niedziela, 05 sierpnia 2012
zapiekane kabaczki

Lato w pełni, to i do ogrodu wyjść trzeba by sprawdzić co też nowego na grządkach. Tu zaś posadzony przez Moje Szczęście kabaczek rośnie, że aż miło. Najlepszy ci on gdy młody, wtedy skrojony w średnio grube plastry cały może iść do potrawy, bez pestek wyjmowania. Kolor jego bardzo ciekawy, bo w pomarańcz wpadający, dwa takie zużyłem wkładając do brytfanny, poprzekładałem kąskami z kurczaka, do tego dwie główki czosnku w ząbkach grubo skrojonych, podlałem trochę dobrą oliwą, posoliłem, poprószyłem egipskim curry i rzecz jasna czosnkiem niedźwiedzim. To poszło pod przykryciem do pieca na 150 stopni, gdzie 45 minut przebywało. W garnczku na górze ugotowało się all dente spaghetti i wyłożyłem nim wierzch dania.

Wtedy też cztery jaja ubite na gładko wylane zostały by wszystko zewrzeć. Do tego dania podany został szabelek zielony na ogródku zerwany.

Lato jest w pełni i takie jedzonko dobrze nam robi.

wtorek, 31 lipca 2012
kapłony obiadową porą

Zjechała się we Dwór rodzina, rodzina co to na codzień nie bywa, bo i daleko mają na stałe rezydując za oceanem. Jednak już w zeszłym roku zwyczaju nabrali by stary kraj gromadnie nawiedzić.Ponieważ wielu ich a jeszcze wujostwo, czyli swoich wiekowych rodziców zabrali, bus cały zajęty do nas zjechał. No i ból głowy nastał, bo czym godnym by ich przyjąć, by sobie pobyt zapamiętali? W ten oto sposób życie straciły dwa kapłony, co to w wolierze siedziały. Poszły w garniec i rosół na nich powoluteńku wybulbutał. Ten zaś inaczej niż zwykły się warzy. Najsamprzód kuraki obmyte poszły do źródlanej wody, lekko posolonej z wrzuconym liściem laurowym, zielem angielskim i pieprzem oraz co ważne na każdego szczyptą szafranu. Gdy pierwsze oka tłuszczu pokazały się

 

do rosołu wrzucone warzywa - po trzy marchewki młode, takież same selery i pory i pęk naciowej pietruszki, do tego szczyty bazylii, liście lubczyku i kwiaty origano, gałązka rozmarynu. Tyle tego ale uważnie trzeba dawać by smak wiodący pozostał. Na małym ogniu wszystko niecałą godzinę pracuje. Mięso w żadnym wypadku rozpadać się nie może. Wtedy w całości kuraki wyjmujemy i kładziemy do brytfanny, rosół zaś dokładnie odcedzamy przez sita by klarowny się ostał. Drób nacieramy czosnkiem niedźwiedzim i lekkim curry, polewamy rosołem, tym z wierzchu, część tłuszczu zdejmując i wkładamy na godzinę do pieca na niewysoką temperaturę, tak 120 stopni. Wtedy wydawać na stół można a wszystkich tak zrobione danie zachwyci i jeno kosteczki się ostaną.

sobota, 28 lipca 2012
Żniwujże żniwiarzu....

Czas teraz na wsi pracą wypełniony. Skoro świt robota się zaczyna, do pierwszej rosy trwa. Jak sucho jest to do północka schodzi. Maszyny od wysiłku się psują, ludzie jak górnicy, czarni od kurzu błyskają białkami. Pogoda sprzyja, trzeba wyrwać z pola ile się da by przed deszczami zdążyć. Pociecha też w tym, że ziarno sypie, ukształtowane ładnie, w kombajnie dzwoni.Zjechała do mnie Pani Matka, bo w mieście wytrzymać trudno. Dziś zaś pracę w kamiennej pustyni skończyło Moje Szczęście. trzeba było cosik posilnego przygotować. Pani Matka obrała szabelek. Ja zaś zmarynowałem wieprzową polędwiczkę w curry com je z Egiptu zwiózł olejem ryżowym polaną. Tak przygotowane mięsko upróżyłem przez pół godziny na patelence, potem podsypałem podsmażonymi pieczarkami i obficie podlałem wodą źródlaną. Gdy ta zredukowała się  o dwie trzecie była potrawa gotowa jeszcze tylko sos rozciągnięty jogurtem i wszystko. Do tego w kubeczku poszła lekka pomidorowa z moich zeszłorocznych, na ten upał właściwa. Wszyscy zadowoleni od stołu odeszli.

poniedziałek, 23 lipca 2012
pierś kruchutka

W Szczecinie jak to w Szczecinie, pogoda dopisała, dużo zwiedzających, kupujących mniej, ale za to gościna ze strony przyjaciół wielka. Dlatego już wartało pojechać. Rodzina Sztarków przyjęła mnie po królewsku zaiste. Niedość żem miał co jeść to i godnie spać po godzinach przed katedrą spędzonych. Po powrocie zaś we Dworze zastałem gości - rodzinę z gór z przychówkiem. Nadzwyczaj niekłopotliwi, uczynni i mili. To i musiałem się czymś smakowitym zrewanżować. Moje Szczęście przygotowało marchewkę na słodko skrojoną w kosteczkę, ugotowaną al dente masełkiem polaną, ziemniaczki młode z masełkiem czosnkowym tym razem. Clou była pierś kurzęca. Zrobiłem ją tak- cztery łyżki musztardy sarepskiej, cztery łyżki chrzanu utartego, tym dokładnie mięso obłożone odpoczywało godzinkę.Potem złożone po oprószeniu grubą mąką na gorącym oleju, przekładane raz, potem dwa, przez 10 minut dochodziło na patelni pod pokrywą. Wydane było kruchości przezacnej niezwykle, rozpływało się w ustach. Toteż i rodzina czyste talerze jeno po sobie zostawiła. We wtorek zaś niesie mnie z powrotem na północ, bo u Bolka Sobolewskiego w Na Kuncu Korytarza NOC ŚLEDZIOŻERCÓW się odbędzie.

piątek, 20 lipca 2012
Jadę do Szczecina

W polu dzieje się i nie dzieje. Skosiłem dopiero parę hektarów jęczmienia, reszta stoi. Rzepak schnąć zaczyna, jak tak dalej pójdzie to go deszcz wymłóci, owies zacznie się odmładzać. Nie, lepiej sobie samemu tak źle nie wróżyć. Żyto jeszcze dobrze się trzyma. Ja zaś zbieram się do Szczecina. Tak jak co co roku o tej porze będzie Jarmark Jakubowy przed Katedrą a skoro ksiądz Pliszka taki łaskaw by mnie przyjąć jechać trzeba. Co będzie, zobaczymy, jak się cofniesz Szanowny Czytelniku do zeszłego roku obaczysz jak ksiądz Biskup za moje sery świętym obrazkiem płacił! Nic to, jakoś to będzie bo być musi. Szczęście Moje na gospodarstwie ostanie więc nic złego stać się nie może. Teraz zaś łosoś na grillową patelnię pójdzie. Danie to szybkie, sprawne niezwykle a jakie smakowite.

Świeżego ( tym wypadku świeżą rybkę Szczęście moje tydzień temu zamarynowała, a potem z marynatą zamroziła) trzeba brać, lekko osoliwszy i świeżym pieprzem poprószywszy na grillową patelnię kłaść.  Najsamprzód skórą w dół, potem obrót, całość nie może trwać więcej jak 10 minut. Wyłożony na talerz dostał do towarzystwa gotowaną kalarepkę i sosik z jogurtu doprawionego czosneczkiem, by zaś paleta barw była pełna szpinak dochodzi, ugotowany z tymże czosnkiem, kurkumą, lekko posolony. Ot i wszystko, proste, dobre i smakowite. To i siłą na podróż będzie.

środa, 04 lipca 2012
niech dorsz śpi

W Wielkopolsce mówi się o kimś takim jak ja, że się robi ślank, znaczy chudnę. Nie żeby gwałtownie, żeby groziła mi modelkowość wieszakowa, nic z tych rzeczy, swoje lata mam i godność takoż. Więc posuwam się powoli, krok po kroku. W dziele sekunduje mi dzielnie Szczęście Moje. Jej też dziełem był bałtycki dorsz, którego pod pierzynką uśpiła. A było to tak- najsamprzód złożyła go w zalewie z oliwy i cytryny,  pokropiwszy aceto balsamico, posypawszy czosnkiem niedźwiedzim i pietruszką, lekko posoliwszy. Gdy odpoczął dała go do piekarnika do temperatury 150 stopni rozgrzanego. By zaś spało mu się godnie przykryła go pierzynką ze zmielonego mojego sera herbowego.

Ukoił go niezwykle kruchość ale i soczystość zachowując. Do niego dała gotowany młody bób i pyszną duszoną jarzynkę złożoną z kapustki, cukinii i pomidorów. Znikło to wszytko w mig, tak że i talerzy myć nie trzeba było bo wylizane. Dobrze mi się żyje, czyż nie? Szparagi już skończone, słoiki w tysiące liczone, truskawki niestety takoż, teraz idą czereśnie i porzeczki. Rośnie ilość rośnie duma, wszystko według starych przepisów, bez grama chemii jakiejkolwiek a błyszczy się pięknie, barwy nie traci, a jak smakuje! Nasi przodkowie, prababki zwłaszcza wiedziały co i jak robić.

poniedziałek, 02 lipca 2012
Przeżyłem kontrolę Sanepidu

Boże strzeż mnie od morowej zarazy i polskiego urzędnika. Wiecie  jaki jest tok jego rozumowania? Poprzez odrapania z resztek mięsa  zasuszonej kości biednego producenta uzasadnić sens swojego istnienia. Pani w trakcie się przyznała, że przyszła w sobotę, w którą nie pracuje na skutek donosu i że kierowniczka jej nie daruje jak nie przyniesie łupu w postaci mandatu. Zostałem ukarany za brak termometru w chłodziarce, ślady palców na lodówce turystycznej, mimo żem twierdził iż moje sery same w sobie brudzą i ręką i dotknąwszy brązowy odcisk zostawiłem oraz za muchy krążące wokół. Miastu za to, że straganów nie umyło i nie odmalowało jak obiecało nic się nie dostało, bo jeszcze by urzędnik w łeb za taką gorliwość dostał. Za to producenta, który ubarwia biedronkową monotonię można ze skóry obedrzeć. No, a jakże stały te kontrole i patrzyły, że klientów mam, więc będzie co odbierać, co z kieszeni wydrzeć. Na womity się bierze, ale one tak wychowane, sens swojego istnienia widzą jeno w wypisywaniu kwitków, które potem w żywą zamieniają się mamonę. Taki kraj, takie urzędniki, taka rzeczywistość, EURO się skończyło, koniec wymachiwania szalikiem, trzeba zarobić na swoją pensyjkę. Pamiętajcie jeno, że jak nas zarżniecie same z głodu zdechniecie! Nawet na wasze niezasłużone emerytury nie starczy.

P.S. A żem zdrowy niech wyżej okazane  świadectwo zaświadczy ;)))))

niedziela, 24 czerwca 2012
wianki u Hrabiny
 

Tradycji stało się zadość. Jak co roku ruszyliśmy podwodami do sąsiedniej miejscowości by uczcić Dzień Imienia  Hrabiny Łąckiej Tyszkiewicz. Czy potraficie sobie wyobrazić moi mili mieszkańców wsi, która  w całości należała do jej przodków, ale dziś w XXI wieku, prowadzących ją pod ręce nad jezioro by posadowiła na wodzie wianek

 

i śpiewających - kochamy Cię, Alleluja, kochamy Cię? Jak nie z tej rzeczywistości, do tego sołtys o swojskim imieniu i nazwisku Wacek Słoma, dyskutujący o czterech rycerzach wyekwipowanych przez okoliczne wsie na bitwę pod Grunwaldem,za co później o cztery lata Lwówek otrzymał prawa miejskie, że już starczy łożenia na miasto, teraz czas na sołectwa, one muszą pięknie wyglądać i za podatkowe pieniądze mieć kwiatki i rabatki. Hrabina swój rodzinny dom odnowiła pięknie, błyszczy jak perełka na tle obdrapanej rzeczywistości,

 

do tego zdobyła miłość mieszkańców, stojących dziś za nią murem. Jej imieniny to święto całej wsi, na którą ta stawia się w komplecie. Do tego patrząc na włościan miłym okiem okoliczne ziemiaństwo, dziś mieszkające na ogół w metropolii i nie zajmujące się rolą, dystyngowani panie, panowie, dobrze po osiemdziesiątce. Obraz jak nie z tego wieku. Kochamy Cię Pani Nino! W przetwórni zaś powstają konfitury z morwy, zdrowe niezwykle.

sobota, 16 czerwca 2012
jak w rolę celebryty wchodzę...
 

Ludkowie rostomili, jeśli chcecie obejrzeć mnie i dzieciątka moje serami zwane zerknijcie w niedzielę do Kuchni+ gdzie Gieno Miętkiewicz przez Dziurkę od Sera spoglądać na mnie będzie. Co sobie przypomnę ten "tynk" na gębie to mnie pusty śmiech ogarnia. Tak jednak są wymogi szklanego ekranu i by im sprostać Pani Reżyser ganiała za mną z pudernicą w ręku bym nie blikował. Ale czego się nie robi dla przyjaciół. tak więc ci co na kablu siedzą i mają w zasobach Kuchnię niech o 16.25 zerkną życzliwie i nie ganią za to moje skromne parcie na szkło, jeszcze w rękawie mam jednego asa ukrytego, ale o tym sza, powiem dopiero gdy będzie pięć minut przed premierą!

wtorek, 12 czerwca 2012
Wiwat Biało Czerwoni i szparagi

Nie wiedziałem ci ja, że emocje sportowe tak mocno łączą się z jedzeniem. Mimo, że kibic ze mnie żaden do oglądania tego jak określają narodowego święta nakłoniła mnie moja młodsza latorośl, co z dwoma uczelnianym koleżankami praktyki zawodowe u mnie odbywa. Ba, nawet browara z tej okazji staremu ojcu postawiła. Ja zaś, ponieważ w gospodarstwie szparagi się przetwarza, postanowiłem tychże garstkę ugotować. A jak się krygowały, a jeść nie będziemy, a my nie głodne. Nic to zrobiłem po swojemu. Dobrze obrane włożyłem do gorącej wody z łyżką soli i takąż cukru, do tego sto gram porządnego octu jabłkowego. Gotowanie nie trwało więcej jak 10 minut i wyłowiłem cedzakiem do płaskiego naczynia. Polałem lekko spróżoną tartą bułeczką na oliwie z oliwek, właściwie zgrzaną. Panny, nie, nie ale jak na boisku dziać się zaczęło, jak  adrenalina w żyłach krążyć zaczęła poczęły widelcami dziabać, piszczeć, krzyczeć, stwierdzały, że tylko jedzenie emocje im uspakaja i kilo ugotowanych jako sen złoty znikło. Szczęściem mecz skończył się jak się skończył, więc spokojnie warzywo zdrowe mogły strawić. Tak to jadło z piłką się spotkało.

niedziela, 10 czerwca 2012
omlet dla królowej
 

Pani Matka wpadła w żołądkowe perturbacje. Z tegoż też powodu skróciła swój pobyt w sanatorium. Schudła też niemożebnie, wyssało z niej wszystko co można, a przecie można było niewiele. Do tego stomak się skurczył. Jak do mnie wróciła przystąpiłem do pracy nad jego rozciągnięciem. Musi być tak żeby jadły usta i oczy. Zgodnie z zasadą, że śniadanie zjada się samemu, więc ma być obficie i dobrze. Wziąłem cztery jaja gęsie, rozdzieliłem białka od żółtek, te pierwsze lekko posoliwszy ubiłem na sztywno, potem przyszła kolej na wielkie i piękne w kolorze, wieżą rozbiłem, takoż szczyptę soli dawszy i płaską łyżeczkę słodkiej papryki. Mieszając pianę wolno wlewałem żółtą masę nie pozwalając jej siąść. I to był koniec cudów. Patelnia lekko przeciągnięta oliwą i wlane wszystko pracowało przez 10 minut na wolnym ogniu od czasu do czasu kolistym ruchem ruszane by całe zastygło. Na wierzch tylko szczypior ścięty i można było podawać.

Królewski stół by się takiego śniadania nie powstydził. Pani Matka zjadła ze smakiem wszystko do ostatniej okruszynki, nie dość tego jeszcze zażądała kromeczki z konfiturą truskawkową przez Olę - Kuchnię Zmysłów spreparowaną, która takoż do naszego luksusowego butiku trafi.

piątek, 08 czerwca 2012
kwitnie hyćka, kwitnie

Białe kwiaty na przydrożnych krzakach wabią mocnym aromatem. To i my niemi przyciągnięci zapasy na zimową porę czynim. A ponieważ Pan Bóg przykazał się dzielić z bliźnimi swemi darami to i je wstawimy na naszą stronę www.serygradzkie.pl. Będą dwa rodzaje. Jeden wykwintny, dla tych co wyszukane smaki lubią, na naszym miodzie, co go pszczółki pracowite zebrały i na cukrze, dla tych co chorobę zimową porą będą chcieli przepędzić.

Ola - Kuchnia Zmysłów smak odpowiednio ubogaciła dobrą cytryną i pomarańczą, tak więc pije się to jak małmazyję jakowąś. We Dworze też zapas odpowiedni zostanie. Najważniejsze zaś to, że śladu chemii w tym nie ma, choćbyś nie wiem jak szukał żadnego E z cyferkami się nie doszukasz,

kwiaty zaś zbierane przy naszych, wewnętrznych drogach, gdzie jeno co to ktoś rowerem pojedzie, albo z podwórca koło gorzelni, gdzie prócz koni nikt nie zagląda. Zimowe ziębiska i kaszle od tego uciekną wnet.

poniedziałek, 04 czerwca 2012
byliśmy w Lidzbarku

No i byliśmy w stronach od naszych odległych na prastarej Ziemi Warmińskiej, gdzie snują się duchy Prusów i Jadźwingów, gdzie Krzyżak mieczem dzwoni z krwi o biały płaszcz ocierając. Kraina przecudna, dziwów pełna. My zaś nic jeno w luksusy subtelną ich wonią wabieni szybko bieżymy. Hotel Krasicki w gościnne swe progi nas przyjął, chlebem i solą powitał. Wszystko to zasługą panów Mirka Sienkiewicza i Jurka Wiśniewskiego, ludzi nadzwyczajnych, dlaczego zaś takich dalej wyjaśnię. Zaprosili nas w imieniu tej krainy na Dni Dobrego Sera, tak więc odmówić nie było można. Podjęli gościnnie, chlebem i solą, winkiem dobrym i jedzonkiem pysznym niezwykle, co dziełem Mistrza nade Mistrze Krzysztofa Mazurka było, czyli szefa kuchni zamkowej. Zapowiadało się perłowo. Przyszedł sobotni ranek, pogoda wycięła hołubca chichocząc złośliwie. Zwaliła namiot Spomleku do fosy, zbiła szyby w chłodziarkach, powaliła pomniejsze pałatki. Do tego zaś niebo na to zniszczenie płakać łzami deszczu zaczęło, wiatr poły podrywając zawywał. Przecie w taki ziąb pies z kulawą łapą tu  nie przyjdzie! Inni by się załamali, nosy zwiesili, po mysich dziurach się chowając. Para moich bohaterów cios przyjęła dzielnie, imprezę do wnętrza przeniosła, wici, że tak się stało wszem i wobec rozniosła. Ludkowie moi mili, Lidzbarczanie nie zawiedli, stawili się tłumnie, Burmistrz takoż człek godny zwijał się jak w ukropie, robił co mógł i roli podołał. Wspierał go dzielnie Marszałek Województwa.

Impreza co dwa dni trwała udała się tak, że lepiej nie można, wsparła go dzielnymi muskułami załoga Agrovisu nie patrząc na godziny, byli na każde życzenie. Dzięki tym zacnym ludziom mogłem porozmawiać z szefową KUCHNI, gdzie w ostatnim numerze moje zdjęcie, Madame Wrońską i jej niezwykle zacnym mężem Pawłem,

którego pióro wysoko cenię. Powiedziała na widok mojej wystawy - ach, to sławne Sery Grądzkie, ażem rumieńcem jako dzięcielina spłonął. Edyta Olszówka z apetytem pojadła Grądzkiego, mówiąc, że i owszem.

Marszałek Protas rzekł, że Francuzy mogą sobie z tyłu za moimi stać. Było więc miło niezwykle! Oświadczam więc wszem i wobec - za rok w Lidzbarku Warmińskim będę! Przy takich ludziach i takiej atmosferze miasto to godne miana Stolicy Polskich Serów Zagrodowych, Farmerskich czy jak je zwać będziecie. Chylę jeszcze raz przed organizatorami za niezłomność ducha czoła i wytrwałości życzę.

niedziela, 27 maja 2012
Roboty huk!

 

No to i się porobiło. Sery trzeba produkować, bo mleko się leje, do tego pomysł był i w życie wchodzi by przetwórenkę owocowo warzywną uruchomić. To i szparagi się kisi,

w zalewie konserwuje, eksperymenta różne z rabarbarem czyni, niedługo ruszą truskawki, po nich zaś hurmem inne owoce. Do tego pszczółki miodem ramki zapełniły, trzeba było odwirować. Wyszedł piękny, koloru starego złota, z posmakiem, ałyczy,  klonu i mniszka.

Teraz już czeka w słojach. Nie wiada w co ręce prędzej włożyć. Do tego jeszcze gryka do posiania, potem sianokosy, bo żywina nie będzie miała co jeść zimą. Gdzie tu czas na refleksję, zadumę nad życiem,pomyślenie czy jakiś koniec świata się nie zbliża? Taki to los rolnika, któremu jeszcze wydumki po głowie chodzą. Jakby jeszcze mało to najsamprzód był slowfoodowy Sandomierz a teraz równie sercu miły Lidzbark. Czy ja się mogę ze wspierającym mnie dzielnie Moim Szczęściem nudzić? Tem bardziej, że Ola Kuchnia Zmysłów nam sekunduje. Nie da rady, doba za krótka.

piątek, 18 maja 2012
będzie kuchnia z plusem
 

 

Zjechał w moje skromne progi Gieno Brzuchacz Wielki, a domu przyjaciel. Nie sam tym razem,   z całą filmową ferajną. Pojawiło się to towarzystwo bo Brzuchomoowca będzie celebrytą i gwiazdą telewizyjną! Kuchnia + nada, a właściwie już nadawać rozpoczęła, w niedzielę o 16.30 kapitalny program, którego tytuł Gieno sam wymyślił - Przez dziurkę od sera. No i mnie tam zabraknąć nie mogło. Tak więc zjechało się towarzystwo, dzień z życiorysu wyrwało i będę na małym ekranie. Dokładnie kiedy jeszcze nie wiem, ale jak wiedział będę napiszę. Powiem tylko, że niepoślednią rolę zagrał tu Krzywonos prezentując się w gienowych łapskach pięknie,


 

 

potem w potrawę go przerobił.

Od cyfra +

 

Więcej szczegółów nie zdradzę bo mi nie wolno. Teraz zaś jadę spotkać się z przyjaciółmi do Sandomierza na Dni Dobrego Sera. Na Zielonym Bazarze Ola będzie pełniła honory pani stoiska, a wiem że zrobi to godnie. 


Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl