niedziela, 30 sierpnia 2009
paprykowe bomby

Moje Szczęście postanowiło mnie godziwym posiłkiem uraczyć, bo i ta droga do serca przez żołądek od wieków znana, co prawda w wypadku smakosza ryzyko wielkie, ale się podjęła. Pan Bóg w ogrodzie darzy, tak więc dobra wszelakiego nie brakuje. W szklarence papryki dorodne z krzaczków zwisają, słodkie i ostre, kępy siedmiolatki oko cieszą, ziół wszelakich dostatek. Rola moja zamknęła się jeno ugotowaniem torebki ryżu basmati. Resztą ona się zajęła. Najsamprzód papryka od góry ścięta z ziarna wyswobodzona, umyta do suszenia odłożona. Na przednim oleju, uzupełnionym potem oliwą z oliwek hiszpańskich,  siedmiolatka z ziołami - bazylią, origano, szałwią, rozmarynem, miętą i tymiankiem oraz pomidorami, soki oddają, potem w nie papryczka czerwona ostrością rażąca, za nią mięso zmielone, i ryż wszytko to smaki miesza, dobroci dostaje, no i farsz łyżką do wnętrza kładziony godnie warzywo wypełnia. Wonczas okazuje się, że wymiar był zły i nadmiar pozostał. Nic to, fantazja od czego. Do pozostałego farszu,  z dni poprzednich sos zielony, któren tu już był opisany ląduje wzbogacony posiekanym kaparem, przyprawiony według uznania kucharki.   W żaroodporne naczynie  złożony, serem żółtym , przed końcem zapiekania, dla nieprzypalenia, przykryty swojej kolei czeka. Na wierch papryki jako czapka takoż plastry Goudy położone. Piekarnik rozgrzan do 180 stopni już na dobroci oczekuje. Po chwili w kuchennym zaciszu zapach się roznosi głodomorów - czyli Ziemianina i Rezydenta ściągając. Ale Szczęście kopyść dzierżąc skarbu broni by dobrze doszedł. Po godzinie niecałej w okazałości pełnej na stół złożony, trójkącikiem paniru, co to kędy indziej pomówimy, ozdobiony ucztą był dla oka i języka. Uzupełniony winem czerwonym, pychota pełna!

sobota, 29 sierpnia 2009
mój zielony sos do makaronu

Przeszedłem ostatnio traumę. Odszedł najbliższy mi człowiek, ten z którego lędźwi powstałem. Życie trwa bardzo krótko, kochajcie tych, którzy Was otaczają, odchodzą tak szybko i dopiero wtedy zauważacie ile jeszcze chcieliście im powiedzieć.

Koniec lata w upały obfity, wtedy to jeść się za dużo nie chce, a przecie trzeba. Na taką porę najlepsza kuchnia włoska, która w pogodzie takiej doświadczenie ma duże. Ponieważ jam artysta, nie rzemieślnik, nie umiem jeno wiernie odwzorowywać, a potrzebuję  własną wariację tworzyć. Tak to na bazie pesto, przed tym w wielkich marketach sprzedawanym ostrzegam, powstał mój sos zielony. Podstawa to rzecz jasna świeża i pełna życia, bez zdrewniałych łodyżek bazylia, pęczek spory, do tego oliwa samej najprzedniejszej jakości, która włąsną słodycz posiada, lekką jeno goryczką złamana, z pierwszego tłoczenia, do tego łodyżka jedna młodego koperku, czosnku dla smaku własnego dobranych ząbków kilka, listków małowiela origano i dwa-trzy mięty, takoż o poranku zebranej. Ser trzebno najwyższego kwalitetu dobrać - mój smak idzie w Goudę. Wszytko to zmielić razem i wymieszać z drobno pokruszonemi młodemi laskowymi orzechami, soli dobawiając o ostrożności pamiętając, by nie za dużo. Sos pięknej, świeżej barwy dobędzie i drobinkami spagetti ugotowane al dente oblepi. Lepszej potrawy na letnie, późne popołudnia nie wynaleziono. Smakuje bosko, na żołądku nie zalega, a gdy jeszcze popite łykiem dobrego, czerwonego, wytrawnego wina o coś lepszego trudno.

czwartek, 13 sierpnia 2009
przekąskowa wariacja na jarzynach z grzybami

No to i mam kolejny dzień przerwy w żniwach, bo w nocy popadało, nawet lało. To i maszyny pod dachem stoją. Dobrze, że wiaterek wieje, może i szybciej wysuszy żyto, bo z łubinem gorzej. Chcąc Mojemu Szczęściu co nieco przyjemności zrobić lekkie danie na patelni uczyniłem. Najsamprzód szybko na oliwę przednią poszła cebula biała, drobno skrojona, za nią boczniaka kępa. Gdy zapach dawać poczęła do towarzystwa dostała kabaczka w kosteczkę zmienionego. Na to przyprawy- soli nieco, świeżo zmielonej, curry szczypta i garam masali takoż. Smaki przenikać się poczęły, wonczas sos pomidorowy ze świeżych zesmażonych poszedł. Teraz jeno chwilę na miękkość całości poczekać trza było i z wierzchu zsypać tartym, żółtym serem typu Gouda. Gdy ten w nitki się stopił Szczęściem do stołu poprosił i tak późne śniadanie powstało ze smakiem spożyte, lekkie, na żołądzie nie ciążące i pod taki dzień przerwy w żniwach dobre.

wyróżnienie

Zostałem dwukrotnie wyróżniony przez Szanownych Internautów, jako bloger kreatywny. Ni diabła nie rozumiem, jako człek starej daty o co chodzi, ale za wyróżnienie Danie z Zielonego Zakątka oraz Grażynie 1961 serdecznie dziękuję. Alem Ci ja ziemianin prosty, więc mimo prób wielu znaczka na swej stronie nie udało mi się skopiować i zabawy dalej pociągnąć. Oświadczam jednak, że za wyróżnienie wdzięcznym wielce i starać się dalej, gdy siły i um pozwolą, będę.

z szacunkiem wielkim w trakcie krótkiej żniwowej przerwy

Ziemianin

wtorek, 11 sierpnia 2009
pierś kurczaka curry z kokosem

Tegoroczne lato nic a nic przewidzieć się nie da, najsamprzód gorączka z nieba wali tak, że ni dychnąć, teraz gdy żniwa w dobre się rozhulały Pan Bóg nad cenami zboża dla polskiego rolnika zapłakać postanowił, to i pada. Nic to, przeżyć trza, to milsze chwile przypomnę sobie. Otóż w ostatnim czasie pod naszym dachem gościła niejaka Felixiana, osoba cicha, skromna, ale serca wielkiego, na ludzi otwarta. Przyjechała oddech złapać na życia dalszego przypadki, które po główce jej nie głaszcze. Na jej to cześć pod naszym grochodrzewem grilla postanowiłem wyprawić. W tem to celu Moje Szczęście nabyło piersi z kurczaka, niczem książka otwarte. Rozciąłem w pół i młoteczkiem powoli, delikatniusio rozbiłem, potem wtarłem czubricy nie za wiele, soli morskiej, świeżo mielonej i na to przednią, indyjską curry, szczelnie przechowaną. Poczem oliwą natarłszy do lodowni na godzin kilka schowałem. Gdy godzina oczekiwana nadeszła, mięso przyprawą naszłe wyjąłem i każdą porcję posypałem mocno zdrobnionym wiórkiem z kokosa, zamknąwszy całość w foliową kopertę, nic nie zwijając. Do mięsa dodane były ziemniaczki w mundurkach. Te zaś zanim na grilla poszły podgotowane w lekko osolonej wodzie zostały, odcedzone do foliowego naczynia przerzucone, oliwą podlane i godziwie czosnkiem niedźwiedzim podsypane, szczelnie zamknięte dojrzewać pospołu z mięsem poszły. Dla smaku urozmaicenia rozcięte, posypane startem, twardem kozim i pikantnym serem. Tak to i dobra Felixiana pod drzewem zielonym uczczona została.

Teraz rad kilka dla ogórkarzy, którzy zapasy na zimową porę szykować poczęli. Najsamprzód surowiec dobry trza dobrać, zielony i twardy, kształtny. Na litr wody łyżka soli bez jodu, i tu nowum - wrzucić korzeń chrzanowy, liść zielony takoż, czosnek ząbki trzy, kolendry ziarnek szczyptę, to gotować tak by wkład miękki był, dokładnie przez gęste sito odcedzić i ogórki w słoju zalać, przedtem włożywszy ząbek czosnku, trzy ziarna angielskiego ziela. Lepiej wystudzonym, zamknąć i spasteryzować. Wtedy pewność będzie, że do zimy twardość i jędrność towar utrzyma.

 

Do dania tego dodane zostały dla smaku zaostrzenia oliwki drelowane i duże  z pestkami, które jako widomy znak apetytu na talerzu samotnie się ostały.

niedziela, 09 sierpnia 2009
komiśniak z tegorocznego ziarna

No i tak, żniwa w pełni. Pan Bóg jednak łaskawy, pozwolił wyrosnąć, pozwala i zebrać. Jeno człowiek miesza, ceny sztucznie zaniżając, by rolnikowi godziwie za jego trud nie zapłacić. Jakoś przeżyjemy, co najwyżej mocnej pasa zaciskając. Zebrawszy pierwsze tony do sąsieka postanowiłem chleb z nich upiec, by żniwa godnie uczcić. Zakwas cały czas żywiony, zgodnie ze starodawną zasadą- 1:1,5, czyli gramów żytniej mąki 100 na 150 takoż gramów ciepłej wody, żyje u mnie od miesiąca. Proporcje dałem - dwa funty żytniej na funt pszennej mąki mojego przemiału, przyczem drugą odsiałem. Do ciasta zalanego jeno zakwasem i łyżeczką soli kamiennej i takoż półtora cukru, podczas wyrabiania dodałem 100 gram palonej pestki dyniowej. Dobrze wyrobione, by od ręki odchodziło poszło w dzieży do wyrośnięcia i tak osiem godzin w cieple stało, poczem w aluminiowej formie wytartej oliwą do rozgrzanego piekarnika do 200 stopni, obficie wodą skropionego poszło. Tam godzinę i minut dwadzieścia garowało, dwa razy leciuchno wodą skrapiane. Piec na noc wygaszony pozwolił bochnowi dojrzeć, by na śniadanie świeżutkiego można było wydać chrupiącą skórką wykończonego. Tak ziemia rolnikowi za trud jego płaci, ten zaś pilnuje by kruszynka z tego boskiego daru się nie zmarnowała, czego miejscy nijak zrozumieć nie mogą.

piątek, 07 sierpnia 2009
moje antipasto

Ziarno w polu pod zębami, po tych dwóch dniach deszczowych, nie strzelało, znaczy wilgoć w sobie przechowuje. To i też maszyny w pole nie poszły. No tom i ja został, więc postanowiłem sobie i otoczeniu podmaślić. Jako że w szklarence pomidorów sokiem tryskających dość,to i z nich delikates miał powstać. Z góry zaznaczam danie to nie dla leniuchów, co to w kuchni przyłożyć się nie lubią, bo wiadomym jest, że za smak zapłacić trzeba! No tom funtów dwa najdorzalszych naniósł, te pomocą niejakiej Felixiany sparzone zostały i ze skóry obdarte, w ćwiartki skrojone, na gorący w patelni olej ryżowy poszły. Po czasie pewnym, gdy w masę się przeradzały posypane ziołami prowansalskimi, dwie stołowe łyżki, razem pracowały. W pełnej miękkości poszły przez sito by jedwabiu nabyć na języku.




Teraz w ciepłym mleku,kubek nie za duży, by jednej grudy nie było, weszły łyżki dwie mąki z kartofli przedniego sortu. Wytrwale na średnim ogniu mieszane w gęstwę całośćzmieniły. Z patelni poszło na salaterkę i do lodowni na godzin kilka.




Przed wydaniem śmietana przednia z mleka zbierana, dobogacona łyżką majonezu i szczyptą sumaku tureckiego i odrobiną curry i cayneńskiego pieprzu w sos się zmieniła. To górę w salaterce pokryło i na stół poszło. Poezyja w gębie, jako, że chwalić się nadmiernie nie lubię skromnie zmilczę, ale delikates był to przedni, który śmiało na stoły asińdziejstwa perswaduję.

poniedziałek, 03 sierpnia 2009
wiśnie w czekoladzie do zimowego deseru

No i żniwa się przerwały, w nocy burza w tak wielka, że aż strach psów ich pazurami drzwi otwierał. Najchętniej wlazłyby pod kołdrę wyrzucając Moje Szczęście i zajmując jej miejsce, do czegom jasna rzecz nie dpouścił. Gromy przeszły, ale woda się ostała, więc teraz na ciepło dni kilka czekać trzeba.

Ja zaś postanowiłem przysmak na zimowe przygotowić. Wisienki, te co same na drzewie zczerniały i słodkości nabrały, pestki pozbawione delikatnie do garnca poszły, na ich dwa funty, jeden cukru, wody nic. Gdy sok oddały, poszły na mały ogienek i na nim trzy dni po godzin kilka ćwiczyły by syrop gęstości nabrał i barwy odpowiedniejDnia ostatniego na wierch skruszona w kostki poszła tabliczka cała dobrej jakości czekolady deserowej.

Mieszać tego do pełnego rozpuszczenia nie lza, jeno delikatnie garncem wstrząsać tak by fala kostki bujała do pełnego ich wchłonięcia przez wiśnie, które w syropie skąpane masą tą wypełnić się powinny. Po kuchni aromat boski niesie, więc natrętów trza pędzić, bo przysmak ten do otwarcia w zimowe wieczory, by choć na chwilę wrócił czar lata. Lekko bulkającą substancją wypełnić sparzone słoiki i jeszcze spasteryzować, odstawić w najgłębszy kąt spiżarni i zapomnieć, opisawszy wcześniej by wiedzieć co zimą brać. A rarytas jest to przedni.

niedziela, 02 sierpnia 2009
wielokolorowe leczo co samo wyrosło

No i w końcu ruszyły żniwa. Pogoda na razie taka co ją wymarz. Ciepło jest, wiaterek powiewa, ziarno aż dzwoni spadając w sąsiek. Jeno juże kruki kraczą, że cena będzie niska. Obaczymy.

Żniwiarze jeść muszą i to treściwie, by siły na wszytko starczyło, bo i jest na czem muskuły naprężać. No tom rano do zamrażarni zajrzał, gdzie szynka świąteczna w porcje dzielona leżała. Jak kogo ciągnie by się dowiedzieć jak robiona byłą trzebno do archiwum sięgnąć. Gdy lód oddała na patelnię poszła i brązowy rumieniec chwyciła. Z ogrodum naniósł cukinię zieloną dużą, kabaczka żółtego młodziutkiego, kabaczka jasnego w takim samym wieku i pomidorów obfitość gatunków róznych od malinowych, po bawole serca. Cukinia jeno skórkę grubszą miała to okrojenia potrzebowała, reszta w kawałki duże skrojona w całości z pestką. Wielu pestkę wyrzuca, ja zębem sprawdzam, gdy miękkka i oporu nie daje zostawiam, bo aromat i smak wzbogaca. Warzywa do mojego żeliwnego woka oliwą podlanego składam i na dużym ogniu do pół miękkości pichcę, podsypane curry, czubricą czerwoną i zieloną, łyżeczką garam masala. Gdy do stanu oczekiwanego dochodzą a pomidory sos pyszny tworzą, topię szynkę w porcyjnych kawałach i wszystko to razem do gotowości dochodzi. Nie tylko ja, ciężko pracujący przy ziarnach, ale i reszta cała wok w mig wypróżniła, bo w letni czas nad warzywne posiłki nie masz, szynka dla żniwiarzy.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl