niedziela, 30 czerwca 2013
kurczak hamburski proszę raz

Dorosły nam kuraki, dorodne, takie po trzy i więcej kilo. Żywione były śrutą z naszych zbóż, zielonym co sobie nazbierały, piły jeno serwatkę. Mięsiste takie, że aż miło, to i myśmy postanowili popróbować. Świeżutki, natarty solą, do środka dostał ziół z ogrodu narwanych - bazylii, rozmarynu, mięty melisy, origano, lubczyku i tymianku. Zatkany zaś został całą, dobrą cytryną, ponakłuwaną i szpikniętą dwoma goździkami. Tak przygotowany powędrował do  brytfanny gdzie dochodził na parze,  na wolnym ogniu przez dwie godziny. Przed podaniem na piętnaście minut powędrował do pieca dla przyrumienia. Wyjęty roztaczał niesamowite aromaty, cytrynę całą wyssał, jeno miękka skórka została. Do towarzystwa dostał ryż ugotowany na sypko z kurkumą, więc pomarańczowy i słodziutką kalarepkę młodą z ogródka popyrkaną kilka minut z masełkiem z małą szczyptą soli.

Obiad był godzien dobrego, dworskiego stołu. Była z wizytą Pani Kasia Lwówecka, więc i sędzia naszych kulinarnych zdolności surowy.

Jadła z apetytem. Coś więc w tym kogutku hamburskim jest, brojlera po takim jedzeniu pogonić można, ten jak mielony papier toaletowy, tamten aromatyczny, soczysty, w ustach się rozpływający.

sobota, 22 czerwca 2013
kurestwa Rostowskiego dość!

jestem nadzwyczaj spokojnym człowiekiem. ale tego wytrzymać już nie mogę. skurwiel zwany polskim ministrem finansów spekuluje naszymi pieniędzmi. Najpierw obniżając kurs euro w sierpniu steruje wysokością dopłat dla polskich rolników mając już w kieszeni euro z uniii spekuluje tymi pieniędzmi zarządzając sztuczną fotograficzną kontrolę, napędzając swoim kolesiom z Chorzowa mnóstwo kasy zlecając m kontrolę w październiku kiedy tak naprawdę na polu nic już stwierdzić nie można wstrzymuje wypłatę pieniędzy, które mają służyć dla zniwelowania różnic między polskim a unijnym rolnictwem. Kradzież i bzdura! chodzi o to , że nasz minister finansów jest po prostu zwykłym spekulantem i gra, bawi się naszymi pieniędzmi. piszę to w pełni rozgoryczony i zły. 31 czerwca pewnie wpłyną na moje konto dopłaty. pomniejszone o gierki spekulacyjne pana Rostowskiego, podwyższone o odsetki, które muszę zapłacić za nawozy i środki ochrony roślin. Przepraszam ale do tej pory należnych mi pieniędzy na koncie nie mam.jak ja się spóźnię o dzień z płatnością dostaję w łeb, grożą mi komornicy. Państwo Polskie ma mnie w d...e i jedyna rzecz na której się koncentruje to ściąganie haraczy by starczyło na pensje dla jej wasali. Przepraszam za wylaną gorycz, ale dzban się przelał, ucho pękło. dłużej być nie może. on i myślą tylko o sobie.

poniedziałek, 17 czerwca 2013
z wizytą u mennonitów

Ponieważ do Gruczna wielki sentyment z Moim Szczęściem mamy, to i gdy na XX lecie niejaki Jarek Pająkiem zwany, nas zaprosił, odmówić nie mogliśmy. Zapakowaliśmy gościniec, bo z pustymi łapami pchać się nie lza i ruszyliśmy w drogę.

Przyjęcie było zacne co nie miara. Przy Młynie gości w bród, wojewody, marszałki, posły i inne, wszystkie na jedzenie łakome. A było w czem wybierać. Najsamprzód rosół z kapłona uwarzony przez Tomka Kwiatkowskiego, mistrza nad mistrze, potem gulasz Piotrka Lenarta smakowity niezwykle, na przekąskę zaś nasze deski z serami ubarwione przez Moje Szczęście kwiatkami, wszystkie jadalne, róży smażonką zwanej, bazylii czerwonej i ogórecznika. A wszystko popite piwkiem Ambera, Żywym. Wieczorem zaś wylądowawszy u gościnnych Państwa  Chomiczów w Topolnie, zażywaliśmy zasłużonego wypoczynku w zacnym gronie. Był bowiem Wojtek Marchlewski, etnograf wiedzy wielkiej, erudyta co na stacji kolejowej mieszka, Jurek Szałygin, konserwator od zabytków, co do Gruzji co rusz jeździ, bo kraj piękny i Sławek Paszkiet, wielbiciel pączków, niderlandysta i miłośnik opery. Przy nalewce, do której i gospodarze przysiedli tematów nie brakło aż żal do łóżka wędrować. Następnego zaś dnia trzeba było jechać do Chrystkowa gdzie Pająk chatę odrestaurował, co w niej kiedyś mennonici mieszkali. Nasi wieczorni towarzysze zajęli się upowszechnianiem wiedzy o tych dawnych olendrach co Wisłę ujarzmiali.  Jeżeli jesteście zainteresowani pozyskaniem wiedzy na ten temat zajrzyjcie na stronkę: holland.org.pl Ja zaś prowadziłem warsztaty serowarskie wszystkich chętnych moją wiedzą racząc.

Ławy były pełne, pogoda piękna, sery wyszły nad wyraz zacne. Następnego dnia była powtórka z rozrywki jeno, że z innymi gośćmi. Do grona trzech muszkieterów kolejnego dnia dołączył Lukasz Maurycy Stanaszek, archeolog, co to ponoć szkielety u siebie pod biurkiem trzyma aż ich nie zbada.

Pająk nawiózł też prawdziwych Holendrów, ale także mennonitów, którzy teraz w Kanadzie i Meksyku mieszkają, co o współczesności opowiadali, pani zaś smażyła naleśniki na kwiatach dzikiego bzu.

Tu zaś dowiedzieliśmy się, że to właśnie Olendrzy tę potrawę do polskiej kuchni przywieźli. Były pyszne, na słodko i słono, znikały takoż szybko jak i nasze sery. Było pięknie, że żal było wracać, ale przecież sierpień niedługo, wtedy na Festiwal Smaku do Gruczna zjedziem.

poniedziałek, 10 czerwca 2013
z serami w Lidzbarku

Trzeba było się zebrać, konie do wozu zaprząc i w świat ruszyć. Ten przecie na moje sery czeka! Tym razem, jak co roku odwiedziliśmy Lidzbark Warmiński. Daleko tam z naszej wsi jak diabli. Unia jeno częściowo pomogła, bo na jednej trzeciej drogi, tej ostatniej, jej pieniędzy nie widać. Wąsko i dziurawo, a jak się zdarzy, że jakowyś większy wóz jedzie to już za nim kolejka się tworzy i nic nie poradzisz. Narzekać jednak nie ma co, w piątek w sam raz, wczesnym wieczorkiem dojechaliśmy. W sobotę zaś odpaliła jako ta rakieta fetą pełną na pięknym niebie serowarska impreza. Jest to jedyna w naszym kraju, taka, która w całości poświęcona jest małym rodzinnym serowarom. Nie było tam żadnej wielkiej firmy mleczarskiej, z tych co to przerabiają dziennie dziesiątki tysięcy litrów. Nie to, że by nie chciały. Oj gotowe były niezły pieniążek na ladzie położyć by tam wejść. Lecz drzwi zamknięte , to nasze pole jest i basta! Zjechało się nas tam dobrze ponad dwudziestu. Wielu miało do "przedeptania" więcej kilometrów niż my, z Moim Szczęściem, ale dali radę. Pogoda i publiczność dopisały. Piękna Ziemia Warmińska przyjęła na otwartym sercem. Było tam wszystko - od ekstrawagancji pełnej, czyli serów moich, po oscypki Wojtusia Komperdy, ciekawych "starców" Mariusza Purgały, pysznych kompozycji stowarzyszenia "Macierzanka" czy "Burych Misiów". Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, do tego i nauka była na warsztatach. Uczyli mistrzowie ze Szwajcarii, Francji, dzielili się swymi doświadczeniami Litwini. Żyć nie umierać, taka zabawa. Jeśli tylko uda się Wam ludkowie rostomili wyrwać na Warmię na początku czerwca w przyszłym roku już teraz Was zapraszam. Zobaczycie piękny hotel we włościach Biskupów Warmińskich, na brukowanym dziedzińcu zaś zobaczycie młodych ludzi w zielonych koszulkach w napisem Agrovis, niezmordowanych. miłych i uśmiechniętych. Jak tylko będą mogli tak Wam pomogą, tej to firmie zawdzięczamy bowiem tę cudną imprezę. Organizują ją Jurek Wiśniewski i Mirek Sienkiewicz (zdjęcie tytułowe), ludzie wielkiego serca dla nas serowarów. Robią to nie dla korzyści, bo z własnej kabzy do niej dokładają, uczestnicy bowiem za nic nie płacą, a z miłości do tego co z mleka zrobić można. Po staropolsku więc się Wam w pas kłaniam polepę piórem zamiatając.

Dzięki za to co było czekając na więcej. W imieniu swoim i moich przyjaciół już Wam mówię - w przyszłym roku, jak Bóg zdrowie da też zjedziemy w te gościnne progi!

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl