środa, 27 sierpnia 2014
Było Gruczno i łza się w oku kręci

Niestety, miło było ale się skończyło. Znowu rok trzeba czekać by się powtórzyło. Oświadczam wszem i wobec - Gruczno jest jedynym festiwalem z odbytych do tej pory, który trzyma poziom. Zasługa to grupy zapaleńców-wolontariuszy z Jarkiem Pająkowskim, zwanym "Pająkiem", którzy co roku tkają tę misterną sieć. Wszystkie pozostałe podupadają na zdrowiu, albo się kończą. Piękne Wdzydze Kiszewskie z ich skansenem zarżnięto. Bilet wstępy wywindowano na 15 zeta. Wejdzie czteroosobowa rodzina, sześć dyszek pada, coś wypiją, zjedzą, stówy nie ma, gdzie tu zostawić coś na zakupy. Wystawcy klęli na czym świat stoi i odgrażali się, że w przyszłym roku nie przyjadą. Poznań wywindował ceny domków na niebotyczny poziom, nie zachowując się przy tym fair wobec tych, którzy ten haracz zapłacili. Czysta komercha, żaden slow food, żadne szerzenie idei, tylko nabijanie kabzy. Tak więc zostało Gruczno i nie zawiodło. Po pierwsze ścisła weryfikacja wystawców, z ulicy się tu nie dostaniesz, po drugie atmosfera, przyjaźni ludzie, służący pomocą. Alejka serowarów jak zwykle wypełniona po brzegi, same pyszne smaki. Sylwia i Rusłan ze swoimi frontierami, prawdziwe koryciny dające się zjeść, Mariusz Purgał i jego pyszności w tym klasztorny z najwyższej półki, sery Bożenki Sokołowskiej, dla miłośników serów świeżych łapiące za oko piękne wynalazki Kaszubskiej Kozy. Przytulił się do nas Ojciec Patryk, zacny Benedyktyn ze swoimi nalewkami służącymi ku zdrowotności. Tłum więc walił liczny i miał po co. Moje rzecz jasna przyciągały zapachem, dzieciaki przechodząc obok zatykały nosy, ale dorośli wciągali aromaty z lubością. Przyszedł Jean Bos twierdzący, że moje to najlepsze na świecie, jadł te najostrzejsze, którym sam nadał nazwę - Onuce carskiego sołdata i coś w tym było. Posilaliśmy się żurkiem Jaśkowej Zagrody, pierogami od Piotrka Lenarta z jagnięciną, lodami od Misia. Brakło jedynie filii Togi i jej winiarenki z Piotrkiem Michalskim, ale to nadrobimy w Lublinie, któy przed nami. Teraz tylko wypada tęsknić cały rok by wrócił klimat Gruczna.

Tagi: Gruczno
11:32, mag-43
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 sierpnia 2014
cacana zapiekaneczka

Kupiliśmy z Moim Szczęściem nowe naczynie ze szkła hartowanego. To i trzeba było je niezwłocznie wypróbować.

Moja nieoceniona pomocnica ugotowała kaszę pełnoziarnistą swoją metodą, dodając spore ilości kurkumy, czyli na dwie szklanki wody jedna pełnego ziarna, do wody wrzucony czosnek i soli do smaku. Wszystko to zagotowane, chwilę poperkało na wolnym ogniu, potem w ręcznik i pod kołdrę na dobrych kilka godzin by doszło. Zaręczam ziarnko w ziarnko, każde miękkie, pełne smaku i soczystości. Wziąłem naczynie wysmarowałem oliwą, wysypałem tartą bułką, na to poszła kasza, na nią skrojona w cienkie plasterki cukinia, by warstwę wypełnić posiekana papryka mała ostra i jabłkowa, łagodna, dalej mięso wołowo- wieprzowe doprawione delikatnie na palec-kciuk grubo, w poziomie rzecz jasna, znowu kasza, na nią plastry pomidora z ogrodu prosto. Wszystko to poszło do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 45 minut. Po tym czasie rozrobiłem kwyrlejką dwa całe jaja, wlałem sto gram dobrej śmietany i tym zalałem zapiekankę odkrywając ją na ciepło. Wszystko doszło w 15 minut. Było syto, zdrowo i pysznie.

To co zostało popróbuję następnego dnia, bo jak wieść gminna niesie odgrzewane najlepsze. Może jeszcze tylko tartym serem, swoim rzecz jasna, takim dwumiesięcznym posypię.

niedziela, 10 sierpnia 2014
przyjęcie na dziesięć fajerek

Zjechało we Dwór ciekawe towarzystwo. Para niezwykle dobrana, może dlatego, że pełna przeciwieństw. Maciej - spokojny, wyluzowany, bardzo poukładany, Iga- rozedrgana, nie potrafiąca usiedzieć na miejscu, poza tym beserwiserka, czyli wszystko wiedząca najlepiej, trudna osóbka. Między nimi Paulina, żona Maćka, spełniona matka Polka z uśmiechem obserwująca słowne zmagania tej dwójki. Oni zaś to znani blogerzy winno kulinarni - Wino na Widelcu. Nie będę się więc rozpisywał na temat kurczaków zrobionych przez Moje Szczęście, wyluzowanych pięknie i faszerowanych. To zrobią oni, ja jeno uzupełnię. Na pierwsze bowiem podałem zupę. Najpierw był rosół sklarowany,zmienił się w galaretkę w lodówce, dodałem do niego moje kiszone ogórki mocno starte, całe pół kilo na 1,5 litra już rozgrzanego. Zgodnie z tradycją powinienem całość zagęścić ugotowanym i skrojonym w kostkę ziemniakiem. ja natomiast w grube sześcianiki przygotowałem cukinię, którą wrzuciłem na głęboki olej i zasmażyłem, wyciągnąłem na papierowy ręczniczek, dobrze odsączyłem z tłuszczu i wtedy wzbogaciłem nią zupę.

Wystarczyło zaciągnąć śmietaną i było pysznie. Moje Szczęście warzywa z rosołu rozdrobniła z kalafiorem, dorzuciła posiekanego szpinaku, dodała ziaren słonecznika, posoliła, popieprzyła, zakurkumiła i zaczosnkowała, ale lekko. Włożyła to do ciasteczkowych foremek i zapiekła.

Wszystkie te cuda przyrządzone były po to by wzbogacić winną ucztę, bowiem Maciek wyciągnął z piwniczki aż 6 butelek (!) win różnorakich do testów. Było więc co degustować. Do tego dodać należy deser sporządzony z czystego świeżaka, melona Galia, malin z krzaka, oliwy truflowej i rzecz jasna naszej konfitury pomarańczowej. Całość ozdobiona kwiatami pysznogłówki i floksa.

Zwieńczeniem dzieła była deska serów. Ale o łączeniach smaków poczytacie na stronie Wina na Widelcu.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl