poniedziałek, 25 lutego 2013
Królik smakowitości wielkiej

Zobowiązałem się, że w zamian za karpa pyszności niezwykłej królikiem się zrewanżuję, a ponieważ słowa zwykłem dotrzymywać com zrobił opisuję. Chowany ci on był w sąsiedniej wiosce, do nas zaś już w formie obranej przybył jako humorarium za prawną przysługę. Wyciągnąłem go z lodowni gdzie kruszał, dobrze nabłyszczyłem olejem od Leszka Rutkowskiego czyli z Góry Św. Wawrzyńca, obklepałem nieco solą adriatycką i curry, wszystko delikatnie by smaku nie przyćmić. Tak sobie poleżał. Potem poszedł do brytfanny w towarzystwie skrojonej w piórka czerwonej cebuli i szalotki, było tego z pięć  sztuk, do tego w paski skrojona czerwona papryka, dobrze mięsista. Podlany został młodym, pół słodkim, różowym winem, podchodzącym pod furmint. Tak sobie przewracany i regularnie skrapiany winem siedział w temperaturze 170 stopni przez dobrą godzinę. Wtedy do towarzystwa dostał tak, że cały był obłożony topinambur, czyli słonecznik bulwiasty, bez obierania w skórce. Dochodził przez kolejną godzinę, aż warzywo całkiem było mięciuchne, u onego zaś mięsko od kości bez protestu odchodziło. Wydałem go na stół a dał taki aromat, że ślina biesiadnikom w gardzielach bulgotała. Do tego poszły buraczki od niezrównanego Rafała Dendka spod Okonka, z którymi nic robić nie trzeba było jeno podać i zielenina z roszponki polana winegretem. Uważam żem się z zadania wywiązał i rewanż był na równie wysokim poziomie jak danie co go wywołało.

niedziela, 24 lutego 2013
karp pod pierzynką a bób na dodatek

Moje Szczęście błysnęło talentem kulinarnym niezwykle. Gdym ja stał na Bernardyńskim Rynku niedogodności pogodowe cierpliwie znosząc Ona obrabiała karpia. Surowiec miała zacny, bo wyrośnięty w jeziorze a nie jakowymś bagnistym stawie. Najpierw obłożyła go czerwoną cebulą sokiem z cytryny skropiwszy, potem dzwonka z każdej strony obsmażyła, piórka zaś zdjęte zeszkliła na innej patelni potem rybę nimi przykrywając. W kolejnym naczyniu w mojej pomidorówce z jesiennego przecieru na kapłonowym rosole rozpuściła mieszankę moich serów. Był tam ten z macierzanką, czarnuszką, kawałek Krzywonosa, świeżaka trochę. Sos był solidny, zawiesisty z mocnym wyrazem. Wtedy rybę obłożyła płatkami migdała na przemian z czosnkiem, posypała kurkumą, soli dala nie za wiele, miszkulencją zalała i włożyła na 20 minut do rozgrzanego na 170 stopni piekarnika.

Ludkowie rostomili poezja kulinarna była to niezwykła. Świętej Pamięci Wisława za nią by kawałek swojego Nobla oddała. Jam jeno pokornie schylił głowę hołd składając zajadając się pyszną sałatką z bobu, którą do dania dodała. Był on na miękko ugotowany, wystudzony, zalany sosem vinegret z dodatkiem kiełków brokuła i niedźwiedziego czosnku.

 

 

Obiecałem się następnego dnia królikiem delicatess odwdzięczyć. Ale to już inna opowieść.

środa, 20 lutego 2013
Noc Śledziożerców i moje tortelino

Jako to już zwykle bywa w miesiące na L trzeba mi do Szczecina jechać, bo nobless oblige, a Noc Śledziożerców do chlubnej weszła tradycji. Veni, vidi. vici. Pojechałem, zobaczyłem a potrawa przeze mnie przyrządzona spotkała się z aplauzem licznie zgromadzonych. Tym razem był to torcik śledziowo serowy. Najpierw zacne matiasowe tuszki zmacerowałem w oleju z Góry Św. Wawrzyńca czyli rzepakowym, tłoczonym na zimno i niczym śródziemnomorskiej oliwie nie ustępującym, wraz z octem balasmicznym di Modena. Tak leżały przez tydzień. Potem do formy papierem pieczeniowym wyłożonej dałem moją riccotę kozią na ostro zrobioną z pieprzem cayenne, curry i prażonym czosnkiem, na to poszedł w paski skrojony śledź, przykryty został ubitymi na sztywno białkami lekko rozciągniętymi białą riccotą. Forma poszła na pół godziny do pieca ustawionego na 170 stopni. Gdy białka się ściągnęły posmarowane zostały rozbełtanymi żółtkami i znowu na 20 minut wstawione. Potem piec wyłączony i torcik samoistnie stygł. Dobrze zniósł podróż do Szczecina, tam wyłożony z formy oblany został moimi powidłami pomidorowymi i obłożony ogórkiem zakonserwowanym czystym miodem i winnym octem według starodawnego przepisu. Tak wydany został i sam wielki Bolek Sobolewski, podszedł do mnie by stwierdzić - Maruś, gdyś mi dał w duszy bałem się, że kawał za duży, bo przecie jedzenia tu nie brakuje, a ja talerzyk wylizałem! Taka pochwała serce cieszy i raduje.

niedziela, 03 lutego 2013
polędwica wołowa i była pyszna

Czas sobotnio-niedzielny to oddech, wewnętrzne wyciszenie. Moje Szczęście musi naładować swe akumulatory by tydzień przetrwać. Ja jeszcze w sobotę na Zielonym Bazarze się uzewnętrzniam więc ona ten czas sama spędza, ale za to twórczo niezwykle. Wzięła się więc za wołową polędwicę i trochę nietypowo z nią postąpiła. Ja bym zafundował średnio wysmażone, różowe steki, ona zaś pocięła w kształtne kawałki, lekko poklepała i pory na oleju zamknęła z każdej strony je traktując. Dolała potem nieco wody, nie za dużo, do dwóch trzecich wysokości, podsypała nieco pieprzem cayenne i dobrą kurkumą, dorzuciła trochę płatków migdałów i ziaren słonecznika, gdy sos się nieco zredukował wrzuciła skrojone w cienkie plasterki dwie marchewki,

dosoliła do smaku i dalej dusiła. A wszystko to na naszym piecu kuchennym czyniła. Gdy kółeczka były miękkie wydała na stół z brukselką, którą obydwoje kochamy i kiszoną kapustą od Rafała Dendka, która sama w sobie jest mistrzostwem świata. Skupić się więc trzeba było by w spokoju dary boże spożyć. Niedzielny czas spędzimy na pływalni by coś i ciału dać w te lutowe dni.

czwartek, 24 stycznia 2013
teraz wykwintnie- tartaletki

Przyjechali do nas goście, kto zacz, niespodzianka, dowiecie się na początku lutego, teraz tajemnicy jeszcze nie odkryję. Moje Szczęście postanowiło się popisać i sama z siebie danie wymyślić, a ponieważ zdolna jest trudności nie miała wiele. Poszła w wykwintność i stworzyła tarteletki. Na ciasto wzięła dwie szklanki mąki, niecałą kostkę masła porządnego, do tego 3 żółtka, sól, pieprz cayeński, kurkumę i czosnek niedźwiedzi. Szybko to wyrobiła dla uzyskania zwartego ciasta. Gdy takie było w folię zawinęła i włożyła na godzinę do lodówki. Potem rozwałkowała je ale stosunkowo grubo i wyłożyła nim formy tartaletek wygniatając porządnie kształt i odcinając nadmiar. Piekła je przez 20 minut w temperaturze 180 stopni.

W tym czasie szykowała nadzienie - pół kilo zmielonej, wieprzowej szynki, cebulę, mój ser trzymiesięczny, Herbowy, skrojony w małą kostkę, curry, kurkumę, szczyptę imbiru i czosnek prażony. Cebulę dobrze zsiekaną najpierw zeszkliła, dodała przyprawy, potem mięso, wszystko zezłociła. Po wystudzeniu włożyła ser i wymieszała.

Dno ciasta wysmarowała rozbełtanym jajem by nie puszczało dalej soku, na to wkładała nadzienie

i zapiekła przez pół godziny w 180 stopniach. Na pięć minut przed końcem wysmarowała wierzch tartaletek jajem i podniosła temperaturę do 220 stopni. Podawała gdy po chwili odpoczynku ciepłe były. Gdy do tego jeszcze dodać łyżkę moich pomidorowych powideł pyszność wyszła nad pysznościami. Mogło służyć gdy z większej formy jako danie obiadowe, gdy z mniejszych jako przekąska. Zdolna jest bestyja niezwykle, co i powód do dumy mi daje. Moja szkoła!

wtorek, 22 stycznia 2013
wizyta włóczęgi i omółki

Sam sobie tym razem gościa zwiozłem. Był nim goszczący jako ten ptak przelotny w Poznaniu Zbyszek Kmieć włóczęgą zwany. Kiedyś "kudłaty", teraz zaś by na ten przydomek zasłużyć musi jeszcze sporo poczekać bo się latem na zero obgolił. We Dwór zjechał jak zawsze z fasonem i z gościńcem. Było tego półtora kilo świeżutkich omółków dwa dni wcześniej wyłowionych. Takie teraz czasy, chcesz to masz. Czekał wieczora by pora była odpowiednia i przystąpił do swoich czarów. Do brytfanny wrzucił ćwierć kostki masła, na to całą główkę czosnku, którego ząbki pracowicie zsiekałem, gdy to lekko się zezłociło wrzucił wcześniej umyte i z nadmiaru wodorośli obrane muszle. Pracowicie mieszał czekając czy wszystkie się prawidłowo otworzą, wtedy dolał słoik mojego przecieru pomidorowego, z naszych pomidorów lima robionego, a że na zimę to podsolony więc już nie przyprawiał. Na to wszystko chlusnął nie żałując śliwowicy łąckiej "siedemdziesiątki" prawidłowej dodając cienko skrojone suszone, greckie figi. Teraz przyszło jeno czekać by alkohol wyparował. Na stół zostały wydane, Zbyszek z naszej piwniczki wina dysponował po dobre roczniki sięgając.

Narzędzi żadnych potrzeba nie było. Po otwarciu drugą połówką muszli zręcznie zawartość się wydobywało sosem polewając. Mieliśmy we trójkę z Moim Szczęściem ucztę nie lada najlepszych stołów godną. Zbyszek posiedział, posiedział, odespał trochę, potem na węzeł autostradowy zawieźć się kazał a po trzech godzinach z niewielkim okładem meldował, że właśnie do Warszawy wjeżdża. Wagabunda taki, ale jakowyś urok w sobie mieć musi, że wyciągając rękę w dzisiejszych nieufnych czasach, podróżuje prawie zawsze na czas tam gdzie chce dojeżdżając.

piątek, 18 stycznia 2013
styczeń, powstania czas, a ja je papryką

Zbliża się czas świętowania powstania, tego ze stycznia. A ja tak dumam czy jest co świętować? Moim przodkom co ruszyli w bój ziemię car zabrał, dwóch na Sybir wysłał, po domowych szufladach jeszcze znaleźć można czarną biżuterię z tamtego czasu, pamiętam naszyjnik z bardzo ciemnych granatów uwieńczony smolistym krzyżykiem z orłem jagiellońskim na nim rozciągniętym. Familia za ten zryw krwawą zapłaciła cenę. Gdzie indziej w świecie świętuje się wiktorie, o klęskach się pamięta i co najwyżej nauki wyciąga. Tym czasem tu proponuje się historię by politycznego przeciwnika przećwiczyć. Jedni ubraliby się w barwy białe, bo przecież czerwień nie przystoi. Gdy tymczasem właśnie to stronnictwo układowym było, z zaborcą dogadać się chciało, bój był im wstrętny. Tak to jest gdy Jarek w szkole nie uważał i z historii lekcji nie wyciągał. Jednak myśl naczelna mnie gnębi - po co kult wokół hekatomby czynić, świętować coś co myśl niepodległościową stłumiło, krwią gasząc ogienek. Tak wielką fetę bym wokół naszego Wielkopolańczyków zrywu zrobił. Jedyne co kraju ziemi ojczyźnie przysporzyło, mądre, z głową czynione, dało podwaliny armii II Rzeczpospolitej, która dzięki jej dzielności obroniła wschodnie rubieże.Ale nas za ten pozytywizm nie lubią, wolą to swoje romantyczne dumanie, śmierć za młodu, grottgerowską brankę. Cóż by gorycz na języku osłabić wziąłem papryczki w kolorach jaskrawych, Moje Szczęście kijaszkiem grzebiąc pestki z nich wygrzebało, minut kilka obgotowało, osuszyło i za pomocą gastronomicznej strzykawy wypełniło moją riccotą, kozią na ostro uczynioną, z czosnkiem, pieprzem cayenne i curry, potem całość w naczyniu ułożona gorącym olejem od Leszka Rutkowskiego z Góry Św, Wawrzyńca została zalana i do wystudzenia odstawiona. Po kilku godzinach jeść było można.Smaki pięknie się łączyły, słodkość, która po chwili ostrości miejsce ustępowała. Własna przekąska, nie z żadnego sieciowego marketu, bez chemii nijakiej a tydzień trzymać się może i jak świeża smakuje. Czy dłużej, co prawdopodobne, nie próbowaliśmy bo znikła, powstanie, to ze stycznia tonując.

piątek, 11 stycznia 2013
płyną dni i światła więcej

We Dworze widoczne to już z rana. Jak chmur na niebie nie ma poranek budzi trochę dłużej, bo po siódmej. Świergot ptasi w łóżku leżeć nie pozwala, bo i one kruszyny boże swego się domagają, by im ziarków do karmnika rzucić. Sikory ci one  najbardziej checne, bo na słoninkę łase. Moje Szczęście tymczasem cosik wymajdrowało, żeby smaczne było. Ciasto lejące w misce wymieszała, posolone, wylała i 5 w miarę cienkich naleśników uczyniła. Potem je przekładać poczęła.

Najpierw poszła masa z mięsa mielonego lekko przesmażona z cebulką, płatkami czosnku, przyprawami  i zsiekaną brukselką, potem podgotowane brukselki w pół przekrojone posypane moim serem startym, potem znowu opisane wyżej mięso razem już z brukselką.

Wszystko przykryte najgrubszym naleśnikiem. By naleśniki sosem farszu nie przeszły smarowane były jajkiem, zaś wykończenie góry żółtkiem przez co chrupiące się stało. Torcik na stół wydany został, na dodatek sos pikantny z chili i pochłonięty w całości, no prawie, bo następnego dnia zjechał we Dwór wnuk Ignacy,  to się też załapał ze smakiem samodzielnie  zajadając,

bo on już widelcem dzielnie macha.

piątek, 04 stycznia 2013
serowa przekąska na Nowy Rok

No i przeszedł nam ten Sylwester. Spokojnie, w gronie przyjaciół Dworu, smacznie, bo bigos doszedł jak należy, do tego były jeszcze pieczone przepiórki, barszcz na wędzonce, śledziki na przekąskę i ciasto obficie zsypane kokosem. Ponieważ zgodnie z tradycją by się z włościanami spotkać przeszliśmy całą wieś winszując napotkanym, by później tańce i hulanki, swawole w wężyku na świetlicy odbyć, nikomu nic w biodra ani fałdki na brzuchu nie poszło. Byle tak dalej. Teraz zaś, bo Moje Szczęście krzynę chcąc wypocząć, na wieś zjechało przyrządziłem drobną przekąskę.

Był to ser mój z zielonym pieprzem, dobrze wygrzany, w krążku małym, następnie natarty dobrą, hiszpańską oliwą pierwszego tłoczenia, oprószony solidnie tartą bułką wymieszaną z naszą bazylią, czerwoną, latem zbieraną,potem obsypany ziarnem słonecznika i w kawałkach złożony na mocno rozgrzany olej z pestek winogron.

Chwilę tylko obskwierczał z jednej i drugiej strony by na talerz zostać wydany w towarzystwie borówek z gruszką, które Pani Kasia zacna przyjaciółka domu zrobiła. Pyszność wyszła niezwykła, jeno Moje Szczęście stwierdziło, że malizną to czuć. Alem przecie uprzedzał- to przekąska noworoczna a nie danie obfite.

niedziela, 30 grudnia 2012
sylwestrowo bigos się warzy

Stary Rok odchodzi, postękując i kwękając, bo już zmęczony przecie, na następcę czeka. We Dworze, jak tradycja każe przygotowania do tej nocy biegną. Klucznica Elyżbietta już zjechała tak więc i pomocy jest trochę jest. Na piecu zaś bigos się warzy, jak co roku. Surowiec do niego przedni - kapusta od Rafała Dendka, gospodarstwo rodzinne, naturą jeno pędzone,spod Okonka, ukiszona tak, że Moje Szczęście od niej uzależnione. Jak jej w porę nie odciągnę cały słoik wyjeść potrafi. Do garnca włożona, lekko olejem z winogronowych pestek podlana na lekkim ogniu pyrka, wrzucone ziele angielskie, utarta gałka muszkatołowa, cynamon też, cała garść prawdziwków takoż, do tego jeden pojemniczek moich pomidorów suszono wędzonych, które sławę już sobie zyskały w Sheratonie podawane. Na patelni w grubą kostkę skrojony boczek, kiełbasa pod mój przepis a"la chorizo zrobiona, do tego swojska z majerankiem i czosnkiem przyjemnie skwierczą, wszystko z mojej świni co serwatką pasiona była. Gdy mocno zrumienione w gar poszły.Wtedy podduszona kapusta dostała pół butelki białego,reńskiego, za tym słoik moich powideł i drugi przecieru co latem z polnej "limy" powstawał. Do smaku po szczypcie curry, kurkumy, majeranku, naszej ususzonej bazylii i wolna, powolna wręcz praca. Tak godzin kilka. Potem garniec na bok, w zimne by wieczorem znowu się zagrzać, przez noc wystudzić i na noc sylwestrową dobry będzie.

Jutro królika co już skruszał piekł będę.Tak to i czekanie na gości jeno zostanie.

środa, 26 grudnia 2012
no i zaraz po świętach...
Od gwiazdka

Ten czas świąteczny, tradycji pełen, która nawet religijny wymiar przerosła spokojny był i cichy.Zauważcie, że ci co nie obchodzą w wielkiej są rzadkości.Ateusze i libertyni też stawiają choinkę. Nieliczni co jak Piotruś Bikont kontestuja zaszywając się w głuszy. Bo człeką ciągnie do zachowania ciągłości. Tak robili nasi dziadowie, rodzice, nasyceni tym za młodu robimy i my przekazując znaki naszym następnym. I to dobre jest, bo gdy spotykamy się rodzinnie gdy nadejdzie nostalgia wspominamy tych co odeszli zostawiając nas jako swój ślad na ziemi. Stąd to wolne miejsce przy stole dla strudzonego wędrowca, coś co nas pcha by w świąteczny czas zapalić świeczkę na nekropoliach. Bo póty jesteśmy, póki żyjemy w pamięci. Tak jak mój Ojciec, rozmawiam z nim, radzę się, patrzę w Jego mądre oczy które ciepłem promienieją z portetu, tak jak Teść mój co szybuje po wiecznym niebie stamtąd nas strzegąc byśmy bezpieczni byli. Dziś córy moje zjeżdżają we Dwór, więc ten kipiał będzie młodością. Na piecu perkoce wywar z boczkiem i szynką co w wędzarence na olszynie odymiony, z grzybami z nowotomyskich lasów, potem doprawiony zostanie sokiem z kiszonych buraków z dodatkiem jabłka. Barszcz będzie pyszny, po nim karp w galarecie i sandacz smakowity. Tak ten drugi dzień Świąt zakończymy, bo już przecie Sylwester w kolei czeka.

czwartek, 20 grudnia 2012
wieczerza wigilijna puka do drzwi

 

 

Zbliża się ten piękny czas, gdy rodzina cała siądzie do stołu, łamać będzie się opłatkiem, łza w oku kręcić się będzie gdy wspomnienie najdzie o tych co już w lepszym świecie. Tak to i pomyśleć trzeba co na dworski stół podane będzie. Po opłatku, który Pani Matka w obieg puści będzie jajeczko przepiórcze na pół przekrojone, lekko kawiorem ozdobione. Na stół wjadą śledzie ręką brata mego jak co roku czynione w rodzajach dziesięciu, zdarza się i więcej. Będzie w oliwie aromatyzowanej ziołami, węgierski,pikantny , w czerwonym winie, pod pierzynką z utartych warzyw, przykryty jogurtem, słodki z rodzynkami i białym winem,pod ubitą śmietaną jeno solą i sokiem z cytryny zaprawioną, w galaretce z soku z buraków, wymieszany z sosem majonezowo jogurtowym z dodatkiem ogóreczków kiszonych z marynowaną cebulką, pijany z owocami z nalewki, macerowany co tydzień leżał w roztworze solno octowym, winnym, a ze świeżego czyniony, miodowy bo miodem rozpuszczonym koniakiem z koryntkami zalany. Porcje oszczędnie brać trzeba by za wcześnie od stołu nie odpaść.

Do tych mecyi wódeczka zmrożona podana będzie, po kusztyczku jeno, na trawienie dobre. Za śledziami barszczyk podan będzie z uszkami grzybowymi, po nim pierogi smażone z kapustą i borowikami. Gdy smak grzybowy pobudzon będzie wydam całe kapelusze prawdziwków w kwaśnym mleku moczone dwa dni wcześniej, obtoczone w jajku i bułce tartej z solą i pieprzem świeżo mielonym. Teraz pora na karpia - najpierw błękitny, czyli octem winnym zaparzony, potem z warzywami uduszony, za nim smażony saute i panierowany, dla tych co radę dadzą będzie w galarecie z cytrynką. Do ryb wydawane będzie wino białe, pół wytrawne z dobrych reńskich winnic. Gdy zaś gardło zwilżyć trzeba będzie pod dostatkiem kompotu z owoców suszonych i orszada żurawinowa. By na Gwiazdora cierpliwie czekać podane będzie słodkie- tort z samych orzechów czyniony, pierniczki dobrze przesuszone,

 

orzechy do łupania i gry w cetno licho, starsi po kieliszku koniaku. Tak to wilia przebiegnie, czasu dość by pasterki doczekać.

piątek, 14 grudnia 2012
Pan Karp z porą nadzwyczajną

Tom się opuścił, anim zajrzał, anim upisał. Taki czas przedświąteczny, ganiany, z miejsca na miejsce, bez chwili wolnego czasu. Kiermasze, jarmarki, ażem lekko na zdrowiu podupadł. No ale nic to, zima piękna, mroźna to bakterie wybije. Z Moim Szczęściem zaś wypróbowaliśmy jak smakować będzie Pan Karp, bo to przecież niedługo to jego święto.Najpierw trochę dojrzał w dzwonkach, natarty oliwą, solą i pieprzem, lekko skropiony sokiem z cytryny. Potem saute rzucony na gorący olej z winogronowych pestek i w 10 minut obsmażony z obu stron.

Rada praktyczna - skórkę można delikatnie i płytko naciąć, potem tą właśnie stroną złożyć na patelnię, wygnie się, wtedy chwilę dać mu odpocząć i dopiero potem z drugiej smażyć strony, ładnie wyglądać będzie, nie pognie się. Do Pana Karpia Moje Szczęście dołożyło kapustkę z pora. pokroiła go w plasterki, zmorzyła na patelni z wodą chwilę, odlała by goryczkę strącić, dusiła z płatkami czosnku, ziarnkami słonecznika, suszoną żurawiną, kilkoma kroplami octu balsamicznego bo jego kwaśność smak poprawia no i przyprawami.

Dochodziło to cudo na wodzie, gdy ta zredukowała się, że prawie widać jej nie było dorzuciła łyżkę klarowanego masła. Pan Karp podany został z nią właśnie i by zimnego dodać z mizerią na jogurcie. Próba Świąt wypadła nadzwyczaj smakowicie.

poniedziałek, 26 listopada 2012
jesienna zupa cud

Dostałem ci ja kilo i pół kurzych łapek, były już obrane, bo sam bym tego nie dokonał. Wrzuciłem po opłukaniu do dużego gara i zacząłem na wolnym ogniu mojej westfalki powoli je pyrkać. Dodałem dwa liście laurowe, siedem dorodnych kul angielskiego ziela i takoż pieprzu kolorowego, na to takoż syczuańskiego, łyżkę soli i szło sobie wolniusieńko. Obok czyściłem warzywa w piórka je krojąc. Po godzinie wrzuciłem dosoliłem by smak był jak się należy. Znowu godzinkę pracowało. Łapki juże klejem jeno się trzymały. Przerzuciłem calość przez cedzak, potem przez drobne sito. By odpocząć po ciężkiej pracy siadłem by łapki cyckać, Ja tam brzydliwy nie jestem, a tak ugotowane pyszne są nad każdą miarę i zdrowe na kości niezwykle. Bulion zaś powstał taki, że po ostudzeniu dobrze nożem było go kroić. Moje Szczęście zaś uwarzyło z niego zupę w sam raz na jesienne, krótkie dnie.

Seler, kalarepę, paprykę i brukselkę, wrzuciła do wrzącej wody i do miękkości doprowadziła

i zblendowała. Całość wzbogaciła kurkumą, czosnkiem niedżwiedzim i bazylią z naszego ogródka. Jako mawiają Niemce eintopf wyszedł z tego zacny. Gdy gorący podany sycący niezwykle, łagodnością warzyw podniebienie pieszczący.

niedziela, 25 listopada 2012
Encantado w pigwie

No i proszę, wielcy tego świata się nie dogadali. Jak nie wiada o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze. Nie chcą się z nami dzielić tym co mają. Czy im się dziwie, wcale a wcale. Przecie na naszym małym podwórku mamy to samo. Lecz nadzieję mieć należy.Tak więc wróćmy na nasze, małe podwórko. Prace w polu cichną, wszystko przygotowuje się do zimowego snu.W serowarni jeno przestawić się trzeba na inne mleko. Zielonego nie ma, ostało się siano i śruta. Z tego dobre wychodzi Encantado, którem wymyślił po inspiracji załogi dzielnej z Muzeum Cafe w Poznaniu. Rurka zręczna, mocno zbita najpierw obtaczana była suszonymi pomidorami,

teraz zaś najsamprzód tydzień  dojrzewa

w zmacerowanej pigwie,

potem idzie w kiszony liść morwy. Chociam nie jedwabnik, ale wszystko z talerza znikło. Serek dostał świeżego, lekko kwaskowatego, winnego posmaku i na deser genialnie się nadaje. Ostatnio zagościli u  mnie norwescy Wikingowie przed powrotem w swe zimne strony, bo odwiedzili Togę tam moich popróbowali i w te dyrdy do mnie by na drogę się zaopatrzyć. Nabrali, że ho,ho, przed tem wszystkiego próbując. W sklepie takich nie dostaniesz, mówili ślepiąc maślanymi oczami. A jam zadowolony dalej nad nowościami myśleć będę. Aha, nie mogę zapomnieć by miłośnikom moich kiszenin rzec- słoik przed otwarciem dobrze schłodźcie! Inaczej soczek spod pokrywki uciekać Wam zacznie a to przecie skarb wielki, witamin pełen.

10:37, mag-43 , sery
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl