środa, 29 lipca 2009
musaka z naszego ogrodu

Żniwa za pasem, jutro maszyna rusza w pole, czekam a serce tak bije, że mało klatki nie rozpuknie. Czy ziarno pełne będzie, czy wilgotności za dużej nie nabrało, jakiego kwalitetu? Wszystko to w cenie rolniczego trudu. No i tak ja po polach ganiam a Moje Szczęście wzieno się za musakę. Podobnież w dawnych czasach Turkowie ją jadali, potem przeszła na Greczynów, a teraz już ją je cała Europa, no to i my. Najsamprzód prawie kilo dobrych ziemniaków  w mundurkach zgotowała, poczem obrała i w plastry skroiłai i owe na dno formy ciastowej poszły.

Mięso zmielone takoż użyte zostało, do tego pomidory naszego chowania, czosnek, główka z naszej ziemi, nie żadna żółta zaraza, cebula biała i czerwona z ziemi dokładnie opłukana, no i cukinia zielona a takoż kabaczek nowej odmiany, nie w zeppelina a kulę się wykształcający. pokrojone w grube plastry, posolone lekko pierwszy sok ręcznikowi papierowemu oddały.

Cebula zsiekana i czosnek w plastry pokrojony do smażenia poszły.

Gdy rumieńcem spłonęły, wrzuciła pomidory sparzone, w krzyż przekreślone, bo to chrześcijańska potrawa, które wrzątkiem zlane łatwo skórę sprzedały. Na zakończenie we wszystko to mięso mielone zostało wrzucone i dobrze z całościa wymieszne, żeby grudek żadnych nie zostawiło. Z ogrodu zioła wonne - bazylia, origano, rozmaryn i mięty listki młode posiekane do masy mięsnej dodała i doprawiła do smaku solą,i pieprzem.

Gdy cukinia i kabaczek suchawe poszły na oliwę pierwszego tłoczenia by złota nabyć. Ziemniaki posypane czosnkiem i przyprawą w końcu doczekały się towarzystwa warstw następnych z mięsa z pomidorami, cebulą i czosnkiem, i ziołami, smażonej cukinii i kabaczka. Szczeliny wypełniła masa z jaj dwóch i żółtka jednego ze śmietaną własnego zbioru,  i twardego żótego sera startego na drobnej tarce, doprawionych do smaku czosnkiem, czosnkiem niedźwiedzim, cayene i kurkumą, więc w żółć pomarańczową wpadającą, dokładnie rozbita.

Tak to forma na godziny pół poszła w piekarnik z góry i dołu do 200 stopni rozegrzany. Po tem upływie pięknie skwiercząca pokryta została startą żółtą Goudą tworząc śliczną pierzynkę. W gości zawitał gourmand znany i w świecie bywały Brzuchomoowcą zwany. Skromnem poczęstunkiem ziemiańskiego stołu nie wzgardził, winem przedniej marki się wkupił i tako to posiłek obiadokolacyjny spożyty został.

niedziela, 26 lipca 2009
spaghetti na winie

Niedzielny obiad powinien być wykwintny, elegancki, no i wyszukany. Ja natomiast wyszukałem wszystko co mi z tygodnia zostało, co z ogródka wynieść mogłem i z tego powstał sos na winie, co się pod rękę nawinie.

Najsamprzód na patelnię poszła cebula czerwona miałko skrojona, lekko solą podsypana, gdy zapach złoty dawać poczęła grzybem boczniakiem zarzucona.

Wszystko to na dobrej oliwie czynione, jak wodę straciło podlane czerwonym winem, wonczas wraz z pozostałym sosem poszła pozostała z poprzedniego dnia sarnina, na to skrojone, soczyste pomidory ze skórki obrane i w cieńkie płatki uczyniona cukinia.

Wszystko to na ogniu małem wspólnie pracowało. Dla smaku jeszcze podprawione sosem curry, solą do smaku i pieprzem świeżo mielonem.

Całość ozdobiona kleksem dobrej śmietany szlachetnego brązu nabrało.

Gdy makaron długi zgodnie z zasadą sztuki nabrał dobroci al dente na niedzielny stół wydałem. Nikt się nie żalił, że danie tak proste święto podsmaczyło.

sobota, 25 lipca 2009
sarnina z piekarnika

Jako prawdziwy ziemianin powinienem i po lesie chodzić. No i chodzę. By przejąć arsenał, któren po przodkach się mimo wojen ostał, musiałem stosowne papiery wyrobić i wpisać się do bractwa spod znaku Świętego Hubertusa. Niestety tradycja zobowiązuje, a mój senior wkroczył już w 85 rok życia i trochę mu te fuzje ciążą. Tak więc chciał nie chciał - musiał. No to i w zapasach lodowni nie brakuje tych darów lasu. Wyciągnąłem ostatnio część najsmaczniejszą - środek sarniny z niewykrojonymi polędwiczkami i żeberkami ze stron obu. Wielu tak juże nawykło do smaku hodowlanego zwierza, że dzikie im nie smakuje. A to skutek nieuctwa i braku doświadczenia. To przecie najzdrowsze mięsiwo na świecie, niczem nie skażone, naturalne. Tyle, że przyrządzić trza umieć. To, że moje prawie pół roku w lodowni leżało nie bez przyczyny. Skruszało odpowiednio, do obróbki gotowe. Rozmrażać takoż musi się powoli, bez pośpiechu, gdy mięso wilgoć puszczać zaczyna zaraz ziół wszelakich dostać musi.Te od wewnątrz i zewnątrz wcierane pracowicie w tkanki wchodzą. W składzie - bazylia, curry, chana masala, czubrica pół na pół czerwona z zieloną, pieprz czarny, świeżo mielony i sól kamienna, bez jodowego dodatku. Ręce co chwila w oliwie przedniej pierwszego tłoczenia można moczyć. Ona cieńką warstewką całość pokryje i wnikanie wspomoże. Tak ciągle obracając, w chłodzie spiżarni przez dni dwa trzebno czynić. Wiem, że czasu to złodziej, że pracy wiele trza włożyć, ale efekt potem płaci. Gdy mięso gotowe łożym do dużej brytfanny z kratką na dnie. Oliwy takoż przedniej szklankę na mięso lejem i do rozgrzanego na 200 stopni wnętrza kładziem. Po godzinie trzeba niewielką ilością źródlanej wody polać i na drugi boczek przerzucić. Potem zabieg co pół godziny powtarzać, ilość sosu kontrolując. Ostatnie pół , po łącznie czterech zostawić naczynie otwarte by skórki chrupiącej dostało i na stół wydawać można. Moja poszła z chlebkiem żytnim, o którem w poprzednim wpisie czytać można i z sałatką z pomidora własnego ze szklarenki, miąższem słońcem opitym i czerwoną cebulą, takoż przed chwilą z ziemi wyjętą. Wszytko przez łakomców domowych pożarte zostało.

czwartek, 23 lipca 2009
chleb żytni z mojej mąki

Skorom już się dorobił kamiennych żaren, co to prawie pół tony ważą to i trzeba było mąki namleć. Tu przyznam się bez bicia, że do pełnego wysiłku przodków nie dorosłem. Siłę mięśni zamieniłem na silnik, ale cała pozostałość tak jak w stuletnim oryginale. Mąka pytlowa sypie się, ciepła, cieplutka, w rękach się klei. Cudo, a do tego jak to pachnie! Tem bardziej, tu przyznam się po raz wtóry, własnego ziarna juże nie mam, bo to przednówek, alem dostał worek od przyjaciela, na dodatek z pełną ekologiczną certyfikacją.

Najsamprzód żem zakwas sprokurował. Cały tydzień to trwało. Dzień w dzień karmiłem bydlątko, wytrwale podsypywałem po sto gram mąki i sto pięćdziesiąt mililitrów ciepłej wody, bełtałem w słoiku namiętnie. Na czwarty dzień zapach przyjemny, kwaskowaty, ale świeży dało. Mąka na dnie osiadała, ale to ponoć normalność. No i po tygodniu ruszyłem do boju. Najpierw w makutrze utarłem mąkę -moja, pytlową, grubo mieloną, wystudzoną ,podlaną zakwasem. Dołożyłem jeno łyżeczkę soli kamiennej i półtora cukru brązowego. Gniotłem ci ja to gniotłem podsypując aże od ręki odchodzić zaczęło. No i na całą noc dałem pokój godzinki Aniołem Pańskim zakończone odmawiając na poczet mojego chleba. Przysłonięte czystą ściereczką ciasto garowało. Pojemność wzrosła dwa razy gdym je dnia następnego odkrył. No to znowu rwać począłem i urabiać by powietrza dostało, lekko mąką podsypując. Po godzinie i pacierzach sześciu na blasze bochen powstał, któren żem od przodków wziętą a dzisiaj zapomnianą czarnuszką posypał. Przed włożeniem w piec do 200 stopni nagrzany pędzel z wodą w ruch poszedł i na wierchu leciuchna warstwa wody zrucona, takoż w piekarnik i godzina nerwów naszła. Czy Pan Bóg kromkę skroić da, czy też nie? Mówię z serca - dał. Chleb krzyżem przeżegnany poszedł pod nóż, trud polskiego rolnika w smak zamieniając.  Serem własnej roboty obłożon przypomniał, że żniwa juże za progiem a kruszyna zmarnować się nie może bo każda potem trudu zlana.

poniedziałek, 20 lipca 2009
wariacje na temat Frogi Ireny i Andrzeja

Moi seniorostwo wrócili do metropolii po krótkim wiejskim wypoczynku. Wolą gdy wszystko blisko, pod ręką, no a przede wszystkim u siebie gdzie znany każden centymetr powierzchni. Ich strata, bo po wyjeździe ruszyłem w kuchenne czeluście by przyrządzić wariację na temat maltańskich omlecików zaprezentowanych w kuchni Ireny i Andrzeja. Jako, że to wariacja nie trzymałem się zbyt mocno oryginału. Z wczorajszego dnia została mi część tortu mięsno jarzynowego, kto ciekaw co w nim niech do poprzedniego wpisu się cofnie jak nie czytał. Jednak posłusznie przygotowałem jaja, własnych kur rzecz jasna, ugotowałem ziemniaki, ale dodałem kalafiora pół, posiekałem drobno dwie czerwone cebule którem zeszklił na ryżowym oleju, posypując zszatkowaną bazylią, siedmiolatką i szczypiorem. Gdym to w masę jednolitą z jajami zmienił rzuciłem placki na mocno rozgrzany olej, gdy dochodzić poczęły posypałem startą goudą.

 

 

Po wydaniu na talerze zlałem obficie sosem sporządzonym ze śmietany, sambal oelek, sosu curry słodko kwaśnego, by ostre było. Moje Szczęście wraz z Rezydentem żądało dokładki. Dzięki Ci Ireno, dzięki Andrzeju za twórczą inspirację rodem z Malty, którąm na wielkopolski grunt małym rozumkiem Misia Puchatka przeszczepił.

 


sobota, 18 lipca 2009
tort mięsno- jarzynowy

No i pada, pada i pada, tak to dziwnie, bo w mojej wsi ulewa, ściana z wody a u sąsiadów za lasem nawet kropelka nie upadła. Na razie zboża trzymają się dzielnie, jeno, że wegetacja staje a chwasty gonią. No ale cóż jakoś to będzie, bo być musi.

No a ponieważ seniorstwo rodu mnie we dworze nawiedziło czemś godnem ich przyjąć trzeba było. Tako i tort sprokurowałem. Najsamprzód, bo żurek był powitalny, lecz go nie opiszę, bo przepis nań we wczęśnieszych notach się znajduje, mięso gotowane od szpondra się zostało. Do tego doszło surowe z wieprzowej polędwiczki i wołowa zrazówka, wszytko przez maszynkę przeplatane całym, młodziutkim kabaczkiem poszło. Do tego pomidory z własnej szklarenki dwa, pięć ząbków czosnku, a by sos cały co w maszynce powstał zgarnąć kromek dobrego chleba kilka takoż poszło.

Cała masa wrucona w makutrę wymasowana z jajami całymi dwoma i mąką pytlową,  żytnią własnego umiału. Gdy masa gładka do tortownicy wymaszczonej oliwą i wysypanej bułeczką tartą. Całość rzecz jasna doprawiona - solą do smaku, chana masala, garam masala i szczypta spora utartego kwiatu majeranku. Piekarnik do 180 stopni żem rozgrzał i to cudo tam na pełną godzinę złożył. W czasie między powstał sos na śmietanie z mleka zgarniętej, pomidory usmażone i przetarte, łyżeczka sambal oelek, curry i czosnek niedźwiedzi. Do tego na stół poszły twarde i dudniące pełnią ogórki ukiszone w serwatce.

Posiłek dobrym winem wspomagany zacny był i na pochwały zasłużył.

piątek, 17 lipca 2009
konfitury z wiśni i agrestu

Radość wielka zapanowała w domu mojem. Młodsza latorośl, co to dojrzałość w maju egzaminem pieczętowała bez trudu większego na studia wszytkie, na które papiery poniosła się dostała. Może hrabianka wyboru dokonywać, a ociec w obawie by od nadmiaru dobra w łebku się nie pomieszało. Skłania się ku agroturystyce na poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym. No cóż, dorosła, więc jakiegokolwiek narzucania być nie może.

No tom ja sobie postanowił życie umilić, by mieć czem zimowe wieczory słodzić i począłem konfitury smażyć. Najsamprzód agrest, gdzie ogonki i przodki urwać potrzeba, potem cienką igiełką każden nakłuć ze trzy razy, do wody źródlanej zrucić, nie za wiela, jeno żeby przykryła i zagotować, ale powoli, takoż cukier zsypywać na war i niczego do gara nie łożyć, jeno ruchem na boki mieszać. Tak też czynić przez dni trzy by uzyskać proporcję 1:1 cukru i owocu. Gdy biała piana wyjdzie delikatnie cedzakiem zbierać, młodym do lizania oddając. Gdy na trzeci, czwarty dzień owoc słodkim sokiem nabrzmieje nie popękawszy można do słoików go powoli małą nabierką przełożyć i na gorąco zakręcić. Z wiśnią troszkę inna praktyka. Najpierw cierpliwie i ostrożnie pestki trzeba ją pozbawić.Sam owoc w garniec złożyć nic nie dolewając by własny sok puścił delikatnie podgotować. W tem roku, po opadach obfitych, pełen ci on, więc obaw nie ma, gdy wiśniowy wywar wyjdzie cukier sypać, takoż w proporcji 1:1, ostrożnie, bez pośpiechu na boki kołysząc by się całkiem spokojnie rozpuścił. Na ogniu malutkiem trzy dni z przerwami na noce warzyć, gdy nitka ciągnąć się zacznie znaczy gotowy. Ci co karmel robią z rozpoznaniem gotowości trudu żadnego mieć nie będą. Tu moment wcześniejszy poznać trzeba. Problem jeno jeden, że pilnować tego dobra trzeba by garnców nie spalić ,bo cała robota na nic. Ja jeszcze mimo, że niby nie trzeba, ale strzyżonego Pan Bóg strzyże całość pasteryzuję. Potem do spiżarni i czekają na miłych gości, aby ich herbatą różnoraką z takim dodatkiem podjąć, gdy zamieć na dworze.

czwartek, 16 lipca 2009
chłodziec ale mojego dworu

Mężczyznom dano wódkę.
Wtenczas wszyscy siedli
i chłodziec litewski milcząc
żwawo jedli"

Adam Mickiewicz - "Pan Tadeusz"(ks.1)

No toż i ja swój dwór mam, to i dlaczego ma to być litewski, jak może wielkopolski gdzie żywot stateczny wiodę. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu, obiecałem chłodziec to i być musi.Warzyw nasjamprzód zgromadzić trzebno wiela - jam wzion - kalafiora, pomidory, rzodkiewki czerwone i jedną białą, lodową, czosnek, papryki, no i rzecz jasna buraki z botwiną. Te drobno pocięte do pełnej miękkości gotowałem w serwatce czystej, lekko sokiem z cytryny pokropionej. Dołożyłem cieniuchno ściętej siedmiolatki zielonej ze szczypiorem, bazylii liści kilka. Reszta surowa - rzodkwie starte, pomidory po sparzeniu ze skóry obdarte i w kostkę, papryka bez nasion w maleńką kostkę pocięta, czosnek posiekany. Na sam koniec kalafior podzielony na małe różyczki wrzucon i z kwaszonym świeżutkim mlekiem schłodzonym, w kawały się łączącym ,wymieszane dokładnie.Całość do lodowni na odstanie postawiona. Gdy zimna nabrało, wszystko do misek poszło i dla ozdoby okraszone drobno skrojonym koperkiem. Na te upały lepszej rzeczy być nie może. Jak kto lubi dodać można jaj na twardo zgotowionych, wychłodzonych i w drobną cząstkę posieczonych. Smacznego sobie i Wam życzę!

poniedziałek, 13 lipca 2009
makaron z sosem mięsno-ziołowym

No i tak, jest lepiej! Padało tylko w nocy, w dzień udało się wyrwać łące dwie przyczepy sprasowanego siana. Będą miały niebożątka co jeść zimą. No a mnie na wieczór goście niespodziewane się zjechały. Na dworze cieplutko, ptaszki spiewają, to i one się pod akacją rozsiadły i coby jeść chciały. Szczęściem z wczoraj barszczu mnie zostało, com go na rosole dobrze nastałym, na sercach i żołądkach kurzych z gnatem wołowym nagotował. Buraki w plastry skrojone kilka godzin w kwaśnej od cytryny wodzie lekko posolone się gotowały. Wywar był, że ach! Szybko żem wyciągnął mięso zmielone z indyka domieszanego szynką z wieprza i na gorący olej wrzucił. Rozbite na grudy pięciozłotowej monety kawałki w brąz dochodziły posypane garam masalą, chana masalą i czerwoną czubricą. Na nie rzucił żem sporą garść zsiekanej bazylii, origano, lubczyku, szczypioru, kopru gałązek, mięty listków kilka i gdy pracować poczęły dobawiłem przetartymi przez sito pomidorami wraz z utartą w płatki młodą cukinią. Całość w ciemny miód przeszła zapach nieziemski wydzielając. W czasie między makaron długi, włoskim zwyczajem na al dente, czyli by się między zębami nie gził a strzelał, przygotowałem. Odcedzony i wodą dobrze zlany podawał się nie klejąc jeden w drugi. Uczta pod akacją była jak na ziemiaństwo przystało godziwa i gawędą upleciona.

niedziela, 12 lipca 2009
dyniowe szaleństwo na niedzielne śniadanie

Pan Bóg pogody troszka dopuścił i słoneczko na niebie rozbłysło. Ciepełko rozpełzło się po zawilgoconych kościach. Lecz skoroś sobie ten warsztat pod gołym niebem wzion to po sumie na sprzęt trza siadać, siano przewracać by wiaterek przewiał i prasować, bo zimą bydlątka też coś pożuć by chciały. Dyrekcja z Nieba musi łaskawym okiem poglądać, bo przecież krzywdy rolnika- niebożątka nie chce. By zaś ciężko robić cosik udatnego zjeść trzebno. Ponieważ moje dyniowate od wilgoci szaleją i owoc piękny dają to i żem o nich pomyślał. Przyniesłym ci ja kabaczek i cukinii delikatnej więcej, do tego siedmiolatki pędy zielone i ziół wszelakich dostatek, listki świeżuchne bazylii, origano, szałwii i stożki wzrostu mięty pieprzowej. To żem ci wszytko skroił, kabaczka ze skóry delikatnie obrałszy, cukinie wraz z nią w plastry posiekawszy na patelniem zrucił posoliwszy solą z morza. Na oleju z ryżu dzielnie razem pracowały. Gdy wilgoć puszczać poczęły usmażonego bez skóry wcześniej pomidora żem dorzucił i melona pół  by potrawa na słodkości zyskała.  Całość z lekka podsypana chana i garam masalą miękła. Gdym to stwierdził najsamprzód jaj dwa dobrze zbełtanych wyszły ,na to żółty ser salami w plastrach poszedł i całość lekko w nitki się ciągnąc na talerze została wydana. Na żołądku nie zlega a siłe do prac daje!


piątek, 10 lipca 2009
ogórki kiszone w serwatce

Na dworze pogoda w kratkę. Raz ci pada, raz ci grzmi a raz i słoneczko pali. Nic wyczuć ani planować nie można.No to i mną fantazyja kulinarna szarpie. Muszę wymyśleć cosik by energii upust dać. Na ogrodzie chrzan rośnie, pozwalam mu na to, bo z jego liści korzystam nieraz, tako i teraz oddał mi zielonego,kopru też ci dostatek, na dodatek Rezydent sery jeden za drugim produkuje, to i serwatki dostatek.Myślałem ci ja myślałem, długo i namiętnie. No i tak powstały ogórki kiszone w serwatce. Dobrałem kształtne, małe z brodawką pełną, bielą połyskującą. Serwatkę podgrzałem, gdy ciepła podsypałem łyżką soli płaską, morską dałem, na litr, na dno kamiennego garnca złożyłem liście chrzanu wraz z koprem i podmiażdżoną główką czosnku, ogórki poukładałem niczem sardynki w puszce, serwatką zalałem, przydusiłem butlą po winie wodą wypełnioną i czekałem dni trzy. Problem był jeden - z resztek sera przed podaniem trzebno je było spłukać, natomiast smak z niczem nie porównywany. Poezyja, pod piwo rżnięte, czyli ciemne czarnkowskie złamane jasnym wchodziły jeden po drugim! Na długie przechowanie to z pewnością przepis to nie jest, ale w tą porę pychota duża!

czwartek, 09 lipca 2009
polewka na serwatce

No i przyszło się zrumienić! Przejazdem bywał u mnie Gieno, społeczności blogowej znany powszechnie jako brzuchomoowca, gurmand znany, smakosz uznany, piewca tradycji polskiego stołu.To, że był i ugoszczony został, rzecz normalna, ale on ci potem na swoich stronach rzecz opisał, zrobił to tak, iż do tej pory się rumienię. Same pozytywy, ciepłe słowa, nawet wywrotka Rezydenta w dobro się zmieniła!A ja przecie skromny taki jestem...

No to zamiast wór pokutny włożyć, do Canossy się udać, by swe miejsce w szeregu naleźć, jam polewkę zwarzył. Jako, że Rezydent sery jeden po drugim wypuszcza tako i serwatki braku nie ma. Najsamprzód żem ją zgrzał, potem zhartowawszy mleko z trzema łyżkami żytniej mąki pytlowej dokładnie wymieszał i na wolnym ogniu zostawił. Wonczas w środek poszedł kminek cały do smaku dodany i takoż cebula spiórkowana com ją zimą na płycie opiekł by brązu dostała, teraz w słoju swego czasu doszła. Soli niewiele, do smaku, takoż białego pieprzu świeżo zmielonego dodałem. W czasie między zmieniaczki do miękkości dochodziły, gdy gotowe poszły przez praskę ze śmietaną, an wierch masło osełkowe i można wydawać. Forma jest dwojaka- abo na talerzyku, osobno do zabierania łyżką, zamaczania w polewce i smakowitego rozcierana na podniebieniu, lubo w środek złożone jako górka lodu by razem pożywać. Postna to zupa, ale pożywna niezwykle i na letni czas bardzo znakomita. Takom się do równowagi po lekturze brzuchomoowcy doprowadzał. Skromność polewką budowana...

wtorek, 07 lipca 2009
smażona cukinia

Gdy rolne prace rwane, zaplanować cokolwiek trudno, człek jeno w niebo spoziera czy to  już padać zacznie, czy też się rozejdzie. Wilgoć w powietrzu wisi, siano schnie trudno, znowu na kiszonkę za szybko. Ot, ale przecie nie narzekaj jakżeś sobie warsztat pod gołym niebiem usadowił to i masz Panie Bracie! Jenom ogorzały cały to i się znajome pytają czy to z Mare Mediteraneum, czy wzorem przodków nadmiar w Monte Carlo puszczam, ja zaś, że taki urok wielkopolskich pól.

Jako i pracy nadmiar to i czulić się nad garnkiem nie ma co, jednakże dorodną cukinię pod dużym liściem znalazłszy szybko postanowiłem przyrządzić. W plastry razem ze skórką skrojona, bo to jeszcze delikates młodziutki, obtoczona w mące pszennej, miałkiej z bułką tartą - łyżki dwie zmieszana, na porcje dwie jedna mąki ziemniaczanej dodana, by całą wilgoć wykorzystać ze dwa razy obtaczać, soli w tem dać do smaku. Gdy gotowe na bardzo gorący olej, ja ryżowego używam, gdy w brąz wchodzi szpachtułką delikatnie na drugi bok przerzucić. Jako strony dwie takież same na wierch cieńki plaster żółtego sera wędzonego trzebno wyłożyć by jako kołderką cukinię obtoczył. Na talerzu zaś ozdobić dobrej jakości ketchupem jako czerwonym kleksem i czarnymi drobinkami świeżo zmielonego pieprzu wykończyć. Smakuje jako poezyja czasu sielanki.

poniedziałek, 06 lipca 2009
ogrodowy bukiet na patelni

Pogoda nadal nieprzewidywalna. Najsamprzód upał, że strzymać trudno, koszula potem spływa, potem deszcz chłoszcze niemiłosiernie. Starczy tej wilgoci Panie Boże!

Ogród zaś żywić już zaczyna. Pomidory czerwienieć w w szklarence zaczynają, pierwsze zerwę bycze serca, olbrzymy sokiem tryskające. Natomiast dyniowate już sypią. Na ogień pierwszy cukinia idzie,  dla której wody nie ma nadmiaru. No to żem ją wziął na warkstat. W kostkę skrojona na gorący olej poszła, razem ze skórką, białym miąższem nadziana, jeszcze bez pestki, młodziuchna. Gdy lekko rumienić się poszła, takoż skrojonego bakłażana gruszką miłości zwanego żem jej do towarzystwa złożył. Za nimi soku dodały pomidory ze skóry obrane, posiekana cebula na równi czerwona z białą i rozgniecony łeb czosnku. Świeżo skrojona bazylia z miętą i origano listki swe na kuchennym ołtarzu złożyły rozpuszczając niebiański aromat w kuchennej świątyni. Na wierch gdy soku dość było poszła żółta fasolka. Wszytko to solą morską zroszone, pieprzem świeżo mielonym naznaczone. Krótko przed gotowością niczem zwieńczenie poszły pociski kotletów mielonych w zamrażalni przechowywanych, com ich więcej w swoim czasie narobił, a o czem wcześniej poczytać możesz. Na ten moment potrawa oko sycić przestała i pod przykrywę poszła. Po minutach dziesięciu na talerze wydana została skiędy bystro znikać poczęła.

czwartek, 02 lipca 2009
chłodnik z pomidorów i papryki

No i Pan Bóg obraził się na tę polską ziemię, aniołowie szlochają i szlochają, łzy leją a on nic jeno wali piorunami w kraj grzeszny. Tako i modlić się przyjdzie by żniwa suche dopuścił, bo jak nie to ciężki rolniczy trud na zmarnowanie pójdzie, byle jeszcze między w złości niepohamowany gradem nie obrzucił. Duchota wielka, że sól morska z mojego ukochanego młynka iść nie chce wodą z powietrza opita. Upał jest ale zamiast polskiego lata przypomina mi to gęstość nie do w płuca pobierania, którą w Rio de Janeiro z trudem dychałem. Zmienia się wszystko zmienia.

Na ten trudny czas postanowiłem wydać chłodziec w witaminę bogaty, potasem na poty zacny. Szklankę oleju z ryżu tłoczonego, pomidory trzy z dużych, dwie papryki,główkę czosnku co to w polskiej ziemi wzrosła a nie przez żółtą rasę wyhodowana aromatu pełną dobrałem. Złote jabłka wrzątkiem sparzone skórę rozdziały, papryki ogonek z pestkami oddały, tako i ząbki twardy płaszczyk. Wszytko to dzięki oliwie odpowiednio polewanej w gładką masę się zmieniły. Do tego dla smaku soli szczypta i zioła we własnym ogrodzie rosnące- bazylia, rozmaryn, origano listki do zsiekania oddały. W mieściem uważył tacos z papryką i za stosowne uznałem do miseczki je włożyć. Przed przeniesieniem do chłodni zadałem jeszcze łyżeczkę sambal oelek dla smaku pomidora podniesienia. Gdy temperatury chłodnej by zimnem język pieścić dostało z tacosami na stół wydałem. Gdym ja chłodnikiem się parał Rezydent sam własną ręką makaron wyczynił z ciasta co mu po nieszczęsnych pierożkach dla Brzuchomoowcy ostało, do tego zręcznie boczniaka ze śmietaną udusił i takżeśmy cieńki, ale pożywny obiadek spożyli

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl