środa, 01 stycznia 2014
na Sylwestra był bigosik i barszczyk

No tośmy weszli w ten anno domini 2014. Zaczął się szczęśliwie. Binia w końcu się zdecydowała i porodziła pięknego byczka. Sama, bez pomocy, o trzeciej nad ranem byłem, sprawdzałem i nic, w dzień już był i biegał po oborze. Żwawy i silny o bystrym spojrzeniu! Jest Sylwek 2014.

My natomiast w gronie przyjaciól witaliśmy malca, żegnając starca. Niech nam i Wam się darzy.

Na stół wydałem ciekawostkę - bigos, lecz nie zwyczajny. Najsamprzód wrzuciłem dwa słoiki kapusty kiszonej od Rafała Dendka, mego komiltona w Rynku Bernardyńskiego, dołożyłem mój zmacerowanej z czosnkiem, dorzuciłem garść dobrych suszonych grzybów, pokrojonej śliwki wędzonej, zalałem butelką mojego wina i dusić począłem. Obok zaś w garncu szły na wolnym ogniu stópki dwie i pół kilo wędzonego boczku. Dodałem marchwi i selera, obowiązkowo zaś angielskiego ziela i laurowego liścia com go nad Adriatykiem z Moim Szczęściem nazbierał. Gdy wywar był gotowy wyciągnąłem stópki i boczek, pierwsze obrałem z kostek, skroiłem i poszło do kapusty, która cały czas na wolnym ogniu. Gdy brązowieć zaczęła wrzuciłem tam suszone owoce z świątecznego kompotu, przesmażone z cukrem brzozowym. Wszystko to razem sobie pracowało, lekko tylko do smaku dosolone. Wywar zaciągnąłem dwoma słoikami soku z kiszonych buraków, też od wzmiankowanego Rafała. Do wniosku doszedłem, że skoro on do mistrzostwa ten przerób doprowadził ja się z nim ścigać nie będę. Nie trzeba bowiem wszystkiego samemu robić gdy obok takie specjały. Zarówno popitek jak i bigos wielkim uznaniem się cieszyły. Niech więc się Wam darzy w ten Nowy Rok.

czwartek, 26 grudnia 2013
lin w śmietanie

Tak jakem obiecał zdjęcie upisanego wcześniej śledzia w Porto na początku się znajdzie. Moje Szczęście twierdząc, iż on nie fotogeniczny jak smaczny, ale roli podołała.

Po odleżeniu swego wyszedł pikantny, wyrazisty, łamany słodkością wędzonej śliwki i rodzynki, z tłem zbudowanym z liścia laurowego i angielskiego ziela. Niemniej jednak inna potrawa zakrólowała na naszym wigilijnym stole. Był to lin w śmietanie. Pochodzący z małego, czystego jeziorka był znakomitym do obróbki. Przygotowany w dzwonka z powycinanymi płetwami został solą przetarty. Wtedy wrzuciłem go na krótko, ot pięć minut na głęboki olej by się zarumienił z wierzchu a łuska się stopiła, bo skrobany nie był. Po tym zabiegu włożyłem go do śmietany, mojej, com ją ściągnął centryfugą. Od dawna tego już nie robię, wiadomo dieta, lekarskie zalecenia, ale święta nie zawsze, jeno raz w roku tom i sobie pozwolił. Biała, gęsta pierzynka otuliła go dokładnie. Do niej dodane zioła prowansalskie dociągnięte rozmarynem, solą do smaku dobawione  białym pieprzem. Tak i sobie wolniuteńko bulbutał z dobrą godzinę. Sos zrobił się gęsty, zawiesisty, ale esencji smaku pełen.

Rodzina rzuciła się na niego o innych dobrociach zapominając. Tak więc i tym razem udało mi się czymś innym, niż to co do tej pory królowało, ich podniebienia zaskoczyć. Miłego świętowania Czytelniku rostomiły!

wtorek, 24 grudnia 2013
śledź w porto

Nie mam zdjęć bo Moje Szczęście w metropolii siedzi i pracuje. Jednak postanowiłem, że bez obrazków wpis też zamieszczę, te będą w pierwszy Dzień Świąt, alem uznał, że danie tego warte, może ktoś jeszcze na pierwszy dzień świąteczny popróbuje. Wziąłem piękne, dorodne płaty śledziowe, solone i na dobę wrzuciłem  do pół słodkiego, czerwonego wina, nie musi być wykwintne, użyłem Sofii. Przeleżały spokojnie na swoją kolej czekając. Rano dziś wziąłem szklankę Porto, było to Niepoort Ruby, tak jak się należy rozlane w swej ojczyźnie czyli Portugalii.Przedtem zaś w garnczku pół na pół ocet balsamiczny z Modeny rozciągnięty wodą bulbutał wzbogacony liściem laurowym, zielem angielskim, rodzynkami, suszoną śliwką posiekaną i orzechami, gdy zredukował się o jedną trzecią rozciągnąłem go Porto. Teraz przyszło jeno czekać by alkohol wyparował a aromat został. Zalewa musi nieco zgęstnieć. Śledź pocięty na kawałki, a był go kilogram czekał cierpliwie. Zalany, zostawiony do wystudzenia poszedł do spiżarki. Będzie w Święta podany do dobrej, wytrawnej pigwowej naleweczki. Zdrowia Wam wszystkim życzę. Byle zdrowie było,ono najważniejsze. Z resztą damy sobie radę. Alleluja!

piątek, 20 grudnia 2013
imieniny u Rafałowstwa
 

 

I dzisiaj Was Szanowni Moi Mili zaskoczę. Nie będzie o tym co się w mojej kuchni dzieje, choć rzecz jasna obiecuję, że przed  Wigilią o specjałach coś upiszę. Tym razem zajrzę do naszych przyjaciół Honoraty i Rafała, z którymi regularnie, poza chorobami, jak na Dwór przystało w brydża grywamy. Zaprosili ci nas oni na wspólne imieniny do swojej Róży.Moje Szczęście z miasta tego dnia zjeżdżało, więc głodne było. Tom i je nakarmił ze świeżo zmielonego mięsa kotlecikami, gdzie oliwa z oliwek łącznikiem była, bez jajka, z tartą bułeczką, kawałkami dobrego czosnku. I tu błąd był popełniony karrrrdynalny! W Róży czekało nas przyjęcie, a mnie trudno zaskoczyć byle czym, książęcego stołu godne. Najsamprzód wjechała kaczka, swojego chowu, dobrze mięsna, bez tłuszczu nadmiaru. Natarta przyprawami, solą, pieprzem białym odpoczęła sobie, dopiero nadziana w pełni jabłuszkami kwaśnymi ze słodyczą w drugim planie, boskop najlepszy, zamknięta dobrze, lekko wodą podlana poszła do piekarnika na  170 stopni nagrzanego. Pilnowana była przez dwie godziny pieczenia, obracana i cały czas wilgotna. Dopiero ostanie półgodziny otwarta przez co skórki chrupiącej dostała. I tu nastąpiło clou programu - pokrojona została dzięki ostremu nożowi w regularne plastry w poprzek z zachowaniem jabłuszek, które takoż przecięte zostały!

 

Jako dodatek Honcia zaserwowała własnoręcznie robione buraczki - tarte i w kawałkach, smakowitości wielkiej.

 

 

Jeśli myślicie, że na tym uczta się skończyła, jesteście w błędzie. Na stole stał tatar usiekany z sarniej polędwicy, świeżutki, obok garście cebulki, kiszonego ogórka. Żółtka z jajek od własnych kurek, więc bez salmonelli, już wcześniej wraz z niewielką ilością soli i czarnego pieprzu wmieszane zostały. Mięso błyszczące było, lśniło ciemną barwą zaś smakowało tak, że człek jam mizerny oderwać się od talerza nie mogłem.

 

 

Dalej wędzona polędwiczka w carpaccio skrojona, obok kiełbasa podwędzona na owocowym drewnie, grusza ponoć najlepsza.

 

 

Do tego sałatka ze świeżych warzyw - na sałacie leżała pomarańcza albo mandarynka, pomidorki koktajlowe, ser gatunki nie pamiętam. Całość polana była doskonałym aceto balsamico i posypane prażoną cebulką. Jeżeli składnik jakiś ominąłem, Honorata niech podpowie. Sałata była przepyszna, a prażona cebulka nadała jej niezwykłego posmaku. Honorata PROSZĘ o przepis.

Wszystko zaś winem było podlewane przez gospodarza wykonanym z owoców wszelakich. Ludkowie rostomili - takem się opakował, że trudności w poruszaniu miałem, ale przyznam się szczerze, oprzeć się nie mogłem.

środa, 04 grudnia 2013
dziczy udziec upieczony

Przyjaciel Dworu Rafał przywiózł nam udziec młodego dzika bo doszedł do nie wiem czy słusznego wniosku, że ja sam lepiej od jego ślubnej go przyrządzę. Takowa prowokacja nie mogła zostać bez odzewu. Na obiad zaproszenia zostały wydane. Tym czasem dzik został naszpikowany czosneczkiem, polskim Harnasiem, natarty bazylią, słodką papryką, suszonymi pomidorami, solą morską z Chorwacji, dołożyłem nieco trawy cytrynowej a całość podlałem olejem od Lecha Rutkowskiego, czyli tłoczonym na zimno, rzepakowym o aromacie orzechów. Tak sobie dwie godzinki w chłodzie dziczek poleżał. Przed włożeniem do pieca został grubo posmarowany musztardą sarepską i poszedł garować na 170 stopni. Tak pracował przez dwie godziny, nieco soku własnego puścił, wtedy zacząlem podlewać go winem przewracając przy tem. łącznie pieczenie tanie nie jest bo trwało 6 godzin z okładem ale mięso było kruchutkie tak, że samo od kości odeszło i czyste na stół podać mogłem. Sos został śmietaną zaciągnięty, przez co aksamitu dostał.

Towarzystwo raczone zostało sałatkami różnistymi, od ogóreczka słodko kwaśnego w śmietanie, poprzez sałatę z cykorii z kąskami mandarynkowymi,

kapustkę kiszoną od Rafała, imiennika darczyńcy,  Dędka. Tak więc bogato było. Do tego zaś chlebuś pełnoziarnisty, foremkowy w siemieniem lnianym i ziarnami słonecznika co znamienicie sos wpijał. Żona Rafusia bez nacisków przyznała, że decyzja o przywiezieniu udźca we Dwór słuszna była i pretensji żadnych nie głosiła co opróżnieniem talerza do cna potwierdziła. Pozostali goście takoż wszystko do ostatniej resztki wypróżnili.

czwartek, 14 listopada 2013
palenie tęczy

Znowu powiedzenie, brylujące na ustach ludzkości - obyś żył w ciekawych czasach, zyskało na wyrazistości. Święto narodowe upamiętniające odzyskanie niepodległości po tylu latach niebytu daje okazję do wypełznięcia z duszy Polaka wszystkich możliwych demonów. To już nie gromadka, to już dziesiątki tysięcy frustratów wychodzą na ulicę nie po to by świętować lecz wylewać nagromadzoną w sobie żółć. Co poniektórych nawet rozumiem. Minione dwie dekady nie dla wszystkich były czasem szczęścia. Transformacja i czas dzikiego kapitalizmu, który zresztą do dziś nie ustąpił, dotknęły tych najmniej zaradnych. Lecz przecie każdy musi dojrzeć i te zmiany, które pozwalają swobodniej oddychać, dają naszym dzieciom większe szanse niż życie w brudnym baraku, co prawda najweselszym, minionego obozu socjalistycznego. Ale nadal nie wiem skąd się biorą te ogolone łby, bijące w bruk glany, wywalone w górę łapy na pozdrowienie. Jedyny wniosek jaki mi się nasuwa to, że jest to wyraz słabości państwa. Z drugiej zaś strony nasz zachodni sąsiad też od czasu do czasu cierpi na takie przypadłości. Ale przecie my Polacy, kolorowe ptacy, byliśmy jeszcze nie tak dawno temu wzorami tolerancji i życzliwości ludzi wobec ludzi. Co się zmieniło, gdzie przyczyna, jak skutek wiadomy? Błędy w wychowaniu, ma rację Giertych gdy mówi, że czas wrócić do Sienkiewicza a nie Masłowskiej? Nie wiem, dumam, myślę i nic. Przypomniała mi się dawno temu czytana książka Brunona Jasieńskiego - "Palę Paryż". Tak jakby przez alegorię, dziś i znowu. Jedno jest pewne, selekcja negatywna ciągle działa. Nic nie umiesz, nic nie osiągnąłeś - idź do polityki. Tam nieudacznik może zostać kimś. Byle śliny w gębie starczyło.

Tagi: polityka
12:47, mag-43
Link Komentarze (12) »
piątek, 01 listopada 2013
zapieczony dzień duszom poświęcony

Tak jak wstecz patrzę, to i stwierdzam, że dzisiejsza rzeczywistość wcale ale to wcale mi się nie podoba. Straszni jesteśmy esteci, by zmarli nam nie przeszkadzali wypchnęliśmy ich z miast na obrzeża, by miejsca nie zajmowali kremujemy, przypominamy sobie o nich gdy nadchodzą listopadowe dni. Mój Starszy żyje we mnie na codzień. Czasem wykonując jakiś ruch łapię się na tym, że Jego kopiuję, widzę Go w swoim grymasie i uśmiechu. Cichutko się Go radzę jak mam postąpić, wszak to On był tym mądrym i wzorcem dla mnie ledwiem nad stól wyrósł. Dzisiaj młodzi za diabły się przebierają, zamiast sięgać pamięcią po doświadczenia minionych pokoleń. Dynia wydrążona ze świeczką na straganach stoi, a schodzi jak ciepła bułka. Wcale nie mówię, że listopad ma wiać smutkiem, nie, święto to ma być radosne, ale inaczej niż z amerykańskiego wzorca. Z uśmiechem na ustach wspominajmy tych co odeszli, patrzmy na to co nam zostawili w spadku, na Ich myśl i dorobek, lecz nie ten przeliczany na mamonę.

    No ale przecie nie samym intelektem człek żyje, to i Moje Szczęście myśl moją w formę zapiekła. Była to skrojona dynia Hokkaido razem ze skórką, kukurydza, kasza gryczana nie łuskana, dużo koperku zielonego, posiekany czosnek, brukselka przekrojona na pół.

Warzywa wszystkie i kasza podgotowane były przed włożeniem w naczynie. Na nie poszły plastry boczku mojego, wędzonego ze świni serwatkowej i lekko dojrzałego sera.

Całość polana została by skórkę dostać rozbitym w śmietanie żółtkiem. Gdy danie na stół wydane zostało wzbogacił je  sos czosnkowy na jogurcie. Wszystko rzecz jasna w miarę solą i pieprzem doprawione. Tak to i sobie dynię pożywaliśmy spoglądając od czasu do czasu na portrety Ojca Mojego i Rodziców Szczęścia Mojego co w jadalni nad stołem, jemu patronując, wiszą. Jeden ojciec  poważny, wszak Generał, drugi uśmiechnięty bo studentów wychowawca. A wspólne zdjęcie rodziców Szczęścia radosne i uśmiechnięte. Pamiętamy o Was, wszak żyjecie w nas i żyć będziecie póki pamięć nie zgaśnie.

niedziela, 13 października 2013
pulpeciki kurzęce w grzybach

Tak mnie coś naszło, że zmieliłem kurzą pierś, dobre pół kilo, dodałem przypraw - kurkumy, czosnku niedźwiedziego, pieprzu czarnego, świeżo zmielonego i koperku zielonego. Wbiłem w to dwa całe jaja i mieszać począłem. Gdy masa była jednolita zacząłem dosypywać utartej bułki do tego momentu aż mięsne ciasto zgęstniało i od ręki odchodziło. Ukulałem w małe porcyjki, lekko spłaszczyłem i wrzuciłem na rozgrzany olej od Lecha Rutkowskiego czyli sławny z Góry Świętego Wawrzyńca, rzepakowy na zimno tłoczony. Specyficzny on o tyle, że oprócz pięknych walorów smakowych posiada wysoki próg dymienia, wię smażyć na nim można. Gdy pulpeciki zezłociły się z każdej strony wyciągnąłem na ręcznik papierowy by odpoczęły. Moje Szczęście natomiast wzięło się za grzyby. Mieszanka była to leśna poprzymrozkowa - zielonki i rydze.

Skrojone poszły na suchą patelnię by nadmiar wody oddać, potem dostały świeżego masełka dwie łyżki, gdy podsmażyły się akuratnie, podlane zostały śmietanką by sos był zacny. Wszystko posolone i dopieprzone wedle smaku.

Teraz tylko przygotowane wcześniej pulpeciki poszły w grzyby i kilka minut swymi smakami przechodziły. Jesienna potrawa, szybka do zrobienia a zacna niezwykle.Zaręczam i pozdrawiam, bo do serów idę, trzeba i je trochę podopieszczać.

niedziela, 06 października 2013
grzyby, grzyby, grzyby

No i w końcu sypnęło urodzajem. Jest ci grzybów w naszych nowotomyskich lasach dostatek. Góruje podgrzybek rzecz jasna, ale jest i kozaczek, maślaczek łebek z podszytu wychyla. Ja zaś w prezencie dostałem złocistego szmaciaka, w moich okolicach kozią brodą zwanego. No tom ucztę postanowił wyprawić. Najsamprzód poszły kozaczki, podgrzybki i maślaki. Dobrze umyte, te ostatnie ze skórki obrane, w plasterki skrojone, rzucone na rozgrzany olej z winogronowych pestek. Tam się dorobiły sosu nieboszczki, czyli zciemniały zupełnie. Wtedy to rozciągnąłem je sosem sojowym i tajskim z udziałem papryki i czosnku, słodko - kwaśnym, wszystkiego w miarę by smaku darów lasu nie przyćmić. Na osobnej patelni przesmażyłem kąski z kurzej piersi, gdy się zezłociły zmieszałem obie ingrediencje pozwalając na małym ogniu by dobra na wzajem sobą przeszły. Obok zaś dobrze umyta Kozia Broda poszła na suchą patelnię, wodę powoli oddawała, gdy to się stało dostała pół kostki masła i skwierczała radośnie.

Z patelenki obok dołożyłem zeszkloną, czerwoną cebulę, wtedy zostało już ostatnie pociągnięcie pędzlem - dołożyłem kilka łyżek dobrej śmietany i całość zasypałem skrojoną, zieloną pietruszką.

Ludkowie rostomili, gdym podał to Mojemu Szczęściu, ta o konwenansach zapominając talerz wilizywała. Takie to i są dary jesieni gdy się je odpowiednio spożytkowywuje.

niedziela, 15 września 2013
świnia pieczona w dole

Nadeszła połowa września, czas Dnia Korbola w naszej wsi. Postanowiłem imprezę ubogacić.Jeden koło stukilowy kaban dostał w łeb i wyprawiony pięknie. Potem Moje Szczęście zręcznie skórę ponacinało w rąbek. W szczeliny wtarło sól morską rozrobioną z czosnkiem i oliwą, potem dołożyłem słodką paprykę i suszone pomidory z bazylią.Zrobiła się czerwona. Jako nadzienie posłużyły świąteczne korboliki, małe, zielone i pomarańczowe, do tego doszły całe jabłka, gruszki i polowe pomidory Lima. Zaszyłem go zręcznie, zawinąłem w płótno. W noc poprzedzającą nasi strażacy wykopawszy dół, dno polnym kamieniem wyłożywszy palili ogień. Rano w dzień imprezy rozgarnęliśmy żar, lekko posypawszy go piaskiem złożyliśmy kabana, zasypaliśmy. Na wierzchu znowu zapłonął ogień i palił się przez dziewięć godzin.

Wyciągnęliśmy go, w krojeniu pomógł zacny Piotruś Michalski, szef jednej z najlepszych poznańskich restauracji czyli Togi. Rozdzielaliśmy dodając do mięsa świątecznego korbola.

Danie było tak pyszne, że całość znikła w mig, a dokładkowiczów nie brakło. Najlepsze zaś było to, że zanim żeśmy jej nie wyciągnęli niedowiarków nie brakło. A że surowa będzie, a że smak niewiadomy, tymczasem pochłaniali pieczonkę wszyscy uszami trzęsąc.

niedziela, 01 września 2013
podroby koziołka w sosie

Przyjechało we Dwór przyjecielstwo z niedalekiej wioski co to na brydża do nas regularnie zawitują. Rafał tym razem z gościńcem zjechał. Był to obsprawiony koźlak z podrobami. Tuszka poszła do marynaty by mój urodzinowy obiad uświetnić,natomiast do szybkiej obróbki trzeba było zużyć wątpia. Poszedłem do ogródka, zerwałem kabaczka. trzeba było go z grubej już skóry obrać. Na oleju z winogronowych pestek obsmażać zacząłem skrojonego w kostkę dobrze dobawionego przyprawami - garam masalą, ziołami prowansalskimi i zieloną czubricą. Gdy kabaczek zrumieniony dorzuciłem paski zrobione z wątróbki, nereczek i serduszka. Dusiło się razem, gdy płynu brakło polałem świeżo robionym przecierem z polowej Limy, pysznego pomidora.Jak wszystko miękło zaciągnąłem dobrym jogurtem.Wydane na talerz posypałem jagodami Goi by doznania zwiększyć.

Wyszło pysznie, tak więc patelnia cała zjedzona została.

wtorek, 06 sierpnia 2013
sery i Transatlantyk

Od czasu do czasu trzeba do miasta pojechać, by się nie zastać i w gburostwo nie wpaść. Okazją ku temu znakomitą jest trwający teraz w Poznaniu festiwal Transatlantyk, tem bardziej, że Jan A.P nie dość że sąsiad to jeszcze dobrze znajomy. Poszliśmy więc z Moim Szczęściem do Mulitikina. Najsamprzód obejrzeliśmy przegryzając papierówką film poświęcony Petriniemu, twórcy idei Terra Madre i Slow Food. Tu ponieważ temat nam bliski wielu rzeczy się nie dowiedzeliśmy, ale na ekran z ciekawością zerkaliśmy. Potem przejście po czerwonym dywanie i w specjalnie na tę cześć postawionym namiocie było kolacja przygotowywana przez creme de creme polskich szefów kuchni. Od Andrzeja Truchlewskiego, poprzez Michała Kutera do Rafała Godziemskiego, zresztą zerknijcie na moją stronę face, tam ich wszystkich znajdziecie. Skoro zaś oni to i moich produktów zabraknąć nie mogło. Był ser rzecz jasna, tym razem wędzony na olchowym dymie kozi, do tego konfitura z morwy na czarnoporzeczkowym soku z dżem z zielonych pomidorów, do tego confit z gęsi kołudzkiej.

Mlaśnięcie i nie było, wspomnienie jeno. Potem zupa z dzikiego szczawiu z panierowanym jajeczkiem przepiórczym i musem kartoflanym. Dobre wychowanie powstrzymało mnie bym nosa nie uzielenił a talerza nie wylizał.

A boczuś wysmażony co pod zębem strzelał! Po nim poszedł dorsz solony, płatek w płatek się rozchodzący, do tego płatki rzodkiewki i soliród.

Pożarlim, smak niebiański do tego garni oko cieszące.Po rybie skoki zajęcze w rurkę zwinięte, ziołami pachnące, sosik ze świeżych kurek, maślany.

Delicje takie, że oczy mgłą rozkoszy zachodziły.Potem strzelono deserem - mus z migdałów, twaróg z mleka moich yersejek i takoż mój miód akacjowy.

Ludkowie rostomili, kolacja ta nie miała ani jednego słabego punktu!porcje małe ale każdy z biesiadników wyszedł najedzony. Na sam koniec kucharze od siebie podali praliny samoręcznie zrobione, kryjące pod czekoladą moją truskawkową konfiturę albo szczypior z białą cebulką.

Mistrzowie nad mistrzami i im się w pas kłaniam.

niedziela, 14 lipca 2013
dary lasu i ogrodu

Zaczyna się we Dworze piękny okres. Na stół wędrować poczynają dary lasu i ogrodu.

Klucznica Elyżbietta, ćwierkając radośnie, wywlekła na rowerową wycieczkę do lasu, przyjaciela domu Wojtka, kiedyś najznamienitszego sportowego dziennikarza miasta Poznania, teraz stypendystę ZUS-u. Energia mu została więc mimo cienkich opon i hałd piachu nie dał się dzielnie pedałując. Tamże, znaczy w lesie naszli maślaki i kozaki, do dom je zwożąc.

Moje Szczęście w przeddzień gotowania zmacerowała polędwiczkę świni serwatkowej, pogłębiając jej kruchość. Natarta ziołami z ogrodu w oliwie swojej kolei czekała. Na dno grubego garnka poszła z ogrodu przyniesiona, w plastry skrojona młoda cukinia, na to mięso, dalej grzyby (co to je Elyżbietta i Wojtek zebrali), do tego płatki czosnku.

A by sos stworzyć nasza adżyka pikantna. To wszystko dusiło się powoli. Na sam koniec garściami wielkimi, by aromat w nozdrza bił, zasypane zostało świeżo zrywanym koprem zielonym. Obok zaś piękna, bez śladu łyka jakiegokolwiek fasolka, w naszych stronach szabelkiem zwana, do tego bób młodziutki. Gdy duszenina doszła do siebie, a było to na niskiej temperaturze, 100 stopni nie przekraczającej, więc długo, wraz z jarzynami potrawa została na stół wydana. Żal mój był wielki, myślałem, że mi co na rozpoczęcie tygodnia zostawią, głodna Litwa jednak wyżarła wszystko. Elyżbietta z tego znana, że nawet mycia szczędząc talerz wyczyściła.Jeno bobu i fasolki na pociechę trochę stało, tom je podwieczorkiem wyjadł.

niedziela, 30 czerwca 2013
kurczak hamburski proszę raz

Dorosły nam kuraki, dorodne, takie po trzy i więcej kilo. Żywione były śrutą z naszych zbóż, zielonym co sobie nazbierały, piły jeno serwatkę. Mięsiste takie, że aż miło, to i myśmy postanowili popróbować. Świeżutki, natarty solą, do środka dostał ziół z ogrodu narwanych - bazylii, rozmarynu, mięty melisy, origano, lubczyku i tymianku. Zatkany zaś został całą, dobrą cytryną, ponakłuwaną i szpikniętą dwoma goździkami. Tak przygotowany powędrował do  brytfanny gdzie dochodził na parze,  na wolnym ogniu przez dwie godziny. Przed podaniem na piętnaście minut powędrował do pieca dla przyrumienia. Wyjęty roztaczał niesamowite aromaty, cytrynę całą wyssał, jeno miękka skórka została. Do towarzystwa dostał ryż ugotowany na sypko z kurkumą, więc pomarańczowy i słodziutką kalarepkę młodą z ogródka popyrkaną kilka minut z masełkiem z małą szczyptą soli.

Obiad był godzien dobrego, dworskiego stołu. Była z wizytą Pani Kasia Lwówecka, więc i sędzia naszych kulinarnych zdolności surowy.

Jadła z apetytem. Coś więc w tym kogutku hamburskim jest, brojlera po takim jedzeniu pogonić można, ten jak mielony papier toaletowy, tamten aromatyczny, soczysty, w ustach się rozpływający.

sobota, 22 czerwca 2013
kurestwa Rostowskiego dość!

jestem nadzwyczaj spokojnym człowiekiem. ale tego wytrzymać już nie mogę. skurwiel zwany polskim ministrem finansów spekuluje naszymi pieniędzmi. Najpierw obniżając kurs euro w sierpniu steruje wysokością dopłat dla polskich rolników mając już w kieszeni euro z uniii spekuluje tymi pieniędzmi zarządzając sztuczną fotograficzną kontrolę, napędzając swoim kolesiom z Chorzowa mnóstwo kasy zlecając m kontrolę w październiku kiedy tak naprawdę na polu nic już stwierdzić nie można wstrzymuje wypłatę pieniędzy, które mają służyć dla zniwelowania różnic między polskim a unijnym rolnictwem. Kradzież i bzdura! chodzi o to , że nasz minister finansów jest po prostu zwykłym spekulantem i gra, bawi się naszymi pieniędzmi. piszę to w pełni rozgoryczony i zły. 31 czerwca pewnie wpłyną na moje konto dopłaty. pomniejszone o gierki spekulacyjne pana Rostowskiego, podwyższone o odsetki, które muszę zapłacić za nawozy i środki ochrony roślin. Przepraszam ale do tej pory należnych mi pieniędzy na koncie nie mam.jak ja się spóźnię o dzień z płatnością dostaję w łeb, grożą mi komornicy. Państwo Polskie ma mnie w d...e i jedyna rzecz na której się koncentruje to ściąganie haraczy by starczyło na pensje dla jej wasali. Przepraszam za wylaną gorycz, ale dzban się przelał, ucho pękło. dłużej być nie może. on i myślą tylko o sobie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl