czwartek, 30 września 2010
frustracie idź do kuchni

Rzecz niesamowita, przeczytałem ostatnio, że jedna piąta Polaków jest sfrustrowana i tak naprawdę nie wie co ze sobą zrobić. Siedzą ci oni przed telewizorami, za berło władzy uważają pilota, żrą różne fast foody, chrupkami się opychają i nic ich nie interesuje. No, nie, obrzydliwość jedna, prosty stąd krok do amerykańskiej słoniowatości, przelewających się pośladków, fałd, fałdzisk wielu, podbródków czterech. Ten zaś zalewający wszechobecny tłuszcz powoduje, że toniemy w apatii, bo dodatkowo dochodzi zapaść - jesteśmy brzydcy, nikt nas nie chce, w związku z tym oglądamy w szklanym pudle tych lepszych, tych którym się udało. Przypomniała mi się w tym momencie przeczytana kiedyś informacja o Paulu Newmanie, moim ulubionym aktorze, którego kreację w "Żądle" mogę oglądać i ze sto razy. Otóż będąc spełnionym człowiekiem, nie narzekającym na brak mamony, zabrał się za tworzenie sosów. Poszło mu tak świetnie, że zaczęło mu to przynosić niemałe zyski. W całości przeznaczył je na cele charytatywne. Niemniej jego dodatki kulinarne w Stanach cieszą się niesłabnącym powodzeniem do dziś. W dzisiejszych zglobalizowanych czasach droga do sukcesu prowadzi jeno poprzez zagospodarowanie nisz. Moim zdaniem jest ich sporo właśnie w kuchni, w produktach regionalnych, wytwarzanych metodami tradycyjnymi. Dlatego głoszę - jeśliś sfrustrowany, jeśłi nic Cię nie cieszy - idź do kuchni! Język jest znakomitym probierzem, najpierw poeksperymentuj na rodzinie, potem rusz na podbój świata. Internet dodatkowo stwarza nieprawdopodobne możliwości dotarcia do potencjalnych klientów. Wiem to po moich serach.

By zaś tych co jeno z pilotem w ręku siedzą zachęcić prezentuję moją najnowszą serię - twardych serów w środku doprawionych aromatyczną pleśnia.

Pyszota!!!!!

wtorek, 28 września 2010
Felixiany grzybowa subtelność czyli sufleciki

Feli, po obfitym grzybobraniu w wielkopolskich  lasach, obiecała przepis na danie z grzybów. Oto i on:

"Niedziela, pogoda dostosowała się dziś zgodnie z z prognozą do tej kalendarzowej jesiennej. Trochę luzu i jak to bywa w takich chwilach, przyszła chęć na jakiś niecodzienny obiadek.  Czas również spełnić obietnicę przyrządzenia oryginalnego grzybowego danka. Tym razem były to delikatne, pachnące grzybowe suflety.

Nie czekając na zimę uszczknęłam nieco z przywiezionych skarbów natury z pobliskiego grzybnego lasu w ziemiańskich stronach.

Do realizacji mojego pomysłu, czyli suflecików grzybowych nadają się wszelkie grzybki leśne: podgrzybki, maślaki, bosko pachnące borowiki, rydze, kanie, kolorowe kurki, ale też grzyby hodowlane: pieczarki i boczniaki. Ja wybrałam maślaczki i to z dwu powodów. Pierwszy to ten, że mogłam błyskawicznie przygotować obiad, bo grzybki już gotowe, przesmażone na masełku z zeszkloną cebulką i spasteryzowane, pysznią się na półeczce, czekając na zimowe okazje, kiedy tęskni się bardzo do dni lata. Drugi to po prostu rodzinne upodobanie do tych delikatnych grzybów.

Ale gdyby nie były gotowe, to przesmażyłabym je na maśle qhee lub oliwie extra virgin posiekane w kosteczkę z przetartym przez praskę ząbkiem czosnku, łyżeczką suszonego tymianku, solą i pieprzem.  Po przesmażeniu maślaki domagają się jeszcze kilku łyżek śmietany i duszą się do miękkości, po czym odpoczywają sobie i studzą.

Ciąg dalszy działań nastąpił jak masa grzybowa była tylko letnia. Wtedy dodałam do niej jajka (po dwa na osobę), a właściwie rozdzielone żółtka i białka. Do masy poszły żółtka, a z białek ubiłam sztywną pianę i delikatnie zmieszałam z całością. Dzięki właśnie dodaniu piany sufleciki są delikatne i rozpływają sie dosłownie w ustach.

Wtedy żaroodporne foremki wysmarowane obficie oliwą napełniły się smakowitą, puchatą masą. Sufleciki piekły się w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku przez 30 minut.

Lubię wesołe kolorki na talerzu, więc sufleciki ze względu na "grzybkowy" troszkę bury kolor, dobrze podać na zielonej sałacie.

Dla dopełnienia smaczności i kolorków pojawił się wianuszek z podsmażonych plastereczków mojego ulubionego warzywka: cukinii, z kleksikami (już opisanej przy okazji tortu naleśnikowego) pasty pomidorowo-paprykowej tym razem z dodatkiem bazylii i kaparów.

U mnie suflety wystąpiły jako leciutkie danko obiadowe, ale mogą służyć znakomicie jako entree czyli przystawka. Słowa pochwały i uśmiech zadowolenia przy stole pozwalają mi ze spokojnym sumieniem polecić grzybową pychotkę. Smacznego!"

Ślinka wycieka ze ślinianek jak się na to patrzy a wyobraźnia kubeczków smakowych pracuje!

poniedziałek, 27 września 2010
wojna blisko, ja zapasy ciągle zwiększam

Tak wogóle  to się zastanawiam i do wniosku dochodzę, że nadmierna czystość w wymiarze historycznym szkodzi. Kiedyś,w dawnych czasach rękę Tuskowi ściskałem dosyć często. gdybym nie mył miałbym powód do chwały. Ja  mu podawałem a gnom nie chce! Przecie to porządny Kaszuba, a ja jako dzieciak wakacje w Swarzewie spędzałem, dlaczego więc niegodne towarzystwo? Komorowski zaś błękitny, moi przodkowie zaledwie karmazyny, ale u pańskiej klamki nie wisieli, tym bardziej byłoby przyjemnie do stołu zasiąść. Durnowatość totalna więc, nowa wojna polsko-polska trwa w najlepsze. I takich to na salony wpuszczają, gadać przez sitko pozwalają, a to w Polskę idzie, ludziom we łbach bałamucić. Historia jednak ma to do siebie, że lubi kręgi zataczać. Wszystkie te wodze z czasów totalitarnych w swoim bezpośrednim otoczeniu nie znosili jakiekolwiek samodzielnej myśli. Ci co się tym objawili o głowę byli skracani. U nas co najwyżej na kluzik będą zamknięci, albo jako ten Poncyliusz Piłat chodzić będą myjąc ręce. Jak nic wojna się szykuje, wojenka raczej, bo i duce z jarmarcznej budy. Ale konflikt zawsze konfliktem, tak to i zapasowo trzeba być przygotowanym. Tom i ostatnie z ogródka ogórki zerwał i przy dzielnej pomocy Pani Matki, z przepisu zacnej Pani Kasi korzystając przerobił. Zielone ze skóry obrane, w średnio grube talary zsiekane powędrowały do słoików, ściśle poukładane. Czekały na zalewę - jedna szklanka dobrego octu z naturalnej fermentacji 10 procentowego na pięć gorącej wody. Tym zalane listki czerwonej cebuli, nasiona kuminu, ziele angielskie, czosnek, trzy łyżki stołowe cukru i jedna soli niejodowanej. To ma pyrkać przez dziesięć minut, następnie wrzące pójść na ogórki. ja dla spokoju jeszcze dwadzieścia minut pasteryzuję. Kolor piękny osiąga wzrok przyciągając.

Do tego jeszcze w piwniczkę poszły, przez Panią Matkę opisane, powidła z teściowych, generalskich śliwek, moje zupełnie nie obrodziły, oraz zasmażona szara reneta z cynamonem pyszności wielkiej. Tak to i wojny czekać mogę.

niedziela, 26 września 2010
matka ratuje syna, a kucharzy jak my

Dostałem maila od niejakiej Hanny Synowiec, kobiety, która z uporem wielkim walczy o życie swego syna. Mały to jedna wielka kupka nieszczęścia. Gdyby zastanowić się nad tym jakie schorzenie go nie dotknęło, łatwiej wymienić, niźli to co ma. Zaczęło się od serduszka, które ma tylko jedną komorę. Uch łza się w oku kręci, gdy się o tym czyta. Może jednak gdy się skrzykniemy i po grosiku zrzucimy, ulżymy biednej matce, która przecie kucharzy tak jak my, może medycyna z czasem poczyni takie postępy, które ułatwią zycie Kubusiowi. Ja tam życzę mu jak najlepiej, współczując podziwiam matkę, która tak walczy. Oto link do akcji Kubusia na DoMore: http://www.domore.pl/beta/view/strony/cele/116735

Moje Szczęście zaś upichciło coś co na zamieszczenie na stronie zasługuje, bo pyszności wielkiej. Ale nie chcąc sobie Jej zasług przypisywać, głos i miejsce zostawiam:

"Jednorazowo zrobiłam dwie pieczenie.

Jedna śliwką nadziewaną – to dla ojca mojego szanownego, druga śliwką i papryczką chili z myślą o gościach i Ziemianinie. Oba kawałki,  bardzo gęsto nafaszerowałam czosnkiem, a w środek naładowałam,  w pierwszym przypadku  śliwki kalifornijskie, w drugim obok śliwek długą papryczkę,

oczyszczoną z pestek, do wnętrza której włożyłam kawałki śliwki i czosnku.

Poleżały sobie w marynacie specjalnie zrobionej. Poi wyjęciu z  kąpieli ułożyłam pieczenie w garnku specjalnym do gotowania na parze, przykryłam pierzynką z cebuli, jabłek, pokrojonego cienko czosnku i posiekanych śliwek.

W takim ubranku na parze dochodziła. Kiedy miękkości nabrała, na piętnaście minut do gorącego  piekarnika powędrowała, co by skórki złotej nabrać.

Następnego dnia po pokrojeniu wyglądała dekoracyjnie, a i w smaku delikatna i soczysta była."

Zdjęcia takoż pyszne same ślinotok wywołują.

czwartek, 23 września 2010
zdrowe życie to utopia

No i masz Tomaszu Dyndało, chciałeś to i masz za swoje. Chciałeś obszarniku podły pisać o zdrowym jedzeniu, o powrocie do natury, o korzystaniu z doświadczeń przodków, a wypomniano ci twoje hektary i to, że rolnik wielkoobszarowy jeno o zysku mysli, sypiąc w ziemię chemiczne świństwa, a dla siebie na boczku to zdrowe zostawia. No i pewnie tak jest. Ja dokonałem wyboru, przewartościowałem swoje zycie, zrzuciłem białą koszulę i garniturek, który był moim strojem powszednim, drugą skórą i przywdziałem moro, które moją kolejną manifestacją. Tak to trochę śmieszne i trącące dziewiętnastowiecznym romantyzmem, ale dla mnie  stało się sposobem na życie, nawet to, że walczę o zdeprawowane PGR-owskim komunizmem duszyczki, napojone mózgojebem, przykrywające się bez względu na porę roku rowerem w rowie, nie bacząc na to, że wiatr przez szprychy wieje. Wiem, że wtedy gdy podejmowałem tę decyzję potrzeba było dużo odwagi i tamtych lat. Dzisiaj będąc starszym może i bym się nie zdecydował. Podkreślić jeszcze muszę, że bez wsparcia Mojego Szczęścia już wiele razy by mnie nie było, bo bezwględny, krwawy kapitalizm by się po mnie przejechał mokrą plamę zostawiając. Ale wydaje mi się, że błędu nie popełniłem. Mogą to chyba potwierdzić ci z uczestników blogosfery, którzy nasz dom zawsze otwarty odwiedzili. Teraz rzucam pomysł tym którzy w mieście zostali. Ruszcie wasze leniwe, cztery litery, ruszcie też mózgownice. W mieście wiele ziemi leży odłogiem, można ją z pożytkiem zagospodarować, zamienić na spichlerz zdrowej żywności, uprawić, popielęgnować czule. Ci zaś, którzy na papierach się znają mogliby stworzyć takie wnioski, na które szacowna Unia pieniążkiem sypnie bo takie inicjatywy uwielbia. Rzecz jasna potrzbne byłoby do tego wsparcie samorządu. teraz zaś czas najlepszy, bo przedwyborczy, więc obietnice można wszelakie wydębić. Potem zaś potrzebna konsekwencja w ich przekuciu w czyn. Właśnie taka, nasza mała Rzeczpospolitka.

Uch, a jednak na utopię mi się zebrało. By Wam jednak apetytu narobić pokazuję moje serki, które spokojnie obsychają, by do dojrzewalni trafić.

wtorek, 21 września 2010
Dukan i dukan i wydukać nie mogę

Ludzie Wy moi rostomili, co bym gdzie nie wlazł to się na dietę natykam. A to siaka, a to smaka, wszystkie genialne, zapewniające życie wieczne w pełnej szczupłości i wdzięku. Nie, ja tego zdzierżyć nie mogę. Wychodzi mi, że wszyscy ci ludkowie, którzy presji tej ulegają mają przede wszystkim kłopoty z samym sobą. Nie potrafią zaakceptować tego jak wyglądają, jakimi ich Pan Bóg stworzył. To problem nie fizyczny i tejże ułomności, ale psychiczny i łba poprzestawianego. Jest jedna dieta, bardzo ci ona skuteczna. Nazwisko NŻ, tłumacząc ze swojskiego na nasze - nie żryj. I mimo, że o wulgarność trącące to prawdziwe. Moja koronna zasada to jeść wszystko co lubisz, lecz z umiarem, jeno świeże, najmniej przetworzone i bez jakichkolwiek sztucznych dodatków, przetwory robić samemu na bazie jeśli to cukrów owocowych, ocet to balsamico lub winny, tłuszcz - oliwa z oliwek, pierwszego tłoczenia, do smażenia olej z pestek winogronowych, wymiennie z palmowym i ryżowym. mięso tak, ale wiadomego pochodzenia, jaja tylko od kur ze swobodnego wybiegu. Takich rad mógłbym snuć bez końca. Zasada jest jedna i bardzo prosta - jesteś tym co jesz. Bądź blisko natury, ona cię stworzyła, więc i cię nie ukrzywdzi. A że Pan Bóg cię trochę pełniejszym i pulchniejszym stworzył, zaakceptuj to, uśmiechaj się radośnie i ciesz zyciem, które ci dane. Miej w nosie wszystkich bulimików, anorektyków i innych takich, nie daj się bić po głowie jojem. Jestem, jaki jestem i tyle.

A dla osłody to posiekam w duże kawałki patisona razem ze skórką, bo jeszcze miękka, wrzucę na olej palmowy,

to da piękną barwę i podduszę do pierwszej miękkości ostrożnie solą dobawiając i pieperzem takoż. Wtedy do tego pomidory ze skórki obrane, w dużą kostkę skrojone. Niech te dwa smaki sobą przejdą. Ja jeszcze wrzucam kawałki ostrej papryki, która ususzona w kuchni wisi.

I wszystko, takie późno letnie danie, które samą radością po języku się rozpływa. I wszystko, nic dukał nie będę, że o jakowymś Montignacu nie wspomnę.

niedziela, 19 września 2010
pochodnie pomidorami gaszę

No i stety lub niestety człek zwierząciem politycznym jest i basta. Tak więc patrząc w lustro z niedowierzaniem i dezaprobatą zaglądam w komputer by przeczytać najświeższe wiadomości z rzędu - co tam Panie w polityce. No i muszę z żalem, a i strachem stwierdzić, że to co dzieje się ostatnimi czasy napawa mnie przerażeniem. Pamiętam jak mój świętej pamięci dziad snuł opowieść o tym co widział w Niemczech, w latach trzydziestych i co go przerażało. Były to setki ludzi, ogarniętych pełnym amokiem, bez świadomego błysku w oku, które na parteitagach jako jedno gardło wrzeszczeli podane im hasła, przyświecając sobie pochodniami. Jakby scenariusz chciał się powtórzyć, ubrany w koszulkę nacjo - patriotyzmu w jesienny wieczorek, chłodnawy, z główką przykrytą moherowym beretem. Ludzie, jak mawiali moi znajomi z podwórka - gdzie my som? Do tego skandowanie jednego imienia, co to wieki temu wschodni sąsiedzi dali przydomek Mądry, ale historia nie lubi się powtarzać. Takem i sobie pomyślał, że mógłbym ten pochodniany blask pomidorami zarzucić. Zgasłoby cholerstwo a i przy gorącu przyjemny zapach zupy pomidorowej by się rozszedł. Mam ci ja w piwniczce zgromadzone - adżykę, zręcznie obrobioną przez Moje Szczęście, suszone pomidory w oliwnej zalewie, o których tak niedawno pisałem, obok stoją przeciery wzbogacone listkami bazylii i origano. Ostatnio zaś przybyło 17 duzych słoi pomidorowych ćwiartek w zalewie. Tu pomocą służyła mi niezastąpiona Elyżbieta, która tym czynem już ostatecznie na miano klucznicy we Dworze zapracowała.

Najpierw sparzone i ze skóry bezlitośnie obdarte, potem w ćwiartki, ale bez pestek skrojone i po dołożeniu liścia selera i bazylii zalane wrzątkiem z niewielką ilością cukru i soli. To cudo by dłużej postało drobne minut dwadzieścia spasteryzowane zostało. Ot i cała tajemnica cudu, który w zimowe wieczory otwarty zostanie. Pyszność więc za duża bym nim w PIS-iorskie demonstracje rzucał. Zgaszę te pochodnie jeno mentalnie, w mojej wyobraźni.

środa, 15 września 2010
a teraz suszone pomidory do piwniczki

No tak, pora przyszła, czas się przyznać. To ja spowodowałem katastrofę w Smoleńsku! Nadprzyrodzoną siłą woli magnetycznej pokierowałem mgłą, którą do spółki ze mną wymyślił Putin i dalej poszło jak z płatka. Nie wszystko jednak skończyło się jak należy. Nie było wpływu na listę pasażerów, lecieć miało tylko dwóch... No i co schizofrenia pełna/ A tak, a jakże ale w naszym biednym kraju zaraz może znaleźć zwolenników i to na szczeblach wysokich. Czkawki dostaję, od długiego już czasu szukam tych co ich wybierają i znaleźć nie mogę. Ni diabła, już w konspirze i przyznać się nie chcą. No to szykując się do kolejnego Polszczy rozbioru uzupełniam piwniczkę i w niej zapasy. Tym razem przyszła kolej na suszone pomidory. Pomysłem natchnął Moje Szczęście przepis z bloga, którego współtwórcą jest Polacy przyjechali. Zgodnie z radą na blogu podaną, użyłem mięsistej Limy.

Na pół przekrojone, pestki wyciągnięte, w środek kapnięta aceito di balsamico, ale gęsty odparowany, czosnku suszonego, soli po szczypcie

 i do piekarnika na sto stopni, tak przez kilka godzin przy drzwiczkach uchylonych, aż mięsisty jeszcze, ale suchy z wierchu.

Gdy taki do słoiczków poszedł, na to po kilka ząbków czosnku i listki bazylii, rozmarynu i tymianku.

Tak spreparowane zostały gorącą oliwą zalane, aże skwierczała i zakręcona by tak stać półkę zdobiąc. Teraz wojna przyjść może, jam zaopatrzony, nawet elegancką przekąskę w ciężki czas dać mogę.

wtorek, 14 września 2010
sowę Jarosławowi poświęcam

No i znowu się robi. Dobrze, że ja na wsi siedzę, bo w miastach nieciekawie. Według oceny co poniektórych zbrodzienie nami rządzą, Prezydent z przypadku, a ministry łobuzy i kunktatory, co z Moskwicinem i Germańcem pospołu chyba kolejny rozbiór Ojczyzny prokurują. Ludzie moi mili - czy to już pewne, że jak kto do polityki idzie to prędzej czy później na łeb dostaje? Jeszcze jakby sobie w domowym zaciszu siedział i razem z kotem pod kołdrą mruczał, to by nic, ale taki to tuby się domaga, na świat cały chciałby trąbić. No szczęściem świat ma wiele innych, własnych problemów i takimi łebkami się nie przejmuje. Potwierdziła to ostatnio we Dwór przybyła córka kuzyna Mojego Szczęścia, co to zza oceanu, z Toronto, do nas zleciała. O pierwszym co tragicznie spadł słyszeli, a ten drugi to kto, pytają, bez pierwszego jeszcze ważny, do władzy może się dopchać? Sądzą jednak, że zdrowy rozsądek zwycięży. Tak to i ja temuż Jarosławowi moją sowę, we własnym ogrodzie wyhodowaną,  dedykuję, tym co nie wiedzą inaczej czubajką kanią zwaną.

Łatwo ją ze sromotnikiem pomylić, oj łatwo! Najlepsza świeża, ledwie co zerwana, gdy blaszki sztywne, wtedy w jajku mocno roztrzepanym umoczyć i mąką oprószyć, jedno i drugie szczyptą soli dobawione.

Na gorący olej, ja używam palmowego bo swego smaku nie daje i barwę ma piękną, w ćwiartkach trzeba złożyć i ostrożnie przerzucając do chrupkości z jednej i drugiej strony doprowadzić.

Domownicy zgromadzeni zrazu kawałki dostają i wtedy ma miąższość i aromat jak się należy. Ale ze sromotnikiem pomylić ją można...

poniedziałek, 13 września 2010
tagi mnie dorwały

Szanowna Gastromonia raczyła mnie swoją uwagą zaszczycić i w wyróżnionych blogach umieścić. Ponieważ do łańcuszków Świętego Antoniego awersję pewną czuję, więc i tym razem co nieco zasady złamię, jednak odpowiem, bo takiej grzeczności rodzice uczyli. Otóż najpierw co ja lubię. Letnich uczuć nie trawię, więc zamiast punktów dziesięciu podam jeden - kocham życie, kocham przyrodę, moje wszystkie stwory, pola, lasy, łąki, świergot ptaków, ostry lot myszołowa, wdzięczny skok sarny, hurkot dzika, a przede wszystkim Moje Szczęście! I to by było na tyle. Jeśli zaś o blogi chodzi to Moje Szczęście pisze o naszym ogrodzie, a jej zdjęcia budzą we mnie najlepsze uczucia, dalej Gieno serdeczny, Brzuchomoowcą zwany, za jegpo pasję dla swojskich produktów, Bareya co to w końcu bar z wirtualnego w rzeczywisty zamienić powinien, Irena i Andrzej bo ich wiedzę olbrzymią wysoce cenię, Włóczęgę za niepokornego ducha i ukochanie win węgierskich, Trufla ulubiona i jej zdjęcia, Hanula co to dowcipem swoim mnie rozśmiesza. Wymieniać tak mógłbym długo, ale i tak zawsze dla kogoś miejsca by nie stało. Więc by sobie nikogo nie zrazić na tym poprzestanę, wszystkim nisko w pas po staropolsku się kłaniając i kwiaty przesyłając.

środa, 08 września 2010
syntetyczne smaki i prawdziwa rybka

Jakom już wcześniej wspomniał nawiedział nas we Dworze Bareya niejaki, kuchenny zapaleniec, miłośnik i propagator przekąsek wszelakich. Marzy mu się, i spełnienia tego marzenia z całego serca mu życzę, otwarcie baru, gdzie w małych porcjach serwowane byłyby zakąski wszelakie, preparowane na sposoby wszystkie możliwe, jemu bowiem nawet kuchnia molekularna niestraszna. Rozmawiając z nim sam na sam wiem, czuję to, że potrafiłby wytworzyć w takim lokalu atmosferę niepowtarzalną dostosowując hiszpański tapas do polskich realiów. Jednak inna rzecz utkwiła mi w pamięci. Opowiedział mi jak to specjalista od żywności wylądował w amerykańskiej fabryce różnych E z cyferkami, które na etykietach wszystkich wyrobów supermarketowych znajdziecie. Hale po horyzont, asfalt, szkło, aluminium. Oprowadzający, gdy weszli do laboratorium, poprosił by gość się odwrócił. Po chwili dotarł do niego pyszny zapach smażonego, krwistego befsztyka z cebulką dołożoną. Gdy się odwrócił zauważył, że chemik kapie z pipety na rozgrzaną płytkę krople jakoweś. Synteza smaku, jemu ślina ciekła a tu nie było nic, jeno jeden wielki pozór. Tak to współczesny świat nas mami. Ja zaś od zaprzyjaźnionej Martusi dostałem w prezencie obrobione karasie jeziorne, srebrne, do zabiegów kuchennych przysposobione. Ponieważ w pierwszy dzień czasu nie było na śniadanie następnego je przeznaczyłem. Lekko solą natarte poszły do lodowni odpocząć. Z rana zaś do woreczka nasypałem pół na pół mąki pszennej, tortowej i ziemniaczanej, wymieszałem, wrzuciłem karasie i przez dłuższą chwilę potrząsając spowodowałem, że miszkulencja dokładnie je oblepiła.

Tak spreparowane poszły na mocno rozgrzany olej palmowy. Ten zalet ma wiele, po pierwsze sam własnego smaku nie daje, po drugie do temperatury wysokiej, bez przypalenia dochodzi, po trzecie rybce piękny złocisty kolor daje.

Tak to małżeństwo Bareyostwo wspólnie z Moim Szczęściem, co na wieś zjechało, rybki sprzątneli jeno ości zostawiając. Bez jakichkolwiek syntetyków, smak i zapach czysta natura.

niedziela, 05 września 2010
grzyby sypią, w susz je zamieniam

No to i Pan Bóg dopuścił, że żniwa przyszło skończyć. Owies ciemny, ładny nie jest, ale zimą bydlątka co jeść będą miały, tak jak ja z czego ser robić.

Jeszcze tylko co nieco pszenżyta się ostało, ale jak nie popada, jutro padnie, będzie można wieniec wić. Tak samo Bogu dziękować sery wzięcie mają, wysyłam po kilka paczek dziennie. Widać ludzie zaczynają się przekonywać, że prawdą jest stare powiedzenie - jestem tym, co jem. Warto te kilka żlotych więcej wyłożyć i nie poddać się korporacjom, które sztucznym smakiem nas mamią, chemią uzależniają.

W dom nawiedził nas Bareya z małżoną. Spędziliśmy niezywkle miłe dwa dni, nieco zapasy piwniczki nadwyrężając, napitki sącząc, ale o tym kiedy indziej parę słów napiszę. Tyle tylko dodam, że to żelazny zwolennik jedzenia tego co zdrowe i zdrowia mu życzę!

Ja zaś nadal o zapasach myśląc grzyby suszę, same jeno prawdziwkowe kapelusze leżą na angielce, w której drewienkiem palę, dom nieco w wieczory dogrzewając. Schną pięknie zapach taki dając, że wigilia zrazu mi się roi. Dla tego święta bowiem je szykuję.

Wtedy to ze szczelnych puszek gdzie spoczywać będą wyjdą dzien i noc namoczą się w świeżym mleku, tak aby skisło, potem osuszone na papierowym ręczniku pójdą najpierw w ubite dokładnie całe jajko i w tartą bułeczkę, w którą sól wmieszana będzie. Wtedy na głęboki, mocno nagrzany olej kładzione cały letni smak w tę jedną, niepowtarzalną noc oddadzą.

Taki w mojej rodzinie zwyczaj by zawsze jako znacznik lasu, który takoż żywi były. Potem wylądują w noworocznym bigosie. Dzięki Ci naturo za to co nam dajesz.

czwartek, 02 września 2010
zapasy robię, piwnice zapełniam, kaczora w rydzykach podam

Co ja ci internet otworzę to jak obuchem w łeb. Ser mój, rodowy Krzywonosem mianowałem a tu ci Kaczor rzyga, że agentka służb specjalnych, łamistrajka jedna, pierwsza wyjechała, żeby komunę wozić. Jezu rostomiły, wiedziałem ci ja, że papier, którym od IPN-u dostał, żem pokrzywdzony jeno do podtarcia rzyci się nadaje! Sługusiki mierne, kundle, burki łancuchowe co to nie wiedzą co to swoboda i jeno na zawołanie wyją. Obrzydlistwo jedno a hycel na przedzie co  w kacze piórka się stroi i w przeciwieństwie do ptasiego rodu kota hołubi. Świat taki mi brzydnie, tak więc na jego koniec się szykując zapasy do piwniczki znoszę i zima będzie mi niestraszna. W lodowni rydze zblanszowane swej kolei czekają,

obok ogórki kiszone w wodzie co na kaca pyszna pływają obok czosneczku, kopru, chrzanu, łyżka soli na litr źródlanki.

Adżyki wiele pyszni się czerwienią. Po przepis do Mojego Szczęścia odsyłam. Powidła już tegoroczne z brzoskwiń i uleny, bez grama cukru do brązu doprowadzone słoiki wypełniły. Jest i pomidor przsmażony lekko z bazylią, z którego cały sok wyssany suchą, czerwoną, słodką papryką, co to mi ją Węgrzy dali.

Jest i smaluszek ze złotnickiej, pstrej co na wielkopolskich pyrkach wzrosła, kiełbasa z kapustą zasmażona, konfitury z wiśni,

obok porzeczka czerwona, nowotomyskie szparagi w zalewie i wiele, wiele innych dobroci z moimi serami na czele. Tak to i z głodu nie umrę, nawet gdy się nie zdarzy przelatującej kaczki ustrzelić. Pani Heniu Krzywonos - nadal Panią lubię i coraz więcej i nazwy sera nie zmienię!

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl