poniedziałek, 17 czerwca 2013
z wizytą u mennonitów

Ponieważ do Gruczna wielki sentyment z Moim Szczęściem mamy, to i gdy na XX lecie niejaki Jarek Pająkiem zwany, nas zaprosił, odmówić nie mogliśmy. Zapakowaliśmy gościniec, bo z pustymi łapami pchać się nie lza i ruszyliśmy w drogę.

Przyjęcie było zacne co nie miara. Przy Młynie gości w bród, wojewody, marszałki, posły i inne, wszystkie na jedzenie łakome. A było w czem wybierać. Najsamprzód rosół z kapłona uwarzony przez Tomka Kwiatkowskiego, mistrza nad mistrze, potem gulasz Piotrka Lenarta smakowity niezwykle, na przekąskę zaś nasze deski z serami ubarwione przez Moje Szczęście kwiatkami, wszystkie jadalne, róży smażonką zwanej, bazylii czerwonej i ogórecznika. A wszystko popite piwkiem Ambera, Żywym. Wieczorem zaś wylądowawszy u gościnnych Państwa  Chomiczów w Topolnie, zażywaliśmy zasłużonego wypoczynku w zacnym gronie. Był bowiem Wojtek Marchlewski, etnograf wiedzy wielkiej, erudyta co na stacji kolejowej mieszka, Jurek Szałygin, konserwator od zabytków, co do Gruzji co rusz jeździ, bo kraj piękny i Sławek Paszkiet, wielbiciel pączków, niderlandysta i miłośnik opery. Przy nalewce, do której i gospodarze przysiedli tematów nie brakło aż żal do łóżka wędrować. Następnego zaś dnia trzeba było jechać do Chrystkowa gdzie Pająk chatę odrestaurował, co w niej kiedyś mennonici mieszkali. Nasi wieczorni towarzysze zajęli się upowszechnianiem wiedzy o tych dawnych olendrach co Wisłę ujarzmiali.  Jeżeli jesteście zainteresowani pozyskaniem wiedzy na ten temat zajrzyjcie na stronkę: holland.org.pl Ja zaś prowadziłem warsztaty serowarskie wszystkich chętnych moją wiedzą racząc.

Ławy były pełne, pogoda piękna, sery wyszły nad wyraz zacne. Następnego dnia była powtórka z rozrywki jeno, że z innymi gośćmi. Do grona trzech muszkieterów kolejnego dnia dołączył Lukasz Maurycy Stanaszek, archeolog, co to ponoć szkielety u siebie pod biurkiem trzyma aż ich nie zbada.

Pająk nawiózł też prawdziwych Holendrów, ale także mennonitów, którzy teraz w Kanadzie i Meksyku mieszkają, co o współczesności opowiadali, pani zaś smażyła naleśniki na kwiatach dzikiego bzu.

Tu zaś dowiedzieliśmy się, że to właśnie Olendrzy tę potrawę do polskiej kuchni przywieźli. Były pyszne, na słodko i słono, znikały takoż szybko jak i nasze sery. Było pięknie, że żal było wracać, ale przecież sierpień niedługo, wtedy na Festiwal Smaku do Gruczna zjedziem.

poniedziałek, 10 czerwca 2013
z serami w Lidzbarku

Trzeba było się zebrać, konie do wozu zaprząc i w świat ruszyć. Ten przecie na moje sery czeka! Tym razem, jak co roku odwiedziliśmy Lidzbark Warmiński. Daleko tam z naszej wsi jak diabli. Unia jeno częściowo pomogła, bo na jednej trzeciej drogi, tej ostatniej, jej pieniędzy nie widać. Wąsko i dziurawo, a jak się zdarzy, że jakowyś większy wóz jedzie to już za nim kolejka się tworzy i nic nie poradzisz. Narzekać jednak nie ma co, w piątek w sam raz, wczesnym wieczorkiem dojechaliśmy. W sobotę zaś odpaliła jako ta rakieta fetą pełną na pięknym niebie serowarska impreza. Jest to jedyna w naszym kraju, taka, która w całości poświęcona jest małym rodzinnym serowarom. Nie było tam żadnej wielkiej firmy mleczarskiej, z tych co to przerabiają dziennie dziesiątki tysięcy litrów. Nie to, że by nie chciały. Oj gotowe były niezły pieniążek na ladzie położyć by tam wejść. Lecz drzwi zamknięte , to nasze pole jest i basta! Zjechało się nas tam dobrze ponad dwudziestu. Wielu miało do "przedeptania" więcej kilometrów niż my, z Moim Szczęściem, ale dali radę. Pogoda i publiczność dopisały. Piękna Ziemia Warmińska przyjęła na otwartym sercem. Było tam wszystko - od ekstrawagancji pełnej, czyli serów moich, po oscypki Wojtusia Komperdy, ciekawych "starców" Mariusza Purgały, pysznych kompozycji stowarzyszenia "Macierzanka" czy "Burych Misiów". Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, do tego i nauka była na warsztatach. Uczyli mistrzowie ze Szwajcarii, Francji, dzielili się swymi doświadczeniami Litwini. Żyć nie umierać, taka zabawa. Jeśli tylko uda się Wam ludkowie rostomili wyrwać na Warmię na początku czerwca w przyszłym roku już teraz Was zapraszam. Zobaczycie piękny hotel we włościach Biskupów Warmińskich, na brukowanym dziedzińcu zaś zobaczycie młodych ludzi w zielonych koszulkach w napisem Agrovis, niezmordowanych. miłych i uśmiechniętych. Jak tylko będą mogli tak Wam pomogą, tej to firmie zawdzięczamy bowiem tę cudną imprezę. Organizują ją Jurek Wiśniewski i Mirek Sienkiewicz (zdjęcie tytułowe), ludzie wielkiego serca dla nas serowarów. Robią to nie dla korzyści, bo z własnej kabzy do niej dokładają, uczestnicy bowiem za nic nie płacą, a z miłości do tego co z mleka zrobić można. Po staropolsku więc się Wam w pas kłaniam polepę piórem zamiatając.

Dzięki za to co było czekając na więcej. W imieniu swoim i moich przyjaciół już Wam mówię - w przyszłym roku, jak Bóg zdrowie da też zjedziemy w te gościnne progi!

niedziela, 26 maja 2013
siedzi baba na stole

Tak sobie siedzę i myślę. Chybam podobny do Tuska. Coś mi się wypaliło, ogień podgasł, za pióro chwycić się nie chce, nikt mnie nie przymusza. Jeno, że ja we Dworze siedząc pracą zajęty, sery tworzę, Zielony Rynek w Poznaniu podsycam, gdy on do tej Kancelarii na Alejach Ujazdowskich w Warszawie się przemyka, sam nie wiedząc co ze sobą począć. Władza wyniszcza, ściera uśmiech z twarzy. Pamiętam przeżycie moje z dawnego czasu gdym za notabla robił - po powrocie sobotnim ze stolycy wsiadłem niedzielnym rankiem do swojego samochodu, tyle że na tylne siedzenie, klepnąłem w nagłówek i zażyczyłem - jedziemy! A tu patrzcie szofera nie ma! Tak to władza człeka od ziemi odrywa. By więc na nią wrócić posadźmy na stole babę. Dobrze trzeba formę tłuszczem natrzeć, tartą bułką wysypać, w środek zaś włożyć zmieloną wieprzową szynkę, surową i świeżą  bardzo, wymieszaną z dwoma jajami całymi, jeno posoloną i popieprzoną czarnym z młynka, do tego dodać marchewkę młodą skrojoną z groszkiem, uklepać i wstawić do rozgrzanego na 170 stopni piekarnika.

Tam niech godzinę spędzi, wyłożyć ją, na stół wydać z ugotowanymi na krótko zielonymi szparagami. My by talerz ubogacić dodaliśmy sałatkę warzywną, z tego co z rosołu zostało.

No i nastrój lepszy, i chęci by do polityki wrócić zanikły, lepszy spokojny byt na polskiej wsi.

sobota, 04 maja 2013
zielona zupa pełna świeżości

Moje Szczęście to ci ma pomysły. Ja na Zielonym Bazarze szerzę kulturę jedzenia sera, ona dzielnie chochlę w ręku dzierży. Tym razem fantazja poszła jej w zupę. Nie jest to na szczęście ta z szyjek rakowych macicy co poznańskim restauracyjnym jest przebojem, ale wiosenna, świeża i zielona. Najsamprzód w garnku utopiła w kostkę pokrojony wędzony boczek z naszej świnki serwatkowej. Do boczku dodała płatki czosnku i sałaty różnego rodzaju porwane na małe kawałeczki. Jak nabrały ciemnego koloru, wodą zalała i doprawiwszy, gotowała ok 25 minut. Wszystko to z jogurtem wymieszała i następnie zmiksowała ale nie do końca, żeby zielenina w zupie widoczna była. Przed podaniem na wierzch dała miazgę czosnkową,  starty, mój ser na grubej tarce i duużo koperku. Wyglądało ślicznie, smakowało tak samo, mimo, że leciuchne nasyciło nas po zjedzeniu pełnej miseczki. Nic więcej nie trzeba. Nastrój był taki jaka pora roku - wiosenny.

piątek, 03 maja 2013
niech się święci 3 maja a my deser

Tak to i - niech nam żyje Maj, trzeci Maj! Nie udało się spróbować czekoladowego orła, nie wiem zresztą czy był z gorzkiej czekolady, inaczej tylko bym mógł nieco polizać. Ludkowie rostomili, śmiech  mnie ogarnia. Po Polsce hula jak starszy brat  w wierze po pustym sklepie skrajność. Jedni w bogoojczyźniane ubrani szaty na klęczkach wycierają kościelne kurze, inni łapią zrzucane biało czerwone ulotki, ważą je by wymienić na słoneczne okulary w kolorze lila róż, albo zjadają czekoladowego ptaka.No i patrzcie, znowu się dzielą, jedni na drugich patrzeć nie mogą. A może tak spokojne, skoro już tych 460 błaznów pod takim czy innym pretekstem dało nam wolny dzień to odpocząć sobie z najbliższymi, dzieci po główkach pogłaskać, żonę, męża przytulić, pójść na spacer do lasu, albo parku co najmniej. Oni zaś lubią pod byle pretekstem się nie lubić. My z Moim Szczęściem by frasunki dnia codziennego sobie osłodzić zjedliśmy deser, prosty niezwykle, bo to co najprostsze najlepsze zazwyczaj. Inspiracja znaleziona w książce naszego druga po patelni czyli "Łapy" - Grzesia Łapanowskiego. Nasz serek świeżaczek skrojony w plastry pół centymetrowej grubości, na talerzyku ułożony, lekko skropiony dobrą oliwą z truflami białymi, obłożony kuleczkami ze słodkiego melona, na to nasza konfitura z pomarańczy, zwana pomarańczowym miodem.

Ot i wszystko a smak taki, że aż kubeczki wariują ze szczęścia! Tak mało potrzeba a 3 Maja staje się dobrym świętem. Jeno co poniektórym owoc do przetworu użyty z krasnalami Frydrycha może się skojarzyć i my takoż za lewaków uznani będziemy.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Trendy Chef i po nim

Przyszło nam, razem z Moim Szczęściem do Bydgoszczy ruszyć. Zaproszono nas, czyniąc partnerem imprezy, na wydarzenie o międzynarodowej randze, z udziałem Cordon Bleu. Na takie dictum ad verbum odpowiedź mogła być jedna - jedziemy. Hotel Słoneczny Młyn położony bajecznie, w centrum miasta a nad rzeką, niby ulica a oddalony i cichy. W sobotę waliły tam tłumy by ogrzać się w cieple sław, sama śmietanka polskiej kuchni, do tego młodzież a wśród nich przechadzający się niczem pawie dumne gwiazdkowi od Michelina mistrzowie z Europy. Wojciecha Modesta nie było bo i przecie on człowiek pracą zajęty, ale na pewno duchem był z obecnymi. Myśmy częstowali czym chata bogata.

Furorę robiły, oprócz serów rzecz jasna, nasze miodowe ogórki według XVIII wiecznego przepisu gdzie w zalewie jeno miód i ocet winny o znakomicie zbalansowanym smaku. Do galerii miłośników naszych serowych cudów przybyła rodzina Sowów. Pan Adam degustował, smakował i do torby pakował.

Ponieważ wraz z nami występował Michał Kuter poznańskiej już kultowej restauracji A Nóż Widelec z wielkopolską jagnięciną przez niego samego upieczoną, genialnym surowcem który na stałe postanowiliśmy wprowadzić to i udźca  P.Sowa podjadł i od razu zamówił by mu słać dla wyróżnienia od słodyczy. Ja zaś cicho się przyznam, że nie mogąc łakomstwa powstrzymać trzy babeczki z borówką upieczone pożarłem w skrytości do ostatniej kruszyny. Miło było niezwykle, ambicję moją również łechcąc, bo w spisie byłem umieszczony jako jedne z najlepszych serów w Polsce, Bydgoszcz sobie zapamiętamy.

piątek, 19 kwietnia 2013
zupa cebulowa a la ja

Co poniektórzy już mnie od czci i wiary odsądzali, że Moje Szczęście zaniedbuję, że tylko Ona mnie wygadza, a ja jeno co ładnie opisuję. Mimo nawału roboty, bo w polu nie wiada w co prędzej ręce włożyć, postanowiłem stanąć na wysokości zadania. Dodatkowo jeszcze jedna z owiec mi zeszła w połogu, ale potomstwo mnie zostawiła, więc recznie butelką karmić trzeba, jednak siarę odpiło i żyć będzie i już na meblach się rozkłada.

Wracając do kuchni ulubioną Mojego Szczęścia potrawą jest zupa cebulowa,  w nią to uderzę. Najpierw baza co niezwykle ważna jest. Wziąłem pół kilo kurzych łapek, pazurkami zwanych, do tego dwie indycze szyje, wszystko bogato zalane z liściem laurowym, angielskim zielem, ziaren pięć, po pięć róznych kolorowych pieprzów i tak niech sobie przez godzinę dobrą na wolnym ogniu pracują. Potem włoszczyzny nie żałować, gotować do miękkości, odszumować i wszystko odcedzić rosół jeno zostawiając, musi go być dobry litr, soli rzecz jasna do smaku,ja daję morskiej z Adriatyku. Na patelnię wrzucam trzy cebule w piórka pocięte, dwie żółte, jedną czerwoną, podlewam rosołem i duszę do miękkości, lekko podsypuję kurkumą, na koniec wrzucam cztery ząbki pociętego w plasterki czosnku. Gdy już leko brązowawe rozciągam rosołem i daję się przez kilka minut połączyć smakom. Obok powstaje grzanka, na dno miseczek idzie pocięty Kreuzer od Beaty Futymy z głębią smaku, wrzątek wlewam, kładę grzankę i nakrywam folią na kilka minut i wołam Moje Szczęście.

Dwór pełen aromatu a ja zadowolony z wykonanej pracy.

środa, 17 kwietnia 2013
kotleciki kurzęce delikatess

Moje Szczęście idzie dalej jako ta burza zrzucając zbędne kilogramy.Aże się obawiam by jej za mało nie zostało. Tak to i więc znowu dania, które w bioderka nie idą a smakowi zadość czynią. Ponieważ myśmy są zupne ludzie, więc drób często na stole gości. Gdy tuszka po ugotowaniu odłowiona nie zawsze chce się ją taką jeść. Można ją odkostnić i mięso na grubo pociąć w centymetrowe kawałki, do tego przyprawy- kurkuma, czosnek niedźwiedzi, pieprz cayenne, wszystkiego jednak w umiarze, za łącznik służą całe, dobre nasze jaja, tyle by masa gęstą była. Kotleciki trzeba uformować i delikatnie na rozgrzany olej kłaść, gdy się zezłoci na drugą stronę przewrócić i potem dać odpocząć. W garnku na gorącą wodę wrzucić bób, do dobrej miękkości ugotować, leciuchno oliwą zrosić by błyszczał, wydać z kotlecikami dołożywszy sałatkę z rukoli zmieszanej z kiełkami,

sałatą i sosem winegret, a także posypaną ziarkami słonecznika.

Ot i wszystko, smakowicie, nie tucząco i kolorowo. Tak to sobie i żyjemy.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013
a na obiad była lasagne

Wreszcie przyszła, jest, temperatura podskoczyła, kwiatki barwią zeszłoroczną trawę. Na pola wyszliśmy siać nawozy by pobudzić to co przezimowało. Jutro w ziemię pójdzie owies. Moje Szczęście też ruszyło by w ogrodzie porządki czynić, róże sadzić, płotki ustawiać, grabić to co zgrabić trzeba. tak więc wiele czasu i mecyi czynić nie można było by brzucho swego się domagające zapełnić. W lodowni stał pojemniczek mięsnego sosu z królika i dzika, pełen skrawków co od kości obrane zostały, no to wyciągnięty został. Do żaroodpornego naczynia poszły płaty makaronu lasagne nim przekładane.

Dla wzbogacenia dołożony został zsiekany boczuś z naszej serwatkowej świni, jako sos posłużył bulion co wczoraj był dobrze ugotowany bo zgalaretniał. Na wierzch znowu ten co w środku ale w cieniuchnych plastrach. Sos uczyniony był osobno. Na naszych pomidorach, co je w zapasie mamy, polowa lima w przecier uczyniona, do tego łyżka octu balasamicznego creme, plastry czosnku, zielona pietruszka i bazylia obowiązkowo, podgrzana miszkulencja, mało wiele posolona, lekko odparowana ozdobiła makaron. Zjedzone zostało do cna, sycące, smaczne i szybkie w przygotowaniu. Tak przecie można lodówkę z resztek zręcznie opróżnić.

niedziela, 07 kwietnia 2013
wołowinka na przekąskę obiadową

Trochem rozchorzał ostatnio. Ta zimowa aura wiosną poszła mi w kość, nos zapchała, nawet gorączką dała we znaki.Na to wszystko Moje Szczęście dało mi zakaz wychodzenia z domu i lekarstwa zaaplikowała. Najsamprzód było mleko na gorąco z masłem i miodem, potem na stałe herbatki owocowe zaprawiane naszym syropem z hyćki na miodzie, do tego rozpuszczone paskudztwa hot coś tam, anty grip coś tam, gdy i to mało skutkowało ruszyła z ciężką artylerią i trzy porcyjnym antybiotykiem we mnie strzeliła. Jestem już po, tak więc na równi wznoszącej, jeno że słaby bo tak te pastyle, które jak najrzadziej staram się brać, na mnie działają.Resztką sił zaordynowałem rosołek i to wołowo, z dobrego kawałka, kurzęcy na udkach z porządną włoszczyzną. Bulbutał sobie godzin kilka na wolnym ogniu, więc doszedł do starego złota. Warzywa w czas odłowione pocięte w średnią kostkę poszły do sałatki. Dodana została jeno mała, biała fasola,na to sos musztardowo-majonezowy z dodatkiem kurkumy i pieprzu cayenne oraz kiełki rzodkiewek.

Na parapecie w folię zawinięte przez tydzień dojrzewały by wewnątrz zmięknąć dwa avocado. Zostały ładnie wyskrobane od skórki i pestki, zmieszane z odrobiną soku świeżej pomarańczy z Sycylii, czosnku świeżego zmiażdżonego , trzy ząbki, ziarka taka mieszanka słonecznika, migdałów i żurawina suszona.

Pasta wyszła niezwykła, nią posmarowane zostały plastry zimnej wołowiny, do tego na talerzu sałatka i pyszność niezwykła powstała, lekkostrawna a radość dająca podniebieniu, do tego zdrowa na moje przypadłości.

czwartek, 04 kwietnia 2013
króliczek i karczek

Były Święta i już po nich, jeno pogoda się ostała. Śnieg nadal zlega, białe płaty świecą na polu, pszczoły znowu przyjdzie karmić, bo złe są a latać nie mogą, zresztą i nie miałyby się czym pożywić. Z zasobnego stołu zostały mi pieczenie. Włożyłem do brytfanny całego królika i karczek z dzika. oba dobrze przyprawione czosneczkiem, czosnkiem niedźwiedzim, moją mieszanką curry z dodatkiem pieprzu cayeńskiego, lekko posolone, dobrym olejem podlane. Takie zestawienie wydało mi się ciekawe niezwykle - wyrazisty smak jednego i łagodność drugiego, ciemne i białe. Obłożyłem całość w wolnych miejscach topinamburem.Na wolnym ogniu kilka godzin się dusiły, podlewane białym winem.Po dwóch godzinach zarzuciłem jak pierzynką skrojoną w piórka białą cebulą, dalej do miękkości tejże się dusiły. Potem dałem mięsu naturalnie wystygnąć i odstawiłem do lodowni. Następnego dnia wyjąłem, delikatnie od kości oddzieliłem, razem z sosikiem wyrzuciłem na patelnię, ten rozciągnąłem czystym jogurtem i tak podgrzałem.

Wyszedł aromat nieziemski, mięsa zgrzały się w jedno a rozpływały się w ustach, zrównoważenie wszystkich smaków, przy czem żaden nie przeważał. Nad tym wszystkim unosił się lekki dymek zapieczonego topinambura. Moje Szczęście dodało kapusty kiszonej od Rafała Dendka i przez siebie zrobionej ćwikły z chrzanem. Nic więcej potrzebne nie było.

niedziela, 31 marca 2013
kiełbaska świąteczna

No i przyszły te Święta, dziwnowate jakoś tak. Bo kto to widział w ten czas lepić zające i kury ze śniegu, jaja pod nimi.

Czas na kulig bardziej niźli bazi zbieranie. Moje pszczoły karmić muszę, a wściekłe, że aż strach, jednak przeżyły, jeno zbierać nie mają co i w ulach siedzą. We Dwór rodzina i przyjaciele się zjechali, to i Wam opiszę jaką to kiełbaskę, co po świniobiciu, drobno mielona się ostała i ją na stół wydałem. Najsamprzód trzeba lekko olejem dobrym głęboką patelnie wylawszy ułożyć porcyjki by dno zakryły, na nie pierzynką na półtora palca przykryć cebulą żółtą i czerwoną w piórka zsiekaną, tę wziąć i trochę poprószyć kurkumą, curry i czosnkiem niedźwiedzim. Tak zrobione trzeba pod przykryciem dusić by cebula była miękka, wtedy odkryć wrzucić pomidory, ja dałem moje suszono wędzone, dodać przecieru, mój z polnej Limy, podlać szklanką czerwonego wina.

Niech tak sobie pracują z dobrą godzinę na wolnym ogniu, smaki się przenikną, sos zredukuję na gęsto i można wydawać. Rzecz jasna wszystko poprzedzić musiało jajeczko ze święconki z rzeżuchą, którym rodzina się życząc wszystkiego najlepszego podzieliła.

Alleluja, życie się rodzi, zmartwychwstaje po zimie. Jeno, że jeszcze tego nie widać, ale przecie przyjść musi!

niedziela, 24 marca 2013
jest post, są krewetki

No i nam się zamieszało. Kardynałowie szybko się uwinęli, nie wiem czego do pieca nakładli, ale dym poszedł biały. W Metropolii zaś niejaka Ewa nowo obranego grubym słowem obrzuciła. Ja tam przeciwko nic nie mam, bo to każden osobnik płci męskiej, nawet ksiądz, mimo, że nie używa, posiada, ale forma nie ta. Było nie było demokratycznie obrana głowa jednej z największych religii świata, żeby w merytorykę uderzyła, poparcie by zyskałą, a tak forma walnęła ją w łeb. Co zaś najgorsze z krzywdą to dla teatru, który znam i bardzo poważam. Gdyby jej zabrakło na czele, żaden z pozostałych tego nie udźwignie, bo się nie nadają. Pretekst dała i to głupi. No ale dość o tym, post przecie to i wstrzemięźliwość w słowach takoż obowiązuje. Na stół poszły więc krewetki z krabami. Lekko to strawne, dlatego owocami morza zwane. Najpierw leciuchno podsmażone na dobrej oliwie, potem rozciągnięte pół wytrawnym winem, dorzucone płatki czosnku, grubo zmielony biały pieprz, czosnek niedźwiedzi, kurkuma utarta dla barwy, tak sobie musi chwilę bulbutać do zredukowania o połowę. Wtedy zaciągnąć trzeba wytworem z udziałem pomidorów, w naszym wypadku była to adżyka lekko nie za mocno pikantna, by smaku morza nie zabić.

Wtedy na stół wydać można z chlebem, z pełnego przemiału, którym sosik wylizać z talerza do kropli ostatniej trzeba. Tak to sobie poczywamy na Święta Wielkiej Nocy czekając.

niedziela, 10 marca 2013
makaron z owocami morza

No i przyszła pora by co lekcejszego zjeść, nie tam mięsem się objadać, ziemniaki w gardle widelcem popychać, pasa przy stole popuszczać. Temu celowi posłużyć mogą owoce morza. Danie to szybkie, smaczne wielce i nie wymagające dużo trudu. Dostać można oprawione już i zblanszowane zestawy w skład których wchodzą małe ośmiorniczki, mule, krewetki, przegrzebki czy sercówki.

Moje Szczęście dorzuca do tego jeszcze krojąc w małe odcinki paluszki krabowe, które rzecz jasna z krabami wiele wspólnego nie mają ale w tym zestawie dobrze grają. Tak więc niech najpierw do siebie dobrze przyjdą, gdy miękkawe wrzucić je na dobry olej, my na rzepakowym z Góry Św. Wawrzyńca czyli od naszego komiltona Lecha Rutkowskiego, lekko zrumienić, dodać trochę przecieru pomidorowego, u nas własny z polowej Limy, małą szklaneczkę białego wina i czekać by się zredukowała o dobrą połowę. Z solą uważać, dać białego pieprzu świeżo zmielonego i trochę kurkumy i cayenne. W garnku osobnym na głębokiej wodzie ugotować makaron spagetti, nasz był ze szpinakiem, więc zielony, na al dente.

Szybko idzie więc już po chwili wydać można. Smacznie, lekce strawnie, z uśmiechem na twarzy, czego na nadchodzący tydzień Wam życzę.

piątek, 01 marca 2013
delikatniusie zraziki w sosie chrzanowym

Ano przyznam się bez bicia, lubimy sobie z Moim Szczęściem od czasu do czasu dogodzić.Stara zaś prawda mówi, że przez żołądek do serca, tak to i trafiamy sobie na wzajem. Tym razem padło na zrazy. Mięso delikatne,młoda wołowina, ubite ręką zostało wysmarowane musztardą sarepską, chrzanem, posypane czosnkiem niedźwiedzim i bazylią. Chwilę tak poodpoczywało, potem zawinięte poszło garować na parę, na niej dobre pół godziny, dalej do głębokiej patelni, gdzie podlane lekko olejem Rutkowskiego i wodą z parowania, które to zostały rozciągnięte dobrym utartym chrzanem i musztardą stołową, dusiło się około pół godziny do zredukowania o połowę, wtedy na miejsce odparowanego naturalny jogurt. Na palniku obok poszły buraki zaparzone i ze skóry obrane, w grube plastry skrojone, których słodycz dociągnięta została sowitą łyżką gryczanego miodu z dodatkiem szlachetnego octu z Modeny, tak zglazurowane były dodatkiem. By talerz pełniejszy poszła jeszcze ukochana kapusta kiszona od Rafała Dendka spod Okonka, której niczym dobawiać nie potrzeba było.

Takeśmy sobie poobiadowali.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl