czwartek, 19 lutego 2009
jesienne jabłko w zimowej szacie
Na dworze nadal biało, bialutko, tylko ludzkie stopy wydeptując ścieżki kroją czystą połać. Kończę już przygotowania do koziego połogu, każda matka będzie miała swój własny boks, więc nie będzie kłótni. Konie gdy wychodzę na dwór idą za mną wężykiem, bo z kieszeni wydzielam im sprasowaną marchew. Z lasu przywieźliśmy drewno, więc sobie je obkorowują, najbardziej smakuje sosna. W kuchni radośnie strzela angielka, czyli piec na którym przez prawie cały rok gotuję ignorując ceramiczną, elektryczną płytę. Teraz wykorzystuję rozgrzane fajerki do przygotowania sobie deseru.
Biorę dorodne jabłko, najchętniej jakiegoś Goldena lub Szampiona, wykrawam dokładnie gniazdo nasienne, byle nie na wylot. Nastęnie wkłuwam trzy, cztery goździki, w powstały otwór wlewam zrobioną latem konfiturę z czerwonej porzeczki. Ma krwisto czerwoną barwę, pilnowałem by jej nie przesmażyć, więc karminowe kuleczki śa pełne soku,gorące pękają pod nasiskiem zębów. To jednak później, teraz wgłebienie dokładnie wypełnione zakrywam suszoną morelą i następnie wszystko to zawijam dokładnie w grubą aluminiową folię. tak przygotowany pakuneczek kładę na płycie pieca, po kilku minutach przekładam na obrzeże i tam niech sobie nawet z godzinkę dojrzewa.
Czasami takie jabłuszko jeszcze ozdabiam kleksem ubitej śmietany, ale to tylko od wielkiego dzwonu. Trzeba przecież pamiętać o możliwości urośniecia daszku nad jak to mówią wackiem, a to się ukochanej może nie spodobać!
środa, 18 lutego 2009
kozy
No i od rana sypie biała manna, niedość, że sypie to jeszcze temperatura spadła kilka kresek w dół, dobrze poniżej zera , no i pod nogami skrzypi aż miło. Dobrze, że w domu ciepło, drewno w angielce i piecu  przyjemnie strzela. Byłem u kóz, też im się na dwór nie spieszy, każdej muszę dać po kawałku suchego chleba, który zresztą ku uciesze mojej zwierzyny zbiera całe grono przyjaciół domu. Widać jak z dnia na dzień grubaśnieją, coraz bardziej nieruchawe. Czarną podejrzewam nawet o trojaczki, biała tylko chudsza.
Oj, będzie wysyp, że aż miło. Byle tylko w większości kózek, bo grono znajomych do obdarowywania koziołkami jako darmowymi wycinarkami trawy kurczy się w tempie geometrycznym. Mleka też nie ma, ponieważ chowam tybetańskiego grzybka na tej resztówce, zaeksperymentowałem i z kwaszonki wyprodukowałem serek, było tego tyle co kot napłakał, ale jednak. Bardzo dobrze odcisnąłem pod polnym kamieniem i na kilka dni zalałem solanką. Ser typu feta, kwaskowaty ale wcale nie przesadnie, wyszedł rewelacyjny, stwardniały, a jednak maślany łamie się na kawałki, ale i rozsmarowuje na grzance. Zjadająć go mogę sobie popatrzeć na sikorki.
Tagi: Kozy ser
09:32, mag-43 , sery
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009
Gęsi

No i zima nie odpuszcza! Co prawda w Wielkopolsce na razie przynajmniej nie sypie śniegiem, ale temperatura poniżej zera, biały kożuszek na polach jeszcze się nie zbrudził. Taki krajobraz aż kusi by wyjść na spacer. Sikorkom na modrzewiu wywiesiłem słoninkę, pałaszują odstraszając od przysmaku wróble. Głównie gromadzą się bogatki, ale od czasu do czasu pojawiają się modre, a pod wieczór ubogie. Po wizycie w kurniku wróciłem z pierwszym w tym roku gęsim jajem. W wielkości conajmniej trzech kurzych! Na razie jedno, poczekam na kolejne. Można je dodać do jajecznicy, pamiętając o proporcji. jednak zdecydowanie lepsze są podawane w formie zapieczonej.

Najpierw gotuję je na pół twardo - około 4 minut,potem nożem piłką przecinam skorupkę na połowę, wyciągam ugotowaną zawartość i siekam na drobne kawałki, mieszam z równie drobno posiekaną cebulką, doprawiam solą i pieprzem, wypełniam skorupki i wierzch posypuję utartym parmezanem i wkładam na 10 minut do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika, przed podaniem zdobię jajo majonezem utartym z oliwy pierwszego tłoczenia, żółtka i przeduszonego przez praskę czosnku.

Ślinka leci w oczekiwaniu na następne gęsie osiągnięcia,czekam na jaja! 

poniedziałek, 16 lutego 2009
biało, bialutko z karpiem w tle
No i zasypało nas, naszą gospodarną Wielkopolskę. Główne drogi są przejezdne, gorzej z naszymi gminnymi. Nie dość,że zima dziurawi te nasze biedne, cieńkie asfalty, to jeszcze warstwa śniegu przysypująca zlodowaciałe wyspy powoduje, że jadąc samochodem zastanawiamy się czy mam opony, czy też łyżwy. jeśli nie masz konkretnego interesu w mieście to lepiej się nie ruszaj. Koni na dwór też nie wypuszczam, jeszcze który poślizgnie się, nogę złamie, lepiej nie myśleć!
Kozy też wcale nie tęsknią za śniegiem, widać wyraźnie, że przygotowują się do porodów. tak więc na razie o mleku i serach trzeba zapomnieć. Po żniwach zostało mi trochę zyta to sobie je zmielę i nastawię na zakwas, tydzień karmiony podojrzewa to i chleb upiekę. Teraz zaś wyciągnę sobie zamrożone w grudniu dzwonka karpia i usmażę. Ale nie tak prosto, zwyczajnie.
Najpierw trzeba je dokładnie wysuszyć, potem skropić cytryną i na chwilę zostawić. Teraz czas na przygotowanie otulinki. W jej skład wejdzie przesiana mąka pszenna, kukurydziana i kartoflana, w równych proporcjach. Dzewonka przedzielamy na pól, lekko solimy i dokładnie obtaczamy, grubo, w dokładnie zmieszanej mące. Teraz przydałaby się frytkownica, wypełniona olejem ryżowym, arachidowym, gdy ich nie mamy może być dobrej jakości z pestek winogron, dobawiamy go kilkoma kroplami oleju sezamowego i nastawiamy na wysoką temperaturę. Wrzucamy kolejne porcje do wrzącego i obrabiamy przez kilka minut. Maksymalnie 4-5! Gotowe wykładamy na talerze i podajemy z tartymi buraczkami z chrzanem.
Pychota
sobota, 14 lutego 2009
Z czego żyje rolnik

Polski rolnik od czasu wejścia do Unii żyje z dopłat. Grudzień jest miesiącem przełomowym. Od pierwszego zaczyna się nerwowe wyglądanie listonosza. Przyniesie list z Agencji, czy też nie. W zeszłym roku szanowny pan Sawicki obiecał nam, że w związku z objęciem Wielkopolski jako regionu stanem suszy, dopłaty dostaniemy w pierwszej kolejności. Terminem granicznym miał być koniec stycznia. Czekaj tatka latka, kłamał tak jak i poprzednicy. Przecież im dłużej kasa poleży na ich koncie, tym więcej się uskrobie z odsetek na premie dla kolesi! Taki to niestety los, jakeś przy władzy to chapiesz i myślisz tylko o własnym interesie oraz politycznych przyjaciół, no rzecz jasna ubierasz to w piękne słówka, że to pro publico bono, które tak na prawdę masz w d...e. przecież władza dana na krótko i odbić się trzeba, bo mogą przyjść lata chude. Niestety ta nasza młoda demokracja cały czas działa na zasadzie selekcji negatywnej. Coraz to większa miełocz wypływa by dostać się do żłoba. Trudno mi ocenić partię obecnie sprawującą władzę, ale bez wątpienia dotyczy to pierwszego obrotowego Najjaśniejszej Rzeczpospolitej czyli PSL-u. Ci w myśleniu o własnym interesie, bynajmniej nie interesie polskiego rolnika, przez nikogo wyprzedzić się nie dadzą. 


No ale cóż żyć trzeba. Na te smutki wyciągnę sobie buteleczkę tarninówki, której owoce zbierałem w zeszłym roku w Bieszczadach, w okolicach Zatwarnicy. Były już zwarzone przymrozkiem, pomarszczone, wyssane z goryczki, przewiane zimnym wiatrem schodzącym z połoniny. Zalałem je lipowym miodem i gdy nim nasiąkły, dodałem przedniego spirytusu. Dzisiaj na te smutki walnę sobie setkę nie rozciąganego gorzałką ani wodą napitku, który liczy sobie z siedemdziesiąt gradusów, ale ponieważ z dobrych towarów zrobiony gładko przechodzi przez gardło, po chwili jednak waląc obuchem w łeb. Powtarzać niebezpiecznie. mag43 (14:31)

Przeprowadzka jestem uparty

 

12 lutego 2009

zasypany

No i patrzcie, wydawało się, że zimę mamy za sobą a tu niespodzianka! Nas tu na wsi to zasypało, przez noc spadło co najmniej 15 centymetrów śniegu. Oczywiście to żadna tragedia, ozimina przykryta puchową pierzynką śpi sobie spokojnie, jedynie konie boję się wypuszczać ze stajni, bo ślisko. No i zaczyna je energia rozpierać, rozwaliły kamionkowe koryto do owsa. A niech je! Kozy już prawie mleka nie dają, znaczy wykot bliski. Wyszedłem na ogródek i spod śniegu wygrzebałem zostawione tam pory, zmrożone na kość, będę je musiał po odtajaniu natychmiast przyrządzić. Najpierw na moim piecu, na płycie muszę upiec dwa placki, tylko z mąki i wody, z odrobiną soli. Ciasto po wyrobieniu trzeba rozwałkować na jak najcieńszy płatek. Tajemnica w dobrym wyrobieniu, odłożeniu w chłodnym miejscu by dojrzało. Gdy placki gotowe wkładam jeden na spód foremki do ciasta i nań kładę pokrojone w talarki pory, przyprawione solą i pieprzem, na nie sypię zwiórkowaną goudę i jak pierzynką przykrywam drugim płatem podpieczonego ciasta. Foremka na 25 minut ląduje w piekarniku na 180 stopni. I to wszystko w taki zimowy dzień -pyszna przekąska na drugie śniadanie.

mag43 (15:44)

 

11 lutego 2009

łosoś

rozpadało się a termometr skacze między zerem a niewielkim plusem. Pogoda typowo barowa. Dlatego też w taką pochmurną pluskotę przypomniał mi się przepis zainspirowany przez mojego przyjaciela Andrzeja na łososia w marynacie.Najlepszy jest do tego płat dobrego łososia, obdarty ze skóry.

Kroimy go w słupki, takie na dobry kęs do ust. Marynata jest dość ciekawa - w źródlanej wodzie rozpuszczam na szklankę trzy stołowe łyżki atlantyckiej, morskiej soli, wodę podgrzewam i korzystając z tego dorzucam trzy goździki, kawałek cynamonu i dwa plasterki świeżego imbiru. Po ostudzeniu wlewam do tej mikstury również szklankę przedniego octu jabłkowego, który leciutko jedną łyżką dosładzam miodem. Gdy wszystkie ingrediencje dobrze połączone zalewam łososia i przygniatam talerzykiem z kamieniem w kamionkowym garnku. Zapominam o nim na dwa tygodnie.

Gdy upłyną w takie pochmurne, deszczowo - sniegowe dni jak dzisiaj mogę się nim raczyć dodając kusztyczek zmrożonej, dobrej gorzałki.

mag43 (08:50)

 

09 lutego 2009

tort

Niestety kozy dają o tej porze roku niewiele mleka, powoli je zasuszam, przygotowując do kocenia, czyli porodu. Tak więc trochę muszę pomęczyć by nazbierać odpowiednią ilość surowca by zrobić faskę sera. Ale zawziąłem się i postanowiłem zrobić sobie dwuosobowy torcik.

Tak więc faska sera, to około 250 gram, ucieram to z przyprawami, z udziałem bazylii, trochę kminku, curry, czerwonej czubricy i suszonej cebuli, wbijam trzy jajka i ćwiartkę masła. Masa musi być absolutnie jednolita. Na koniec wlewam i rozciągam setkę koziego mleka, podgrzanego z szczyptą drożdży. Odstawiam w cieple, przykrywając serwetką. Biorę makaron długie rurki, czyli takie spagetti z dziurką w środku, gotuję al dente, przelewam zimną wodą i dokładnie odsączam. Teraz czas na małą tortownicę, pedantycznie smaruję boki masłem i wysypuję tartą bułką. Dno wykładam warstwą serowej masy, na to makaron i tak na ile starczy surowca. Gdy skończone wkładam na 40 minut do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika. Na 10 minut przed wyjęciem wylewam na wierzch jedno dokładnie zbełtane jajko, może być kacze, wytworzy warstewkę pięknej ciemnożółtej skórki, a kacze da posmak biszkoptu. Temperaturę zmniejszam na tej końcówce do 100 stopni. Do tego podaję sos na bazie gęstej pulpy pomidorowej z pastą sambal olek i cienko skrojonym kiszonym ogórkiem.

Toast można wznieść łącką śliwowicą - co to krzepi serca, krasi lica.

mag43 (10:05)

 

08 lutego 2009

śmierć w Pakistanie

Od polityki staram się trzymać jak najdalej. Może dlatego, że przed laty przyglądałem się z bliska wybrańcom narodu na Wiejskiej. Toż to typowy przejaw selekcji negatywnej i to z tendencją pogłębiającą. Ci, którzy trafili tam w ramach sejmu kontraktowego to prawdziwi koryfeusze, do tego idealiści, potomkowie Judyma chcący zmieniać świat. Z kadencji na kadencję psieli, kundlili się coraz bardziej by w poprzednim rozdaniu osiągnąć apogeum. Nie o tym jednak - gdy dotarła do mnie wiadomość, oby nieprawdziwa, o śmierci Polaka w Pakistanie zatrzęsła mną głucha, zimna złość. Dlaczego, po co i w imię czego? Wziąć ich wszystkich bez wyboru otoczyć niewidzialnym murem, którego możliwość stworzenia daje dzisiejsza technika,otworzyć elektroniczny parasol uniemożliwiający korzystanie z telefonów komórkowych i satelitarnych, komputerów, nie dać szans skorzystania ze zdobyczy XXI wieku i niech sobie gniją w tym średniowieczu, które tak sobie upodobali. Bez stosowania przymusu bezpośredniego, a jednak sięgając do Starego Testamentu - oko za oko, ząb za ząb, odebrać to co im nie należne. Nasz rodak pojechał tam przecież po to by im ułatwić skorzystanie z bogactw ich ziemi. Lecz im to widać niepotrzebne! A nasi politycy? No cóż, zrobili wszystko co możliwe, czyli nic.

mag43 (10:13)

 

Przeprowadzka jeszcze trochę

 

07 lutego 2009

śniadanko we dwoje

zima jeszcze w pełni, co prawda temperatura skoczyła troszkę do góry i biały puch przeszedł w szarość. No a ale ciągle się kręci koło zera. Kury jeszcze się dobrze nie obudziły, tak więc wynoszę po jednym jajku, dwa co najwyżej, kaczki raczą mnie jednym dwoma na tydzień. Zaznaczam kurnik mam wolny od salmonelli. Na dobrą potrawę trochę trzeba pozbierać, ale warto bo od swoich i smakują tak, że do kupnego już się nie przekonam. Proponuję więc omleciki z wiśniową konfiturą.

Oddzielam żótka od białka, a to ostatnie ubijam na sztywno dodawszy ciupciuteńką szczyptę soli. Porcja wiadoma po dwa na głowę, na moment przed zesztywnieniem białego tworzywa wlewam powoluteńku rozbełtane dokładnie żółtka, nie przerywając ubijania. Rozgrzewam teflonową patelnię, przecieram lekko papierowym ręcznikiem zmoczonym w oliwie i wylewam masę, nie za dużo, ot dziecięciocentymetrowe placki, po chwili gdy chwycą złoty kolor przewracam na drugą stronę. Gdy gotowe zdobię je kleksem zrobionej latem wiśniowej konfitury z owocami wypełnionymi w miejsce pestek, ciemnym wysmazonym sokiem.

Takie drobne zimowe radości.

mag43 (08:40)

 

06 lutego 2009

boczniak

Ponieważ odechciało mi się świń, a trzymałem tego do tysiąca pięciuset sztuk, musiałem coś wymyslić by budy puste nie stały. No i wtedy wpadł mi do głowy boczniak. Taki dziwny grzyb z Chin pochodzący, czyściutko rośnie, na słomie, wyrasta na bokach kostek ze sprasowanych źdźbeł żyta, czy pszenicy. Na początku zbiory były całkiem obiecujące, teraz różnie z tym bywa, no a zimą trzeba uprawę wyłączyć bo koszty ogrzewania zjadłyby mnie z butami. Niemniej jednak gdy zajdę zobaczyć co u nich słychać zawsze wracam z kilkoma kępami wyklutymi mimo zimy. Podobno często jedzone wyganiają wolne rodniki i mają jeszcze wiele innych zalet. Skośnoocy mędrcy wiedzieli co czynią, uprawiając go już wtedy gdy nasi przodkowie po drzewach ganiali.

Ja natomiast biorę je, wycinam dokładnie korzonek, bo twardy, kapelusze lekko solę, moczę w dokładnie rozbełtanym jajku, potem w świeżo utartej bułce i rzucam na mocno rozgrzany, głęboki olej ryżowy, 3-4 minuty i wykładam na papierowy ręczniczek by tłuszcz odsączyć. W końcowej fazie lekko pieprzę świeżo zmielonym czarnym z dodatekiem ziół prowansalskim. Znakomita przekąska pod kieliszek mocno zmrożonej białej wódeczki!

mag43 (10:04)

 

05 lutego 2009

wątróbka

Serce mojej ukochanej zdobyłem bardzo prosto. Latem zaprosiłem ja na wieś i podałem z dobrym, czerwonym winem makaronb typu spagetti z zielonym sosem. Rzecz mozna by rzec prymitywna a o jakim bogactwie smaku.

Weź garść świeżej bazylii pół na pół zielonej i fioletowej, obierz dwa ząbki dobrego, nieobeschłego czosnku, jedenego ugotowanego ziemniaka, garstkę orzechów laskowych, garstkę wiórków pikantnego, żółtego sera i wszystyko to zmiel w szklance najlepszej oliwy pierwszego tłoczenia.Podawaj z makaronem al dente.

Kupiłem ją tym od razu. Natomiast teraz podam wam przepis nieco bardziej wyszukany, za to bogdankę macie u stóp.

Weź chińską patelnię czyli wok, wlej szklankę oliwy, rozgrzej i wrzucaj na pyrkającą kolejno - szczyptę garam masala, chana masala, czubricy, zmielonego kminu rzymskiego,ziaren kolendry, curry, niech oddadzą smak i zapach, wtedy rzucaj garstkę rodzynek, suszonej śliwki, kandyzowanej skórki cytrynowej i pomarańczowej, papai,niech śię razem podduszą i wtedy wrzuć na to 600 gram pokrojonej na połówki kurzej wątróbki, niech strzela i brązowieje, gdy dostanie skórki posól lekko, byle nie przesadzić, wtedy rzuć na to pokrojone w słupki warzywa, te które lubisz lecz bacz by nie zabrakło selera, pietruszki i papryki, reszta wedle uznania. Duś do miękkości i wydaj na stół ozdobiony świecami, z butelką dobrego, czerwonego wina, może być kalifornijskie.

Efekt murowany

mag43 (15:25)

 

Przeprowadzki cd

03 lutego 2009

pełnia smaku i zapachu

Na chwilę wróciła zima, spadło trochę śniegu, nocą lekko chwycił mróz. W taki bezchmurny, gwiezdny wieczór wyciągam na stół nalewkę z kwiatu dzikiego bzu. Kolor jasnego bursztynu, lecz nie to jego głównym walorem lecz najpierw docierający do nozdrzy zapach, potem rozlewający się na języku smak. Kto nie próbował nie wie co stracił.

Baldachy zbieram w pełnym rozkwicie, małe, białe kwiatki mogą pojedyńczo opadać, odrzucam łodyżki i zsypuję na gęste sito. Najpierw moczę w zimnej wodzie by odłowić chrząszczyki, które mogłyby się zaplątać, następnie dokładnie odsączam, wrzucam do słoja i zalewam akacjowym miodem, Tak kwiatki macerują się z miesiąc. Potem normalna kolej - spirytus, wódka i woda. Blenduję w rozkoszną całość i odstawiam do zimnej spiżarni w ciemnych butelkach.

Gdy wyciągam jedną z nich zimą, zwłaszcza gdy grozi grypa, nie ma lepszego lekarstwa na wirusa. po pokoju rozcvhodzi się piękny wczesno letni słodkawy zapach słońca nasycającego białe kwiatki hyczki.

mag43 (22:03)

 

02 lutego 2009

sosy

zima jest bardzo fajnym okresem dla człowieka kuchennego jakim jestem. Można sobie powyciągać to co człowiek nazbierał latem i skrupulatnie sobie to opracować, by potem wydać na stół ukochanej osobie. Ponieważ okolica, w której mieszkam obfituje w piękne mieszane lasy, również nie brakuje tu grzybów. Zbieram prawdziwki,w zeszłym roku na początku sezonu był ich niezły wysyp, obcinam same główki i krótko blanszuję. Niezorientowanym tłumaczę krótko około 3 minuty zagotoewuję w niepełnym wrzątku i następnie dokładnie odcedzam i suszę w papierowych ręcznikach. Następnie tak przygotowane wkładam do plastikowego pojemnika i zamrażam.

Właśnie zimą wyciągam sobie taką apetyczną paczuszkę, pozwalam jej przy piecu odtajać, siekam w paseczki i wrzucam na patelnię smażą się na własnym sosie, który pozostał po rozmrożeniu. Na drugiej patelni szklę ciemną cebulę, czyli fioletową, jeśli nie mam ochoty na dietetykę to na tłuszczyku wytopionym z boczku, jeśli mam to na oleju z ziaren sezamu, lub arachidowym. Jedno i drugie lekko solę. Gdy soczek grzybowy prawie się wciągnął łączę obie ingrediencje i po chwili zaciągam śmietaną. Tak przygotowany sos używam do polania pieczonego schabu ze śliwką w środku. Pyyyyyyyychota w sam raz na zimową ucztę. Do tego dodaję belgijską zasmażankę, którą preparuję w sposób następujący - gotuję ziemniaki, jedną trzecią potrzebnej mi porcji,tyle samo brukselki i brokuła. te trzy składniki dokładnie mieszam po uzyskaniu pełnej miękkości najlepiej przeduszając przez praskę, doprawiam solą i pieprzem do smaku i zasmażam na drobno skrojonym boczku.

Mniam, do tego stawiam na stole karafeczkę mocno schłodzonej nalewki z tarniny, zaznaczam, że wytrawnej.

mag43 (18:35)

 

01 lutego 2009

nalewka

w taki dzień jak dzisiaj, gdy wróciła prawdziwa zima i podwórzec przysypany śniegiem, wszędzie biało, czysto i spokojnie wyciągam karafkę z nalewką pigwową i delektuję się dwoma kusztyczkami dla wzmocnienia i poprawy nastroju. Mam na ogrodzie w różny ch kątach ukryte małe rołożyste krzaczki wiosną obsypane małymi, czerwonymi kwiatkami, które latem zamieniają się w cytrynowe kulki wielkości dużej węgierki. Ze zbiorem czekam do późnego listopada.

Wtedy, po pierwszych nocnych przymrozkach wychodzę z koszyczkiem i zbieram to co spadło. Biorę ostry nóż, owoc bowiem twardy i kroję w ćwiartki, wyrzucam nasiona przypominające pestki jabłka, myję i zalewam lipowym miodem z zaprzyjaźnionej pasieki. Potem mym obowiązkiem przyjamniej raz na dobę wstrząsnąć słojem, by miód oblepiwszy ćwiartki wyciągnąl z nich sok. Trwa to miesiąc, gdy już pływają zalewam spirytusem i tak jak poprzednio wstrząsam by wszedł w owoce. Po miesiącu zlewam i słój wypełniam wódką i znpowu to samo w koło Macieju. Zlewam gdy barwa ciemnej słomy oznaczy napój. Wtedy miejsce wódki zamienia źródlana woda i czekam by doszła do soczystej cytryny, wyciągnąwszy z owocu cały procent. Wtedy te trzy spusty mieszam ze sobą filtrem z waty odciągając prusza. Przelewam do butelek i w spiżarni odstawiam zapominając o nich na rok.

Gdy następnej zimy odkręcam i rozlewam do małych kusztyczków ten szlachetny napitek koloru bursztynu w nozdrza uderza niezapomniany bukiet pełnego zapachu wydobytego z tego jakże niepozornego owocu.

mag43 (08:50)

przeprowadzka

Przeniosłem bloga z onetu. 

Na początek trochę historii:

31 stycznia 2009

zima

Zima to czas spokoju na wsi. Ziemia odpoczywa, dobrze gdy ozimina przykryta śniegiem śpi czekając na ciepło pierwszych promieni słońca. Właśnie zimą wpadłem na pomysł zrobienia sobie na zamówienie kuchennej deski. Wszystko to co można dostać w sklepach zupełnie nie spełniało moich oczekiwań. Przede wszystkim za cienkie i przez to mało stabilne  no i za małe. Dzięki internetowi znalazłem producenta, który łaskawie zechciał się nagiąć ku moim oczekiwaniom i zrealizował ziemiańskie fanaberie. Po pierwsze surowiec - porządny wysezonowany dąb,po drugie klejonka do grubości dziewięćdziesięciu milimetrów, po trzecie w kształcie okrągła i średnicy siedemdziesięciu centymetrów ze sfrezowaną krawędzią. No i jestem szczęśliwy, dzisiaj bez niej nie wyobrażam sobie moich działań w kuchni.mag43 (16:04)

ser

Po moim obejściu biega stado kóz. Nie prowadzę ich księgi rodowodowej, ale w większości jest to polska uszlachetniona z niewielką dolewką saaneńskiej. Teraz powoli je zasuszam by przygotować kondycyjnie stado do wykotów, które rozpoczną się pod koniec lutego. Dlatego też chcąc popróbować sera sięgam do spiżarnianych zapasów. Latem kiedy mleko leje się strumieniami bo kozy na świeżej zielonce, wyprodukowałem kilka kilogramów sera podpuszczkowego.

Dobrze go odsączyłem by przypominał gęsty krem, następnie zalałem go solanką z niejodowanej soli w proporcji 200 gram na litr źródlanej wody i odstawiłem na miesiąc.Po jego upływie dokładnie zlałem płyn a ser dzieląc na kulki wielkości perliczego jaja obtoczyłem w świeżych siekanych ziołach - bazylii zielonej i fioletowej, oregano i cząbrze. Poukładałem kulki w 0,7 litrowych słojach i zalałem dobrą oliwą z oliwek pierwszego tłoczenia.

Dzisiaj gdy odkręcam pokrywkę i wyciągam je na papierowe ręczniki, by odciekły łykam śłinkę i wyciągam wutrawną pigwówkę i wspominam lato.mag43 (12:43)

30 stycznia 2009

początek

początek tej historii jest tak dziwny, że gdy sam sobie go przypominam zachodzę w głowę czy to może być prawda. ja miejskie zwierzę, którego drugą skórą był garnitur, krawat i odpowiedni dobór butów nagle odzian w moro i walonki.Zamiana betonowej dżungli na szeroki wiejski oddech, długopisu na wajchę biegów w sześdziesiątce.Gdyby przed kilku laty któś mi powiedział, że będę żył z grzebania w ziemi zabiłbym go śmiechem. Ale dzisiaj nie wyobrażam sobie innego życia, ,miasto mnie męczy, dusi, a nadmiar ludzi na ulicy przyprawia o alergię. Wolę moje konie, kozy i gdacząco, piejąco, kwaczące stado w kurniku. Oczywiście zamiana skóry nie nastąpiła tak zupełnie i do końca. Ot, chociażby to, że moja żywina ma u mnie dożywocie, a rosół gotuję z kury kupionej na rynku i wczęsniej pozbawionej głowy i piór. Za to mam świezutkie, pyszne jaja, mleko, z którego robię sery, z czasami nawet mogę napić się kumysu, o ile źrebak raczy się podzielić. Rodzina twierdzi, że odezwały się we mnie geny przodków, bo i przecie rodzina siedzi mimo wichrów historii w łomzyńskiem na królewszczyźnie niezmiennie od ponad pięciuset lat. A teraz przyjemność dla tych, którzy nie boją się cholesterolu i innych nowomodnych straszydeł -

weź świeżych jajek cztery, zbij do salaterki i zmóż solą morską, skrój dwie mniejsze lub jedną większą cebulę biała, zwaną czosnkową na drobną kosteczkę, na głębokiej patelni stop pół kostki masła, wrzuć cebulkę i zeszklij delikatnie, wlej jaja i drewnianą szpachtułką mieszaj tak by wilgoć maselną wypiły, a nie przeschły, niech się zestalą w duże kawały. Sobie i ukochanej na talerze wydaj ze świeżutką bułeczką najlepiej z orkiszu wypieczoną.

Pychota!!mag43 (17:07)

1 ... 36
 
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl