wtorek, 31 sierpnia 2010
trzydzieści lat minęło, ja sery robię Heni Krzywonos na chwałę

No i proszę, to już trzydzieści lat minęło od tamtego sierpnia. Pamiętam go doskonale. Byłem wonczas młodym, choć nie najmłodszym, co to mikrofon trzymał i tak zwane sitko do gadania innym podsuwał, przed kamerą się pysznił. Łyk swobody  co się zachłysnąwszy, audycję na żywo, bez cenzury puszczać pozwalali. Wiedzieli co robią, cenzor siedział w nas samych. Chwilę to trwało i z roboty mnie wyrzucili, mam kwit z IPN, żem ofiara tamtego czasu, tylko z powodu, że twardy przez sedes go nie spuszczę. A wszystko przez takich szkodników jak niejaki Jaruś, co to na kotach się zna, a nas obywateli za glinę bierze, z której lepić chce coś na swoje podobieństwo. Brrrrr, już mnie trzęsie. Toteż sery robię, z mleka niepasteryzowanego i jak się okazuje ludziom, moim przyjaciołom, smakują! Pilnuję, warzę, temperatury strzegę, potem w piwniczce wilgotoności, jak dzieci swoje przewijam, co raz na boczku kładę, solą nacieram, kąpię, oliwkuję.

To i też jak dzieci swoje, gdy świat mam je puścić, wargę gryzę i żal mną trzęsie. A tu stało się. Po Jarmarku Jakubowym w Szczecinie i Festiwalu Smaku w Grucznie, posypało się jak z dziurawego worka. Tam sprzedało się wszystko, a i teraz opędzić się nie mogę, zamówienia sypią się jak opętane. A ja wydając po krążku, jakbym dzieci w świat posyłał. Jeno mi je dobrze traktujcie, bo nie strzymam.

Ten czarny na pamiątek baby, co jaja ma większe od niejednego kurdupla nazywam KRZYWONOS i niech się Świętej Pamięci Maciek Kozłowski w niebie śmieje, wódkę pilim gdy w Poznaniu grał. A teraz za babę duży łyk dereniówki  wezmę. Henia Twoje zdrowie!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Felixiany tort naleśnikowy wszystkomający

I znowu Feli, widząc zaniedbania Ziemianina, niezawinione zresztą, a spowodowane nadmiarem obowiązków gospodarskich,   wobec swojego własnego dziecka – tegoż  bloga, wspomogła go kolejną pychotką:

"Niedziela, czas nieco spowolnił. Po głowie chodzą różne pomysły obiadowe, żeby tak raczej nie banalnie,  za to oryginalnie nieco i żeby zdrowotności sprzyjało.

I wymyśliłam sobie, że naleśniki, a i owszem, ale inaczej tym razem, czyli tort naleśnikowy.

Jakież tu można farszyki wymyśleć! Ile dusza zapragnie!

 

Ale najpierw  sposób na naleśniki, który wybitnie współgra z wszelkimi jarzynkowymi różnościami, czyli jak francuscy mistrzowie kuchni czynić lubią:  2 czubate szklanki mąki zalewam  ciepłym mlekiem (półtora  szklanki) , dodaję w zależności od gatunku mąki szklankę do półtorej letniej wody , szczyptę soli, dokładnie mieszam i odstawiam, żeby w spokojności mąka spęczniała przez jakieś 20 minut.

Potem dodaję 3 żółtka, stopione i ostudzone 10 dkg masełka i znowu dokładnie mieszam.

Na końcu po trochu dodaję pianę ubitą z białek  z odrobiną cukru i delikatnie wszystko łączę. I ciasto naleśnikowe gotowe. Naleśniki są nieco grubsze od tych popularnych, ale właśnie o to chodzi, żeby takie były. Są puchate i bardzo elastyczne, świetnie się nadają do wszelkich zawijańców. Tym razem wystąpiły w nowej roli, bo zostały przełożone różnistymi nadzieniami i stworzyły smakowity i kolorowy  tort.

W roli farszyków wystąpiły:

- mięsko drobiowe wyłowione z rosołu, zmielone, dosmaczone solą cebulową, czosnkiem, cayenne, czosnkiem niedźwiedzim,  wbitym 1 jajkiem i napojone pół filiżanką rosołu, żeby nie było zbyt suche i gładko się smarowało

- szpinak odparowany, przesmażony z czosnkiem i solą, zaciągnięty surowym żółtkiem

- czerwona soczewica, ugotowana  do miękkości i podprawiona czosnkiem i tymiankiem (preferują czerwoną, a nie zieloną, bo: dużo szybciej sie gotuje, jest delikatniejsza i bezłuseczkowa)

- 6 dorodnych pomidorów, sparzonych, pozbawionych skórki i pesteczek czyli wewnętrznej mokrości oraz 2 dużych czerwonych papryk pomidorowych opieczonych w piekarniku i też potraktowanych jak pomidory, czyli bez skórki i pesteczek. Tu się przydał mój ukochany kręciołek do jarzyn, bo rozdrobnił na  miazgę prawie pomidory i paprykę, które powędrowały na patelnię z masełkiem, solą i odrobiną cukru, żeby resztę wilgoci oddać. Zrobiła się wspaniała pasta pomidorowo-paprykowa. Jeszcze odrobina bazylii i wyszła pychota absolutna.

- następny i ostatni farsz to mieszanka startych na grubej tarce i podduszonych na oleju ryżowym warzyw: marchewka, pietruszka, seler oraz por pokrojony drobniutko, dużo zielonej pietruszki. Wszystko dosmaczone czosnkiem niedźwiedzim, solą morską, kurkumą, cayenne i odrobiną garam masali.

Teraz wystarczyło naleśniki poprzekładać tymi specjałami, zaczynając od dwóch ułożonych na wysmarowanej oliwą extra vergine formą i dalej w dowolnej, ale komponującej się kontrastowo kolejności nadzienia.

Do zwieńczenia wierzchu tortu posłużyła cukinia podsmażona na ryżowym oleju, reszta pasty pomidorowo-paprykowej, serek salami i oliwki (tym razem zielone) dla dekoracji.

Tak się prezentował torcik przed zapieczeniem w piekarniku, gdzie powędrował na półgodzinny odpoczynek i dojście do odpowiedniej formy i temperatury wszelkich ingrediencji.

A tak po przekrojeniu,  kiedy pysznił się wszystkimi wesołymi i smacznymi kolorami.

I przyznam się nieskromnie: warte było zachodu, bo stołownicy z lubości przymykali oczyska i peany pochwalne zostały odśpiewane.

Smacznego!"

 

piątek, 27 sierpnia 2010
rydzykowe obżarstwo- a radia i tak nie lubię

Wróciłem Ci ja z Gruczna, syt wrażeń i chwały, z tarczą a nie na niej. Sery poszły jako ta woda w strumieniu, a ilem się pochwał nasłuchał, jeszcze by jednego brakowało bym w nie wszystkie uwierzył a woda sodowa by w łeb poszła. Nic to do świata trzebno było wrócić, ziemię d..ą odbić by realność zaskrzeczała. Żniwa nie skończone, woda z nieba jako się lała, tak się i leje. W nieobecności mleka mi pozakwaszali, to i smażył ser będę. Jednako o produktach mlecznych innym razem upiszę, jak mnie wena zejdzie, taraz dla serca pocieszenia w las poszedłem by o troskach bieżącego życia zapomnieć. Zjechała w Dwór Elżybieta, co to domowniczką juże prawie jest i o tytuł klucznicy się ubiega, a że bestia sprawna jest tom ją jako charta w bór puścił i zdobyczy naniosła tyle, że ho,ho. Mnie starego wygę o długość pobiła. W koszu zaroiło się od rydzów, grzybów chyba smakowitości największej ze wszystkich mi znanych. Pani Matka zręcznie je sprawiła, znaczy jeno wytarła eczniczkiem papierowym, nie płucząc. Na patelnię zlałem olej palmowy by dno pokrył, na to rydze blaszkami do góry i wtedy sól w nie lekko, poczem pieprz świeżo mielony, gdy siądą na drugą stronę i wtedy świeżego masełka by sosik do bułeczki był.

Gdy lekko spieczony na talerze, gdy nawet ziarnko piasku między zębami chrupnie, nic to smak bogaty to uniesie. Tak patelni pełnych cztery zeszły, gdy już pasa popuszczanie na nic się nie zdało, sjesta została zarządzona. Jeno mi żal, że Szczęście Moje miasta dużego strzec musi i w uczcie towarzystwa nie dotrzymywało. Grzyby lubię, a katabasa i tak nie znoszę. Kto to widział takie smakowite dać mu nazwanie.

niedziela, 22 sierpnia 2010
Felixiany Sposób na gołąbki nr dwa i trzy/czwarte

Podczas, gdy Ziemianin w Grucznie sie bawi, Felixiana (przy mojej Emki, skromnej pomocy)za niego robote blogową odwala. Ale jaką! Oto kolejne palce lizać:

"Dlaczego taki przewrotnie? Bo sposobów na pyszne gołąbki jest co najmniej kilka, a z przepastnej czeluści mojej kulinarnej pamięci wydobyłam sposób uznany przeze mnie jako drugi a z następnego  też dużo wzięłam i tak wyszło. Gołąbki niby nic nowego, ale jak człowieka coś najdzie, to nawet jak letni czas jeszcze, ma ochotę na treściwsze danie. Choć nie byłabym sobą, gdybym nie starała się uczynić danko nieco lżejszym.

Mój sposób nr dwa to farsz na bazie mojej ukochanej kaszy gryczanej i mięska. Tym razem dość chudego, bo od szynki (takie się napatoczyło).  Z następnego przepisu  do kompletu wystąpiły grzyby i ulubiony wielce seler naciowy.

Najpierw piękna biała kapusta pozbawiona głąbika sparzona została i listek po listku pięknie rozebrała się ze swoich sukienek. Potem 4 dorodne prawdziwki oddały swój wyborny aromat do wywaru, w którym potem uprażona kasza ugotowała się na sypko.

W  tym też czasie drobniutko posiekana cebulka, kilka łodyg selera naciowego pokrojonego cierpliwie w małą kosteczkę, zeszkliły się na oleju ryżowym.

Do towarzystwa na patelnię trafiły posiekane ugotowane grzybki.

Przekręcone przez maszynkę mięsko, kasza i pozostałe ingrediencje posolone i potraktowane świeżo zmielonym pieprzem, pospołu utworzyły pyszny farsz. Mięciutkie listki kapusty otuliły go i zgrabne gołąbeczki ułożone na podkładzie z pozostałych małych liści umościły się w głębokiej dużej patelni.

Zalewę do gotowania gołąbków zrobiłam dość tradycyjną,  która moim skromnym zdaniem, (z którym się całkowicie zgadzam),  pasuje do wielu warzyw, które muszą zostać podduszone, aby doszły swego i nabrały właściwego sobie smaczku. A więc woda lub lekki rosołek, masło, odrobina soli, cukru (wspaniale się komponuje prawie z wszystkimi jarzynami), no i tym razem jeszcze trochę prawdziwkowego wywaru. 

Do tego  sos też tradycyjny, bo pomidorowy, gęściutki, z własnego przecieru, ubogacony dobrą (no nie taką jak Twoja oczywiście) śmietanką i szczyptą cukru (a jednak!)

Całości dopełniły plastry cukini leciutko przesmażone na ryżowym oleju, ale nie panierowane jak Twoje, bo miały być bardziej light.

I tak pracowity dziś bardzo dzień, został uczczony pysznym a jednak lekkim dankiem, ku uciesze wszystkich."

A ja życzę wszystkim smacznego!

środa, 18 sierpnia 2010
biskupi bełkot, a ja cukinię smażę

No i znowum się zdenerwował. Hierarchowie strojący się w piórka pochodzące z naszego majątku w postaci darowizn z resztek co z wojennych pożóg ocalone, patrzmy na te hektary, które ci z bożej łaski rolnicy posiadają, uważają, że reprezentują naród. Tfy, jeszcze trochę a świątynie puste stać będą, jak długo bowiem w takim zakłamaniu żyć można. Do pasji doprowadził mnie jeden znany pod pseudonimem Głodna Flaszka. Mówi, że rozdział jest w społeczeństwie, że pomnika się domagają, a jak go nie będzie to mąt wielki. Bzdura totalna, mała banda nierobów, co im Ksiądz Grzybek łby pozatruwał krzyża bronią, toż to po małemu rokosz czyniony przez małego człowieczka, co wybory przegrał. Wszystko przeciw zgodnie z prawem obranemu.Niedobrze się robi, ale oni się doigrają, prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. Nic to rozgoryczenie ze mnie bije, bo zniw skończyć nie mogę. Tak więc poszedłem do ogrodu, cukinię wziąłem, młodą, ze skórką jeszcze miękką, w plastry skroiłem,

solą posypałem, na papierowym ręczniczku złożyłem by nadmiar wilgoci odebrać. Potem jeno czerwoną papryką posypałem, oblepiłem zmieszaną mąką pszenną, tortową z kukurydzianą i rzuciłęm na mocno rozgrzany olej palmowy. Obok zaś skrojone pomidory własne w ćwiartki posypane cukrem brązowym spiekły się w piecu,

potem przetarte przez sito poszły do dobrego rosołu na kurzych skrzydełkach.

Tak to i lekki obiad powstał, ale smakowity wielce.

wtorek, 17 sierpnia 2010
wątróbkowa błyskawica

Nic a nic pan Bóg z pogodą nie trafia. Jak było chwilę spokojnie to znowu ulewę popuścił. Ja mieszkam na piaskach to i nic nie grozi, chyba, że grad albo i trąba powietrzna przyjdą. Jednako szczęściem od tegoż Boga dawno, dawno takich nieszczęść tu nie było. Ale żniwa nędzne, teraz wychodzi ta gorączka, co kłosy przypaliła i kombajn puste młóci. Uch powzydychać trzeba bo inaczej człek by nie pożył.

Czasu mało tak to i więc jakem przy kuchni przysiadł to by coś na szybko upichcić. Wybrałem moją ulubioną, drobiową wątróbkę. Najsamprzód na patelenkę oleju, po kolei palmowego, sezamowego i oliwy przedniej dwie łyżki, na to mieszankę przypraw - curry, garam i chana masalę, do towarzystwa garstkę rodzynek i po chwili z ogródka przyniesione, zgrabnie skrojone trzy młode cebulki. Gdy całość aromat oddaje szybko na to wątróbki i niech się obtoczą, skwiercząc lekkiego brązu dostaną, jak sos odparuje kilkoma łyżkami wina rose trzeba go rozciągnąć.  Alkohol  musi odparować  i potrawa gotowa. Wydałem z ogórkiem lekko ukiszonym z własnego ogródka i kromką chleba by było czem sos z talerza wymieść. Całość trwa minut dziesięć a pyszność taka, że się sztućce wylizuje.

sobota, 14 sierpnia 2010
Multijarzynówka na upały

Od zup jarzynowych to ja jestem specjalistka. Szczególnie dbam o ich lekkostrawność i zachowanie roli tzn. żeby pobudzały apetyt przed daniem głównym, nadmiernie nie napełniając żołądka. Na upały nie ma to jak multijarzynówka. Przygotowanie jest bardzo szybkie (upał!), pod warunkiem posiadania zamrożonego bulionu.

Można oczywiście zrobić na kostce ze sklepu, ale mnie osobiście odpowiada własny domowy bulionik. Bierzemy wszystkie dostępne, sezonowe jarzynki, siekamy na drobne kawałki. W mojej zupie znalazły się marchewka, pietruszka, kalarepka, seler, por,

buraczki ćwikłowe razem z młodymi listkami.

Obowiązkowo pomidory, w celu obrania ze skórki, nacięte na krzyż i sparzone,

a także kapusta włoska pocięta na cieniutkie paseczki w zastępstwie makaronu.

Wszystko to zalewamy wodą i wrzucamy zamrożony bulion. To wszystko gotuje się ... tyle czasu ile trzeba, to znaczy do ulubionej miękkości jarzynek. Piętnaście minut przed końcem gotowania wrzucam zwykle kalafiora podzielonego w drobne różyczki. Jeżeli ktoś chce się bardziej taką zupą nasycić dodaje ziemniaki w kostkę pokrojone. Może nie każdy takie dietetyczne danka lubi, ale zapewniam Was, że zjedzenie tej zupki nie obciąży żołądka, a jedzenie nie będzie męczące. Nie wiem jak Wam, ale mnie kiedy na dworze gorączka, sama tak zupa starczy za cały obiad.

czwartek, 12 sierpnia 2010
przepraszam, nie gotuję bo żniwuję

No i pogoda w końcu dopisała, nie pada, Pan Bóg łaskawy dla rolnika. Ciepło jest, gorąco, żniwa ruszyły pełną parą. Nie jest dobrze, nie sypie tak jak należy, albo wymakało albo suszyło, ale to co wyrosło zebrać trza, tak jak czynili oćcowie. tak więc zawiesiłem kucharski fartuch na kołku, ale tylko na chwilę i nie gotuję, przewalam tony, macham szypą, rozładowuję, załadowuję, silniki przy dmuchawach i żmijkach się grzeją, trzeba czas nam dany wykorzystać do cna, nie wiada jak długo to dobro trwać będzie. Tak więc robota goni, dlatego też czasu nie ma by do stolicy pojechać, krzyż pooglądać. Ja sobie go z ziarenek usypię, a tych bezrobotnych co tam stoją na gospodarstwo zapraszam, przyda się każda para rąk. Pani Matka ma jednak lepszy pomysł, który władzom podsuwa. Wywieźć ich wszystkich do Bogatyni i do usuwania szlamu zapędzić, tam ten swój krzyż pański szybko by znaleźli.

I to by było na tyle. Życzcie szczęścia rolnikowi.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010
muszle Świętego Jakuba na cześć Giena

Pewnego pięknego dnia bloger znany i w świecie bywały niejaki Gieno Brzuchomoowca zaprosił mnie do miasta Szczecina na Noc Śledziożerców. Impreza to już sławna i przez miejscowych gourmandów uznana. Zjeżdża się ich wielu na noc jedną do przybytku pod nazwą - Na Kuńcu Korytarza, a mieszczęcego się w Zamku Książąt Pomorskich i rozpoczynają biesiadę, taką że i w końcu brzuch prawie pękać zaczyna. Nie będę ci ja opisywał mecyi, które na stól wydane zostały, bo je w blogu Giena szczególowo opisane znajdziecie, odsyłam również do zapisków Adama Chrząstowskiego, znanego krakowskiego restauratora, który równe cuda czarował. Ja zaś przywiozłem tort śledziowy, którym nazwał muszle Świętego Jakuba. Czemu zaś tak - wyjaśniam. Otóż Noc Śledziożerców poprzedził jarmark pod wezwaniem tegoż świętego, na którym to moje skromne sery uznanie kupujących znalazły, tak to i cała piwniczka w ludzi poszła. Dlatego też i w ten skromny sposób chciałem i ja Patrona uczcić. Zapach kozich produktów już w dojrzewalni narasta, bo i przecież termin Gruczna się zbliża. Teraz wróćmy do muszli. Znalazłem ci ja makaron włoski w kształcie pięknie duże schronienie skorupiaków naśladujący. Więcem je surowe wziął i farszem napełnił. W jego skład pół na pół wszedł śledź solony, dobrze w słodkiej serwatce dwa dni wymoczony i pikling.

Oba dobrze ze skóry i ości rączkami Felixiany i Pani Matki obrane, umieszane, dobawione świeżo utartym imbirem i dla sklejenia żótkami dwoma, sól i pieprz do smaku, nieco cebulki drobno usiekanej, tak to w masie muszle zatkane zostały. Potem ułożone w formie tortowej pojechały do Szczecina.

Na Kuńcu Korytarza dzięki wielkiej uprzejmości Bolka, restauratora zacnego potrawa szlif dostała. Białka z jaj dziiesięcu ubite zostały, posolone,na koniec rozciągnięte żółtkami i muszle zalały. To w piec poszło by dojrzeć. Dobrze je jeszcze w trakcie pieczenia wodą spryskać mgiełką. Gdy całość wyszła sosem z udziałem świeżych pomidorów w kosteczkę skrojonych, z papryką takoż, rozciągniętych majonezem na przedniej oliwie  pierwszego tłoczenia polana została i gourmandom wydana. Zdjęcia znajdziecie takoż u Giena, bo i kolejny raz do opisu uczty zachęcam.

sobota, 07 sierpnia 2010
kęsy kurczaka curry w sprawie krzyża

Diabła tam, nadal ten rok nieskładny jest nijako. Zamiast sucho to leje, jak nie leje to siąpi przenikając kłos. Nic a nic zniwa o krok nie bliższe. Człek na próg domu wychodzi i na płacz mu się zbiera, jedynie dlaczego nie rosi, to by wilgoci w przyrodzie nie zwiększać.Uch tam, jakoś to będzie, bo być musi. Krzyżem sobie z kęsów kurczaka na stole ułożył i straż przy nim będę trzymał i przed Prezydentem go bronił! Może Ksiądz Grzybek co kulinarne ma nazwisko w blogosferę wejdzie i poradzi co z mohera można upichcić. Od tej wilgoci i widoku oszołomstwa w Stolicy człekowi się w głowie zajączkuje. Wracając do kurczaka - pociąłem filet w kawałki duże, w miarę kształtne i w  curry com je z zimowej pielgrzymki do Egiptu przywiózł obtoczyłem, dla mokrości, smaku i koloru dałem oleju palmowego łyżek ze cztery, czosnku pogniecionego i soli morskiej nie za dużo do smaku. Tak sobie przez nockę w lodowni poleżał. Na czterdzieści minut przed obiadową porą wrzuciłem ci ja go do torebki plastikowej i wsypałem pół szklanki przesianej mąki. Przerzucane kawałki od oleju śliskie bardzo ładnie się obtoczyły. Patelnia dobrze nagrzana z olejem ryżowym łacnie kurczaka przyjęła i na piękne złoto go zrumieniła. Na sam koniec sos rozciągnięty został szklanką śmietany z łyżką pomidorowego koncentratu.

Chwilę krótką popyrkał lekko winem rose, własnym z piwniczki, podlany, by nie za gęsty, dobrze rozmieszany, bez grudek i poszedł z ryżem ugotowanym na sypko. Danie smakowało wszystkim, tak więc z talerzy szybko zniknęło.

wtorek, 03 sierpnia 2010
Felixiany ogórkowe letnie fantazje

Letnia kanikuła trwa, ale w Ziemiańskim gospodarstwie dzieje sie oj dzieje. I znowu był powód przygotowania lekkiego posiłku co to syci, ale wnętrza nie obciąża za bardzo. Jako, że mam skłonności do rzeczy powtarzalnych, znowu nasunęły mi się na myśl jakieś faszerunki. I oto co z tego wyszło:

Z ogrodu trafiły do kuchni piękne duże ogórki, które chciałam trochę niecodziennie wykorzystać. I tak zostały obrane, przepołowione, pozbawione pesteczek  i jeszcze trochę wydrążone łyżeczką tworząc zgrabne i pojemne łódeczki. Uprażona na masełku i ugotowana na sypko kasza gryczana trafiła na patelnię, gdzie połączywszy swoją smakowitość z boczusiem wędzonym skrojonym na skwareczki i  wytopionym z niego tłuszczykiem, wchłonęła zawartość dwóch kurzych jajek, żeby występując w charakterze farszu trzymała się dzielnie wypełniając kopiasto łódeczki ogórkowe. Podobnie jak pomidory faszerowane w berecikach, tak i ogórkowe łódeczki powędrowały do rondla do takiej samej zalewy (woda, masełko, sól, cukier) i popracowały tak na małym palniku do miękkości tych ostatnich.

Przepyszny sosik pomidorowy przygotowany przy okazji faszerowanych pomidorów czekał sobie w lodówce na wykorzystanie. Bo i przydał się w tym momencie wspaniale dopełniając smaczności dania ozdobiwszy pięknie kaszę i ogórki. Do tego poszła reszta sznycelków co to już były opisane. I tak następny letni obiadek się udał ku zadowoleniu stołowników

niedziela, 01 sierpnia 2010
Felixiany pomidory w berecikach z antenką

W letni ciepły dzień czas pomyśleć o jakiejś lekkości na talerzu. Widok dużych jędrnych pomidorów, które "byczymi sercami" zwą, zrodził pomysł i zdecydował o wyborze dania.

Na początek pomidorom zostały odcięte górne części wraz z pozostawionymi ogonkami. Następnie ostrożnie zostały pozbawione przy użyciu łyżeczki całego soczystego wnętrza, które po dodaniu łyżeczki pysznego masełka (wybornego Ziemiańskiego wyrobu), soli, pół łyżeczki cukru i świeżo usiekanej bazylii oraz lekkim odparowaniu utworzyło wspaniały sosik, przeznaczony do wykorzystania w następnym daniu. W czasie kiedy pomidorowy sosik pyrkotał na patelni, gotujący się pachnący jaśminowy ryż doszedł miękkości właściwej. Ubogacony smakowo czosneczkiem, kurkumą, cayenne i czosnkiem niedźwiedzim wypełnił pękate pomidorowe "czarki", które zostały przykryte odłożonymi wcześniej pokryweczkami-berecikami z zielonymi antenkami i poszły do rondla wypełnionego na 2 cm zalewą z wody, łyżki masełka, łyżeczki cukru i 1/3 łyżeczki soli. Całość na małym ogniu pomalutku się poddusiła aż pomidorowe czareczki doszły miękkości, co dzieje się zwykle dość szybko.

Reszty dania dopełniły: przepyszna fasolka szparagowa dwojga rodzai: fioletowa i zielona, świeżo w ogrodzie narwana i po ugotowaniu z wody podana oraz sznycelki spreparowane sprytnie z mięska obranego z kilku skrzydełek i dwóch udek, co smakowitość swoją oddały dzień wcześniej do rosołku. Mięsko zostało zmielone z usiekanymi świeżymi ziółkami: bazylią, miętą, zieloną pietruszką i czosnkiem, łyżką tartej bułeczki i dwoma jajeczkami kurek liliputek, doprawione solą morską i świeżo zmielonym pieprzem. Utoczone zgrabne sznycelki lekuchno tylko się na patelni podsmażyły i spoczęły na talerzach wśród fasolki i pyszniących się kolorkiem i zawartością pomidorowych czarek w berecikach.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl