poniedziałek, 31 maja 2010
Karp błyskawiczny w śmietanie i ziołach

Było to tak. Mieliśmy z Ziemianinem kilka spraw do załatwienia w okolicznych miasteczkach. Wiedząc, że zajmie nam to kilka godzin, zapobiegawczo przygotowałam się na zrobienie na obiad  ryby.  Jak bowiem wiadomo ryba dużo czasu nie potrzebuje. Myślałam również o jakichś bliżej niesprecyzowanych dodatkach. Plany nieco się zmieniły. Nagle w trakcie objazdu, starsza Ziemianinówna, przez wymysł cywilizacji, czyli telefon komórkowy, oznajmiła, że za pół godziny będzie w domu. Kiedy przyjechałam, okazało się, że ma pół godziny, ale obiad chętnie zje. Pal diabli więc dodatki. Pokroiłam szybko świeżutkiego, jeziornego karpia, pokropiłam sokiem z cytryny, posoliłam, popieprzyłam, lekko obtoczyłam w mące i obsmażyłam go z dwóch stron, dla zrobienia skórki. Na głęboką patelnię wrzuciłam czosnek, cayenne, kurkumę, czosnek niedźwiedzi oraz  garść świeżo zebranych i posiekanych ziół ogrodowych czyli mieszankę tymianku, mięty, oregano, bazylii, melisy, szałwii, koperku, szczypiorku i cebuli siedmiolatki i drobno skrojonej rzodkiewki. Całość zalałam śmietaną (oczywiście z porannego odwirowania) i w to wszystko włożyłam podsmażone filety karpiowe.

Całość jeszcze moment dochodziła do siebie na patelni, po czym została wydana na talerze w towarzystwie małosolnych, nastawionych  przez Ziemianina kilka dni temu. Karp pod pierzynką śmietanowo-ziołową  okazał się delikatny i rozpływający w ustach, a sos, aromatyczny wiosennymi ziołami,  towarzystwo wycierało z talerza kawałkami chleba, co by nic się nie zmarnowało.  Przygotowanie powyższego zajęło mi 20 minut, można więc danie nazwać błyskawicznym.

Tagi: karp
22:47, emka1216 , emka gotuje
Link Komentarze (9) »
niedziela, 30 maja 2010
Felixiany różności pod puchową pierzynką

Jakeś zapraszał na łamy, to i podsyłam com wymyśliła właśnie jak mnie naszła ochota coś lekkiego podać na stół. Tym razem to całkowita improwizacja, ale wyszło pysznie i smakowicie.
A było to tak:

Wreszcie ciepło i słoneczko za oknem, a i z czasem jakby odrobinę luźniej w weekendowe dni, to i ochota przyszła na  jakieś improwizacje w kuchni.
Zachęcona zaproszeniem, aby od czasu do czasu coś Ci tutaj podesłać, czynię to aczkolwiek z niejaką obawą... Znowu jest to raczej lekkie danko, z tych co to kałduna nie obciążają, ale smakowitość łatwo w nich znaleźć, a i zrobić bardzo łatwo i szybko.
Otóż wymyśliłam sobie, że wedle upodobań zrobię dwie wersje jednego dania: mięsko, czyli
2 dorodne piersi kurczakowe i rybka (tu dowolność dość duża, w moim wykonaniu akurat trafiły się 3 ładne sole).
Jak zauważyłeś mam duże ciągotki w kierunku wszelkiej maści  jarzynek, więc i teraz odegrają one niemałą rolę.
Kurczak zażyczył sobie towarzystwa fasolki szparagowej dwojga odmian: żółtej i zielonej oraz młodego kalafiorka.
Kalafior został zatem zblanszowany i czekał swej kolejki. Fasolka (niestety młodej jeszcze nie ma), więc mrożona powędrowała na patelnię z dwiema łyżkami przedniej oliwy i na maluchnym ogniu podlana paroma łyżkami wody parowała sobie do pół miękkości. Wtedy doszedł do tego kalafior i tak chwil parę jeszcze się razem wygrzewały.
W tym też czasie pokrojone w niewielka kostkę piersi kurczakowe, zezłocone na oliwie, potraktowane solą, kurkumą, czosneczkiem hiszpańskim i niedźwiedzim doszły swego.

Ułożyły sie zatem wygodnie na przygotowanych jarzynkach i przykryte zostały plastrami pysznego śmietankowego sera i przyprószone pieprzem, solą i czosneczkiem niedźwiedzim.

Wtedy przyszła pora na przykrycie pierzynką.
A co to za pierzynka puchowa, pod którą się wszystko schowało? To omlet  leciutki jak puszek, z jajek czterech i 3 łyżek mąki tortowej: najpierw piana z białek ubita na sztywno ze szczyptą soli, potem po jednym dodawane żółtka, a na koniec łyżką ostrożnie, żeby piany trwałości nie pozbawić, mąka wmieszana została i zielona pietruszka drobniutko posiekana.

I całość na patelnię powędrowała i otuliła mięsko i jarzynki. Pod wysoką pokrywą, aby omlet mógł swobodnie podróść i już takim dorodnym pozostać (tak przygotowany nie ma zwyczaju opadać), na malutkim ogniu całość sobie jakieś 20 minut dochodziła.
Przed wydaniem na talerzu sosikiem pysznym z jogurtu greckiego (może być bałkański) zaprawionego solą, czosnkiem, kurkumą, pieprzem i odrobiną dobrego przecieru pomidorowego, potraktowane danko zostało.
Druga wersja z rybką była przygotowana podobnie. Ryby ( i ja też) bardzo lubimy seler naciowy.
Poszedł zatem seler drobniutko pokrojony w kosteczkę na patelnię z 2 łyżkami oleju ryżowego, solą cebulową i jeszcze cebulą granulowaną.

Podlany paroma łyżkami wody, poddusił się lekko do półmiękkości.
Wcześniej przygotowane filety z soli odpoczywały sobie natarte ziółkami, jakie kto lubi do ryb (mnie wyjątkowo urzeka koperek w połączeniu z solą cebulową).

Poszły też na patelnię na olej ryżowy i tak jak jarzynki, zostały podlane odrobiną wody, żeby raczej były podduszone, a nie wysmażone.
Gotowe ułożyły się na selerkowym podkładzie.

I znowu przyszłą pora  na puchową pierzynkę.
Tak jak kurczak z jarzynkami leciutki jak mgiełka omlet otulił szczelnie rybki. Po 20 minutach na maleńkim ogieńku wyrósł jak trzeba i pysznił się na talerzach potraktowany podobnym sosikiem i w towarzystwie lodowej sałaty i przepysznych pierwszych w tym roku małosolnych ogóreczków. Tyle mojej przydługiej ale smacznej opowieści.

piątek, 28 maja 2010
mule na talerzu

Jak to w starożytnej encyklopedii zapisali o koniu, ja zaś o pogodzie - jaka jest, każdy widzi. Diabła tam, zimno, mokro i dość mam tego. Kończę zasiew kukurydzy, którą to celowo opóźniłem, bo u sąsiadów wyszła i żółkła do chłodu, podatną się na grzyby stając. Łubin listki pokazuje, ale już wyższy być powinien. No ale nic to, koniec labiedzenia. Jakeś sobie wybrał warsztat pod gołym niebem to teraz cierp.

Pozstanowiłem ci ja trochę Mojemu Szczęściu podmaślić, życie umilić, a jako, że najlepiej to czynić umiem w kuchni, tak to i dzięki uprzejmości firmy pana Abramczyka mule w domu mojem zawitały. Tym co nie wiedzą, na nasze tłumacząc małże to są omułkami zwane. Żyją w morzu, wodzie czystej, do skał przytwierdzone. W latach dawnych gdy z moim druhem serdecznym Andrzejem jeździliśmy do Bułgarii, czy też całej wówczas jeszcze Jugosławii, samiśmy je z wody wyciągali, na plaży ognisko się paliło, kamyków parę, na nich położona blacha, był to wyrzucony przez fale znak drogowy, kładło się nań owe mule, od gorąca same się otwierały,gotowały w sosie własnem, na to kropli kilka cytryny i przysmak godny królewskiego stołu był gotowy. Ot, wspominka czasu minionego. Dziś inaczej tom przygotowił. Wok ze spiżarni wyciągnięty, łyżek kilka oliwy przedniej, na niej czosnek zsiekany brązowości nabywa, gdy gotowy zalany dobrą połową białego wina typu risling i to pięlna kąpiel dla muli, niech z piętnaście minut w tem przebywają. Na koniec sos rozciągnąłem swoją śmietaną, w której łyżka stała. Pyszność była wielka, rzecz bardzo prosta, jeno surowiec trzeba mieć, a o doznaniach smakowych nie wspomnę. Sos jeszcze potraktowałem białym pieprzem, świeżo mielonem, ot i wszystko.

Radość była duża, po której sterta skorupek została, z których drób uciechę miał wielką.

poniedziałek, 24 maja 2010
Lekkostrawnie na chorobę

No to w ramach choroby, potraktowałam Ziemianina lekkostrawnym jadłem,  dla zdrowotności, co by organizmu za bardzo nie obciążać.  No więc były  i sałata świeżo zerwana, z ziołami z ogrodu,  z dużą ilością czosnku zaprawiona oliwą i różnymi rozgrzewającymi przyprawami była,

i brokuł na ciepło z wody wyciągnięty, i marchewka młodziutka. Na patelnię wrzuciłam cebulę skrojoną w plastry, kawałki indyczego mięsa (ze względu na mięsożerność Szczęscia Mojego) i wkroiłam dwie młode cukinie (niestety jeszcze nie z własnej hodowli). Dodałam przecier pomidorowy (o tej porze wolę jednak przecier, niż pomidory sztucznie pędzone i w smaku wodniste i kwaśne), czosnek zmiażdżony, świeże zioła (mięta, tymianek, szałwia, oregano i  bazylia), szczypiorek i zieloną cebulkę.  Przypraw nie za dużo, żeby smaku ziół nie zepsuć.  Zapomniałabym o ziarnach słonecznika i ostropestu, które podduszone nabrały miękkości.

Całość pięknie pachniała i mnie smakowała bardzo. Dla Ziemianina za bardzo dietetyczne było i nosem kręcił.    Cóż wątrobie też trzeba dać od czasu do czasu odpocząć!  Dla jej zdrowia polecam szczególnie ostropest, który bardzo dobrze wpływa na jej pracę.  Do dziś nie wiem czy mu smakowało, ale zdrowe to to było na pewno.

niedziela, 23 maja 2010
szparagów, szparagów to czas

Ot, pogoda ci nawet nie najgorsza, słoneczko przez chmury przebija. Jeno komunikaty telewizyjne człeka dołują. Ludziom krzywda się dzieje, niezasłużona, bo okrutną ręką Natury wymierzana. Woda żywioł straszny, w moment wszystko zabrać potrafi. Teraz jeno głupim SMS-em tych co skrzywdzeni wspieram, inaczej nie mogę, do sypania worków mi za daleko, a durnym gapiem być bym nie potrafił. Ot. ludzi żal.

Wiosna czas szparagów, krótki ci on, mija jak oka mrugnięcie, więc i cieszyć się nim należy. Moje Szczęście zwiozło te zielone, które Ona dzikimi zwie.

Najpierw jak Pan Bóg przykazał zjedliśmy ugotowane z łyżeczką soli morskiej, cukru takoż i dwoma octu jabłkowego, polane naszym własnoręcznie wyduszonem z maślanki nadmiaru masełkiem z bułeczką zrumienioną. Że jednak towaru było dużo nie daliśmy rady i cosik zostało, tom  na patelenkę wrzucił i dodałem własnego sera, któren na bakteriach Camembert powstał i miesiące dwa już w piwniczce dojrzewał. Rozpłynął się pięknie szparagi oblepiając i smaku im dodając.

Przekąska wyszła znamienita każdego stołu godna, to i Wam ją nie omieszkając proponuję, bo i surowiec podstawowy skończy się niebawem.

sobota, 22 maja 2010
gęś w ananasach

Doszła już do nas Pani Wiosna, majowa, w całem rozkwicie. Spóźniła się jednak, co w mojem ogrodzie widać, tak że łzy mi po brodzie ciurkiem ciekły gdym pierwszy raz dziś, po chorobie, słaby jeszcze wyszedł. Wiśni jak na lekarstwo, palcem jednem liczyć można, śliwek kilka, morela - chyba ją nornica podkopała, czereśnie jedna dwa metry ode drugiej. Żal duszę ściska, z czego nalewki robił będę? Ratunek w pigwie i porzeczkach, no i agrest takoż jest.

Jako żem w poprzednim wpisie zaznaczył, w formie honoracyjnej pierś gęsią zatrzymałem. Ponieważ przejazdem gościł w Ziemi Nowotomyskiej gourmand znany Gieno Brzychomoowcą zwany, tom się go przez tubkę spytał jakie ma życzenie. Do wyboru był dzik przelatek, najlepszy bo siedemdziesięciokilowy, kaczka i wyżej wymieniona gęś. Gość to sobie zażyczył co w tytule figuruje, więc na resztę przepisów czekać musicie. Kość wyciąłęm, skórę ostawiłem i posłałem mięso w marynatę z ziół, białego wina i oliwy najprzedniejszej. Tak noc spędziła. Rankiem wok żeliwny światło dzienne ujrzał i w nim każden bok pierś na cztery podzielona rumianości dostawała. Gdy kolor w brąz lekki szedł zarzucona cała skrojonem, świeżym ananasem w kostkę nie za dużą. Gdy sosu brakło białego wina dolewałem, uważając by mięso nie wyschło.

Na krótko przed przyjazdem Giena całość rozciągnięta została śmietaną moją, w której łyżka śmiało staje. Jeszcze soli trochę i pieprzu białego do smaku, razem z ziemniaczkami z koperkiem wydawać było można. Szczęście Moje do tego dodało świeżej sałaty i ogórków, które to warzywka w świeżo zrobionej śmietanie się kąpały,  no i raj był blisko.

czwartek, 20 maja 2010
Pâté dla pani Barbary

No i z lekka mnie rozłożyło, tak i więc siły nie było by w klawisze uderzać. Nabawiłem się ja zapalenia górnych dróg oddechowych, jak mawiają mądre konowały i zrazu chcieli do mnie antybiotykami strzelać. Ale jam człek staromodny, więc i mało podatny na te pigularskie sztuczki. Sięgnąłem po stare, babcine metody. Najsamprzód ze spiżarki wyciągnięty został syrop z chyćki, zeszłego roku czyniony, jak kto ciekaw w archiwum bloga Szczęścia Mojego pogrzebać można i się najdzie. TUTAJ. Skuteczny wielce poty wyciągnął, gdy do tego doszło moczenie nóg we wrzątku, co podpowiedziała zacna Elżybieta poszło ku lepszemu. We Dworze ciepło bom ruszta w piecu założyć kazał i miast z podajnika ekogroszek teraz drewno dom grzeje. Swoją drogą horrendum to pełne by pod koniec maja pieca co dzień używać. Nic to ,damy radę, już jedzie z metropolii Moje Szczęście pod pachą bańki trzymając, jak trzeba będzie to je postawi.

Czasami sąsiedztwo moje wiejskie znając kulinarne wyczyny po prośbie zjeżdża. Tak i tym razem matka przyjaciółki młodszej latorośli gęś zwiozła z prośbą by na cud ją przerobić. Ta oskubana, wypatroszona z podrobami w środek włożonymi godnie się prezentowała, przy czem z zastrzeżeniem, że nie najmłodsza, a ponad roczna. No tom pierś wyciął i jako honorarium autorskie na później zatrzymał, resztę w gar, wodą zalał, cztery liście z wieńca laurowego, po pięć ziaren angielskiego ziela i takoż pieprzu czarnego, na ogień mały i poszło bulbutać. Tak przez godzin parę, gdy lekką miękkość mięso chwytało w garniec włoszczyzna poszła z cebulą opaloną i łyżką soli morskiej, dalej pracować musiało. Gęś miękka, ale nie od kości odpadająca to znaczy gotowe, na durszlak całość do wychłodzenia, wtedy kości na bok. reszta razem z ziarnami przez maszynkę do mielenia tyle , że z grubym okiem. Gdy całość przepuszczona ślimak czyszczę czterema kromkami razowego chleba, który zmielony do masy trafia. W czasie między pięć dorodnych cebul spiórkowanych na gęsim smalcu złota dostaje. Gdy gotowe takoż przez maszynkę zmielone i do masy dodane. Wonczas próba czy solne dość i białego, świeżo mielonego pieprzu mocno dostaje. Masa tak poczyniona rozciągnięta zostaje surowemi, całemi  trzema gęsimi jajami, wilgoć zbytnią bułką tartą się usuwa. Całość jak jednolita, matowa, dobrze wyrobiona w foremki idzie, które oliwą szczodrze wylane na to czekają. Można takoż lekko miałką bułką sypnąć i wonczas do pieca na dwieście stopni rozgrzanego włożyć. Tam niech poczywa przez czterdzieści pięć minut, potem przez piętnaście na sto osiemdziesiąt, wtedy wygasić i niech w cieple własnym stygnie.

Jeść można na ciepło, zimno, z sosami różnemi, albo i bez. Zniknie w gębach łakomych bez śładu. Matka przyjaciółki latorośli po dzieło sama przyjechała, po próbie, która dobrze nadzwyczaj wypadła szybko znikła, bo goście w dom zjechać mieli, ciekawe tylko czy przy stole autora podała, czy zatrzymała się na hodowcy drobiu?

niedziela, 16 maja 2010
wątróbeczka rach, ciach- Tuskowi na pociechę

Diabli chyba pogodą rządzą. Zimno i zimno, opał com go na jesień chciał przeznaczyć już prawie z piwniczki wyszedł. Do tego jeszcze wilgoć, co stan pogłębia. Zboża stoją, w górę iść nie chcą, trawy mało, no ale jakże inaczej gdy nocą temperatura koło pięciu stopni się kręci. Nie udał się nam ten maj. Telewizji pseudo publicznej nie oglądam, jeno internet śledzę. Tak i tu brud mnie opadł, oczy skalał. Nie sadziłęm ci ja, że wśród rodaków takie bezmózgi trafić się mogą. Grzebią w starych niemieckich archiwach, gęby w feldgrau mundurach do dzisiejszej rzeczywistości porównują. Nie ma mocnych na takich? Proszę ci ja Szanownych Hakerów - wyśledźcie gnojków, dopaść trzeba, wirtualnie łapy połamać, by siły nie mieli do klawiatury sięgnąć! PASKUDZTWO!!!!

No ale revenons a nos moutons, czyli wróćmy do naszych baranów, jak francuscy smakosze mawiają. Tuskowi na pociechę powiem jak dla niespodzianych gości szybko smakowitą wątróbkę drobiową przyrządzić. Na rozgrzany olej, używam z pestek winogron, wrzucić garstkę rodzynek koryntek, pokrojonych w kosteczkę owoców suszonych drugą, doprawić dobrą curry i czekać aż te spęcznieją i ciemnego złota dostaną. Na taki sos wrzucić kilo wątróbek, całych, jeno przemytych, oblepić ingrendencjami i cały czas mieszać, by nic nie przywarło.

Wonczas lekko solą potraktować i gdy skorupka na wątróbce powstanie, co po trochę ponad dziesięciu minutach będzie, zaciągnąć dobrą, gęstą, słodką śmietaną wprzódy zahartowaną. Ot i wszystko, na stół można wydawać w towarzystwie sałaty z rukolą na ostro zrobionej.

 Gwarantuję, że goście talerze tak zostawią jakby myte, bez śladu sosiku, bo pyszny!

 

piątek, 14 maja 2010
Felixiany rolada szpinakowa

No i nawiązałem współpracę z pomysłową kucharką Felixianą, która specjalizuje się w warzywkach i takich innych, dla osób mniej mięsożernych. A że czasami trzeba dać odpocząć żołądkowi, postanowiłem otworzyć na swoim blogu kącik "Kuchnia Felli". Mam nadzieję, że Felixiana będzie łaskawa go uzupełniać co jakiś czas nowymi smakowitościami.

A oto jej przepis na roladę ze szpinaku, której jeszcze nie smakowałem, ale znając upodobania Szczęścia Mojego wiem, że niebawem zagosci ona na naszym stole.

"Do roladki potrzeba:
1 op. szpinaku, (no ale na pewno mieć będziesz niedługo własny z ogrodu) serka twarożkowego miseczkę niedużą (ach ten Twój serek!) kilka plastrów wędzonego łososia
2,3 ząbki czosnku
4 jajka (no ale biorąc pod uwagę Twoje gęsie, to chyba 2) sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi, kurkuma i co tam jeszcze dusza zapragnie I tak: Szpinak duszę na patelni, żeby nadmiar wilgoci odparował, dodaję czosnek i sól i odstawiam do ostygnięcia.
Potem dodaję do szpinaku żółtka, z białek ubijam pianę na sztywno i mieszam delikatnie ze szpinakiem.
Masę szpinakową przekładam do prostokątnej większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. "Ciasto" szpinakowe idzie sobie do piekarnika na 15-20 minut i dochodzi swego w temperaturce 180-200 st.


W tym czasie przygotowuję smarowidło z serka doprawionego solą, pieprzem, kurkumą dla kolorku i czosnkiem niedźwiedzim.


Biszkopt szpinakowy wyjmuję z papierem z formy i odkładam do ostygnięcia. Wtedy smaruję całość serkiem, a na wierzchu układam plastry łososia.


Zawijam w roladę i owijam folią aluminiową, po czym dzieło idzie sobie na parę godzin do lodówki poodpoczywać.


Wtedy rozwijam, kroję w grubsze plastry i posypuję lekko koperkiem.
Wychodzi z tego subtelna, lekuchna i puszysta pychotka!"

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Felixiany.


środa, 12 maja 2010
jabłka w cieście

Chodząc ci ja po ogrodzie, a obok drzew zastałych i dorodnych młody on jest, patrzyłem z radością na rozwijające się kwiaty, oczami duszy już widząc owoce. A będą grusze dorodne, morele, brzoskwinie, jabłka różne, o wiśniach i czereśniach nie wspominając. Na pół hektarze troszkę można tego pomieścić. Zimy jeno jedna morela nie przeżyła i od spodu dziczką odbija, no to z żalem ale pójść musi. Tak to i w czasie spaceru myślą Pani Matki natchnięty wziąłem się ja za jabłka w cieście by takim śniadaniem dzień dobrze począć. W sklepie wybrałem dobre, słodko winne i twarde. Pani Matka w plastry ze skórą pokroiła, jeno wyrzucając gniazda nasienne, skropione zostały leciuchno świeżym sokiem z cytryny i poszły chwilę odpocząć. Na ciasto wyszła szklanka mojej mąki pszennej, rozciągnięta mlekiem świeżym, po centryfudze, chudym, łyżka cukru, wyskrobana laska wanilii, szczypta soli i dwa całe jaja gęsie. To dobrze wyrobione, gęste a lejące ma być. Patelnia mocno rozgrzana, lekko przeciągnięta oliwą, jabłka moczone w cieście, dobrze nim oblane i z kleksem w środek, smażone na stare złoto, z jednej i drugiej. Gdy poszły na talerze ozdobione zostały ubitą śmietaną z niewielkim dodatkiem cukru i kilkoma zeszłorocznymi wiśniami z sokiem. Uch, przyjemnie tak dzień rozpocząć!

niedziela, 09 maja 2010
wieprzowina w słodko kwaśnym sosie

Po wizycie Pani Matki został mi pokaźny kawałek wieprzowej polędwiczki, którą zagospodarować trzeba by było. Tak więc najsamprzód poszła do marynaty, natarta ziołami - estragonem, czosnkiem niedźwiedzim, szczyptą tymianku i dla urozmaicenia tandori masalą, zalana oliwą pierwszego tłoczenia w lodowni odpoczywała. Gdy przyszedł na nią czas skrojona w grubsze niż cieńsze plastry rzucona została na rozgrzaną patelnię. Gdy brąz z każdej strony chwyciła podlana sokiem z wiśni mojego własnego zbioru z dwoma łyżkami aceito di balsamico z Modeny, do tego weszły jeszcze dwie łyżeczki musztardy francuskiej, grubo mielonej i jedna pomidorowego przecieru, lekko wodą dla właściwej konsystencji rozrzedzone. Gdy całość smakami własnemi przeszła, solą leciuchno, morską, podsypana, śmietany dostała, którąm dwa dni temu ściągał więc gęsta i jeszcze pięć minut pyrkania. Szczęście Moje uwarzyło do posiłku kaszę tatarczaną, wpierwy na suchej patelni opieczoną potem z udziałem mleka do miękkości gotowaną, a następnie w piekarniku w cieple zostawioną. Urozmaiceniem była świeżo zerwana w teścia szklarence, sałata, zrobiona tradycyjnie w śmietanie na lekko słodko.

Kruchuteńka i pyszna, pysznością pierwszych świeżych, nie pędzonych nowalijek. Mięso kruchutkie wyszło i smakowite wielce. Z chińszczyzną wiele wspólnego to nie miało, buzi nie krzywiło a swojskie smaki wiśni pięknie komponowały sos.

wtorek, 04 maja 2010
szynka w sosie specjalnem

Ponieważ nie uchodzi by gospodarz w czasie pobytu Pani Matki czem nie błysnął takem i ja długo głowił się nad tem czem by tu Seniorkę oraz Szczęście Moje zadziwić. W czeluściach lodowni wychnęła szynka świńska, z takiej co to koncentratu paszowego żadnego nie widziała, a i pyrę sparowaną co drugi dzień miała, śrutę zaś na codzień. Ją żem wziął w obroty. Najsamprzód pokrojona w plastry nie za grube z wklepaną tandori masalą, pieprzem kaukazkim, sumakiem i chana masalą zalana oliwą pierwszego tłoczenia odpoczywała w chłodzie. Poszła na patelnię w pół głębokim tłuszczu się kąpać. Gdy skórki brązowej z każdej strony dostała podlana wodą źródlaną z miski, w której leżała zabierając resztki przypraw co się tak ostały. Wonczas dusić się zaczęła i tak godzinę prawie. Teraz doszły składniki ważące. Macierz dnia poprzedniego zupę warzyła, z porów, ziemniaczków, czosnku, pietruszki, zaciągnięta świeżem masełkiem. Chytrzem sobie garnczek mały ulał i teraz był jak znalazł. W ruch wieża poszła i na krem to zmiksowała, śmietana jeno dodana,takoż od włąsnej krowy, by gęstość nie była za duża i to z dwoma łyżkami solidnemi przecieru pomidorowego i jedną łyżką mąki pszennej w sos poszło.

Mięso jeszcze w tymże przez godziny pół pracowało by z pyzami drożdżowemi być wydane. Do tego poszedł świeży ogóreczek małosolny, do wyboru obok mizeria w słupki krojona i kwaszony zmacerowany oliwą z piórkami cebuli.

No i dość tych dobroci. Sos był taki, że Szczęście Moje dokładki w postaci pyzy jednej zażądało a talerz czysty był taki jakby myty!

poniedziałek, 03 maja 2010
Pasztet Pani Matki-danie dla bezmięsów,czyli wege jakichśtam

Pani Matki pobyt we Dworze trwa, tak więc i smakołyków może być ciąg dalszy. Ja tam uważam, że pan Bóg na wszystkojadów nas stworzył. Tak więc dania ze świnki, drobiu, czy innej wołowiny sobie nie odmawiam. Dbam jeno by nic się nie zmarnowało, bo nie po to, coś życie oddało by odpadach skończyć. Na gospodarstwie zresztą obieg jest zamknięty, jedno jak maślanka, czy serwatka idzie do krów, czy kóz, resztą pożywiają się kury. No ale skoro są i tacy co to mięsa, bez woli Bożej, ale z własnej nie jadają to i coś smakowitego zjeść im się należy. Tem jest pasztet przez moją Panią Matkę gotowiony. Idzie nań pół kilo pieczarek drobno zsiekanych, do tego dwie duże lub trzy mniejsze cebule takoż zszatkowane i na przedniej oliwie pierwszego tłoczenia zasmażone, trochę posolone, gdy masa przestygnie wymieszana z takoż ostudzonemi dwunastoma jajami na dobre twardo ugotowionymi, całe na drobne zmienionemi. To porządnie wymieszane z bułką tartą, zmiażdżoną główką czosnku, tartym żółtym serem i trzema jajami surowemi, by masa odpowiednio kleista była. W nią pęczek zielonej pietruszki dla koloru. Całość idzie w foremki do keksa tłuszczem wysmarowane i bułką wysypane. W piekarniku na 180 stopni wygrzanem, zwiórkowanem masłem posypane, spoczywają przez dobrą godzinę i mogą iść na stól.

U mnie wydane zostały z bułeczkami pszenno-ziemniaczanemi, które na prośbę latorośli młodszej wymiesiłem wczesnym rankiem. Od poprzednich, bo jak je wyczynić jużem opisał, kto chce niech w archiwum sięgnie, różniły się posypką z ziół i słonecznika łuskanego.

Całość tak więc pyszna była i wnet znikła w przepastnych gardzielach gości co to licznie na Świętego Józefa, patrona ludzi pracy, do których i ja się liczę, na wieś zjechali.

niedziela, 02 maja 2010
Felixiany "Ryżyk palce lizać"

No i nareszcie, krnąbrności wielkiej uczestniczka wyprawy do Słońska, nadesłała przepis na ryż, który podała na przywitanie.  Przepis zacytuję w całości słowami szanownej Pani Felixiany.

A otóż i przepis na "Ryżyk palce lizać":

3 saszetki ryżu (preferuję jaśminowy, bo bardzo aromatyczny) gotuję do stanu al dente. Do gotowania dodaję zamiast soli bulionetkę o smaku drobiowym. Oczywiście doskonalszy sposób to ugotować ryż na rosole drobiowym, a mniej doskonały po prostu wodę posolić.

3 dorodne piersi kurczaka lub filet z indyka dzielę na drobne pasemka i podsmażam na niewielkiej ilości przedniej oliwy extra virgin lub oleju ryżowego z dodatkiem czosnku niedźwiedziego, kurkumy, cayenne i cebuli granulowanej. Po nabraniu złotego kolorku podlewam lekko wodą lub rosołem i duszę do miękkości.

Dobrą śmietanę  w ilości ok. 1/2 l dzielę na dwie części: 2/3 zaprawiam kurkumą, odrobiną curry i dodając spore ilości roztartego czosnku i soli czosnkowej i 2 duże opakowania startego serka pleśniowego (camembert, brie), ale nie przejrzałego, czyli takiego co to jeszcze sam nie chodzi :) Tę smakowitą mieszaninę dodaję do mięska i chwilę jeszcze duszę na wolnym ogniu.

Dno ognioodpornego naczynia trzeba posmarować masełkiem i ułożyć grubszą warstwę ryżu. Następnie na materacyku ryżowym układam następną warstwę czyli mięsko ze smakowitym sosem, nakładam resztę ryżu i całość polewam pozostałą częścią śmietany doprawionej solą, kurkumą dla kolorku, cayenne i świeżo zmielonym pieprzem.

I całe to dzieło wędruje do piekarnika na jakieś pół godzinki.

A potem to już tylko paluszki lizać pozostaje.”

Oj, był on palce lizać!!!!

A po posiłku Felli oddała się bardziej romantycznym zajęciom.

Bo i  ciało  i dusza musi być nakarmiona, żeby mierzyć się z otaczającą rzeczywistością.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl