszcze  około 40 minut. Namiocik z folii sprawił, że nic ze swej soczystości polędwiczki nie straciły, za to nabrały delikatnej miękkości.

 

W takim wydaniu polędwiczki bardzo lubią różne sosiki, ale najbardziej świątecznym i pasującym wydał się lekki a niezwykle oryginalny sos żurawinowy.

Intensywny dość smak przesmażonej żurawiny łagodzi nadzwyczajnie w tym sosie majonez połączony z jogurtem naturalnym. Trzeba do sosiku:

5 łyżek przesmażonej żurawiny (domowej lub ze sklepu), 3 łyżki majonezu, 1 jogurt naturalny, sól i odrobina pieprzu czarnego. Wszystko mieszam, doprawiam do smaku solą i pieprzem.  Żurawina jest zazwyczaj dość słodka, więc jeśli trzeba, dodaję nieco soku cytrynowego.

Zapewniam, że połączenie jest wyborne! Dla jarzynkowego uzupełnienia dania i przygotowałam jeszcze sałatkę z ulubionej sałaty lodowej, papryki żółtej i czerwonej rozdrobnionej w kręciołku, pokrojonych w kosteczkę pomidorów i zeszatkowanego ogórka. Warzywka skąpały się w sosie śmietanowo-jogurtowym z 2 łyżek dodatkiem majonezu, 1 łyżki przecieru pomidorowego, soli, pół łyżeczki cukru i pieprzu.

A jakby było nie dość kolorków i smaczności, danie ozdobiły pyszne paseczki lekko słodkiego żółtego melona i pomidorki koktajlowe.

Danie wyszło bardzo lekkie, delikatne i smakowite. Całkowicie obyło się bez jakichkolwiek innych a konkretnych dodatków: ziemniaczków, ryżyku czy też kluseczek. Błogie uśmiechy były wystarczającą nagrodą za przygotowanie świątecznych ruloników. Felixiana"

Polędwiczek na zdjęciu nie posiadam, ale w Słońsku Feli potraktowała nas swoimi naleśnikami z tymże żurawinowym sosem.

 

Były ... nie do opisania, a sos pieszczący podnienbienie nie do podrobienia.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Pascha bez której nie ma świąt
 

W moim rodzinnym domu pascha była od zawsze, od kiedy ja Święta pamiętam świadomie. Może dlatego, że w domu ojca kultury przenikały się jak bystre nurty Stryja. Będąc w równeńskiej szkole powszechnej dzielił się ze starszymi braćmi w wierze swoim śniadaniem oddając bułkę z szynką w zamian dostając czarny chleb z cebulą, potem w Chyrowie wbijali mu swe prawa ojcowie jezuici, w domu zaś dziadek Stanisław - liberał, prawie że libertyn, Pani Matka zaś korzeniami z Kamionki Strumiłowej, gdzie dworek od dworku na dźwięk dzwonu, każdy mała warownia stojąca na straży rubieży Najjaśniejszej, może Olga Siergiejewna, przyjaciółka domu, której matka, jeszcze ją pamiętam zasuszoną staruszkę na wysokim tronie, frelijna Dworu Romanowych. W tym roku nie zrobiłem Carskiej, gdzie żółtko z żółtkiem się goni, lecz jej samej zabraknąć nie mogło. Najpierw był twaróg, powstał wygrzany do 40 stopni, zakwaszony mlecznymi kulturami na mleku jerseyki naszej, to zaś samo w sobie żółtawe i słodkie jak śmietana, po skrzepnięciu pocięty w sześciany, podgrzany do 60 stopni poczem na serwetkę i przez noc odciśnięty, tak pyszny, że już łyżkami jeść go było można. Z lodowni wyszło pół kilo masła też własnej roboty. Do dzieży poszło 10 żółtek różnych, różnistych- gęsie, kacze, indycze, perlicze i kurze dla uzupełnienia, gęsie olbrzymie, reszta w miarę ale o kolorze dojrzałej pomarańczy, do tego pół litrowy kubek cukru pudru i laska wanilii, z tego puch utarty. twaróg dobrze odciśnięty razem z masłem poszedł przez maszynkę, do tego dobra przygarść rodzynek z Koryntu, moreli suszonych, śliwek, takaż gruszka, kandyzowane ananasy i krążki banana, gdy żółtka wtarte zostały w jedną masę, tę na pół podzieliłem, do jednej części trąc pracowicie w makutrze wdałem  kilo mrożonych malin z lodowni, tarcie dalej by masa dostała pięknej rubinowej barwy,

 

do drugiej części poszło kilo zmielonych na kaszę orzechów różnorakich włoskich, laskowych, nerkowca, zeschniętego kokosa, to nadało barwę lekkiego, ciepłego brązu.

 

Teraz pozostało jeno jedną i drugą dobrze przez noc całą odcisnąć w formie. Na godzinę przed podaniem obie poszły do lodowni i potem w ręce młodszej latorośli, która ostateczny szlif im nadała.Pyszność taka, że warto o niej sobie częściej przypomnieć.

niedziela, 24 kwietnia 2011
a więc jaja robimy
 

Niech będzie pochwalony, bo i ja Go chwalę. W pierwszych słowach mojego listu donoszę Wam, że zdrowy jestem, czego i Wam życzę. Święta te mijają pod znakiem jaj, wszystko co żywe je nosi, to i w lodowni bogato, wybierać mogę - gęsie, kacze, kurze, perlicze i przepiórcze. Ponieważ śniadanie tem razem we Dworze wydawane nie było, a wyjazdowe u mojej starszej córy, co to na dziady lada dzień mnie sprowadzi, postanowiłem przed jej teściową błysnąć i zrobiłem faszerowane gęsie.

 

Najpierw ugotowałem na dobrze twarde, potem wyrzuciłem ze skorupki, która w brązie była, bo w garnczku wraz z cebulowymi łupinami i obierkami z buraka dochodziły. Żółtka zostały zmielone, do nich przesmażona cebulka, burak gotowany w cienką kostkę i wędzony łosoś, by masa gładką była łyżka śmietany i majonezu, na wierzch zielenina i chwila zapieczenia w piekarniku.

 

Lekka odmienność na tle szynek, kiełbas, studzieniny i innych specjałów. Po żurku dały chwilę wytchnienia przed dalszymi zapasami z ciężko zastawionym stołem, ale o tym za chwilę. teraz zaś życzę Wam wszystkim spokojnego świętowania, ruchu zażywajcie, tak jak ja z moją młodszą widłami machając by konie w stajni czystą ściółkę miały i z przyjemnością marchewkę mogły chrupać. Alleluja!!!

piątek, 22 kwietnia 2011
Felixiany Słońskie smaki 2 - czyli pierożki curry i serowe babeczki
 

List właśnie otrzymałem od Ani - Felixiany, o której specyjałach przygotowanych na słoński stół,  pisałem w poprzedniej notce. Pozwólcie, że zacytuję w całości, słówka z jej pisania nie roniąc:

"Jako, że zapowiedziałeś przymuszanie do opisania "dobrodziejstw" jakie przygotowałam na nasze słońskie przyjaciół spotkanie, to mimo intensywnych przedświątecznych zajęć, zasiadłam do pisania. Nasłuchawszy się ku mojej ogromnej uciesze pochwał na temat smakowitości potraw i mając świeżo w pamięci uśmiechnięte buzie i znikające ekspresowo pierożki, z radością podzielę się przepisami.

Jednak nie wszystko dziś tu przedstawię, żeby nie przedobrzyć i nie dodawać przysłowiowych "dwóch grzybków w barszcz". O kieszonkach kurczakowych z różnościami i o naleśnikach francuskich z farszem jarzynkowo-tuńczykowym, będzie następne słońskie kulinarne wspomnienie.

Na dziś opowiem o pierożkach curry skrywających drobiowo-pieczarkowy farszyk i o serowych babeczkach z porami i szynką.

 

Na pierożki w ilości około 30 sztuk potrzeba przedniej mąki 30 dag mąki, proszku do pieczenia z pół łyżeczki, jajo, ale nie Twoje gęsie, jeno od kury, łyżki 4 zimnego masła. Potem pół szklanki kwaśnej śmietany (tu z westchnieniem wspominam Twoją wyborną śmietanę). Na koniec dla dosmaczenia szczyptę soli, pół łyżeczki kurkumy i łyżeczkę curry.

Wszystko to zagniatam. Najlepszy sposób jaki znam na przygotowanie kruchego ciasta, to cierpliwe posiekanie widelcem o długich "zębach"  wszystkich składników. Kruche ciasto bardzo nie lubi ciepła ręki, więc najpierw siekanie, a dopiero jak składniki się prawie połączą, zagniatam szybko i ciasto idzie do lodówki trochę odpocząć po tym znęcaniu.

 

W tymże czasie przygotowuję farsz. Na tą ilość pierożków potrzeba: dwie  pojedyncze kuraczakowe piersi, pęczek szczypiorku albo dymki, pęczek zieloności pietruszkowej, cztery łyżki oliwy e.v. albo oleju ryżowego, pieczarek 20 dkg, jajo kurze, soli do smaku i pachnącej curry 1 łyżeczka.

Piersi piekę na małym ogniu około pół godziny na oliwie. Upieczone i ostudzone idą do zmielenia.  Pieczarki posiekane kręciołkiem na drobniutko, duszę kilka minut na tłuszczu pozostałym po smażeniu piersi. Siekam szczypiorek i zieloną pietruszkę.  Jajko rozbijam: żółtko wędruje do farszu, a białko posłuży do posmarowania pierożków przed pieczeniem. Mieszam wszystkie ingrediencje i dosmaczam solą, świeżo zmielonym czarnym pieprzem i curry.

Wtedy pierożkowe ciasto po odpoczynku w lodówce rozwałkowuję na grubość 2 - 2,5 mm. Szklanką wycinam krążki, nakładam kopiato farsz i zaklejam pękate brzuszki pierożków.

Blachę wykładam folią do pieczenia (ten wspaniały wynalazek pozwala na wielokrotne użycie i nie trzeba natłuszczać), układam na blasze pierożki, smaruję je białkiem i posypuję suszonym koperkiem. Pierożki wygrzewają się w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez jakieś 25 minut, do uzyskania wspaniałej złocistości. A potem to już tylko zostaje oczy i brzuszek cieszyć.

Po pierożkach kolej na następną przystawkę, albo jak kto woli zagryzkę do np. pysznego kapuśniaku, który nam zaserwowałeś w Słońsku, czy inszej zupki.

 

Przygotowuję na ciasto: 40 dag mąki, do tego 4 topione serki topione o naturalnym smaku, każdy po 10 dag, kostkę margaryny, a do smaku odrobinę soli i i łyżeczkę gałki muszkatołowej (bardzo pasuje jej smaczek w potrawie).

Do farszu za to wybieram cztery większe pory, przygotowuję 3-4 plastry chudziutkiej szynki, (tak około 20-25 dag). Potrzeba jeszcze troszkę soli, cukru i łyżeczka gałki muszkatołowej.

 

Białą część porów i kawałek zielonej kroję na pół, dokładnie a potem w półtalarki, około 0,5 – 1 cm. szerokości. Zagotowuję wodę z łyżeczką soli i łyżeczką cukru, blanszuję chwilę pory, na półmiękko i dokładnie odcedzam. Do porów dodaję szynkę skrojoną w drobną kosteczkę. Doprawiam do smaku gałką muszkatołową , solą i pieprzem.

 

Zagniatam ciasto na babeczki metodą taką jak przedtem pierożki. Posmarowane oliwą foremki babeczkowe wypełniam ciastem i farszem. Potem farsz chowa się pod pierzynkę z krążków ciasta wyciętych szklanką i doklejonych na brzegach.

Pomalowane białkiem lub całym jajkiem babeczki posypuję suszoną zieleninką, np. koperkiem. Pieką się  w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez ok. 20 minut. Złociście rumiane i wspaniale pachnące, pysznią się na półmisku, przyciągając  zgłodniałe brzuszki.  

Jako że święta za pasem, życzę Wesołego Alleluja, spokoju, smacznych pisanek i innych pyszności  na stołach, Gospodarzowi, Szczęściu Jego, Pani Matce oraz całej Rodzince, a także wszystkim odwiedzającym te smaczne blogowe strony. felixiana"

PS. Nie muszę chyba nikomu mówić jakie pyszotki to były! - Emka1216

                                                                                 

                                                                                             

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
słońskie smaki
 

Nie wolno się kisić w jednem miejscu, trza i rolnikowi od czasu do czasu z miejsca się ruszyć zobaczyć jak inne ludzie żyją. Tak to i ja wraz z Moim Szczęściem prawo do tego pełne posiadając, albowiem obywatelami Rzeczpospolitej Ptasiej będąc, z paszportami legalnymi a jakże, ruszyliśmy do Słońska. Kraina to rozlewisk warcianych pełna, wody więc tu nie brak. Dzięki temu ptastwo chętnie tu bytuje. Gęsi wszystkie jakie tylko w Europie spotkać można, kaczek zatrzęsienie, brodźce różne, perkozy, batalionów chmary. Do tego jeszcze Michał Skakuj, uczony gdański, który gdy nazwy brakuje zaraz podpowie, pozna po sylwecie, głosie, czym tylko chcecie. Ja zaś, grono było zacne, wydałęm karkówkę na słodko. Było to tak - najpierw podkuchenna Feli, w blogu moim ceniona i znana, plastry mięsa ubiła zręcznie. Te lekko posolone, oliwą przetarte poszły do lodowni. Na dzień wyjazdu rozłożone, sztuka po sztuce były zdobione - morelą, plastrem suszonego banana, rodzynką koryncką, żurawiną, kokosem suszonym w listki ciętym, wszystko to posypane sezamem naoliwione i zręcznie w folię zawinięte by nic nie uronić, zakopertowane, radzę tejże nie żałować i dwa razy dać.

 

Potem jeno grill rozżarzony i na drabince dobrodziejstwa złożone, dobre czterdzieści minut muszą w gorącu leżeć. Adam Wajrak, który do kompanii miłej dobił jadł aż mu się uszy trzęsły.

 

Do tego dobrodziejstw Feli było jeszcze mnóstwo, ale by je opisała jeszcze ją przymuszę. Adamowi, tak jak wcześniej obiecałem pozwoliłem się raczyć moimi serami. I tum komplementu dostał- niczym hiszpańskim, gdzie ostatnio bywał,nie ustępują, a nawet lepsze! Polak wszak potrafi i nasze zagrodowe kraj zdobędą. Wszak dla coraz większej liczby konsumentów jasne się staje, że ważnym jest nie to ile ale co spożywamy. Tak i wypoczęty dzielnie do przerobu mleka staję.

wtorek, 12 kwietnia 2011
Polska nie taka a pieróg z bobem
 

Ostatnie kilka dni znowu we mnie krew zagrzały. Nie wiem kto, ale ktoś mądry rzekł - co to za kraj, w którym mniejszość chce rządzić większością. Bo przecież ta większość równo rok temu popłakała w rękaw, wstrząśnięta była ogromem katastrofy, kwiatki zaniosła, znicz zapaliła, westchnęła głęboko nad ludzkim losem.Ale teraz chciałaby żyć normalnie! Nie wspomnieniami, nie kłamstwem lejącym się jak woda z ust polityków, że rząd to zdrajcy, Prezydent demokratycznie wybrany sprzedawczyk! Apages satanas, zniknijcie demony, jak można Polaka stawiać przeciwko Polakowi, tych ogłupionych drobnych mieszczan prowadzić z zapalonymi pochodniami, pod narodowymi barwami po ulicach naszych miast. To są nasze miasta, nasze domy, nasza Ojczyzna i wam od niej wara. Precz do budy warchoły. mało wam było czasu stalina, chcecie jego powrotu, tyle że z konusem na czele? Brzydliwość mnie bierze, szczęście jeno takie, że rolnik na bzdury czasu nie ma, w polu roboty wiele, tym bardziej, że szansa jest, iż w tym roku ziemia będzie płacić. Pani Matka zaś chcąc by siły było pod dostatkiem ulepiła pierogi z bobem. Pyszność wyszła z tego niezwykła. Farsz to zmielone pół kilo gotowanego bobu, drobno posiekana duża cebula zeszklona na gęsim smalcu, ugotowane gęsie jajo, czyli dwa kurze, też pocięte w kosteczkę, czosnku główka obrana i takoż nożem podrobiona. wszystko dobrze wyrobione i dla smaku jeszcze dorzuciłem zlistkowanego mojego sera dwie przygarście. Teraz jeno lepić i na wrzątek posolony łyżką oliwy okraszony rzucać. Gdy wypłyną przestudzone zostały i podsmażone na średnio grubo skrojonym boczku.

 

Mecyje takie, że nie pytajcie, znikły wszystkie w mig Jarkaczowi na pohybel!

niedziela, 10 kwietnia 2011
wołowy sztukamięs w sosie

No Szanowny Czytelniku wiosna, wiosna hip hip hurrra. Nocami już nie przymraza, w dzień jak Pan Bóg dopuści słoneczko przygrzewa, ozimina coraz mocniejszą zielenią po oczach bije, idzie ku dobremu. Ja zaś na przyjazd kochanej przyjaciółki z dawnych, jakże radosnych lat upichciłem sztukę mięsa w musztardowym sosie. Kawał solidny wybrałem szpondra ale z młodej sztuki, wrzuciłem do garnca z włoszczyzną obfitą i tak sobie z laurowym liściem, jałowcem i zielem angielskim dwie godziny pyrkał, poczem wyciągnąłem mięso, w jego miejsce by rosół był mocny poszły kurze skrzydełka, to zaś po ostygnięciu, kości wyciągnięciu poszło w skrojenie w grube plastry. Ponieważ prąd wichura nam zabrała rozpaliłem angielkę i tak sztuki lekko podlane oliwą boki sobie grzały, gdy lekka skórka powstała dostały moją śmietanę w ilości kubka, do tego pół czerwonego wina i po trzy łyżki musztardy dijońskiej i sarepskiej, mocno zmieszane wolnym ciurkiem zalały mięso.

Teraz jeno przesuwając patelnię by za dużego gorąca nie dostała wolniutko smaki sobą przenikały przez dobrą godzinkę. Ludkowie rostomili, mięsko rozpływało się w ustach, mimo, że porcje godziwe były nikt kawałka nie zostawił, do tego poszły ziemniaczki ugotowane w mundurkach z cienką skórką i młoda kapustka zasmażona na gęsim smalcu. Paluszki wylizane do czysta!  Na deser Pani Matka galaretkę podała ze słodką śmietaną, powidłami i rodzynkami.

Moje Szczęście zdjęcia araukany, tej od zielonych jaj zrobiła, ale wytrzymać nie mogła by ich w swoim pamiętniku nie pokazać. O jedno zdjątko jednak żem się uprosił i tak oto ta wielkanocna kura się prezentuje.

środa, 06 kwietnia 2011
gulaszyk mieszany i zielone jajo

No i wiosna pełną gębą! Noce zaczynają być cieplejsze, ale pola jeszcze mokre i traktory nerwowo warcząc stoją na podwórcu bojąc się mimo, że krokają na czterech utonięcia. Ale chyba niedługo już, potem jęczmień pójdzie w ziemię, po nim łubin, na koniec kukurydza i gryka. We Dworze zaś rządziło Moje Szczęście i gulasz pyszny spreparowało. Użyła trzy rodzaje mięsa - dobrą wołowinę pieczeniową, wieprzowe polędwiczki i karkówkę.

Wszystkie skroiła ładnie, lekko doprawiła curry, kurkumą, posoliła, na patelni zaś zeszkliła na oleju palmowym dla odmiany cebulkę.

Mięsu po odleżeniu takoż boczki dobrze i szybko opiekła, dorzuciła cebulę, potem w jej ślad poszły skostkowane przez Panią Matkę marchewki, pietruszki, seler i por, do tego podrobiona papryka w trzech kolorach. Wszak je się  nie tylko gębą ale i oczami, więc o barwy różne chodziło.

Całość doglądana podlewana była dobrym półwytrawnym, czerwonym winem. Sos dochodził i samoistnie gęstniał. By głębi smaku nabrał dostał łyżeczkę mocnego sosu sojowego, na wierch zaś zsiekaną główkę czosnku. tak na małym ogniu przez trzy godziny dochodził. Mięso rozpływało się w ustach miękkości niezwykłej, nic między zęby nie wchodziło, warzyw obfitość powodowała, że ciężki nie był.

Wydany został z sałatką z roszponki by zieloności  na stole dołożyć.

Pychota wielka do wylizania talerza! Teraz zaś ciekawostka. W moim ukochanym kurniku biega sobie para araukan bezogoniastych. W następny przyjazd Moje Szczęście uproszę to je Wam na zdjęciu pokaże. Teraz słów kilka o kurce, która jaja znosić poczęła. Są one zwane wielkanocnymi, od barwy skorupki, smakowitości wielkiej a podobnież mające jeszcze dodatkowo zdrowotne zalety. Podziwiajcie je więc, w Święta nie będę barwił, jeno z gniazda świeże przyniosę i pójdą do Święconki.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Felixiany kotlety ziemniaczane, kurczakowa improwizacja i takie tam przemyślenia
 

Nawiedziła nas wirtualnie nasza kochana Feli. Zaczęła znów kusić nas swoją lekką i smaczną kuchnią. Oddaję jej głos.

Natłok spraw trudnych, uciążliwych i po prostu przykrych  powoduje, że zamiast walczyć z przeciwnościami  losu, odparować niesłuszne ataki jak by należało, czasem człowiek  się wycofuje, chowa we własnym wnętrzu, jak w skorupce ślimaka. Bo w tej skorupce-norce wydaje się panować spokój, bezpieczeństwo i sprawiedliwość.  Ale pamiętać też trzeba, że ta skorupka też jest dość krucha. I cała rzecz polega na tym, żeby ją tak wzmocnić, aby nic już nie było w stanie zagrozić.

A co nas, niepoprawnych wrażliwców, nieodpornych na ludzkkie złośliwości potrafi tak wzmocnić? Dobre słowo kogoś bliskiego i niezawodnych przyjaciół, wyciągnięta ręka, uśmiech, pomoc w wytworzeniu dystansu i odwrócenie uwagi od raniących spraw, no i chęć oczywiście własna wydobycia się na powierzchnię. No i jeszcze perspektywa przesympatycznego spotkania ze wspaniałymi ludźmi i to w takim otoczeniu - jednym słowem: wiosna i wyprawa na Zlot do Słońska!

Tak więc już nieco zdystansowana, mogłam wyjść nieco poza prozę życia w kuchennej ostoi  i uruchomić twórczą improwizację.

I choć potrawa nie na miarę dziejów, to jednak  wyszło z tego niezłe i kolorowe (tak lubię najbardziej) danko.

Wzięły udział w tworzeniu:

Ziemniaki w ilości ok. 1 kilograma, 2 cebulki średniej wielkości, jajka również dwa (chyba, że ma się pod ręką gęsie jajo jak u Ciebie, to wtedy jedno), ok. 10 dkg mąki pszennej lub ziemniaczanej. W moim wydaniu użyłam mąki ziemniaczanej. Dalej wystąpiły: pieczarki, seler naciowy, czerwona papryka i piersi kurczaka, kilka marchewek, zielona pietruszka.

 

Najpierw zatem ugotowane i przeciśnięte przez praskę ziemniaczki zaprosiły do towarzystwa przesmażone na oliwie extra virgin cebule, przedtem pięknie zeszatkowane jarzynkowym "kręciołkiem", jajka i mąkę.

Potem dla dosmaczenia trafiło trochę soli i świeżutko zmielonego pieprzu czarnego. Wszystko to po wymieszaniu dało pyszną masę, gotową żeby uformować z niej zgrabne owalne kotleciki.

Na koniec jeszcze zyskały ubranko z tartej drobno bułki i poszły sie wygrzewać na patelni na niezbyt gorący olej ryżowy aż do uzyskania pięknej rumiano-złocistej skórki.

 

Żeby więcej barw na talerzach zagościło, wymyśliłam sobie do kompletu sznycelki ze zmielonych piersi kurczaka, drobno zeszatkowanej papryki i selera naciowego oraz zielonej pietruszki. Masa sznycelkowa doprawiona została jeszcze solą, pieprzem, cayenne, i czosnkiem niedźwiedzim.

Może być coś prostszego a zarazem bardzo smakowitego? Efektu wizualnego i pychoty dopełniły pieczarki w plasterkach usmażone na masełku i marchewka skrojona tradycyjnie w kosteczkę z odrobiną beszamelu. Ot i wszystko. Zapraszam na leciutki obiad! felixiana

Smacznego życzę. 

                                                                                                         

niedziela, 03 kwietnia 2011
roszada smaków - kurczak i puree
 

Jako że wiosna już zapukała to i krew w żyłach krążyć zaczyna żwawo, a jako i tak to i do mózgu więcej tlenu dociera i ten lepiej pracuje obroty przyspieszając. Nowe pomysły i nowe chęci spod kopuły wyskakują. Pani Matka do lodowni wrzuciła lekko solą natarłszy a solidnie posiekanym czosnekiem piersi kurze. Polezały tak dzionek cały kiedym je wyjął przesypał dobrym curry, kurkumą, szczyptą gałki muszkatołowej i poszłu na dobrze rozgrzany gęsi smaluszek. Gdy rumieniec chwyciły z każdej strony podlałem je tonikiem tak by babelki skakały, teraz mały ogienek i pyrkać sobie poczęły, do towarzystwa dostały grillowaną cebulę. Sos jako że po czasie zgęstniał dostał mojej śmietany dwie łyżki i łyżeczkę sosu sojowego wraz z łyżeczką miodu gryczanego. Smak powstał słodko pikantny w lejącej postaci.

 

Tyle mięso, by zaś talerz prezentował się jak należy zrobiłęm puree, ale nie zwykłe bo poszły do niego kalafior cały i jeden brokuł oraz kilo ziemniaków ugotowanych w mundurkach,

 

obranych i przeciśniętych przez praskę. Wszystko to poszło na patelnię wraz z mocno skostkowanym dobrze przerośniętym boczkiem. Ponieważ jarzyny dość mokre ma małym ogniu trzeba było je sporo smażyć by połączone odpowiedniej konsystencji dostały doprawione szafranem takoż i barwy, do tego świeżo zmielonego kolorowego pieprzu, czarnej soli i trochę chili jalapeno. Gdy mocno łyżki mieszającej całość trzymać się zaczyna znaczy, że dobre. Do tego buraczki tarte i wydawać można. Czytelniku płci mojej! Jak Panią swego serca chcesz pozyskać taką ingrediencję spreparuj a sukces zapewniony. Tu pikantna słodycz, tam warzywna lekka goryczka ze słonością, smaki się łamią na języku rozkosz zostawiając.

piątek, 01 kwietnia 2011
sałatka we dwoje

Sałatka rzecz zwykła, a jakże smakowita, wypełniająca pustkę drugiego, wiejskiego śniadania. Ponieważ teraz bytujemy na wsi we dwoje z Panią Matką, która jednak ma jedną, może nie za dużą, ale wadę. Wychowana w skierniewickim Dworku Księżnej Łowickiej, córka wysokiego rangą oficera naumiała się gotować jak dla pułku wojska. jak już to dużo i z rozmachem. Do rosołu warzyw powędrowało pod dostatkiem.

Cały seler, dwie pory,

trzy marchewki, pietruchy dwie dorodne, do tego wszystkiego doszły jeszcze gotowane buraczki. Wyjęte z rosołu, poza buraczkami rzecz jasna bo te gotowane były osobno, zostały przez Panią Matkę posiekane na drobną a kształtną kosteczkę. Do tego doszły dwa ogórki kiszone z mojej piwniczki i dwa winne jabłuszka.

Wszystko to wymieszane z posiekaną pietruszką i szczypiorkiem czekało na majonez. Ten zaś to ukręcone piękne gęsie żółtko i na to powolutkim strumieniem lana oliwa z oliwek pierwszego tłoczenia, dla ozdoby smaku kilka kropel cytryny i by za gęsty nie był na koniec jedno cienkie chlapnięcie wrzątkiem, wtedy do koloru odpowiedniego dochodzi. Sałatka wymieszana z kremem, a wyszła tego cała miska czeka na gości miłych bo młódź wraz z młodszą cerą ma we Dwór zjechać a to żarte gatunki więc i trcohę spustoszenia w spiżarni będzie. najważniesze zaś z gospodarskiego obrządku, że owies cały już w ziemi i kiełkować niebawem zacznie.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl