poniedziałek, 26 października 2009
tort makaronowy

Ponieważ w gości miała do nas zjechać osoba wielce zacna i serdeczności wielkiej, więcem myślał czym godnym ją by ci podjąć można było. No i tak na tort padło. A że ja w słodkościach mocny wielce nie jestem to i tenże zwykły nie będzie. Najsamprzód makaron typu fusilade al dente ugotowany został, odłożony czekał na swoją kolej. By potrawa kaloryczności wielkiej nie miała serce wołowe w jarzynach ugotowane zostało i poszło przez maszynkę, potem zaś na patelenkę gdzie na oliwie przedniej zaskwierczało. Twarog biały z przyprawami z ziół prowansalskich, on własnej roboty, one z ogródka wymieszany dokładnie a by kleistości miał dość podprawiony własną śmietaną. Tortownica wysmarowana oliwą, bułeczką tartą posypana przyjmowała kolejno makaron, mięso, twarog i makaron znowu. Na wierzch jako ozdoba przednia kleks szpinaku i do piekarnika na 180 stopni nagrzanego. Tak poczywał minut dwadzieścia. Wonczas poszła ozdoba ostateczna - cztery świeżo przyniesione z kurnika jaja zbełtane dokładnie, lekko śmietaną rozciągnięte by głęboko wnikły, ta ingerediencja dokładnie po wierzchu rozlana kożuszkiem potrawę przykryła. Tort garował drugie 20 minut w spokojności. Na stole oczekiwała go sałatka z surowego kalafiora w różyczki pociętego w śmietanowym sosie. Tychżę specjałów to jednakże nie koniec. Że wino było zacne, tym razem przez gościa przyniesione,  to u nas rzecz normalna, jednakże gość nasz przezacności wielkiej imć Pani Kasia ze sobą przyniosła szarlotkę z ciasta płatków zawiniętą, w środku zaś tak opatulona spoczywała pyszności wielkiej galaretka własna jabłkowa, bo z dawnych odmian, które pektyny wiele mają. Ciasto w ustach rozpływało się do raju smaczliwości jedzących wyprawiając. Taki to był ten uroczysty, tortowy obiad przy którym o Gołocie rozprawiać się nam nijak nie chciało, jeno dalsze czasy wspominając, anegdoty i dowcipy wplatając, by sztukę konwersacji podtrzymać jako to u naszych przodków bywało.

sobota, 24 października 2009
Gołota- sromota, czyli dorsz na parze

No to kibiców mordobicia czeka dziś niezwykła atrakcja. Zwą to mecz stulecia, abo i walka. Wytłomaczcie mi asińdzieje co jest atrakcyjnego w tem, że dwóch jegomości nie mających nic do siebie okłada się po gębach przy aplauzie 10 tysięcznej widowni? Nijak nie jestem tego w stanie pojąć. Moi przodkowie w razie zajścia sytuacji niegodnej ich honoru, zgodnie z kodeksem Boziewicza sięgali po szpady, wcześniej szable, później pistolety. Ale musieli mieć ku temu istotny powód, a tak jak mawia pospólstwo - okładanie się po ryjach dla mamony jest poniżej wszelkiego poziomu. Widząc wzrastającą moją frustrację związaną z tą sprawą,  Szczęście Moje uraczyło mnie dorszem na parze z jarzynami takoż gotowanymi, z bobem do pogryzania. Najsamprzód na patelni zlądował szpinak, za nim cukinia, fasolka zielona, cebula, kabaczek, papryka - wszystko skrojone w małe kawałki. Podduszone zachowały barwy, wodą podlewane, dobawione solą, pieprzem, kurkumą, czosnkiem niedźwiedzim i pieprzem cayenne. Ryba w filety skrojona, co najważniejsze nie glazurowana! doprawiona została płatkami czosnku, zielonym koperkiem, czosnkiem niedźwiedzim i złożona w garnku specjalnem co na parze gotuje i tak dziesięć minut ziołami otoczona poczywała. Potem poszła na talerze, do tego wydany został kalafior w różyczkach na surowo doprawiony, a ponieważ wielokrotnie opisywany, powtarzał się nie będę. Obok stanął bób mięciutki, ugotowany do pogryzania. Posiłek godzien królewskiego stołu. Niech się więć nikt nie dziwi iż wynik mordobicia znany mi nie jest. Wino takoż zacne wydane było.

wtorek, 20 października 2009
goloneczka dla Marczuk-Pazury

Tak to i się zastanawiam kto to taki celebryta i skądy się w polskim narodzie taka przypadłość wziena. Bo, że to przypadłość wątpliwości nie mam żadnej. Co mnie u licha obchodzić może, mnie rolnika,   co porabia jakaś dziewucha, niebrzydka nawet, która nico specjalnego w życiu nie osiągnęla poza kilkoma małymi rólkami w filmach b i c klasy oraz tym, że bywa. Diasi biorą, gdzie bywa - na salonach, salony też wszawe c i d klasy, do początku alfabetu im daleko. Były małżonek też błazen, dobry na scenie, ale w życiu też błazen, młódkę sobie wzion, córki równolatkę i co mamusiu każe jej mówić? Ja mówię błazen a pismaki, że celebryta. Na takich to CBA się zasadza, zaiste zagrożenie dla bytu państwa stąd idzie!Niestety dzisiejsze czasy spsiły nam kulturę i tę z wysokiej półki i tę codzienną. Po książkę rzadko kto sięga, gazety to tytuły i zdjęcia, najlepiej golizną i krwią cieknące. Najpoczytnieszy jest o kpino z polskiego języka - "Fakt"! Tfy, obudź się ludzie nasz kochany, walnij te zachodnie wzorce w łeb, bo inaczej źle ci wróżę.

Nic to, teraz jak niejaki Tomuś spróbuję uwieść celebrytkę goloneczką. Dnia poprzedniego kapuśniak ci ja gotowałem, więc by baza zacna była do garnca włożyłem kości od schabu i trzy małe goloneczki, ale kształtne - dla Mojego Szczęścia, Rezydenta i mojej skromnej osoby. Bulbutały sobie tak godzin dobrych kilka w podwójnej porcji warzyw włoszczyzną zwanych, tak długo aże mięso szpikulcowi się poddawało. Rzecz jasna w wodzie sześć dużych ziaren angielskiego ziela i cztery potężne laurowe liście. Potemem rozdział zrobił mięso od kości schabowych i połowa warzyw w kapuśniaku została, druga zaś część poszła na patelnię przetarta przez sito by z goloneczkami się poddusić, teraz tajemnica moja - w miseczce została mi garsztka spora sosu paprykowego, któren opisany wcześniej, on takoż na patelenkę poszedł. Gdy smaki się przejadły sos rozciągnięty został śmietaną z wieczornego udoju zebraną. Goloneczki poszły z kluseczkami w Wielkiej Polszcze szagówkami zwanemi od kształtu i brukselką. Kosteczki do ostatka obrane zostały. Może gdyby te nasze celebryty od czasu do czasu takiego godziwego jedzenia próbowały, to i po pierwsze normalnego człeka a nie zechsłą szkapę by przypominały i więcej byłoby w nich radości życia a nie jeno zawiści i myśleniu o mamonie. To i Wam na koniec powiem - na ten drugi, lepszy ze światów oprócz duszy nico się nie zabierze, tako i rzygowin Tomusia!

 

niedziela, 18 października 2009
razowe bułeczki faszerowane

Bo ci to i zapomniawszy do piekarni zajechać co to w sąsiednim miasteczku się znajduje samem musial lukę w domowych zapasach wypełnić. No a co najlepiej smakuje w niedzielny wieczór, po pracowitym dniu com go na nadzorowaniu ujeżdżania młodego ogierka spędził? Bułeczki! Decyzję w sobotę podjąwszy wstałem ci ja skoro świt by właściwe czynności odczynić. Z pieczeniem żartów nie ma. Dokładności trza się trzymać. A więcem wziął mąki mojej własnej z pełnego przemiału na kamiennych żarnach z żyta łońskiego roku zebranego pół kilograma, szklankę mleka z wieczornego udoju, ćwiartkę z paczki drożdzy, jedną trzecią kostki masła,jajek dwa, bo małe, trzy łyżeczki cukru i jedną soli. Najsamprzódem mleko podgrzał, masło wrzucił z solą i cukrem rozmieszał w ciepłocie, lekko schłodziwszy drożdże rozpuścił  z jajkami wymieszał i wlał na mąkę ciasto zacne wyrobiwszy, wilgotne lekko mąką poprószone poszło na godzinę odpoczywać. Gdy ta minęła wziąłem ci ja patyczek i dziurek małowiele w niem poczyniłem i znowu kazałem poczywać. W czasie między trzy cebule w drobno zsiekane zostały i wraz z boczusiem w kostkę skrojonym smażyć się poczęły. Czas minął wartko więc na mąką zsypaną stolnicę poszły porcje nie za duże w środku z dziureczką, w którą farsz poszedł zaklepany zgrabnie. Kuleczki ułożone zostały na papierze do pieczenia i blasze. Pod ściereczką tam w ostatku dojrzewały prawie godzinę. Gdy juże gotowe były poszły do piekarnika na 180 stopni ustawionego, przedtem z wierzchu jeszcze jajeczkiem całkiem zbełtanym wysmarowane. Po godzinie pół gorące stygły czekając na śłiny pełne paszcze głodomorów.

sobota, 17 października 2009
sandacz z piekarnika

To i ci ostatni czas był wodny, lało się z nieba niczem z dziurawego garnca. Dobrze to i źle, dobrze dla ziaren co już zasiane, źle bo drugich siać nie można. Nic to, jakoś radę damy. Ale skoro pogoda taka to i wspominkę o rybach dała. Moje Szczęście zażyczyło sobie sandacza, na a że jej życzenie dla mnie rozkazem oto i on! Najsamprzód sprawiony z łuski obrany do wnętrza dostał masełka świeżego, solą z pieprzem natarty z wyczuciem by przesady nie dać. Potem obłożony niczem sułtan nałożnicami talarkami cebuli w przemian żółtą i czerwoną, na sam wierch zaś cieniuchno niczem papierek skrojonym boczusiem wędzonem w zimnem dymie.

Wszytko to jako kołderką opatulone folią aluminiową i złożone do piekarnika na samą wysoką temperaturę by tam mniej jak pół godziny bytować. Zależne to od ilości warstw folii, jeśli dwie- trzy to nawet te pół może nie starczyć. Poczem na półmisek wylądował by oczy sycić. Za towarzystwo dostał ziemniaczki puree i pyszną sałatkę z kiszonej kapustki z marchewką i jabłuszkiem przez Moje Szczęście przygotowioną. Strawa godna była magnackiego, nie jeno ziemiańskiego stołu, chocia i my sroce spod ogona nie wypadlim i karmazynem się odziewamy, bo klejnot zacny.

czwartek, 15 października 2009
na ziemniaki to czas

No i proszę, to co się w stało w naszem kochanem kraju przypomina głęboką komunę, którą ja całkiem nieźle pamiętam. Zima stulecia, urządzam "Sylwestra", a ponieważ miałem ci ja obiecany udziec sarni od ojca myśliwego, to ponieważ całość transportu publicznego stała, ulice mego miasta przypominały śnieżne tunele, ja nic to przypiąłem narty biegówki i ruszyłem niczem traper po prowiant. Impreza udała się wyśmienicie! A dziś co? Komputery, prognozy z satelity i takie tam wszelakie, wystarczyła tak zwana anomalia pogodowa i ćwierć kraju bez prądu, wszystko stoi i kryzys, który do tej pory granice nasze omijał może ci do nas zawitać! Uch szczęście wielkie, że ja mam Szczęście Moje, które po wielkopolsku pyrkami postanowiło mnie uraczyć. W razie czego świece są, angielka w kuchni stoi, więc ciepło i swiatło jest! Potrawa bardziej tradycji  belgijskiej bliska, bo tradycyjny stoemp z brukselką podany został na stół. Ziemniaki, com je do piwniczki zniósł wzięła, do tego brukselkę, kapustkę jesienną, kilo na kilo, ugotowała do miękkości. Na patelence usmażyła boczuś drobno skrojony z cebulką. Ziemniaczki z brukselką w piękne puree zmieniła, skrzyczki brązowe dodała i do zręcznej foremki zapiekankowej włożyła. Na wierch poszedł grubo spłatkowany ser żółty. Teraz jeno doprawić do smaku solą i pieprzem i do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika złożyć na minut piętnaście. Do tego oczywiście kalafior na surowo, którym zajadamy się ostatnio w ilościach dużych. Prostota pełna a pyszota taka żeśma się nią z Rezydentem po pachy objedli. Uff


poniedziałek, 12 października 2009
sos paprykowy ostry jak piekło

No i diasi nadali, że dzień krótki, wieczór chybki, na dworze plucha z lekkim ziąbem, to i psa żal wygnać, czasami więc i bobla w domu postawi. Uch! To i po głowie ogniste, gorące pomysły by krew ożywić jako króliki biegają. Tom i ja sos postanowił utrzeć, rodem ci on z Katalonii, a tam ciepło. W składzie papryki świeże, jedna ostra, długa, czerwona, słodkich trzy, żółte, na to suszone płatki małych czerwonych, bazylii z ogrodu zerwanej kiść spora, oliwy samej najprzedniejszej, tłoczenia pierwszego, takoż   hiszpańskiej szklanka, pomidorów z mojej szklarenki,bo to i późnych, więc małych, cztery ze skóry obranych, do tego przygarstka słonecznikowych ziaren, dziesięć dorodnych laskowych orzechów, pięć włoskich i sok z cytryny byle bez pestki wciśnięty, orzechy bez tłuszczu nijakiego na patelence sprażone, a całość solą  podsypana. Wszystko to dokładnie zmielone na pastę jednolitą i w miseczkę podane. No to żem i danie podstawowe musiał wykompinować. I tutaj podszedł po rękę karp zręcznie w pół dzwonka sprawiony. Najsamprzód swoje z ziołach odleżał oliwką podlany, potem na duży ogienek, z patelnią rozgrzaną oliwą podlaną poszedł i kilka minut boki opalał w mące obtoczone. Gdy na stół trafił z winem z łez Maryi sprawionym, sosem katalońskich podlany daniem niebiańskim się ostał. A że elektrownia zadbała o nastrój, kolację zjedliśmy przy świecach co smaku i szlachetności jej dodało.

Ot i tak wieczór jesienny można sobie umilić.

niedziela, 11 października 2009
moje kurczaki potępiają Polańskiego

Ja człowiek starej daty, w kuchni zagrzebany, w polu pracujący, z ziemi żyjący, to i natury ci ja bliski. Do miasta mi nie daleko, ale jakosik mnie nie ciągnie, kamienna pustynia, pełna ludzików spieszących nie wiada gdzie i po co, obcych sobie, tak jakoby byli a nikogo nie było. Wolę ci ja do moich kurczaków zajrzeć, tych ostatnich, jesiennych. Wdzięczne one, malusie, rosną jak na drożdżach, bo i moim serkiem białym z tartą bułeczką karmione. No i teraz mościjewy wyobraźcie sobie, że ja je mało wiedzące o bożym świecie do kurnika wpuszczam, tam je zaś jurny kogut w małem ciele ukryty, bo miniatura, dorywa, wsiadać na nie chce, jajka wymusić. Biedaczki po kątach by uciekały, on je do ciemnego, by swoje we łbie porąbanym robić. No to ja jako pan tem królestwem zarządzający a czujnie obserwujący by nikomu krzywda się nie działa co bym zrobił? Nie bacząc, że kogut rasowy wielce, cochin miniatura, pięknie ubarwiony, łapciaty w piórka obrosły łeb bym ukręcił i na rosół zmienił! Kurczakom prawo do dorośnięcia dać trzeba, a głupim kogutom zrobić miejsce w garnku. No a dla osłody - z ostatnich śliwek powidła kręcę, ale nie zwyczajne. Owoc tak słodki, że cukru nie śmiem dodać, to i jem wzbogacił na garniec łyżeczką cynamonu, utłuczonych trzech goździków, dwoma gwiazdkami anyżu, utartem imbirem i wanilią. Po dodaniu korzeni tychże wok mój, który celowi temu służy jeszcze dwa razy zagadał bulbutając by potem twór ten w słoiki oddać.

niedziela, 04 października 2009
sery jak marzenie

Prace w polu postępują, orki jesienne idą, uprawa i siewy za nimi. Jęczmień już w ziemi, teraz pszenżyto, żyto na końcu. Niedługo zielonka się skończy i mleko będzie jeno z siana i śruty, straci ten niepowtarzalny smak lata. To i z Rezydentem korzystamy jako żywo. Serów ci u nas dostatek. Proces już w pełni opanowany, w piwniczce zaczyna ich coraz więcej dojrzewać. Skrzep z mleka schłodzonego, bakterią zaszczepiony dochodzi w temperaturze równo 32 stopni, potem cięty na kawały, z nich mniejsze i w płocienku odsączany. Serwatka się nie marnuje, kozy chętnie piją, a i Rezydent z jej pomocą zbędne kilogramy zrzuca, niczem innym się nie żywiąc. Gdy pierwsze odcieknięcie gotowe, masa w formie ląduje, bawełenką pokryta i w prasę idzie, wilgoć oddając, dla urozmaicenia tandori masalą pokryta w piękny marmurek przechodzi, inna drobno pociętymi ziołami sycona. Gdy juże sucha kąpana w gorącej serwatce skórki dostaje, rękę parząc poczem solą pieszczotliwie niczem ręką kochanka masowana, idzie odpoczywać do piwniczki gdzie wilgotność ściśle kontrolowana pod 90 stopni podchodzi, temperatura niewysoka 12-14 w Celsjuszu mierzona. Niektóre wybrane w trójkąty i krążki idą na dłuższe przechowanie i wonczas w słoje kładzione najsamprzód solanką zalane, gdy twardości nabędą w oliwie prawdziwej się  kąpią. Te zimą używane będą stół wigilijny ozdobią. Tak to i w ser prawdziwy mleko się zmienia, krążki małe wyglądem oko cieszą, aże żal je kroić, ale przecie po to są i pod dobre wino niczem najlepszy deser idą.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl