niedziela, 27 listopada 2011
dzieciństwo wróć czyli przezroczysty schabowy

Zajeżdża do nas i to ku naszemu zadowoleniu coraz częściej Ola. Gościła już na ziemiańskich łamach i mam nadzieję nieraz zagości. Tym razem jak zawitała zdarzył się akuratny kawałek soczystego schabu. Ona dostała go w swe łapki i zadanie by obrobić. A śmiech a chichot złośliwy z ust jej nie schodził. Postanowiła przypomnieć nam czas miniony gdy mięso w okrawkach bywało kartkami wydzielane. Dla niej jednak był to smak dzieciństwa, takiego nie innego, ale na swój sposób radosnego. Wzięła więc mięso i metodą sztukmistrza ubiła tak, że co z jego drugiej strony się dzieje widać było. Wyszły płaty niezłe, ale nie przerwane nigdzie. Mąkę pszenną przesiała dokładnie, tortową, posoliła solą morską, pieprzu dodała. Potem już było tylko smarowanie dobrze rozbitym całym jajkiem i obtaczanie w mące, tak razy ze trzy. Potem już tłuszcz głęboki z oleju ryżowego i na nim smażenie na kolor złoty, nie za mocno, po dokładnym odcieczeniu na talerze. Towarzyszyły im ziemniaczki, nasze liniowe, z piwniczki, gdzie ładnie się przechowują, ale nie w sposób zwykły zrobione. Miały przypominać pieczone w ognisku i takie też były!A wzięła przygotowała miszkulencję z mąki pół na pół z solą, skórkę natarła oliwą, obtoczyła i włożyła na ponad godzinę do piekarnika 150 stopni. Wyszły pyszne! Marchewka kostkowana z zielonym groszkiem w zasmażce razem z brukselką talerze upiększyły.

 

Wcale źle nie było i komuny nie przypominało, zjeść się dało, choć jak co poniektórzy złośliwcy mówią, Ola panierkę lubi. Na przekąskę podała gniazdka z ciasta francuskiego z nadzieniem, które bardzo dekoracyjne i smakowite były.

 

Bo Ola umie i tak. Teraz w sobotę w "Bogocie" co się w naszym zamku mieści na swoich warsztatach raczyć będzie wraz z Panajotisem rarytasami greckiej kuchni. Ale tym niech się na swojej Kuchni Zmysłów chwali.

wtorek, 22 listopada 2011
miejsce spotkania - Plac Wolności w Poznaniu
 

No i namówiły mnie dziewczyny, będę promował moje sery na jarmarku świątecznym w Poznaniu. Zastąpi on Zielony Bazar z Rynku Bernardyńskiego. Udało się przekonać wszystkich  świętych i miejsce jest paradne, w samym centrum położone, bo namiot stanie na środku Placu Wolności. Malkontenci twierdzą, że to nie miejsce handlowe i konserwatywny Poznaniak nie przyjdzie tam po zakupy, ale z drugiej strony to czy chętnym na nasze sery i inne świeże marchewki jest ten właśnie? Po dotychczasowych doświadczeniach śmiem wątpić. Ja bym ze swoimi dzieciątkami na mróz przecie nie wyszedł, bo one żywe, szybko by obumarły, tak więc pomysł podchwyciłem i zobaczymy jak się w praktyce sprawdzi. Już wiem, że będzie Bożenka Sokołowska z Koziej Łąki, Rusłan ze swoją Frontierą, tak więc będzi po co zajść i popróbować. Ja zaś stanę w szranki z moim wędzonym co się znakomicie topi i na raclette można go podać wraz z moimi pomidorowymi powidłami.

 

Serdecznie więc zapraszam od piątku, od 10 na Plac Wolności.

niedziela, 20 listopada 2011
polędwiczki z kury
 

Dziwne rzeczy się na tym świecie dzieją. Szczęście Moje przyniosło do domu paczkę, na której napisane było - polędwiczki z kury. Długo na tem świecie już żyję ale o drobiowej polędwicy nie słyszałem, to i widać za krótko jeszcze, trochę do nauki mnie zostało. Córa moja młoda, co się na zootechnika uczy potwierdziła - tak się zwyczajowo mniejszą część kurzej piersi określa. Rzeczywiście, w opakowaniu były takie skrawki, okęski mięsa. Wziąłem obtoczyłem je w posolonej mące kukurydzianej pół na pół z przednią pszeniczną 400, pieprzu świeżo zmielonego dodałem i wrzuciłem na głęboki olej z pestek winogronowych, przysmażyły się na lekko złoty kolor pięknie, tłuszczu nie pijąc. Do tego były ziemniaczki duszone z koperkiem i przyprawiona cebulką i jabłkiem,  przez Moje Szczęście,  własno nożnie udeptana kiszona kapusta z olejem od Lecha Rutkowskiego na zimno tłoczonego posmak orzechów dającego.

 

Okazało się, że polędwiczki jednak swojej nazwy godne, z wierzchu chrupciutkie, w środku delikatniusie w ustach się rozpływające. Tak więc i niech im wszystkim będzie - nazwę przyjmuję, protestował nie będę. Takem i sobie dogodził by się exspose Tuskowego Donalda nie smucić. Zacisk pasa nam obiecuje, wszystko będzie dobrze dopóty, dopóki tenże z brzucha na szyję nie pójdzie.

wtorek, 15 listopada 2011
z wizytą u Ordynata
 

No i ruszyliśmy z Moim Szczęściem w Polskę, jak co roku w Dzień Niepodległości. Tym razem padło na Zamość, miasto idealne by dobrze człowiekowi służyć zbudowane. Myśl Hetmana Wielkiego do dziś mocno jest widoczna. Zaś rządzi tam Marcin Zamoyski,

 

już nie z nadania krwi a demokratycznego mandatu, miły i ciepły człowiek wygrywający w cuglach każde wybory. Zobaczyliśmy czym i jak włada, czysto, przyjaźnie, w ładnych barwach i blokowisk nie ma! Oczywiście w Stary Zamościu.  Ruszyliśmy też na Roztocze z jego serdecznymi plebanami, nie spod znaku księdza grzybka, a przesączonych ideą pracy organicznej, zbierających dorobek wiejskich pokoleń,

 

pokazujących jak się ludowi za Ordynacji żyło, widzieliśmy uroczyska gdzie jeno czarci furgają,

 

jechaliśmy brekiem ciągnionym przez parę dobranych koników polskich, jedliśmy biłgorajskie przysmaki, które grumko opisuje, czyli pierogi nadziewane kaszą gryczaną. popijaliśmy grzańcem smakowitym, nie odwiedziliśmy jeno przyjaciela naszego Włóczęgi bo czasu nie stało i wracać trzeba było do ziemiańskiego kieratu.

wtorek, 08 listopada 2011
moja własna strona, gdzie kupisz ser!

Trwało to długo, aż powiedzieć za długo ale w końcu jest! Moja własna strona, dzięki której można drogą kupna zrealizować marzenie o posiadaniu mojego sera. To tak żartem, teraz na poważnie - www.serygradzkie.pl powstała dzięki pracowitości i uporowi Mojego Szczęścia. Ona też w znacznej części zilustrowała to, co tam zamieszczone, pozostałe fotogramy dziełem jej i mojego dobrego znajomego Nikodema Pietrasa. Uch ażem się nie spodziewał, że tak ślicznie moje dzieciątka wyglądać mogą. Teraz jeno nagłaśniać, nagłaśniać i niech w świat idzie wieść, że www.serygradzkie.pl już się same promują!

 

PS Jażem to uczyniła, nie znając się zupełnie na takich rzeczach, ale faktycznie jak baba sie uprze... Strona nie jest jeszcze skonczona w pełni, wybaczcie. Postaram sie to naprawić niedługo. Emka1216

Tagi: sery
10:53, mag-43 , sery
Link Komentarze (11) »
czwartek, 03 listopada 2011
gdy czyścisz spiżarnię- miszkulencja!
 

Tak mi się nagromadziło w spiżarni, że garnców w szafie brakować zaczęło. Tu trochę, tam trochę, w mieseczce reszteczka. Uff, wszystko dobre, żal wyrzucić kurom. No tom wziął, wyciągnął brytfanne i na spód poszły warzywa z kabaczkiem na czele, które w przecierze pomidorowym były uduszone z mięsem mielonym, na to skrojone w plasterki ugotowane ziemniaczki, dalej kąski z kurczaka który ugotowany był, potem pieczony, ten przykryty został makaronem włoskim, zielonym bo z bazylią. Na wierzch poszły moje suszono wędzone pomidory polowe, z nich olej od Rutkowskiego zmieszany z czosnkiem niedźwiedzim, origano i lubczykiem rozciągnięty dwiema łyżkami śmietany i wylany do brytfanny. Wszystko to w zamknięciu pracowało w piekarniku przez godzinę na 150 stopni ustawionym. Wyszło tak, że paluszki lizać. Na talerzu co prawda bałagan,

 

ale to przecie miszkulencja.

wtorek, 01 listopada 2011
Kurczaczek wspominkowy

Dzień taki piękny, w szumie spadających liści można wspominać tych, którzy odeszli. To nie czas, smutku, jeno zadumy, przecie Oni żyć będą tak długo jak trwać będzie pamięć o nich. W naszym stołowym wiszą zgodnie mój Ojciec, obok Teść.

 

Jeden uśmiechnięty, radosny po kolejnym naukowym sukcesie, drugi poważny, jakby przytłoczony ciężarem wiszących na piersi orderów, Generał było nie było. W moim sercu żyją, trwają, gdy przymknę oczy są jak na jawie, tam w mojej jaźni zapalam Im lampkę wiecznego ognia, rozmawiam z Nimi, radzę się gdy przytłaczają problemy codziennego dnia. Nie mogę się przełamać by iść alejkami nekropolii. Ciężki kamień, który przytłoczył ich truchła jest dla mnie zimną barierą grodzącą od wspomnień. Wszak jednego i drugiego prowadziłem od światła do krainy cienia. Trzymali mnie za rękę oddając ostatnie stopnie ciepła. Dlatego wiem, że są, są we mnie, będą zawsze żywi, gdy ja będę stygnął przekażę promyczek wspomnień moim dzieciom, dalej będziemy trwali...

Ponieważ we Dworze Pani Matka obok duchowej strawy trzeba było i dla posilenia ciała coś zebrać. Ofiarą był kurczak. Poszedł cały w obfitości jarzyn w garniec. By smaku wykwintnego nabrać dostał po pięć ziarenek angielskiego ziela, czarnego pieprzu i takoż jałowca, pod koniec gotowania zaś pół łyżeczki szafranu. Wszystko miało być ugotowane na ale dente. Jarzyny poszły do sałatki, kurczak zaś do brytfanny. Wysmarowany został miodem gryczanym z czosnkiem i takoż tym niedźwiedzim, podlany lekko rosołem odkryty w temperaturze 180 stopni w piekarniku dojrzał. Rosół z zsiekaną, zieloną pietruszką w kubeczku, sałatka ręką Pani Matki obrobiona i kuraczek wspominkowy talerz zapełniły,

 

ciało było zadowolone, energii pełne, w te świąteczne dni.

poniedziałek, 31 października 2011
serów mniej i mniej
 

Z jesienną pluchą, gdy zielonki już nie ma, tak i mleka coraz mniej. Normalna kolej rzeczy, prawo przyrody, kozy przygotowują się do wykotów, więc trzeba je powoli zasuszać. Tak to i jesiennych serów będzie mniej. Szczęściem  półki w dojrzewalni pełne, bo latem szedł litr za litrem w białe złoto się zamieniając. Teraz dochodzą do siebie, żyją pod skórką, smaku i aromatu nabrawszy. Czarne Krzywonosy, sciemniałe Herbowe. są pomarańczowe Grądzkie, dochodzą te z macierzanką i majerankiem, jest i Bomba czosnkowa nadająca się do starcia na makaron czy sałatkę. Czekają w szeregach karnych by pojechać do tych co je chwalić będą.

Tagi: sery
10:07, mag-43 , sery
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 października 2011
kaczusia pyszna,pysznowata
 

Moje Szczęście poszło na głęboką wodę, postanowiło zrobić od początku do końca siama kaczkę, kaczusię i to całą, a wydana miała być przed gronem zacnym, które fuszerki nie popuści. Najsamprzód oczyściła dokładnie, potem środek wyłożyła ząbkami czosnku marynowanego, jabłkiem i gruszką, solą natarła, ziołami z oliwą z lekka. I teraz będzie niespodzianka - przez dobrą godzinę podlawszy wodą wstawiła na kratce w brytfannie na palnik. Obłożona jabłkami, gruszkami i krążkami cebuli kaczka,  się parowała na ogniu nie za dużym, gdy woda prawie całkiem wyszła, dodała na dno nieco oliwy,  posypała pokrojonym selerem naciowym i wstawiła do piekarnika by dopiec do końca i skórkę uczynić chrupiącą. To było ze trzydzieści minut na 180 stopni. Wyszło cudo, jam sam ją kroił a mięso było jak masło, nie rozpadało się a mięciusie było nadzwyczajnie.

 

Sos o aromacie wyciskającym ślinianki, jabłuszka, gruszki z czosneczkiem piękną stanowiły ozdobę i omastę.

 

Poszła i minęłą jak sen złoty, Szczęście Moje wszyscy wołają o bis!

niedziela, 23 października 2011
znowu byłem na Zielonym Bazarze
 

Dziewczyny, które wymyśliły sposób na ożywienie martwiejącego Rynku Bernardyńskiego w Poznaniu nie popuszczają, muszę się tam stawiać regularnie w każdy sobotni poranek, by słowa  raz danego dotrzymać.

 

I jak się okazało impreza ta działa na mnie motywująco - zrobiłem kozi bunc, był jaśniutki, zwarty, czysty, no i co najważniejsze szybko znalazł amatorów. Do tego w pudełeczkach czysty grani, słodziutki i niewinny, a może służyć dzieciom, które nic co krowie jeść nie mogą. Moje dojrzałe jak zwykle cieszyły się niesłabnącym powodzeniem, znikały aż miło.Człek do tego sobie pogadał z miłymi ludźmi a pogoda dopisała nadzwyczajnie. Tak więc do następnego sobotniego ranka!

środa, 19 października 2011
serowarzy się jednoczą

Otóż Mości Szanowni Czytelnicy! W ostatnich dniach Dwór zaszczyciło niezwykle zacne towarzystwo. Zjechali się bowiem Mistrzowie Mleka w postaciach różnych. Był Rusłan, tym razem niestety sam,bez Sylwii, razem twórcy genialnej Frontiery z owcy, Mistrzyni cudeńka istnego koziej chałwy Bożenka Sokołowska, Honoratka i Tomek Strubińscy spod rąk których wychodzi Kozidymek, Mariusz Purgała autor Klasztornego, no i na okrasę Farmerka Beata Futyma, wszystkim znana ta od Kreuzera. Z boku uśmiechając się życzliwie przyglądał się nam, bo i Moje Szczęście było, Gieno Brzuchomoowca. Na stół wydany został bursztynowy rosół z kogutków, potem też same razem z sosem z dziczyzny upieczone.

 

Nie jedzenie tym razem było tematem a nasze bolączki i problemy. Premier Tusk w czasie spotkania obiecał nam, że w rozwiązywaniu spraw pomoże. To i my by go za słowo trzymać postanowiliśmy się zrzeszyć. Tak powstała idea powołania najpierw Stowarzyszenia Serowarów Rodzinnych a jego śladem takiejż Izby Gospodarczej. W jedności siła, jednego szybko złamią, gdy będziemy jak ta wiązka rózg liktorskich rady nie dadzą. Poza tym Premiera trzeba szybko łapać za słowo, czas mija, wybory za nami, pamięć ułomna. Tak więc - Serowarzy całej Polszczy łączcie się! Tworzymy wszak nową jakość, budujemy wartość dotąd nieobecną, której już zazdroszczą nam Francuzi czy Włosi. Coś z niczego i mamy poparcie Was, smakoszy, którzy wiedzą co dobre.

czwartek, 13 października 2011
Poznań zaprosił mnie w swe progi
 

Zebrało się grono zapaleńców, no i rzecz się dokonała. Na Rynku Bernardyńskim w Poznaniu co sobotę od godziny 9 ruszył Zielony Bazar. Dziewczyny mnie wypatrzyły w Wąsowie i odpuścić nie chciały. Mam się z moimi serami stawić i już. No to wyjścia nie było, Panie każą, sługa musi. Ruszyłem się z Dworu i do nieulubionego miasta zjechałem. No i rzeczywiście zeszło się luda co niemiara, brali aż miło było patrzeć, a przecie pogoda nie była nadzwyczajna, deszcz popadywał, wiało. Nic to, tak więc takim zainteresowaniem pobudzony i w tę sobotę stanę wraz z innymi producentami wyrobów chemią nie skażonych i takich, bez obrazy żadnej, których w Biedronce nie uświadczysz. Będą świeżaki, Krzywonos rzecz jasna, czysty Herbowy, a i z macierzanką, pomarańczowy z papryką, będzie można i kiełbasy koziej popróbowac. Sercem otwartym witał będę. A o tym, że moje sery kozie spod ogona nie wypadły niech świadczy to pismo,

 

które załączam.

środa, 12 października 2011
królik cały a pyszny
 

To i wybory za nami, tak jak było, tak jest. Ciekawym jednego, jak ci co obiecywali wywiążą się z dawanych obietnic. Mnie osobiście słowem ręczył Premier Tusk, że będzie wsparcie dla zagrodowców sery produkujących. Zobaczymy czy nie plewa i z wiatrem uleci. Ja się przypomnę. Tak to i do kuchni wróciłem, bo Moje Szczęście całego królika, świeżego dostarczyło i zrobić trzeba było. Najpierw natarłem go świeżą bazylią i lubczykiem zielonym, do tego zbity czosneczek, soli morskiej nie za dużo, oliwą natarty dzionek cały tak sobie poleżał . W brytfannie złożyłem go do pieca. W zamknięciu popracował dobrą godzinkę, potem drugą otwarty, polewany dobrym reńskim, białym winem.

 

Skóreczka delikatniusia na nim powstała, roszony nie wysechł, był pyszny, delikates, mecyja co na sześć nie za dużych porcji starczyła. Do niego poszły kluseczki zielone, takie bo dałem porcję gotowanych ziemniaków przez praskę, porcję szpinaku ugotowanego i podpróżonego zer śmietaną, porcję mąki ziemniaczanej, wszystko po równo i następnie pszennej tortowej by ciasto do palców lepić się przestało. Do pomocy miałem zręczną kuchareczkę Olę, tę co to indyjszczyzną nie tak dawno nas pasła. Ciasto poszło w wałek i na szagówki skrojone do gorącej, posolonej wody.

 

Z sosikiem spod królika wchodziło zacnie. Tak to i od czasu do czasu się we Dworze jada.                              .                                                                                                             

piątek, 07 października 2011
przyjęcie u córci
 

Przyjemnie jest gdy człeka od czasu do czasu przyjmą i dobrze zrobione jedzonko pod nos podstawią, potem statory zniosą i o nic troszczyć się nie każą. W ostatnim czasie kolejne, ale nie za duże lecie obchodził ojciec mojego wnuka,

 

no i córcia kryjąc wszelkie szczegóły przed wszystkimi przyjęcie wydać postanowiła. Rzuciła na szale wszystkie swoje umiejętności i doświadczenia, a przecież jeszcze nie ma ich za dużych i popłynęła na głęboką wodę. Najpierw przekąseczka - śledzik w dwóch rodzajach, jasny i czerwony, zaciągnięty papryką, skrojony w wąskie paseczki, zawinięty w zręczne koreczki. Przypomniał mi teraz szerzej nieznane moskaliki w octowej zalewie. Tak mi przekąska smakowała, żem zgromadził wstydliwie w serwetkę zawijając, niezłą kolekcję wykałaczek. Potem był szampan i gromkie sto lat dla dziarskiego płetwonurka, taki bowiem jego zawód, zupa krem delikatny i maślany z wielu warzyw dobrze przetartych.

 

Clou programu był długo oczekiwany indyk.

 

Tu strach był największy, przecie ptaka tego łatwo przesuszyć i w niesmaczny wiór zamienić. Nic z tych rzeczy, córcia pilnowała go na przemian i tak samo troskliwie jak wnuka, polewała sosem co pod niego ściekł, nie odkrywałą, przyprawiła jak się należy ingrediencji nie nadużywając. Wyszedł piękny, kruchuteńki i soczysty nad wyraz, wiem bom sam go kroił. Przyjęcie zakończył tort sprawiony przez matkę jubilata.

 

Wszystkie renomowane cukiernie mogą się przy nim schować! Jeśliście z okolic Poznania jedźcie do Chyb, szukajcie domu sołtysa, tę funkcję bowiem pełni, pytajcie o Ewę, piecze na zamówienie. Była to leciuchna biszkoptowa chmurka, przełożona, potem przykryta różnymi kremami, w ustach wszystko to się rozpływało, kubeczki smaku wprawiając w pełną orgię. Oczy ciągle chciały ale kałdun tak pełny, że ruszać się było trudno. Córuś, możesz stać przy kuchni, wstydu nie przyniesiesz, dostarczysz zaś doznań o które w dzisiejszym czasie coraz trudniej.

wtorek, 04 października 2011
Wąsowo w slow foodowej aurze
 

Wąsowo świeciło w ostatnią niedzielę niczem gwiazda na firmamencie dobrego jedzenia. Jan Wieła z rodziną wyprzedził mnie o dobrych kilka lat. Będąc dobrym gospodarzem, no i mając lepszą ziemię zainwestował w budynki. Folwark Wąsowo jest piękny, czysty z równymi wystrzyżonymi trawnikami,

 

może być wzorem, tak więc bo było gdzie zjechało tam nas wielu. Była Beatka Futyma z mężem serami nagrodzonymi,

 

chlebami uroczył Damian Nowak, konkurował z nim Kaziu Kucz, był mistrz nad mistrze Hieronim Błażejak ze swoimi nalewkami,

 

do tego różane konfitury ze szczecińskiego, ryby spod Międzychodu, wędliny od doktora Maryniaka, obok zaś wabiła Kruszewnia, na dworze zaś karmił Stefan Słociński wyrobami ze świni złotnickiej. Smak na smaku i smak gonił. Do tego wielkopolski Slow Food edukował kulinarnie dzieci,

 

zabawa niezwykle przednia i miła. Pogoda dopisała nadzwyczaj więc było się czym cieszyć. Impreza jest drugą z rzędu i należy mieć nadzieję, że tak będzie dalej. Moje sery takoż świeciły na pięknych, czystych blatach stołów przygotowanych dla wystawców. Brawo Panie Janie, biorę z Pana przykład i dzielnie będę gonił. Mam nadzieję, że Linie będą też tak kiedyś wyglądały.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl