niedziela, 06 maja 2012
konfitury i w ogóle dziać się zaczyna

Człek rozwijać się powinien, jak stoi w miejscu to cofać się zaczyna. Szare komórki pracować muszą, gimnastykować, porzucone w lenistwo wchodzą i wtedy im trzy ćwierci do śmierci. Tak szczęśliwie się złożyło, że znad morza Ola, pchła mała, zjechała, bo na jej talentach się nie poznali, a mnie w to graj. Dwór ją przygarnął no i bez zajęcia zostawić nie mógł. tak więc postanowiłem wraz z nią uruchomić ekskluzywną przetwórnie owoców i warzyw. Jej konfitury pomarańczowe już przecie sławne się zrobiły.

Sama Dama ze Starego Browaru do swojej kolekcji smakowitości je włączyła i regularnie nabywa. Teraz na ogień pierwszy pójdą szparagi, które kisić będziemy, dalej zaprawiać według receptury Pani Kasi,co to prawie jak rodzina, za nimi pójdzie rzewień rabarbarem zwany, no i zaczną się owoce - truskawki, czereśnie, agresty i porzeczki. wiśnie, jabłka, gruszki i wiele innych dobrodziejstw jak choćby kwiat czarnego bzu. W serowarni też się dzieje. Wymyśliłem i zrobiłem wędzoną riccotę na olchowym dymie.

Będzie się działo, będzie. By Wam smak pobudzić te piękne zdjęcia Mojego Szczęścia obejrzeć możecie. Dalej zaś do zakupów Was zachęcam.

czwartek, 03 maja 2012
miodek, pyszny miodek

Człek się uczyć winien całe życie, mózg jak mięsień, nie gimnastykujesz zanika. Najlepszym zaś ćwiczeniem jest zajęcie go czymś interesującym. Tak i ja postanowiłem będąc w wieku dojrzałym bliżej się z pszczołami zapoznać.

Tak więc zostałem bartnikiem. Ja, nerwowaty, w ruchach gwałtowny i te latadła co dla swej obrony mają żądła. Najbliżsi nie wierzyli, że to prawda a ja się z moimi małymi przyjaciółmi polubiłem, one wiedzą, że krzywdy im nie zrobię. Bzyczą i latają wkoło głowy wieszcząc, że rok dobry będzie, na tylnych nóżkach pożytek z kwiatów nosząc. kwitną wiśnie, rajskie jabłka, przekwitły śliwy i ałycze, będzie owocu trochę, bo zimnych ogrodników chyba już nie zmrozi. Rzecz jasna sam bym w to nie wszedł, mam Mistrza, co mnie w arkana zawodu powoli wprowadza.

To Kazio Jarnot z Lwówka, co na tej robocie zęby zjadł. Jego pszczoły też lubią. Jeszcze dwa tygodnie i będziem pierwsze podebrania robić. Nadstawki na ulach już stoją przez lokatorki zajęte. Oczyma wyobraźni widzę nalewki czynione na własnym miodzie, powidła pomidorowe i inne specjały. Och będzie się działo, będzie.

wtorek, 01 maja 2012
no to kurczak raz!

Warzywka i owszem. miłe są, ale od czasu do czasu, człek by cosik bardziej konkretnego zjadł. Moje Szczęście o tym pamięta i mnie nie zaniedbuje. Drób potrafi tak wysmyczyć, że aż ślina jako buldogowi cieknąć mi zaczyna. Wzięła, przedniego kurczaka, lenghorna, ładnie go sprawiła, dobrze obsypała,

lekko posoliwszy, czosnkiem niedźwiedzim z niedużym dodatkiem majeranku, odstawiła. Posiekała zgrabnie sporą garść selera i białej rzodkwi, tym kuraka nadziała, obłożyła go dodatkiem plastrami warzyw i tak przygotowanego wsunęła w rękaw do pieczenia, zawiązała i włożyła do pieca nagrzanego na 160 stopni.

Tam siedział przez dobrą godzinę. Barwy niespecjalnie zmienił, jeno sok dał. Myślałem ci ja, że może surowym chce mnie uraczyć, a tu patrzcie ludkowie mili - i warzywa i mięsko mięciusieńkie, w ustach się rozpływające.

Poezję nie tylko słowami można tworzyć, takoż na talerzu. Co raz to trafia mi do serca, którym i tak włada, najkrótszą drogą, bo poprzez żołądek.

niedziela, 22 kwietnia 2012
a warzywek mogę do woli

To więc tak, dróbek, rybka, rybka ,drób, można by w monotonię popaść, nic z tego mospanowie. Moje Szczęście na taką sytuację zgody nie da. Przecie warzyw, to ja mogę do woli, korzyść tym większa, że po ich konsumpcji człek łagodnieje, milszy się robi. Dostałem z palety bogatej faszerowaną paprykę, czerwienią po oczach bijącą. A powstała ona tak - dusić zaczęła szpinak, cały w liściach, dodała zsiekaną w kostkę paprykę, co jej ze ścięcia zręcznie wierzchów została, nie lubi bowiem by coś się zmarnowało, do tego wrzuciła posiekane w płatki ząbki czosnku,

pomidorki koktajlowe, 

posoliła, dodała nieco kurkumy i pieprzu, dorzuciła koktailowych pomidorków. Z papryki powstały piękne czarki, te wypełniła duszeniną, do której dorzuciła odrobinę ugotowanej kaszy orkiszowej dla zwartości i włożyła do piekarnika wygrzanego na 180 stopni, by zmniejszyć po 20 minutach na 150 i jeszcze 15 potrzymać.

Danie wyszło delikatne niezwykle, podane z małymi marynowanymi patisonami i pozostałą kaszą smakowało wybornie. Dodam, że do jego przygotowania nie użyła grama tłuszczu! Jeno woda i nic ponadto. Czy długo można chłopa na czymś takim trzymać? Ano można i oświadczam, że nawet nieźle żem sobie podjadł.

niedziela, 15 kwietnia 2012
ryba Mojego Szczęścia

Mam ci ja szczęście! Konowały zaleciły mi zmianę przyzwyczajeń żywieniowych, ja zaś jako grzeczne chłopię słucham się ich rad. Tak więc mięsa białe, ryby i warzywa- hulaj dusza, piekła nie ma - do oporu. Moje Szczęście, jak jest na wsi, maśli mi niezwykle, udawadniając, że i takie jadło może być nie dość, że smakowite, to jeszcze oko cieszyć. Nabyła świeżego halibuta, posoliła lekko, naczosnkowała mocno,obłożyła łódeczkami z jabłuszka, zlała sokiem z cytryny i zamknęła hermetycznie w próżniowej torebce, z której pompa powietrze wyssała.

Mamy takową, bo jak sery w świat ekspediuję, nie mogę dopuścić by w cieple kurierskiego transportu zapach oddały. Tak spreparowaną rybę wrzuciła do wody, gdzie garniec stała temperaturę trzymał 60 stopni, pozostawiając ją na pełną godzinę. Metoda ta nazywa się souse vide i Szczęście z grubsza opisało ją TUTAJ.  W tym czasie bez tłuszczu upiekła frytki, które zrobiła z selera, dołożyła gotowaną machewkę z fasolką i groszkiem bez niczego.

Halibut wyszedł tak delikatniusi, tak własnego aromatu pełen, czosnek go wzmocnił, nie zdominował, żem zachwytem powodowany siadł na cztery litery i dopóki ostatni kąsek z talerza nie zniknął wstać nie śmiałem! Ludkowie mili, takie ekszperymenta polecam z całego serca, tłuszczu grama, ryba prima, soli mało, smak zaś taki, że niech się bogowie ze swoimi ambrozjami chowają.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
indor goliat, świąteczny
 

No i jak ten na stół się udał, tenże aż się ugiął! Jak go zresztą dostałem ogarnęło mnie przerażenie. Przecie we Dworze tak wielkiej brytfanny nie ma żeby go pomieścić. Jakby było ciepło, to bym go dał do pieca chlebowego na ogrodzie, ale jeszcze za zimno by dochodzić i pilnować. Alem się zawziął. Najpierw natarłem go morską solą, z zewnątrz i od wewnątrz, potem wziąłem sekretną, moją mieszankę z czosnku niedźwiedziego, curry com je z Egiptu przywiózł i świeżo zmielonego białego pieprzu. Do wątpi poszła cała kostka dobrego masła roztarta po ściankach, do tego dwa pęczki zielonej pietruszki i jeden koperku, za wypełnienie posłużyły skrojone w kawałki winne jabłka.

 

Całość bardzo dokładnie przy pomocy Mojego Szczęścia zawinąłem w aluminiową folię. Wszystko to poszło na blachę z wysokim rantem. Indor piekł się godzinę i pół na każdy kilogram wagi. a było tego prawie 10! Pilnowałem jeno by tłuszcz spod spodu zbierać. Gdym go na stół wydał, folię rozciął, aromat buchnął po nozdrzach delikatesu wielkiego. Mięsko było mięciutkie, wilgotności należytej, w ustach się rozpływało. Każdy dostał po porcji borówek z gruszkami roboty Pani Kasi i tak nam święta powoli mijały.

niedziela, 08 kwietnia 2012
było śniadanie, oj było!
 

No i nadszedł ten dzień, dzień kiedy na Chwałę Pana spożywa się dary boże w ilościach ogromnych. Człek się narobi, dwa dni to trwało, a tu znika i znika. Zaczęło się tak jak tradycja wymaga od poczęstunku poświęconym jajkiem.

 

Tym razem ja jako senior rodu musiałem i chciałem wygłosić mowę, złożyć życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności. Najpierw poszedł żurek, było on nietypowy, bom ja trochę dietę zawiesił, ale wędzonki oszczędziłem. Solidny rosół, w którym lura cała się gotowała, rozciągnąłem żytnim zakwasem, tak więc smak wyszedł, do tego połówka jajeczka. Potem poszła biała, grzana, po niej kiełbasa swojska ze świniobicia, którą udusiłem na piecu ze spiórkowaną cebulą, dodałem szklankę białego wina i słój moich pomidorów przetartych, trochę curry i niedźwiedziego czosnku. Nacięta weszła smakiem i pyszna się okazała. Kura z żurku zmielona została, do tego patelnia pełna zeszklonej cebuli, dwie czerstwe bułki w mleku namoczone, dwa jaja surowe, wymieszane solidnie, forma wysypana tartą bułką i pasztet zapieczony został.

 

Na półmiskach legła szynka swojska takoż, polska dobrze wyrobiona, do tego sosów bogactwo, co je we dwór Pani Kasia zwiozła, kumberlandzki, chrzanowy z żółtkiem, wiosenny z zieleniną. Uff, do tego wino wytrawne, białe Chablis, na zakończenia Moje Szczęście dało kawę swoim sposobem parzoną,do tego na stoły weszły baby drożdżowe, piaskowe, mazurki zdobione. Śniadanie wielkie, Wielkanocy godne.

Najlepszego
 
wtorek, 03 kwietnia 2012
steki z tuńczyka
 

Jak już mam się zdrowo odżywiać, niech tam będzie, to i podmaślić sobie mogę. Nabyłem ci ja dwa piękne, kolorem w wiśnie wpadające steki z tuńczyka, dwa bo we Dworze rezyduje Pani Matka i o niej zapomnieć przecie nie mogę. Przyrządzanie takiego specjału było proste niezwykle. Natarłem mięsko olejem ryżowym, poklepałem lekko solą atlantycką, dodałem czarnego, świeżego pieprzu i tyci, tyci czosneczku.

 

Poleżało sobie to chwilę, ot z pół godzinki tak zrobione i wrzuciłem na średnio rozgrzaną patelnię. Na niej pracowało przewracane z jedną na drugą zaledwie 15 minut i można było się delektować. Do tego poszła równie pyszna surówka - cienko w talarki skrojona cykoria, posiekany strączek papryki peperoni i w kosteczkę przygotowany pomidorek kiściowy. Całość zalałem najprzedniejszą oliwą pierwszego tłoczenia, zaciemnioną octem balsamicznym z Modeny i japońskim sosem sojowym, po zastanowieniu na koniec dodałem drobno skrojoną rzodkiewkę.

 

Wszystko wyszło tak, żem nawet ja palce oblizywał. Pomyślałem sobie, dietuję, bo dietuję, ale krzywdy nie mam.

czwartek, 29 marca 2012
no to o dorszu słów kilka
 

Bogato w życiu naszym, codziennym, bogato. Teraz dla odmiany zaprosiła nas Monika Richardson byśmy na żywo swoje mądrości a propos dzieci wychowania wywnętrzyli. Jakbyśmy jakimiś ekspertami byli! Pogwiazdorzymy więc trochę. Będzie to w piątek o 21 na TTV. Odmówiliśmy kooperacji z wyjazdem do Warszawy więc studio do łączenia bezpośredniego przygotowują w Poznaniu. W polu owies w ziemię kładę, wcześniej nie można było bo woda stała, teraz zaś nadzieję trzeba mieć, że wkrótce popada, bo z wierzchu kurzyć się zaczyna. Moje Szczęście twardo mnie trzyma, jak konowały orzekły, że dieta to dieta. Tym razem był to dorsz. Wzięła najpierw marchewkę lekko skroiła, poddusiła z cebulką i czosnkiem na patelni, na wodzie, doprawiwszy solą, kurkumą i curry.

 

Gdy ta pierwszy stopień miękkości dostała, wyłożyła na  nią, jak na ruszt, osolonego, opieprzonego i oczosnkowanego dorsza,  skropionego dodatkowo pomarańczą. Ryba dojrzała w 15 minut parowania, w tym pięć pod przykrywką.

 

Była delikatniusia, rozpływająca się w ustach. Przygotowanie posiłku trwało krótko a efekt był niespodziewany. Tak dalej będę jadł tłuszczów nienasyconych się trzymając i oliwy pierwszego tłoczenia, czyli jedzenie z kuchni śródziemnomorskiej, dla mnie zdrowe niezwykle podobno.

wtorek, 27 marca 2012
jedzcie dorsze do emerytury
 

Oj się porobiło, porobiło. Rządzący chcą nasze dzieci, bo nas już nie dadzą rady, wysłać na emerytury o dobrych parę lat później. Tak się nad tym głębiej zastanawiając, to Tusk sprowokował mnie do wyjścia z siebie i spojrzenia na tę sytuację stojąc obok. Ja, po pierwsze, tak jak Pawlak, nie liczę na państwową emeryturę. mam w nosie te grosze, którymi mają zamiar mi kapać. Ale to ja, a przecież obok żyje wielu, którzy na państwowych posadach odbębnili swoje dziesiąt lat i to ich jedyna perspektywa. Nie dali rady nic odłożyć, bo zawsze było "z łapy do papy". Z drugiej zaś strony, przecież ta reforma odłożona w czasie, rzadko kto z nas potrafi wieszczyć futurystycznie. Jeszcze dwadzieścia lat temu sześćdziesięciolatek uważany był za nobliwego starca, który już jedną nogą w grobie, dziś gdy dba o siebie może jeszcze ho, ho, zamiast wnuki niańczyć własnej progenitury się dorobić! trzeba po pierwsze zmienić styl myślenia, seniorów do łopaty nie da się nagonić, ale wykorzystać ich doświadczenie życiowe, wiedzę można. Tych zaś co doświadczenia przekazywać nie umieją włączyć do systemu pomocy wzajemnej. Bo społeczeństwo to przecież żywy organizm, w którym są ci którzy dają sobie radę lepiej i ci ,którym trzeba pomóc. Jeśli reforma ma wejść w życie za te dwa, trzy dziesiątki lat już dzisiaj trzeba reformować rynek pracy, dostosowywać do przyszłych potrzeb. Ale by to zrobić potrzeba wizjonera, człeka z olbrzymią fantazją, zarazem zaś takiego, który pod te wizje będzie umiał zmieniać teraźniejszość. Ja wśród obecnie sprawujących władzę takich mało widzę. I tu największa bolączka jest! Z drugiej zaś strony jeżeli nie zacznie tak jak należy funkcjonować system opieki zdrowotnej to nie będzie w ogóle o czym mówić. To co jest przypomina dziurawe wiadro. Ile byś tam wody nie nalał, ono zawsze puste. Kiedyś doktor przychodził do domu chorego ze słuchawkami i radził co robić. Dzisiaj bez całej maszynerii, która go otacza nie potrafi postawić prawidłowej diagnozy. To zaś kosztuje i to niemało. Jeśli właśnie rządzący nie będą potrafili nam zapewnić odpowiedniej opieki medycznej i tego byśmy mieli za co tabletki wykupić, to rzeczywiście wymrzemy i na nic pomysły zagospodarowania w gospodarce pięćdziesięciolatków, czy sześćdziesięcio, bo ich po prostu nie będzie. Tu jest pies pogrzebany a nie w tym, czy pracować dłużej. Ja bowiem do siedemdziesiątki na emeryturę się nie wybieram, a i dłużej chcę pociągnąć. Mój Pan Ojciec ostatni raz do pracy pojechał na miesiąc przed przejściem przez barierę światła, to właśnie praca trzymała go przy życiu, a zgasł mając 84 lata.Oj, alem się rozpisał, to o dorszu chyba opowiem jutro.

Tagi: emerytura
08:25, mag-43
Link Komentarze (7) »
niedziela, 25 marca 2012
Halibut mniamuśny
 

Powiem ci ja szczerze - dobrze mam! Konowały stwierdziły, że cosik mi się nie tak układa. Jakoweś trójglicerydy za wysoko podrosły, cholesterol w cyferkach i mnożnikach zgadzać się nie chce, do tego cukier jakiś nie taki. To i posłali mnie na dietę wykluczając czerwone mięsa, zalecając ryby i drób. Moje Szczęście na poważnie się przejęło tym gadaniem białych kitli i dawaj mnie paść zdrowiem samym co w morzach pływa. Tem razem był to halibut. Ludkowie mili jużem zapomniał jak ta rybka smakuje. Uruchomiła parowar, lekko natarła solą, pieprzem, utartym czosneczkiem, zlała sokiem z pomarańczy, ot i wszystko, zaparowała pod przykryciem 15 minut i delikates na stół powędrował. Do tego dodała kaszę orkiszową by kiszeczki jak drapakiem przeczyścić, dodatek wydawałoby się nie pasujący a wkomponował się znakomicie. Być może dlatego, że przyprawiła ją gotując niezwykle zacnie. Były tam płatki czosnkowe,curry, sól, pieprz i łyżeczka octu balsamicznego z Modeny. Za surówkę robił skrojony seler naciowy z mandarynką i włoskimi orzechami. Mówię Wam, Szanowni Czytelnicy, tak można się odchudzać z przyjemnością dla oka i żołądka.

poniedziałek, 19 marca 2012
kaczusia, lubusia dla fiancee klucznicy
 

No i stało się. Szczęście mnie opuściło, nie do końca, ale by kwalifikacje podnosić i to gdzie? w Ciechocinku, musi co deptak będzie szlifować ucząc się tych prawniczych kruczków. Tom i zemstę krwawą przygotował. Na pocieszenie została mi klucznica Elyżbietta, com ją z podkuchennej na salony wpuścił bo się do ręki nadała nieco już potrafi, poza tym, że po nocach garnki skrobi z tego co zostanie, żadnych większych wad nie ma i zaufaniem można ją obdarzyć. Co więcej, gdym ja pracowicie czas na Zielonym Bazarze spędzał ona z własnej, nie przymuszonej woli serowarnię wyszorowała. Chwała jej za to. Toteż gdy Moje Szczęście nogi i resztę w troki zawinęła by do wód pojechać, ta zapowiedziała przyjazd kolejnego fiancee, czyli kawalera do jej ręki, postanowiłem go surowej poddać ocenie. Ten zapowiedział się, że z rodzicielką we Dwór zjedzie, znaczy zamiary ma poważne. Jam zaś wyciągnął kaczusię Barbarę, natarłem rzeczoną solą morską, potem curry com z Egiptu przywiózł, czosnkiem niedźwiedzim, oliwą dałem skórkę błyszczącą, do środka zaś poszło jabłuszko winne. Najpierw odpoczęła sobie z godzinę tak spreparowana, potem do brytfanny, na dno olej ryżowy by początek dał. tak sobie pracowała z dobrą godzinę w temperaturze 150 stopni, potem do sosu poszła szklanka rieslinga z Austrii, na skórkę zaś miód lipowy. Temperaturę zwiększyłem do 180 stopni, w czasie między dwa razy kaczusię obracałem by równo dochodziła. Na piecu zaś wodę wchłaniała turecka kasza burgul w proporcji jeden do trzech, pyszna niezwykle. Obiad rozpoczął barszczyk słodki na rosole, potem poszła Barbara z wzmiankowaną kaszą i buraczkami, utartymi pracowitymi ręcami Pani Kasi, przyjaciółki domu, której tym razem nie stało. Przy stole konwersacja toczyła się ą i ę, znaczy na poziomie, bo rodzicielka fiancee miłą, z umysłem jak brzytwa, starszą panią się okazała. On zaś istny, na tle tych co do tej pory by ocenić przyprowadzała klucznica, wrażenie zrobił należyte. Może być i w późniejszym czasie zaproszenie do Dworu dostał. Zmyślny jest, pewnie się do czego zda.

sobota, 17 marca 2012
skrzydełka co mi latać pozwoliły
 

Pogoda taka, że nie pytaj, słoneczko i ciepełko życie budzi. Byłem ci ja w Poznaniu. Po pierwsze na wręczeniu Koziołków, nagrody, której udzielają dziennikarze dziennikarzom, bo dostawał ją serdeczny mój kompanion z dawnych czasów czyli Zenek Laskowik, w dobrej trzymający się kondycji, potem było wino w Cafe Muzeum, gdziem za notabla uchodził dzięki moim serom, które w gastronomii poznańskiej są znane. W Museum Cafe akurat tego wieczoru gotował i grał Timo (Timoteo) Paradis. Uraczył nas dwoma rodzajami paeli i wirtuozerią gry na fortepianie i gitarze.

 

Sobota zaczęta Zielonym Bazarem gdziem się dziełem rąk moich dzielił. Sery szły jak woda. W domu zaś Szczęście Moje czekało z obiadem. Żyć nie umierać! Najpierw zmarynowała je w oliwie z dodatkiem octu balsamicznego i niewielkiej ilości soli, rozciągnęła wodą i poddała powolnemu pyrkaniu z dodatkiem cebulki, jabłuszka i czosneczku by zmiękły,

 

gdy to nastąpiło zlała płyn do malaksera i dodała zblanszowanych podgrzybków , puściła w obroty jednorodną masę czyniąc. Tą miszkulencją zalała zmiękczone skrzydełko, dodała jeszcze zielony koperek w znacznej ilości. Sos się uczynił zawiesisty, pyszny, lepszego nie potrzeba. Do tego doszedł ryż basmati ugotowany tak, że ziarnko po ziarnku liczyć było można i wiórkowe buraczki z octem jabłkowym.

 

Niczego lepszego życzyć sobie nie można, ale to przecie nie dziwota gdy się ma takie Szczęście u boku, to i Zielonych Trawek jako czytelników sobie nie życzę i uważać radzę bo moje kozy takiej strawy spragnione.

czwartek, 15 marca 2012
nie kozam a zieleniną się żywię
 

Uch, odetchnąłem, program przeszedł, emocje opadają, za chwilę będą następne ofiary do obróbki. Jedyne co mnie dotknęło to że postrzeżono mnie jako satrapę, dzierżymordę, który działa podporządkowując sobie innych metodą łąmania charakterów. Wyciągnięto z kontekstu powiedzonko - kiedy byk ryczy, obora słucha. No i to prawda, tak wychowywałem moje dwa "mercedesy" by być dla nich autorytetem, przewodnikiem stada, mój głos musiał być decydujący i rozstrzygający, zawsze jednak po wysłuchaniu argumentów progenitury, stąd znamiona demokracji. I chyba wychowałem je dobrze, bo przecież rezultaty świadczą o metodzie. No ale dość o tym. By zaś charakter sobie łagodzić jem zieleninę. Ta sałatka rękodziełem Mojego Szczęścia. W jej skład wszedł seler naciowy, czerwona cykoria,

 

słodkie mandarynki  i włoskie orzechy.

 

Proste i nieskomplikowane, siekanina ta w nie za duże kawałki polana została oliwą pierwszego tłoczenia z dodatkiem dobrego octu balsamicznego z Modeny, z niewielkim dodatkiem soli morskiej i świeżo zmielonego pieprzu.  Niech ten sos dokładnie oblepi listki a będzie to strawa godna senatorskiego stołu. Zdałby się do tego jeszcze mój bundz, ale doktorka serów też zakazała, ja zaś usłuchany i te trzy miesiące wytrzymam.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl