wtorek, 31 maja 2011
wiesz li Ty, kto kapłon jest?
 

Ano nadszedł ci czas na rosół z kapłona. Dla tych co nie wiedzą w czym rzecz informuję- to kogut bez jajcec jest! jak ten Farinelli w mięsko on ci idzie, tłuszczykiem przerasta, a delikatniusie to nad wyraz, w ustach się rozpływające. Żeby i łyżka dziegciu była, na rynku naszym kilo tego smaku za 80 polskich złotych funkcjonuje. tak więc i na stół byle nie trafia. ja dwa wydałem bo za pośrednictwem niejakiego Wojtka Lewandowskiego pospołu z Markiem Gąsiorowskim czyli slow foodowcami naczelnymi Wielkopolski, Niemiectwo mnie na wsi najechało. Ale sympatyczne wielce, serów moich pojedli, winkiem uraczyli, co im nieźle szumiało, no i rosołku pojedli. Do garnców dwóch wrzuciłem cio ja po kapłonie,

 

a każdy po prawie trzy kilo ciążył, zimną wodą zalałem, jak sobie dobrze popracowały dostały warzywka obfite, marchew, pora, pietruchę, selera. cebulę przypieczoną, sporo z mojej szklarenki posiekanej, zielonej pietruszki.

 

To na wolnym ogniu półtora godziny pracowało. Wtedy dostało łyżeczkę szafranu, soli do smaku, pieprzu czarnego i zmiażdżone trzy ziarna jałowca, wtedy jeszcze z dobrą godzinę się warzyło. Rosół ten wydany został z makaronem naleśnikowym, który na jajach gęsich z perliczymi sporządzony został. Żółty kruchutki ci on wyszedł. Bracia slow foodowi zza Odry tak najedzeni wyszli, że im żadne najazdy już nie w głowie a wieczna przyjaźń i dostęp do naszych smakołyków został. I niech ci tak już zostanie.

PS od Emk: i A wizyta ta została uwieczniona przez poznańskich odnotowywaczy rzeczywistości i można ją obejrzeć pod tym adresem:

 
Patrzcie na trzecią wiadomość - od siódmej minuty.
piątek, 27 maja 2011
odszedł dobry człowiek
 

Bardzo czytelników mojego bloga przepraszam, zamilkłem na dość długo. Zdarzyło mi się kilka nocy nie przespać, czuwałem, pomagałem odejść do krainy wiecznych łowów ojcu Mojego Szczęścia. Był to niezwykle dzielny mężczyzna, ni diabła nie chciał przejść przez tę barierę dzielącą dwa światy. Niestety choroba, podły rak, żarła go od środka w tempie w jakim Concorde przelatywał ocean. Nic nie można było zrobić a on i tak się z nią siłował, już nie mówiąc, żył póki póty pracowała świadomość. Wykuty z niedzisiejszego surowca, Generał, lotnik, a człek łagodności wielkiej i takiegoż serca. Ledwie już drgającą powieką, lekko skrzywionymi w uśmiechu ustami powitał na tym świecie prawnuka. Niestety nie będzie go uczył nazw przelatujących nad jego ogrodem samolotów, nie pozwoli mu łopatką zakopywać nowych kwiatków. Żegnaj Generale Józefie Tenerowicz, żegnaj dobry człowieku,  stań do wiecznej niebieskiej warty, stamtąd pilnuj by niebo nad Twymi bliskimi było bezpieczne.

niedziela, 15 maja 2011
Turczyn mści się za Wiedeń
 

Chcąc się oderwać od tej, naszej polskiej rzeczywistości na dni kilka z Moim Szczęściem wyrwaliśmy się w obce kraje. Wybór za przyczyną przyjaciela Andrzeja padł na Turcję, przekonywany tym, że w czasach zaborów Sułtan zawsze wywoływał posła Lechistanu. Niestety od tamtego czasu wiele się zmieniło, a Ataturk wiele spustoszeń poczynił w ichniejszej mentalności. Na wierzch zwłaszcza wyszła turecka przebiegłość i chytrość, chęć odrapania biednego Polaka z grosza ostatniego. W tym miejscu zarzekam uroczyście - trzymajcie się z dala od biura JET, które na szumnie zwaną Riwierę ekspediuje. Z punktu orżną Was na jednym dniu i zamiast siedmiu dni wypoczynku będziecie mieli sześć, bo jeden wyrwą Wam na podróże zręcznie byście ich nie objadali i ręczników nie brudzili dnia ostatniego z samego rana wyrzucając z hotelu. Tenże zaś cztery gwiazdki posiadając, jeno że miejscowe, położóny jest na samym brzegu czteropasmowej szosy. Dadzą Wam za dopłatą 25 Euro pokój z widokiem na morze, jeno by na nie spojrzeć najpierw natkniecie się wzrokiem na ten niezwykle ruchliwy dukt, którego warkot będzie Wam dostarczał wrażeń 24 h na dobę. Morze, do którego docieracie podziemnym tunelem jest za i ono jedynie przyjemne i wrażeń dotarczające. By informacji było dość hotel  zwie się Santana i leży na obrzeżach Alanyi. Uf, tom sobie ulżył, teraz słów kilka o jedzeniu. Jedyne co było w pierwszej klasie to codziennie świeżutki, smakowity niezwykle jogurt, który okrasić było można lejącym się miodem i skandyzowanymi w nim owocami - granatem, skórką pomarańczy, morelą, wiśnią. Pychota niezwykła! Na mięsa nie liczcie, dostaniecie jeno gotowaną, poczem wysuszoną kurę polaną sosem niewadomego pochodzenia, kebabczi z z mięsa nieznanego rodzaju, zmielone na miazgę i by smak i zapach zabić przeprawione chili z curry.

 

Z grilla dostaniecie solonego śledzia, cuchnącego długim przechowywaniem w beczce i nie odsolonego właściwie, ba nawet cytryną przed obróbką cieplną nie zaprawionego. Osłodą jeno były podawane w dużej ilości świeże warzywa wszelakie oko soczystą zielenią cieszące,

 

kiszone w całości płaty kapusty, jakże odmienne od naszej, takież buraczki, zielone pomidory, do tego dołożyć było można smakowity solan i sosy różnorakie, twarożek też taki żebym się go nie powstydził. Tak więc z głodu żeśma nie poumierali, ale żadnych mecyi dopatrzeć się nie mogłem. Trunki miejscowe, jako że Turek podłej wiary, jakby zajzajerem zaprawione. Raczyliśmy się jeno Raki, którą i miejscowe żłopali, bo wodą zaprawiona białą się robiła i Allach z góry patrząc zmylony był myśląc, że Turczyn mleko pije. Reszta jeszcze na samo wspomnienie dreszczem wstrząsa. Piwo to siki ciotki Weroniki na niderlandzkiej licencji ochrzczone starożytnym  mianem Efes. Tak to i oderwaliśmy się od naszej rzeczywistości, odetchnęli troszkę, ja przypraw nawiozłem, ale o tym innym razem, skóra nam lekko zbrązowiała, ot i wszystko. W przyszłym roku licząc na spokój wracamy do Egiptu, Turcję kolejnym naiwniakom zostawiając.

PS od Emki:

Ziemianin jak zwykle nieco przesadził. Jedzenie było świeże, o czym świadczy brak komplikacji żołądkowych. No i zapomniał o słodkościach, które to ten naród pyszne wyrabia. Opychaliśmy się galaretkami  o smaku owocowym,  słodko-kwaśnym. Poza tym ja gustowałam bardzo w baklawie, a szczególnie w jej najprostszej wersji, czyli biszkopcie nasączonym miodem.

 

Pychota. Odważyłam się kilka razy skubnąć chałwę (różne smaki) polewając ją kandyzowanymi w miodzie owocami. Ale wyobraźnia szeptała o ilości kalorii, więc za bardzo łakoma nie byłam. Z nowych nabytych umiejętności, to nauczyłam się jeść małe ostre papryczki soute - duży postęp!.

 

  Ogólnie mówiąc sąsiedztwo drogi nieco nam ten pobyt zepsuło, ale oboje potrzebowaliśmy wypoczynku i oderwania od codzienności, a to nam się udało.  A że okradziono nas z jednego dnia, to fakt!

PS 2

Zapomniałabym o adżyce, która zawsze była obecna na stole i na naszych talerzach.

 

Sama również ją robię i doceniam tamtejszą. Bardzo była Ci ona pyszna.

piątek, 13 maja 2011
Felixiany naleśnikowe rozmaitości i kieszonki kurczakowe
 

 

Po ogarnięciu rozgardiaszu pourlopowego uaktywnię się i ja. Jednak Feli doskonale mnie zastepuje, nie darmo pierwsza podkuchenną ostała się. Zapraszam do smaczności.

"Słowa winno się zawsze dotrzymywać, zatem konsekwentnie dzisiaj przepis na francuskie naleśniki z warzywnymi różnościami oraz kurczakowe kieszonki, czyli kolejne słońskie kulinarne wspomnienie. 

 

Dlaczego naleśniki francuskie? Bo z natury puchate i mięciutkie lubią bardzo zwijać się w ruloniki z pikantnymi warzywnymi różnościami.

I tak: trzy szklanki mąki, najlepiej tortowej (czyli ok. pół kilograma) zalewam w naczyniu 2 szklankami  ciepłego mleka i 1,5 - 2 szklankami letniej wody, dodaję szczyptę soli i mieszam dokładnie, żeby nie było żadnych grudek. Gładziutka masa powinna odpocząc sobie około pół godziny. Mąka pęcznieje z cieplutkimi dodatkami i to jest połowa sukcesu jeśli chodzi o puchatość naleśników. Masło w ilości 12 dag rozpuszczam na małym ogniu, studzę i dodaję do mąki. Potem do masy wędrują cztery żółtka, jeśli napatoczyły się jaja duże lub pięć, jeśli małe.

Znowu mieszanko. Do oddzielonych białek dodaję  pół łyżeczki cukru (do naleśników z farszem pikantnym), albo całą łyżkę cukru, jeśli miałyby to być naleśnieki z farszem słodkim.

Stara dobra szkoła naszych babć i mam głosiła: do potraw pikantnych szczypta cukru, do potraw słodkich - kilka kryształków soli. To zawsze dodaje właściwego smaczku. I tego się trzymam.

 

 

Ubijam białka na sztywniutko. Wtedy łączę wszystko dodając stopniowo  ciasto do ubitej piany i leciutko mieszam, żeby piana nie opadła. I tyle. Smażę na złoto puchate naleśniki na dwóch patelniach, bo zawsze jakoś wypada mi ich zrobić więce, więc tak jest o wiele szybciej.

Kiedy mąka chłonęła "mokrość" ciepłego mleka i wody, przygotowałam farsz z warzyw co to są przeważnie w domu pod ręką: ze 2marchewki, 2 pietruszki-korzonki i  duży seler starte na grubej tarce, por - białą część pokrojona w półtalarki. Można oczywiście użyć 1lub 2 opakowań mrożonej mieszanki warzywnej krojonej w paseczki. Wtedy przygotowanie farszu trwa odpowiednio krócej, z czego niejednokrotnie przy braku czasu korzystam.

Potem do kompletu 2 -3 papryki drobno poszatkowane, 1 cebula, dymka jak sie trafi, 30 dkg pieczarek startych na grubej tarce, albo w jarzynowym kręciołku (prawda, jak się często w kuchni przydaje takie urządenie?). No wreszcie do całości kompozycji - 1 puszka tuńczyka rozdrobnionego w sosie własnym (jeśli się lubi).

Na pierwszy ogień idzie cebulkę pokrojona w drobną kosteczkę: szkli się w rondlu z dodatkiem oleju ryżowego lub oliwy e.v.  Potem dochodzą pieczarki i duszą się razem parę minut. Pozostałe jarzynki w oddzielnym naczyniu dochodzą miękkości również w towarzystwie przedniej oliwy i przypraw jakie kto woli. Ja dodaję pieprzu czarnego, czosnku niedźwiedziego, curry i cayenne. I wtedy łączy się wszystko: jarzynki z pieczarkami i chwilę jeszcze razem podgrzewa.

Farsz trzeba trochę wystudzić, dać czas składnikom na "przegryzienie", a wtedy i dodać lekko odcedzonego z własnej zalewy tuńczyka z puszki. Zapewniam, że z takim tuńczykiem farsz jest jeszcze smaczniejszy! Mieszam, solę do smaku, ewentualnie dodać dodatkowo świeżo zmielonego pieprzu i gotowe!

Smarowny farszyk pięknie rozściela sie na jeszcze ciepłych naleśnikach, a te zwijają się w ruloniki.

Pyszne są odgrzane na malutkim ogniu na patelni, na paru kroplach oliwy, zyskując chrupiącą skórkę. Wypróbowałam, że można je podać i na zimno, choć jednak nie to samo. Na talerzu ozdabiamy je kleksami  jednego z dwóch sosów, które opisałam już wcześniej: tutaj

Sos śmietanowo-jogurtowy z 2 łyżek dodatkiem majonezu, 1 łyżki przecieru pomidorowego, soli, pół łyżeczki cukru i pieprzu, jest bardzo uniwersalny i pasuje zarówno do sałatki warzywnej jak i do naleśników. Sos żurawinowy, bardziej wyrafinowany też jest tu w sam raz: jak kto lubi :-)

Dodam jeszcze, że naleśniki oczywiście nie muszą być francuskie, tylko zwyczajne, ale... :-)))

I tyle o naleśnikach, bo jak starczy cierpliwości miłym czytaczom blogowym, opowiem jeszcze  o kurczakowych kieszonkach, które również przedstawiły się wśród zlotowych kulinarnych rozmaitości.

 

Kieszonki kurczakowe mają tę zaletę, że jak do każdej kieszonki można do nich napchać co dusza zapragnie. Tym razem miałam pomysł, żeby wrzucić tam wątróbkę drobiową (20 dag), 30 dag pieczarek, suszone pomidory albo z oliwy, albo kilka listków suchych, posiekaną zieloną pietruszkę i dymkę, dwie łyżki kaszki manny i jajo.

Z przypraw wystąpiły: sól kamienna, pieprz czarny mielony, oregano, tymianek, bazylia, czosnek niedźwiedzi i garam masala.

Same kieszonki można przygotować na dwa sposoby: z udek ( i tu trzeba cierpliwie wytrybować kostki, ale można dojść do wprawy  mając ostry długi i giętki nóż), albo tak jak były przygotowane do Słońska, ze względu na większą ilość i czas: po prostu kilka piersi ładnie i delikatnie rozbitych na większe płaty.

Udka lub piersi solę, smaruję oliwą i nakładam nadzienie, po czym spinam  wykałaczkami. Jeśli chodzi o udka, to najlepiej na jedno nałożyć sporo farszu, a drugim przykryć i razem spiąć. Kieszonka staje się wtedy dużą "kieszenią", ale można oczywiście dowolnie ją podzielić na  talerzu.

Piersi nadziewam pojedynczo, składając je na pół.

 

 

Oczyszczoną i rozdrobnioną wątróbkę oraz również rodrobnione pieczarki lekko podsmażam na patelni odparowując nadmiar soczku jaki wtedy powstaje. Wtedy dodaję wszystkie inne smakowite ingrdiencje: pomidory, cebulkę, pietruszkę, mannę , przyprawy, jajko i farsz gotowy.

Wypełnione po brzegi kieszonki idą do rondla i obsmażają się na złoto na kilku łyżkach oleju ryżowego.

Potem ubrane w grube i szczelne ubranka z folii alu, polane oliwą pozostałą z obsmażania i ozdobione oliwkami w dowolnym wydaniu (czarnymi lub zielonymi, bez pestek) wygrzewają się około 45 minut w najpierw gorącym piekarniku (200°) a potem w temperaturze 180°. Oliwki dla odmiany można zastąpić np. śliwkami suszonymi. 

Po otworzeniu ubranek foliowych kieszonki prezentują fantastyczny aromat, sa delikatne i soczyste. U mnie wystąpiły z surówką z tartej marchewki dosmaczoną odrobiną soku pomarańczowego i dwoma łyżkami śmietany (u mnie taka postać marchewki ma duże wzięcie) i dla kontrastu z brokułami z wody. Ale tu już koncepcję z czym podać kieszonki pozostawiam wyobraźni stołowników.

W Słońsku kieszonkom towarzyszył sosik żurawinowy, bardzo sie z potrawą komponujący. Smacznego życzę!"  felixiana

wtorek, 03 maja 2011
chwytam się za piersi... kacze

                         Zjechała we Dwór Elyżbietta, klucznicą zwana. Będzie się przez tydzień zajmować włośćmi bo my ze Szczęściem Moim postanowiliśmy na siedem dni klimat zwiedzić i zobaczyć co od czasu Victorii Wiedeńskiej się u Turków zmieniło, po garnkach im popenetrować, smaku nowego doświadczyć, nowych wrażeń nazbierać. Po powrocie będę się z wami tym bogactwem, którego mam nadzieję doświadczę dzielił. Teraz zaś by Elyżbiettę jako gościa zacnego uhonorować wyciągnąłem na światło dzienne piersi kacze, zacne bo z "pekinki". Najpierw by do temperatury pokojowej dojść lekko posolone tą różową z Himalajów, poprószone curry leżały dwie godziny. Potem solidnie rozgrzany olej ryżowy je przyjął skórą od spodu, potem przewrotka, gdy oba boczki godziwego brązu dostały całość podlana została moim winem, tym z gatunku półsłodkim. Gdy odparowało uzupełniane do stanu na grubość kciuka. Tak na wolnym ogniu szły prawie godzinę, potem dodałem mojego chutneya na śliwce  i całość rozciągnąłem moją śmietaną. Teraz jeno chwila by całość swoimi smakami przeszła i można podawać. Moja młodsza córa dorobiła do tego sałatki, której świeże listki właśnie w szklarence doszły, do tego czerwona papryka i rzodkiewki, całość zaprawiona sosem winegret i moją fetą w drobną kostkę skrojoną. Obiad był taki, że Elyżbietta żądz swoich nie mogąc opanować wylizała talerze, na półmiskach też nic nie zostawiając. Tak więc na tę chwilę żegnajcie i powodzenia w wojażach nam życzcie.

ps. przepraszam, że tym razem bez ilustracji, tak jakoś wyszło, poprawię się po przyjeździe

niedziela, 01 maja 2011
indyk przeciw korporacji
 

Dziś Świętego Józefa, patrona pracy codziennej, do tego Jan Wielki Paweł został błogosławionym, tyle wydarzeń w jeden majowy dzień. Siedzę ci ja sobie w moim Dworze, sam bo Moje Szczęście oćca pilnuje w metropolii zachorzanego i myślę, czasu wiele. Źle się dzieje na tym naszym światku, bo przecież planeta nasza do największych nie należy. Silni narzucają wzorce słabszym, tymi zaś silnymi w dzisiejszym czasie są korporacje. Najwięksi pracodawcy, najwięksi producenci, narzucający jak postępować należy wykształconej młodzieży, chowający ich jak te kapłony na swoje podobieństwo. Jak zjeść to w sieciowej restauracji, jak wypić kawę to w sieciowej kawiarni, jak kupować to w hipermarkecie, po co iść do muzeum gdy niedzielę można spędzić w galerii handlowej. Nienasycone molochy pędzące by osiągnąć coraz większy zysk, bo jeno mamona ich kręci. Dlaczego tak, za co, bo coraz nas więcej i by wyżywić tę narastającą masę piękne jest uzasasadnienie dla ciągłej produkcji naszpikowanych chemią brojlerów rosnących w dwa miesiące? Takie myśli chodzą mi po głowie, samemu siedzącemu, bo Pani Matka spać poszła. Świecie źle się bawisz i do samozagłady dążysz, skarlejesz człecze odchodząc od Natury, zapominając co wynika z doświadczeń przodków. Na ten żal ukręciłem ci ja sobie roladę z indyka o piersi szerokiej a zwartej, bo po polu biegał. Najpierw rozciąłem tęże w płat jak największy i jeszcze bijakiem rozbiłem, potem posmarowałem pastą z adżykiMojego Szczęścia z domieszaną musztardą dijońską i octem z Modeny.

 

Tak to i mięso sobie poleżało dzionek cały w lodowni. Pani Matka sporządziła farsz, a dała boczek wędzony, prawdziwy,

 

nie jeno nasycany farbą sztuczną, cebulkę, to podsmażyła, potem podrobiła główkę czosnku, rydze wyciągnięte z mrożenia w paski pocięła i do tego doszedł mój ser wyschnięty podrobiony w paski cienkie.

 

To wymieszane żółtkiem zaciągnięte, ubogacone pietruszką zieloną z ogródkowej szklarni poszło na pokrojone w cieniutkie plastry surowego boczku na indyku położone, całość zaś zrolowana ciasno w folię zawinięta i szpagatem sciśnięta poszła do pieca nastawionego na 200 stopni i tam ponad godzinę spoczywała. Wydawać ją można było na zimno, ciepło i gorąco sos jeno trochę rozciągająć co do brytfanny wyciekł. Wiem rzeczecie- sytyś to głodnych nie zrozumiesz, oni byle co jeść muszą, po części to prawda, lecz i ja nie zawsze z pełnym kałdunem biegałem, jedno z doświadczenia wiem na pewno- jesteś tym co jesz, a chcesz być bezwolną maszyną do wykonywania najprostszych czynności, wsuwaj w gębę to co ci dadzą i nie myśl, ważne przecież, że pełen bekniesz i popijesz Mocnym Fullem zrobionym przez korporację, panie Kiepski.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl