poniedziałek, 26 września 2011
indyjskie klimaty

Tak się to zdarzyło, że we Dwór zjechała Ola - Pyza na kuchennych drogach, nazwiska bardzo rzadkiego Kowalewska, ze psem swoim Tośką niejaką.

 

Gaduła niezwykła, gębusia jej się nie zamyka, aże człek znużony chwilami przyśnie, podniesionym głosem się ocknie by dalej rozwijającego się wątku pilnować. Wzięła i kuchnię całą w jassyr zagarnęła. Nadto oświadczyła, że dziś o mięsie pamięć ginie, bo będzie pikantnie i jarzynowo. Ludzie rostomili, ja w lodowni trzymam schabik zmarynowany, dobrze skruszony, a ta mi o warzywkach, jakbym królik był albo i co podobnego. No alem gębę wziął i na kłódkę skluczył, przecie gość w dom Bóg w dom, choćby i Hare Kriszna przyszło mantrować. Na pierwszy ogień poszła kofta. Po mojemu, bom w Poznaniu wychowany to rower, więc sobie myślę co to będzie za dookoła stołu pedałowanie. Tem czasem Olunia grubo kroi w pióra kapustę, układa fantazyjnie, moczy w rozrobionej mące z groszku i rzuca do mojego woka na olej rozgrzany.

 

No miód w gębie, samem sięgał po jedną po drugiej. Dalej była pakora.

 

To z kolei ładnie oddzielone różyczki kalafiora takoż w mące utoczone i w głębokim skąpane, dobrze przyprawione. Wszystko to moczone było w dwóch rodzajach raity, tak sos się zwie, jeden z drobno skosteczkowanych świeżych ogórków, rozciągniętych jogurtem, przyprawionych na ostro,

 

drugi  bananów, ale pikantnych.

 

Jako dodatek przygotowała sos miętowy, ze świeżej mięty. A do tego wszystkiego chutney podała, jabłkowo-śliwkowy

 

stosowną masalą zaprawiony, w trakcie robienia, której wszyscyśmy się prawidłowo rozkaszleli. NO mówię Wam, ja mięsożer a zapychałem się ogrodowszczyzną jak ta koza nie przymierzając. Całość zakończyły kuleczki gulab jamun zwane. To lekko rozciągnięte wodą mleko w proszku, szybko w kulki zgrabne ulepione i położone na zimny olej, który grzał się z nimi powoli. Tam puchły, robiły się delikatne i smaczne wielce. Podane zostały w zalewie specjalnej, kardamonem doprawionej.

 

No nie, palce były lizane. Olu, Pyzo jedna nasze drzwi dla Ciebie otworem stoją, Tosię możesz brać ze sobą, bo też miła!

piątek, 23 września 2011
gnieciona polędwiczka i strach
 

Schowałem się na wsi, uciekłem przed upiorami miasta, gniotły mnie mury, szum ludzkiego mrowiska, przy jego równoczesnym zobojętnieniu, lekceważeniu losu i bytu jednostki. W małej społeczności nie jestem anonimowy, by zrobić zakupy nie potrzebuję ani karty, ani pieniędzy, wiedzą przecież , że jutro też przyjdę i zapłacę. jednak i tutaj dopadł mnie strach wielkiego świata. Kończy się ten, który znałem, z którym byłem oswojony. Przyszłość to jedna wielka niewiadoma. Rzeczywistość może nagle pęknąć jak mydlana bańka. Nie ma zaufania, niczego człek pewnym być nie może. Upadają banki, liczyć się można z upadkiem państw, aresztują notariuszy, łajdaczą dla paru nędznych groszy się wszyscy wokół. Już nie ma spokojnych miejsc, nawet ministrowie grożą wojną. Co dalej, jak żyć pytają biedne babcie, ale i faryzeusze od papryki. Zbliżają się wybory a ja nie wiem przy czyim nazwisku postawić krzyżyk. Smutek i tyle. Mam to szczęście, że mimo zmiennych nastrojów Moje Szczęście jest przy mnie. Zrobiła polędwiczki wieprzowe. Skroiła w plasterki, ręką rozgniotła na desce, mięso się poddało, zamknęła pory rzucając na rozgrzaną oliwę.

 

Obok w mleku moczyły się skrojone w paski główki prawdziwków. Dodała je sos budując, z przypraw jeno sól i świeżo zmielony pieprz, wszystko dochodziło na wolnym ogniu.

 

Kasza gryczana najpierw spraźona na suchej patelni, potem gotowana w wodzie zmieszanej z mlekiem, obok pierwsze tegoroczne brukselki, sos zaprawiony śmietaną przenikał się smakami. Tak tłumiły się niepokoje wielkiego świata, ale jeno tłumiły,  w wątpiach strach pozostał. Nie wiadomo co przyniesie jutro. Na razie wiem jedno, będę 1 października na imprezie Slow Food Wielkopolska w Wąsowie, piękny folwark, cudni ludzie, pyszne rzeczy i moje dzieciątka między nimi.

poniedziałek, 19 września 2011
kiełbasa, podroby i pomidory
 

Czas dni ostatnich minął jako z bicza strzelił, anim się obejrzał, a Dni Korbola za nami. Było jak było, ale ważne co zostało. Dzięki pracowitym rękom Kudłatego Włóczegi piwnica pełna kiełbas, wątrobianek, kaszanek, kabanosów, wszystko pachnące olchowym dymem zmieszanym ze słodkim smakiem pośladu.

 

Koźle mięso, delikates niespotykany, ale i roczna świnina powstałą na bazie serwatki, śruty zbożowej i zielonki przeplatanej sianem, bo tylko tym zwierzęta były karmione, dała efekt niespotykany. Do tego przyprawy, przyprawy i jeszcze raz ciężka praca. Teraz czekają na chętnych, pierwsi zaczęli się już zjeżdżać czując tu smak niezwykły.

 

Serów takoż nie brakuje, do tego jeszcze suszono-wędzone pomidory zalewane polską oliwą - olejem zimnotłoczonym przez Lecha Rutkowskiego na Górze Świętego Wawrzyńca

 

oraz dżem pomidorowy pikanterią usta palący. Pracowita ta jesień, a tyle jeszcze przed nami.

środa, 14 września 2011
Dni Korbola w mojej wsi
 

Bardzo przepraszam Szanownych Czytelników za zastój chwilowy alem poświęcić się musiał w pełni przygotowaniom do Dni Korbola, które w moje wsi się odbędą 17 i 18 września. Atrakcji będzie co niemiara. Kiełbasy, które nieoceniony Włóczęga pracowicie międli z mięsa świni, która żywiona była jeno śrutą,zielonką i serwatką, koźlęce kabanosy, zupa z kotła i wiele innych dobroci. Dojazd bardzo łatwy - wrzućcie w mapę szukacza Linie, gmina Lwówek, powiat Nowy Tomyśl, albo skorzystajcie z tej oto mapki:

 

 a my z otwartym sercem czekać będziemy!

sobota, 03 września 2011
szynka kruchuteńka w kokosach
 

Dostałem ci ja piękną, zwartą i świeżą nad wyraz szyneczkę. Postanowiłem upiec ją w całości by wszystkie soki i kruchość tego młodego mięsa w środku zostawić. Najsamprzód zamarynowałem w oliwie używszy przypraw rodem z Maghrebu bo natarłem harissą, do tego soli morskiej szccypta i trochę kminu rzymskiego, pozwoliłem odpocząć w lodowni przez godzin dwie. Natenczas poszło w całości do brytfanny i zostało obficie z wierzchu zasypane kokosowymi wiórkami. Tak przyrządzone poszło do pieca nastawionego na 200 stopni. Tam dwukrotnie przerzucane ćwiczyło przez godzinę, teraz temperatura w dół na 150 i sosem podlewane dwie godziny pod zamknięciem. Brązowa skórka z blaskiem, który dało otwarcie brytfanny na 10 minut przed wydaniem spowodowało, że danie wyszło tak jakem chciał.

 

Pyszność nad pysznościami, soczyste, kruchutkie, nie stawiające oporu zębom, pełne własnego i nadanego aromatu. Do tego dodana zielona fasolka bez łyka i młode ziemniaczki.

 

Czyż smakowitość może być większa?

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl