czwartek, 29 lipca 2010
dzicza łopatka z kluchami

No i żniwa ruszyły. Co prawda przerywane, bo Pan Bóg trochę rosi, ale idą. Nie najlepiej się zapowiadają. Ziarno, które w porę wody nie dostało nieduże, nie takie jak trzeba. Ale nic to, jakosik i to przezyjemy. Jęczmień już w stodole, ozimy rzcz jasna, reszta jeszcze w polu do się dochodzi, gdy będzie parę dni słońca można ruszać. Jak ciężka robota to i posiłki muszą być słuszniejsze. Ponieważ z letniej pory korzystając zjechało się luda co niemiara z lodowni wyciągnąłem dziczy przodek z łopatką. Swoje odleżał, więc skruszały, ziołami natarty, oliwką skropiony do się przyszedł i w piekarniku się schował na godzin kilka, jeno winem podlewany, czerwonem rzecz jasna. O mało co kompromitacji nie było. Pyrek, czyli ziemniaków zbrakło. Ale nic to, zszedłem do piwniczki, gdzie jeszcze resztka zeszłorocznych leżała, poprzerastanych trochę, więc wygląd kiepski. Grubo obrane poszły do garnka posolone, kminkiem zasypane. Gdy zmiękły to do miski przez praskę i na jedną trzecią one, tyleż mąki ziemniaczanej i takoż pszennej, do tego jaja dwa, soli i pieprzu do smaku i śmietany tak by konsystencję właściwą osiągnąć.

Potem już wyrobienie by od ręki odchodziły, w czym Felixiana niezawodna, uturlane w małe placuszki z dziurką

by sos miał gdzie wpłynąć i na gorącą wodę, po wypłynięciu trzy minuty gorącej kąpieli

i poruty przy stole nie było. Do tego nieśmiertelna sałata ze śmietaną, tąże sos w mięsie też był zaciągnięty i towarzystwo jadło aż się uszy trzęsły.

sobota, 24 lipca 2010
kabaczek co w ustach płynie

Rok ten zakręcony zupełnie. Jak deszcz potrzebny to go nie ma, jak słońce by się zdało, to zachodzi. Niech tam Pan Bóg rolnikom nieżyczliwy, widno ucho dał podszeptom zawistnych, złych ludzi, co to Mu donieśli, że hreczkosieje się na unijnych dopłatach spaśli i dość im. Żal i skowyt w wątpiach się budzi, gdy człek na pole wychodzi. Dobrze, że jeszcze grad łaskawie okolice omija. Nic to, za to w ogródku dyniowate rosną jakby im kto drożdży sypał. Tom wydał polecenie, by największego kabaczka ściąć, w plastry posiekać, na papierowych ręcznikach złożyć, by nadmiar wilgoci oddał posolony jak się należy. Felixiana, która poręcznie się nawinęła robotę tę bardzo zacnie wykonała co po chwilę o postępach prac meldunek składając. Gdym we Dwór po podróży do Szczecina  z serami, gdzie na Jarmarku Św. Jakuba wystawione zostały, wrócił rozbełtałem dokładnie dwa gęsie jaja a w miseczce obok poszła tarta bułka pół na pół z mąką kukurydzianą.

Po żółtej kąpieli zręcznie obtoczone krążki wędrowały na mocno rozgrzaną patelnię zalaną olejem ryżowym z niewielkim dodatkiem sezamowego. Zrumienione jak się należy szły do rynki natłuszczonej. Tam czekały na swą kolej. Na patelni obok smażyło się mięso z piersi kurczaka z plastrami schabu, wszystkie kawałki solidnie czosnkiem natarte, potem pieprzem świeżo mielonym. Gdy boki opiekły, sos śmietaną został rozciągnięty, jak zgęstniał wraz z mięsem do rynki kabaczka nakrywając. Na wierzch poszła reszta zbełtanego jajka.

Całość zaś powędrowała do piekarnika, gdzie powoli dojrzewając w temperaturze 150 stopni wzajem smakami swemi się przenikała. Na wierzchu świeże zioła zsiekane - bazylia, tymianek, rozmaryn, mięta, młody majeranek. Gdy Graffi i Moje Szczęście na wieś zjechały, ta pierwsza, dumna, z dwoma synami było się czym pochwalić i wszystko z talerzy znikło. Na deser zaś Piórko, która również zjechała na spotkanie,  wystawiła specyjały,

po których tylko można było sadełko zawiązywać, nie trudząc się myśleniem o sprawach wyższych, poza trawiennymi.

czwartek, 22 lipca 2010
Macierewiczowi odpuszczam-cukinia w kosteczkę

No i patrzcie mościjewy, wylądowałem na pierwszej stronie Wyborczej. Za taką pseudo sławę płaci się zaraz. Odezwali się nieżyczliwi, że niby gotując do garnców spluwam. Uch tam, jak tak to odpuszczam niejakiemu Macierewiczowi, niech się lekarze profesji odpowiedniej zajmą. ja jeno polecić mu mogę, by jarzyn więcej jadał, to może mu wapory z głowy wyparują. Ponieważ zaś w ogródku pełno to po ten zapas ręka poszła. Udusiłem zamiast polityka cukinię. A było to tak - najsamprzód była w woku masala. Na niewielką ilość oleju z ziaren ryżowych poszła po łyżeczce garam masala, tandori masala i chana masala, do tego trochę utartego imbiru świeżego, gwiazdka anyżu i ziaren kuminu. Gdy niebański aromat poszedł w kuchnię dodałem dwie, trzy łyżki oleju sezamowego i oblepiłem masalą posiekaną cebulę, gdy zezłociła się pięknie dostała w towarzystwo pieczarki śliczne od absztyfikanta Młodszej spłatkowane, na to cukinia cała ze skórką w kostkę skrojona. By smaku dodać polałem wok winem rose, tak ze szklankę i pozwoliłem się dusić.

Zapachy i smaki takie, że towarzystwo doczekać się efektu nie mogło. Chwilę przed końcem stawiając kropkę nad i dałem plamę mojej śmietany. I tak w jarzyny od polityki uciekłem.

wtorek, 20 lipca 2010
Macierewicz do zupy

Ludzie moi mili od tego upału co poniektórym to się już zupełnie we łbach poprzewracało. Jedni chcą krzyża, inni by się wyniósł, a ziemscy przedstawiciele Pana Boga wody w gęby nabrali. Tchórze w purpurze, co to Maybachami jeżdżą! Jeszcze im wierni za to zapłacą pustotą na tacach. Moi przodkowie co to niejeden kościół erygowali, w grobach jako te wiatraki się kręcą. Miejsce tego religijnego znaku w świątyni a nie jako rózgi w politycznych pyskówach. Wstyd i słuchać hadko. Na dodatek włączył się do tego ponurego tańca łeb, którego miejsce w lecznicy a nie w Sejmie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, niejaki Macierewicz. Okazało się, że 10 kwietnia nie wypadek się zdarzył a zbrodnia! Ludzie moi, telewizor wyłączam i słuchać tego nie będę. Wariatkowo istnie, nic innego. Tak więc radą jedyną było ugotowanie zupy delikatnej wielce by podniebienie wygłaskała. Najpierw skrzydełek drobiowych sześć z liśćmi laurowymi i niczym śrutem z zielem angielskim i czarnym pieprzem powoli się gotowało. Gdy płyn się sklarował poszły wszystko młode - marchewki, pietruszki cieniuchne, mały selerek, zioła zielone - cząber, melissa, bazylia, tymianek, rozmaryn i do tego w części pokrojone fasolki żółte, zielone szerokie, wąskie, fioletowe takoż, wszystkie bez łyka co w naszym ogródku wyrosły. Do tego jeszcze ziemniaczki młode w kostkę skrojone. Do smaku dosolone ździebełko i gdy miękkość uzyskały zaciągnięte śmietaną.

Potem jeszcze w garnczku zupa zieloną pietruszką i koperkiem zasypana. Pyszność wielka. Co zaś do tego łba durnego to w smole go wykąpać i w pierzu wytarzać, przez wieś puścić, albo na wozie z gnojem wywieżć z Wiejskiej. Ja bym mu mojej zupy nie dał!

poniedziałek, 19 lipca 2010
kaczka lubi deszcz

Narszcie Pan Bóg pokazał, że wieś lubi i aniołom deszczem pozwolił ziemię spragnioną polać. Koło pola kukurydzy było słychać jak spragniona pije, zieleń odzyskała, liście w sztorc postawiła. jare trochę odetchną. uf, tragedia lekko oddalona, co będzie dalej zobaczymy. No to jak woda z nieba to ja z lodowni piersi kacze  wyciągnąłem na ofiarę. Natarłem je sosem pesto com go wcześniej zrobił i do archiwum odsyłam. Gdy swoje odleżały poszły do brytfanny, gdzie obłozone zostały pieczarkami com je w prezencie dostał.

Od Pulpit

Do tego poszedł pomidorek ze skóry obdarty i w kostkę skrojony oraz trochę sosu sojowego teryiaki, by wilgoci nie straciły co czas pewien winem rose były podlewane. tak do miękkości doszły. Skrojone w plasterki, bo wiadomo, że na kaczce mięsa za dużo nie ma poszły na talerze, do tego puree ziemniaczane ze śmietaną i łyżką majonezu com go ukręcił i sałata, którą jeść trzeba bo rośnie na potęgę polana bitą śmietaną z cukrem pudrem i sokiem z jednej cytryny.

Ludzi przy stole jak to zwykle bywa sporo ale nikt nie narzekał pochłonęli wszystko jednym ciągiem. Alem kawałek dla Mojego Szczęścia ocalił, bo ma mnie nawiedzić, na chwilę, bo na chwilę ale zawsze!

sobota, 17 lipca 2010
piersi w pieczarkach, ryba takoż

Niespodzianka wielka mnie spotkała. Niedość, że moja młodsza latorośl w wiejskie progi zawitała to jeszcze swego absztyfikanta przywiozła. Miły młodzian, złego słowa rzec nie mogę. Poza jednem, że do wysiłku w ten upał wielki mnie zmusił. Przywiózł przez rodzinę swoją uprawianą pieczarkę, piękną dorodną, kształtną niezwykle. Co prawda przez drogę, nie w chłodni, lekkich plam dostała, co jednak jej urody nie zmniejszyło. trzeba było coś z nią zrobić. Pani Matka pierś kurzą preferuje, tak więc ubitą w plastry skrojoną, czosneczkiem natartą, lekko posoloną miałem ja ją w lodowni. Do tego sos sprokurowałem - dwie łyżki oleju ryżowego, łyżka miodu wrzosowego, łyżka octu z Modeny najlepszej jakości i japońskiego sosu sojowego.

Tym mięso natarte poszlo na patelnię. Obok zaś złożone zostały białe kapelusze. Gdy całość zrumieniła się jak należy dla ubogacenia doszły jeszcze cztery pieczarki drobno skrojone.

Razem tak dla miękkości wszystkiego pracowały. Potem jeszcze dwie łyżki śmietany i całość gotowa. Córa moja mięsa nie jada, na rybach poprzestaje. Tom z lodowni pięknego fileta sandaczowego wyciągnął i na rozgrzany olej złożył. Ryba jak to ryba szybko dochodzi, więc zaraz towarzystwo kapeluszowe dostała.

Pozostało posolić, popieprzyć i na talerz wydać. Do tego ziemniaczków mało wiele i ogórek kwaszony by upalny smak zaostrzył. Tom się narobił, ale satysfakcja była bo talerze w try miga puste były. jeno mi Mojego Szczęścia brak...

czwartek, 15 lipca 2010
chłodnika to czas - pomidorowy

Upał nie chce zelżeć, deszczu nie ma, kukurydza w miejscu stoi, zboża ziarna w pełni nie wykształciły. Strach, strach, podobnież władza nasza szanowna zastanawia się nad tem czy stanu suszy w naszem województwie nie wprowadzić. Uch, dobrze by było, bo to jakowaś ulga w mytach będzie. Nie zapowiada się nam ten rok jakoś pięknie. Ale skoro upał trzyma, jeść się nie chce, to najlepszą strawą chłodnik. Mojego Szanownego Teścia w tradycyjnym nie pobiję, no tom w pomidorowy poszedł. Wiadomo mikro i makro elementami on wypasiony, do tego potas w ilości dużej, niezbędny w tropikalne temperatury posiada. Własnych pomidorów

jeszcze nie mamy, chwilę poczekać trzeba, za to piękne cukinie w ogrodzie rosną.

Wziąłem jedną, delikatrniuchno ze skórki obciągnąłęm i zsiekałem. Pomidory cztery, najczerwieńsze sparzyłem, obrałem, do tego ząbków czosnku krajowego pięć. Pokruszyłem dwie kromeczki razowego chleba, łyżkę oliwy pierwszego tłoczenia, soli morskiej do smaku, dwie łyżki octu balsamicznego z Modeny, takoż przedniego, na to garść świeżych listków bazylii, która rośnie jakby na drożdżach i szklanki dwie mleka zsiadłego. Wszystko razem zmiksowane i do lodowni wstawione. Posypane groszkiem ptysiowym i szczypiorkiem pyszne było i na upał znakomite.

środa, 14 lipca 2010
robale w szpinaku, czyli krewetka tygrysia

Gorączka trzyma, Pani Matka też się trzyma dzielnie. Jeść się za bardzo nie chce, ale by przeżyć trzeba coś na ruszt wrzucić. Jak słońce trochę popuszcza pryskamy jęczmień, by chwast wszelaki z niego wyrzucić i żniwa rozpocząć. Na razie jednak co drobnego do jedzenia przyrządzić musiałem. Ruszyłem w specjalności Mojego Szczęścia, co tom u niej podpatrzył przez ramię. Nie ma Jej, ckni się ale radę dawać sobie muszę. Tak więc tem razem będą to Robale w szpinaku, robale, tak je bowiem nazwywają znajomi nasi co to dóbr morza docenić nie potrafią. tak naprawdę krewetka to tygrysia, mięsna, soczysta i pyszna. Najsamprzód na oliwę pierwszego tłoczenia poszedł orzech włoski, złupany z zeszłego roku, lekko pokruszony, za nim czosnek, ząbków sześć zsiekanych w plasterki. Na ten sos szpinak zmrożony i gdy sok puścił dostał krewetki. Do tego soli nie za dużo, tej morskiej, zmielonej i pieprzu czarnego. Gdy smaki wzajem poczęły się przenikać na rozciągnięcie dwie łyzki śmietany, mojej, gęstej, co to jak masło na chleb kłaść ją można.

Do tego jadła kromuszka ciemnego chleba i wszystko, talerze wyprzątnięte do cna a żąłądki nie przeciążone. Pani Matka zadowolona na dalszy ciąg sjesty się udała. tak upał da się strzymać.

wtorek, 13 lipca 2010
pesto z udziałem szparagów

Popadało mało wiele, ale choć duchota pofolgowała. Grzmotu nie było żadnego, a pogodowi prorocy zapowiadali burze, tośma się gradu bali. Nic z tego, deszczyk też taki co jakoby był, a jakoby go nie było. jeno przed nim muchy jak te głupie dokuczały. Nic, to idziem dalej. Ja zaś podkuszony kuchnią Ireny i Andrzeja poszedłem w pesto. Potrawa to ziemian włoskich, ale patrząc na klimat nasz ten apeninski przypominać zaczyna. Jednako nie byłbym sobą gdybym jakowejś własnej wariacji nie uczynił. Tak to i do ogródka poszedłem, narwałem listków bazylii, która rośnie aż miło, dorzuciłem nie za dużo kopru, do tego poszło ząbków cztery czosnku, polskiego,  nie żadnej chińskiej podróby, orzechów laskowych pół garsztka, żółtego sera kawałków kilka i teraz mój dodatek. Pani Kasia czytelnikom bloga znana, przeze mnie zachęcona obrobiła koszyk szparagów, z których nowotomyskie słynie, w lekko solnej zalewie skąpała i w słoikach zamknęła. Jam zaś taki jeden otworzył i do pesto wrzucił. Jedwab mówię Wam, wszystko to mocno roztarte w oliwie pierwszego tłoczenia, z górnej półki, na języku się rozchodziło, że aż łykać się nie chciało by za szybko smak nie odszedł. Makaron spagetti ugotowany rzecz jasna al dente zielonemi drobinkami się oblepił.

Latem nic lepszego być nie może!

poniedziałek, 12 lipca 2010
Rekonwalescenta żeberka wieprzowe

Rekonwalescent zażyczył sobie żeberek. Nie dziczych, jakimi dysponuje szanowny Ziemianin na wsi, ale normalnych, swojskich – wieprzowych. Jako żem ponoć specjalistka od takowych, podjęłam wyzwanie, wykorzystując dostępne w kuchni i ogrodzie Rekonwalescenta ingrediencje, takoż w mojej miejskiej kuchni. Po pierwsze główka czosnku, którego ząbki, po obraniu, pokroiłam na mniejsze cząstki. Po drugie cebula biała, w plastrach  i zielona, skrojona na cząstki, a także duże naręcze usiekanej pietruszki zielonej. Do tego  zalewa z oliwy z pierwszego tłoczenia wymieszanej z morską sola, cayenne, kurkumą, czosnkiem granulowanym i przyprawami  włoskimi Alla genovese i  Salsa per bruschetta.  Każdy kawałek żeberek naszpikowałam kawałkami czosnku, a następnie tak przygotowane mięso położyłam  do misy, przekładając je cebulami i pietruszką i zalewając sosem z oliwy.  Po pewnym czasie, kiedy smaki się wymieszały, wyłożyłam wszystko do garnka do gotowania na parze. I tak przez następny czas (aż do miękkości), żeberka nabierały pulchności i delikatności, a sosik z nich skapywał na dno garnka, tworząc z wrzącą warstwą wody niesamowicie smakowitą mieszankę. Kiedy już zmiękły i prawie odchodziły od kości, na piętnaście minut włożyłam je na półmisku kamionkowym, żaroodpornym razem z sosikiem wymieszanym z uparowanymi cebulką i pietruszką,  do piekarnika, żeby wyzłociły się apetycznie.   Podano z młodymi ziemniaczkami i pomidorami w sposób tradycyjny upichconymi.

Sama siebie mogę pochwalić, mimo, że zwykle skromna jestem. Żebra rozpływały się w ustach, a kosteczki wyskakiwały z nich samodzielnie bez pomocy sztućców lub rąk.

niedziela, 11 lipca 2010
upał a ja się alkoholizuję, ale tylko tyci,tyci

Niedziela, upał taki, że na powietrze wychodzi się tylko jak musi. Żywina opatrzona, sery zrobione więc można sobie trochę poleniuchować. Mój Dwór z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku, ściany grube, oprócz cegły glina i maty trzcinowe. Tak wonczas budowano. Zimą ciepło, latem zimno, no bez przesady - chłodno. W piwniczce, gdzie serów dojrzewalnia i wina stoją stała temperatura - czternaście stopni.Rano, było ci po siódmej, zszedłem do ogrodu i chodziwszy kontrolnie tu skubnąłem,

tak skubnąłem i tak uzbierała się miseczka malin, jeżyn, białej porzeczki, agrestu, czereśni, do tego dwa wierzchołki z miętowej kępy. Do szklanicy poszły wszystkie po trochu, do tego kapka pięćdzisiątkowa nalewki wytrawnej czeremchówki i do zapełnienia francuskie, takoż cierpkawe wino.

Jeszcze tylko kilka kostek lodu i można leniuchować.

Obiad zrobiony, będzie chłodnik dokładnie sporządzony według generalskiej ręki. Ale o tem u Emki poczytajcie.

sobota, 10 lipca 2010
dzicze żeberka na sobotni czas

By ten upał znieść trzeba mieć siłę, bo inaczej się człek przewróci. Płyny to i owszem, dużo trzeba ich brać, by w wątpiach nie zabrakło. Najchętniej bym ten pożar piwkiem ugasił, ale Moje Szczęście stwierdziło, że nadmiernie mi mięsień brzuszny rośnie, więc nie jest to wskazane. Niech tam, wzorem Arabów będę pijał hibiskus, któren z wycieczki w obce kraje przywieźlim w formie kwiatu zasuszonego. Nawet cukru mu nie trzeba, a i barwę ma piękną. Na obiadek zaś wyciągnąłem z lodowni dzicze żeberka, co tam długo już kruszały, a przecie miejsce trzeba robić na nowe wiktuały, albo i woreczki z lodem jak ta Afryka trwać będzie. Zeberka najsamprzód obgotowałem w warzywach, ale krótko. Na porcje podzielone poszły na patelnię i w oleju ryżowym boki zrumieniły.

Wtedy na wierzch dostały zieleninę - szczypior, koperek i pietruszkę, chwilę później drobno skrojone w kostkę pomidory sparzone i ze skórki obdarte.

Tak sobie razem pracowały. Na koniec kapka śmietany sos rozciągnęła. Ot i wszystko. Ziemniaków dla odmiany nie było, w ich miejsce kalarepka ugotowana, w plastry sprawiona, w jaju umoczona, bułeczka tartą posypana i na oleju zrumieniona. Do tego zwyczajowo sałata podarta ze śmietaną z sokiem z cytryny. Moja starsza co na wieś, na chwilę zjechała talerz opróżniła, co dla oćca satysfakcją wielką.

piątek, 09 lipca 2010
moja walka z gorącem - szczawiowa

Ponieważ upał ci jest na gospodarstwie pracę zaczynamy o szóstej i robota trwa do jedenastej. Potem trzeba przerwać, bo pod czupryną się gotuje. Wracamy dopiero o szóstej na popołudniowy udój. Zywina też nieruchawa, w cieniu się chowa. Na niebie ani chmurki, o deszczu trzeba zapomnieć. Żal...

No nic to, jak tak pali to i jeść się spacjalnie nie chce. Pierwszym moim pomysłem był żurek, alem zrezygnował jednak kwaśną linię zachowując. Stanęło na szczawiowej, która to przez Panią Matkę zaakceptowana została. Ponieważ piestwo co z Nią we Dwór zjechało wybredne jest, w przeciwieństwie do moich wiejskich burków, byle czego nie zje, a indycze żołądki im się przejadły to zupa powstała na kurzych skrzydełkach dla nich specjalnie. Powoli sobie one wspólnie z wędzonemi kośćmi od schabu pyrkały. Gdy pod miękkość podchodziły poszła bogata włoszczyzna i ziemniaczek przez Panią Matkę skrojony. Za niemi poszły dwa słoiki szczawiu wiosennego przez naszą Panią Kasię oporządzonego, drobniutko zsiekanego i jeno spasteryzowanego. Zachował cały aromat świeżości. Gdy smaki sobą przeszły, mięso dla piestwa odłowione, włoszczyzna zmiksowana została a całość leciuchno, na moją wątrobę przysięgam, leciuchno zaciągnięta śmietaną została. Do miseczki na porcję poszły po dwa jajeczka moich kurek-miniaturek, świeżuchne, prosto z kurnika przyniesione. Gość co do nas zjechał niejaki Zygmunt wiekowy, kiedyś elita wielkopolskiego fotoreportażu, wciągnął "nosem" dwie porcje i jeno się oblizał. Pani Matka zadowoliła się jedną ale smakowicie wyczyszczoną do cna. Jeno Mojego Szczęścia mi brak, bo czynnikami wyższemi zatrzymana w metropolii siedzi beze mnie.

czwartek, 08 lipca 2010
kazali to jem letko - pieczareczki, kalafiorek...

No i prawdą jest, że jak afrykańskie upały na tę naszą biedną Polszczę spadły to i jeść się nie chce. Chodzę po polu i z nerwowości wargi gryzę. Ozime jeszcze jakoś sobie radzi, ale jare schnąć zaczyna, łubin też łepek spuścił. Wszystko wody woła. Tegosi rok zupełnie się pomieszał. Najsamprzód wody w bród, ale zimno i to na nic, teraz gorąc i susza. Ziarno jeżeli jakoweś będzie to cienkie, cieniuchne, słabo wykształcone. Tak to już jest, rolnik musi sobie ponarzekać bo inaczej by nie żył.

Szczęście Moje zaleciło, a że ja usłuchany jestem to się tego co kazane trzymam, że lekcej jeść należy, wątrobie pofolgować, tak jakbym ją przedtem do bardzo ciężkiej pracy pędził, no ale Pani każe sługa musi. Tom dziś wyciągnął pieczareczki, prezent od absztyfikanta mojej młodszej. Chłopak przypodobać się chce to i jedna w drugą, kształtne, bieluchne, takie, że uch. Lekko skrojone poszły na olej ryżowy by się zrumienić, na bok odłożone, na tem samem tłuszczu cebulka mocno zsiekana woń dała, do tego trochę ziół - bazylii, tymianku i świeżego kwiatu majeranku. Gdy pozłota w brąz się zamieniała, solą ubogacona pieczarki na powrót poszły i do tego już samego mleka ale nieściąganego poszła szklaneczka. Razem wszystko chwilę dla przeniknięcia smaków popracowało. Obok zaś pysznił się bielusieńki kalafior w wodzie doprawionej łyżką soli, cukru i dwoma octu jabłkowego.

Na niego czekała bułeczka tarta zrumieniona na oliwie ze ździebełkiem masełka jeno, by nie krzyczała Ona. Ziemniaczki rzecz wiadoma z koperkiem, do tego zaś sałata kruchuteńka ze śmietaną, a co! Wszystkiego mam już sobie odmawiać? Uf, jednak na ten upał takie skromne jadełko zacnym jest i kiszeczek nadmiernie nie obciąża.

Wątroba zadowoloną jest, Moje Szczęście też ale korespondencyjnie bo w murach Metropolii siedzi i tęskni.

środa, 07 lipca 2010
kotlecik boczusiowy z bobem

No i mamy Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Co poniektórzy czytelnicy moich bazgrotek poczuli się zaniepokojeni. Wydało im się, że ja ludzi lekce sobie ważę. Nic barzej mylnego, ot zadrwiłem sobie z tego podziału, który jeden z kandydatów ojczyźnie chciał zafundować. Wiem ja, że zabory nadal piętno na psyche Polaków wyciskają i ten ze ściany wschodniej nieco się różni od mieszkańca Wielkopolski, któren swoją gospodarność pod pruskim butem ćwiczył. Ale różnic coraz mniej, te które są niejeden raz plebany, co to zamiast posłannictwem bożym się zajmować w politykę buciorami wchodzą, wywołują. Podkarpacki ludek dopiero się uczy, że kiepscy z nich duchowi przewodnicy. Jeszcze trochę czasu i to się zmieni!

Mnie z grillowania boczek został tom go na kotleciki zgrabne zamienił. Na wolnym ogniu wszystkie strony zrumienił, a ponieważ przyprawami dwa dni był atakowany dobrze przeszedł. Czegom użył niech Szanowny Czytelnik do poprzedniego zapisu sięgnie. Gdy już chrupkości dostał

na patelnię zawędrowały cztery łyżki stojącej w lodowni śmietany. Z sosem się zmieszała pięknej barwy dostając. Chwilę przedtem na mięso poszły po dwa ząbki czosnku w plasterki skrojonego. Do tychże kotlecików poszły ziemniaczki z koperkiem, mój zacny ogórek kiszony i na ozdobę bób świeży, tegoroczny co to najsamprzód w małęj wodzie do miękkości ugotowany, ze skórki obrany lekko podsmażony na patelence z olejem ryżowym.

Taki był wkład Pani Matki w ten udatny posiłek. A co, a jak, co sobie będziem krzywdować.

 
1 , 2
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl