środa, 08 kwietnia 2009
tarta z krewetkami
           Jak pisze Krogulec Plamce mazurka, skowronki na polu koncertują, że aż miło i żal niezmierny gdyby sprawdziła się przepowiednia futurystów naukawców, iż ten wdzięczny ptak ma w naszej strefie klimatycznej zaginąć. Ale ja im nic nie wierzę. Tak jak zwątpiłem w przepowiednie tego tumana Ala Gore, co to zapowiedział, że jeszcze chwila i na moich polach będę sadził drzewa kawowe i banany. Nic z tego, już teraz ściśli i prawdziwi naukowcy, w przeciwieństwie do niedorobionych polityków jak ten amerykański dupek, stwierdzają, że klimat wcale tak gwałtownie się nie zmienia, że lodu zbyt wiele nie ubyło, a takie wariacje z jakimi mamy do czynienia są w historii Matki Ziemi całkiem możliwe. Walczmy o wodę, której może nam zabraknąć. To jest problem. nauczmy się dzielić tym co mamy, by nikt głodny nie chodził. To są sprawy godne największych głów. A skowronek będzie nam śpiewał.
                   Ot i patrzcie, jeszcze chwila a bym się w politykę zadał! A przecie miałem się od tego z daleka trzymać. Lepiej sobie czem innem głowę zaprzątnąć, chociażby tym co z Moim Szczęściem wymyśliliśmy. Czas przecie nadal postny i obżerać się nie uchodzi, to zjedlim tartę z krewetkami, żeby nikt mi nic nie wyrzucił, to wiem jak się klasyczną, po francuskiemu robi, ale to nasza wariacja.
Najsampierw kalafior z brokułem trza zagnieść na mak drobny i z jajami dwoma wyrobić, przyprawić pieprzem z Cayenne, czosnkiem drobno posiekanym,soli tyla co nic,kurkumy szczypty dwie, curry wiela kto lubi. Dno formy tartowej przetrzeć trza oliwą przednią pierwszego tłoczenia, na dno kładziem krewetkę sparzoną, całki pancerza pozbawioną tę tygrysią zwaną, na to masę z warzyw z jajem urobioną, na wierzch krewetki koktailowemi orzeczone i można przetrzeć jajem całkiem mocno zbełatanem na puch, jeno nie za dużo. To wszytko do piekarnika na 180 stopni nagrzanego i piec przez niecałe pół godziny aż starego złota z wierzchu dostanie. Można na stół wydawać z sosem ze startych pomidorów pieprzem zaprawionych.
                   Już mi się ta Wielka Noc w łóżku marzy. Koniec z dietami, oszczędzaniem się w tłuszczyku z szyneczki, kotlecikach wszelakich. No pamiętać trzebno by nie przesadzić, bo to zgaga i gazy męczące przyjść mogą! Koniec końców na stół wejdzie moja Pascha, do której juże się gotowię, Pewnikiem nie wytrzymam i dwie uczynię - jedną carską, żółtą jako słońce, aromatem bakalii i wanilii bijącą i tę drugą malinami zdobioną,żurawiną wysyconą. Lecz gdy do tego dobra wszelakiego przystąpię, wcześniej z Wami tajemnicami mego stołu się podzielę. Już niedługo, już niedługo, szyneczka w kąpieli własnego sosu czeka, gar żem specyalny dla niej nabył...
niedziela, 05 kwietnia 2009
słodka jajeczniczka
               Chodzę ci ja i myślę, co by tu wykompinować, by zjeść, a nie utyć i jeszcze by smakowite było. Ponieważ ciast, ciasteczek, no i w ogóle chleba mi nie wolno bo Moje Szczęście zakazało, a ja jestem usłuchany, no tom sobie pomyślał, że jednak podniebieniu dogodzę a wymaganiom sprostam! No to tak- jaj żem wziął trzy, w samo raz bo były gęsie, żółtka wielgachne osobno, białka takoż, pierwsze na puszyste zmiksowałem z bananem, dwoma kiwi, drugie na sztywno ubiłem, by znaczone koła zostały, w czasie między utarłem jabłka dwa, żółte jak słońce jedno, czerwone jak jego zachód drugie. Wszytko tom wymieszał i na patelnię dał lekko przetartą, by nie przylegało przednią oliwą pierwszego tłoczenia. Pulchna masa ci powstała, którąm na talerzyk wdzięcznie złożył i ozdobił skrojonym w talarki bananem kolejnym i ćwiarteczkami kiwi.
To żem do łóżka Szczęściu podał, niech ma przy niedzieli, jeszcze na dodatek Palmowej. Grama cukru, ani innych dodatków nie użyłem, a smakowite jak biszkopt było i z talerzyka pod kawkę znikło w mig.
sobota, 04 kwietnia 2009
kurze piersi w jarzynach
               No i proszę, pogoda jak malowana! Słoneczko świeci, cieszą się dzieci, a u nas bryka klaczusia po dworze, obskakuje mamę, która bacznym okiem śledzi jej poczynania i nie daj Panie Boże wejść komuś na teren zagrożenia dla maleństwa. Tyłem się odwraca i kopyto do ciosu szykuje. Kury jako, że to ptactwo grzebiące przebierają w ziemi szukając co smaczniejszych kąsków. Jaj w skrytce również przybywa.
               Szynka ma się dobrze, dojrzewa sobie spokojnie, tam gdzie nikt jej nie wadzi, czyli w spiżarni, sok pod się daje, ktorym to jako Kleopatra w kąpieli jest polewana. Ponieważ ja takich mięsości przed świętam jeść nie mogę, jeno oczy pasę i doglądam. W Wielką sobotę ją zwiążę sznurem odpowiednim i gotować godzinami będę równie jako i dziś się oblizując. Co będzie dalej takoż Wam opowiem.
                       Moje szczęście czuwa bym  przed Świętami był ,jak to się mówi w Wielkopolsce, szlank bez daszka nad klientem wiadomym, to i się żywię odpowiednio. Natomiast tym razem przeszła samą siebie. Mimo, że dietetyczne było to pyszne nade wyraz. Piersi kurze w jarzynach - dorodne, po porcji na twarz, skroiła wzdłuż na pasemka grube na palec i wrzuciła na wcześniej przygotowany bulion warzywno skrzydełkowy, rozlany na patelni. Gdy mocno już zbielały a bulion zaczął ubywać dobawiła skrojonym w słupki warzywami, gdzie królowała papryka, seler, pęd bambusa, por w talarkach, przyprawiła pieprzem cayenne, kurkumą, curry, zaprawiła odrobiną miodu lipowego, na sam koniec dla uciechy oka dorzuciła koktailowych pomidorków z Hiszpanii skrojonych w pół i łyżeczkę sosu chili słodko-kwaśnego. Pożarłem to wszytko w mig, albowiem zaprawdę powiadam Wam jeść się dało!
środa, 01 kwietnia 2009
szyneczka wielkanocna-krok po kroku
           Jako żem Ci ja tuman fotograficzny nie mogłem udokumentować mojej szyneczki przy pomocy ilustracyi. Moje szczęście czyni to za mnie. Tak więc najsampierw na patelnię, co to się nie przypali, na moim piecu drzewem grzanym ląduje sól prawdziwa, bez jodu nijakiego, a następnie drewnianą łyżwą rozprowadzane przyprawy - kolendra miażdżona, cynamon i gożdzik, ziele z Anglii, gałka muszkatołowa, no i dodałem, czego w pierwszym opisie nie było kwiatu majeranku między rękami startego. Tako żem czekał aż strzelać zacznie i wonczas doszła saletra.
                   Tak zaś szynka sama, sześć kilogramów ważąca, więc apetytu Krogulca się nie bojejąca, rozpostarta nieczem basza na desce wyglądała czekając aże sól z przyprawami ostygnie by dostęp dać.
                     Nacierana chłonęła łakomie każden kryształek, chowając w załomki, szpary, lekko barwę na ciemniejszą zmieniła. Złożona do stalowej brytfanny sok będzie dawać.
                            Gdy gotowa, deską przykryta, kamieniem przywalona, w ciepłej kuchni garować będzie przez jeden dzionek i wonczas skryje się w chłodnej spiżarce, raz na dzień bok zmieniając i sokiem spod niej podlewana.
                       Tyle o szynce, ja zaś nadal dietą katowan dostałem:
faszerowane gęsie jajo, na twardo ugotowione, żółtka pozbawione, bo te wraz z rzodkwią czerwoną, szczypiorem, pomidorkiem drobniutko skrojonym i przyprawami - czyli pieprzem z Cayenne, curry, kurkumą i czosnkiem niedźwiedzim oraz niezbędnym olejem lnianym, nadzienie stanowiły. Alem się najadł, popiwszy rozciągnietym wodą z Czantorii sokiem żurawinowym.No ale tłuszcz mi się wypłukuje, bo sikam na potęgę!
wtorek, 31 marca 2009
szynka świąteczna i dietowa zupa rybna
             Wieczorami chłodno, w piecu nadal palę, a w sypialni rozgrzewam starego kaflaka, który tworzy atmosferę i zupełnie inny klimat, używam do tego celu drewna, więc nie ma brudu, sadzy i takich tam. Rano gdy wstaję jest się do czego przytulić zakładając skarpetki. Nasadziłem dropiatą czubatkę na jajach, to będą młode. Zawzięta jest, swoje miejsce zna i matka z niej absolutnie rewelacyjna. Klaczusia w pogodny czas szaleje na dworze, aże trudno ją do stajni zapędzić. Orka wiosenna idzie szybko, za chwilę czas siewu. Pójdzie w ziemię na dniach owies, za nim jęczmień, potem łubin. Starzy ziemianie mówią- siejesz w błoto, zbierasz złoto. Byle tej wilgoci starczyło.
              Ale cóż to, zbliżają się święta i to nie byle jakie bo Wielkiej Nocy poświęcone. Czas ten trza uczcić godnym jadłem i napitkiem. Alleluja! Tak więc jutro odbieram
szynkę tak ze trzy kilo z młodego wieprza, swojskiego chowu, co to i ziarna i parowanej pyry spróbował, paszy mu nie dawali bo droga. Najsamprzód natrę ją dokładnie miksturą następujęcą - 30 deka soli, jeno kamiennej, bez jakowego jodu, który na wapory dobry a nie do mięsiwa przyprawiania, wyprażę kryształy na rozgrzanej żeliwnej patelni, by strzelać poczęły.Dodam szczyptę niewielką, ot dwa deko saletry, dwa razy tyle cukru ciemnego, dwie łyżki stłuczonego w moździeżu ziarna kolendry, garsztkę ziela z Anglii, gałki muszkatołowej, cynamonu i gożdzików parę.Wszytko to zręcznie wymieszane wetrę uważnie w każdziutki centymetr szynusi.Jako towar wynijdzie w stalowe naczynie tako przygotowane złożę, deską nacisnę, przedtem laurem ozdobiwszy, kamieniem przywalę. Jedną dobę niech w kuchni dojrzewa by sok dała, potem do zimnej spiżarki wyniesę i raz na dzień spoglądał będę obracając na kolejny bok, tem co pod spodem polewając. Tak ćwiczyć trza przez dwa tygodnie, by mięso dojrzałe do swego doszło. Poczem zwiążę niczem pakunek pocztowy i wyjścia będą dwa- abo wędzić w zimnem dymie, abo gotować na ogienku maleńkim by jeno powoluśku tuplutał drobnieńkimi bąbelkami mięso oplatając. Tak przez godziny najmniej cztery, Wonczas schłodzić można, kroić w plastry na ćwierć palca i z ćwikłą wydawać. A co tam, święta są to jeść będę,żadna dieta mnie w on czas nie dopadnie!
Teraz jednak zaspokoić się musiałem rybną zupką w diecie obowiązującą. A było to tak-
na wodę wrzucić trzeba warzywka przez Bonę przywiezione, gdy trochę barwy dadzą, gotować nie za długo wrzucić dobrą garść krewetek, pięć minut niech popracują, dołożyć filet z karpia, część na osobę, na małem ogniu niech dojdzie, dodać dobrą szczyptę mielonego imbiru, pieprzu cayenne, ćwiartkę szklanki octu jabłkowego. Ozdobić skrojonym koperkiem i już jeść można. Smak nieco niecodzienny przyznać trzeba, ale dzięki rybie i krewetkom nawet przyswajalny. Czegóż to nie robi się dla diety.
 
niedziela, 29 marca 2009
smaluszek w marzeniach,grzybowa na stole

          Klaczusia rośnie jak na drożdżach. Nadal jednak trochę nieśmiała, ale spod powieczki już zalotnie zerka. Mamusia hojnie marchwią karmiona, dumnie latorośl prezentuje. Rośnie nam pociecha, rośnie. Koźlaki mlekiem karmione, już zaczynają sianka podjadać, a spaślaki takie, że podnieść trudno.Gdyby wiosna była jak się należy możnaby zielonką podpaść tobym i mleka mógł bez większych wyrzutów sumienia młodym podkraść. A tak, nic to, czekać należy,choć za serami skuczno. Ot chociażby mógłbym już takiego, co to matka ziemia z niego wilgoć wyciąga, czyli zakopany dojrzewa, zrobić.

              Ponieważ diety nadal się trzymam i krew czyszczę, nic to z potraw tłuszczem kapiących, mięs pełnych. Jednak wyobraźnia pracuje, po głowie, w myślach krąży mi smaluszek co to go nieraz robiłem. A było to tak-

świeżej słoniny na dwa palce grubej weź dwa funty, skrój w kostkę średnią i do żeliwnego garnca złóż. Gdy oka puszczać zacznie mieszaj, by żadna nie przywarła, bo gorycz dać może. Jak na palec tłuszczu zbędzie wkrusz najprzedniejszego majeranku, kwiat sam jeno z każdej najdrobniejszej łodyżki odsiany, tak ze dwie łyżki, łyżeczkę ziarna kminku wrzuć. Pilnuj i mieszaj, gdy sama skwarka się ostanie, przelej przez sito by się sama dobroć ostała, wonczas zetrzyj na grubej tarze jabłuszka dwa, z twardych a winnych, cebulki żółtej takoż dwie w drobiazg pełen zesiekaj. Do garnca na małem ogniu będącego wszytko wrzuć i takoż pilnuj. Na koniec jedno specyalnie wybrane jabłuszko ogonka pozbaw i otworem ziarka wydłub, by skórkę zachować. Wrzuć i pilnuj by całe przykryte na wolnym ogienku do pełnej miękkości pracowało. Gdy jedwabiste, całość do faski zlej i pilnuj by przy dnie zastygło, jeśli lubisz na koniec skwarki wrzuć i do chłodu wystaw. Wydawaj z małosolnym, małym kształtnym ogórkiem, nie za grubo rozsmarowany na ciemnym żytnim chlebie.

Uch, marzenia jak ptaki szybują po niebie, jak nie pada, a jak pada to jesteś na diecie...

                W rzeczywistości zaś zrobiłem grzybową, i to taką co tłuszcz i inne trucizny wypłukuje. A to było tak - najsampierw Moje Szczęście przygotowało bulion z warzywek wielu, w słupki skrojonych i sześciu skrzydełek kurzych. Do tegoż wrzuciłem cienko skrojone w paski boczniaki, cebulkę w kostce, wlałem trzy łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny, szczyptę kminku. Całość na pełnym ogniu, często mieszana gotowała się z dziesięć minut. Po tem odcedziłem wywar, z sita podzieliłem na dwie części, jedną na równą masę zmiksowałem. W czasie między do wywaru powędrował podzielony na różyczki brokół, szczypta curry i kurkumy. Na sam koniec masa zagęściła zupę, na wierzch skrojony koperek zielony i łyżeczka grzybowego sosu sojowego oraz pozostałą część zgotowanego boczniaka i cebuli. Soli ani kszty!

Tom se pomarzył i pojadł, pojadł, pojadł. No...

 

sobota, 28 marca 2009
całodzienny zestaw żywieniowy kata
            Nareszcie nadszedł długo oczekiwany moment! W nocy Śnieżka powiła, jest źrebaczek i to na dodatek też klaczka. Co to się dzieje? W tym roku mi darzy samymi babami. Wśród koźlaków zdecydowana przewaga kózek, a teraz klaczka. Będzie trochę kłopotów z imieniem, bo zgodnie z końską tradycją dziecko ma się zwać od pierwszej litery rodzica. A więc - Śmigła, Śmieszka, Ścieżka? No nie wiem, no nie wiem.Ale sami musicie przyznać, że piękna.
           Drodzy coponiektórzy! Tak, tak niedługo wrócę do solidnej, ziemiańskiej kuchni, takiej w której przepis zaczyna się od - weź dziewek kuchennych sześć a nakaż im. Na razie jeszcze pozwalam się lekko skatować Mojemu Szczęściu, które co prawda zaznacza, że jak warczeć nie przestanę. to sama mi chleba ze smaluszkiem przyniesie. A przepisy na takowy znam, takie, że ech, już nerwowo łykam ślinę. Tem bardziej, że na śniadanie dostałem jajecznicę na wodzie! A robi się to tak. Na tęże rozlaną na patelni wkroiła, mój kat, pomidorka i zieloną cebulkę, poczekała aż się zgęstni i wtedy dała rozbełtane jajka, dobawiła pieprzem cayenne i odrobiną kurkumy. Gdy rzecz ku gotowości zmierzała oblała lnianym olejem na zimno tłoczonym. To na talerze wydała. Ani soli, ani pieczywka, o masełku nie wspomniawszy. No nie mogę powiedzieć, kubki smakowe nawet drażniło i zjeść się dało. Kilka godzin przeżyłem wspomagając się gruszką, jabłuszkiem, czy też dla odmiany kiwi. Na obiad miała być rozpusta. Czyniła ją pierś z kurczaka doprawiona sokiem z limonki, zmiażdżonym czosnkiem, pół łyżeczką zmielonego imbiru i ziarnkami kolendry takoż. Wszystko to zamknięte w naczyniu żaroodpornym dojrzewało przez prawie godzinę w piekarniku nastawionym na 180 stopni. Do tego wydana została sałatka z rukoli, cebulki czerwonej, drobno posiekanej,ogórka świeżego, pietruszki i koperku. Wszystko to pływało w sosie z soku z cytryny,niewielkiej ilości octu jabłkowego i oleju lnianego, jak zwykle zimno tłoczonego. Między posiłkami pijam wodę zabarwioną sokiem z żurawin, bez cukru rzecz jasna. Kolacja natomiast to misz masz z tuńczyka w sosie własnym, obsypanego kukurydzą, pietruszką zieloną, doprawiony zaś tradycyjnie pieprzem cayenne, kurkumą, zmiażdżonym czosnkiem i czosnkiem niedźwiedzim dla odmiany, polane rzecz jasna lnianym olejem. Czy dorosły człowiek przewalający tony ziarna, przygotowane do siewu może wyżyć na czemś takim? Sam się zastanawiam. Podobno kolejny dzień ma być przełomowy. A ja już się zastanawiam, czy nie zawołać - królestwo za PIWO! Może być z golonką...
piątek, 27 marca 2009
obiadem w sadełko
            Niby jest a jej nie ma, znaczy wiosna. W nocy nadal mrozik przyciąga, więc rośliny nie dają się zmylić i nie idą w wegetację. Moje Szczęście zmylone przebłyskami słoneczka obsadziło swój ulubiony klombik bratkami. Ja im nie brat ale wieczorków na dworze współczuję. Nie słucham tak do końca Ambasadora RP, czyli Republiki Ptasiej Słońskiej i dokarmiam moich dzikich, skrzydlatych przyjaciół, nie za dużo, ale ot tak krzynkę, dla przyzwoitości. Na podwórkach też tak jakby się ożywiło, jest dzierlatka, przeleci śmieciuszka, żurawie nadal kluczami otwierają niebo. Czekam, czekam niecierpliwie kiedy przyjdzie ta prawdziwa w kwiaty odziana...
                Obiecałem, że opiszę jak przeżyłem ten pierwszy dzień katowania duszy i ciała. Okazało się, że w całkiem dobrej kondycji. Trochem pusty i głodnawy, ale za to lekki i radosny jako ten skowronek. Do tego jako się mądrze nazywa wypłukiwania tłuszczu zez organizma posłużył obiad przygotowany przez Moje to co nazwyałęm niedawno Szczęście a teraz kata. Na patelence, bez niczego udusiła, jakby nie mogła zastosować w słowie przynajmniej łagodniejszej techniki,pokrojoną w małą kosteczkę chudziusieńką, niebożątko, wołowinkę, do tego pomidorka, cebulkę, brokułka, marchewkę i parę listków szpinaku. Zaprawiła mściwie po pół łyżeczki curry, najostrzejszego pieprzu cayenne i na wierzch kurkumę. Szczypty soli pożałowała, ale powiedziała, że jak chcę to mogę, patrząc wzrokiem bazyliszka. Dusiła krótko, a nie mocno, pewnie dlatego, że wołowina wcześniej była podgotowana. Wyłożyła na talerz, przedtem każąc wypicć szklanicę soku z pół cytryny z ciepłą wodą. Jak tak dalej pójdzie to się do Orderu Uśmiechu zapiszę! No nie powiem, nie poskąpiła, dała po kieliszku czerwonego, wytrawnego wina. W przerwach mam popijać sokiem z żurawin, bezcukrowym, mocno rozciągniętym wodą źródlaną, półtora litra dziennie. Od tego żaby w brzuchu mogą się zalęgnąć! Na kolację wydała po pieczonym jabłku, które wydrążyła, nie na wylot, zalała olejem lnianym zimnotłoczonym, dobawiając suszoną śliweczką , drobinami cynamonu i kawałkami anyżu gwiaździstego. No i co mościjewy, ja duży chłop a na takich małomecyjach przeżyłem! Niedość tego nawet nieźle się czuję. Co prawda patrzę z lekkim niedowierzaniem w lustro, bo przede mną jeszcze dziesięć dni tych ekszperymentów. Jak dotrwam opiszę.
czwartek, 26 marca 2009
sałatką w zbędny tłuszcz
           Wiosny nadal nie ma,mimo, że od czasu do czasu wyjdzie słonko, to gdy człek coś robi palce grabieją z zimna,nadal duje i powiewa. Korzystając z chwili przebłysku promyczków wypuściłem na podwórzec moje kozie stado razem z przychówkiem. Chwilę to trwało i z powrotem zaganiałem na apartamenta. Po pierwsze tatuś, znaczy cap chciał się przekonać czy to już można się załapać na to i owo, lecz spotykał się z wyraźną niechęcią, do tego jeszcze panie zaczęły się naparzać i to serio, bałem się, że jeszcze któreś młode ucierpi. Ale to był dopiero początek kłopotów. Jak dla mnie małe to chińczyki, jeden w drugiego takie same. Rozróżniałem je metodą prób i błędów. Jak dopuszczone do cycka znaczy trafione, jak bodzie to zmiana. Ażem się spocił!
                W kuchni natomiast roszada. Ponieważ wielu z czytających dba o linię, albo i co gorsza się odchudza, to i ja jako ten cygan co się dał dla towarzystwa powiesić, pozwoliłem się namówić na kurację tłuszcz z boczków wypłukującą, czyli likwidację mięśnia piwnego. Na pierwszy ogień, czyli śniadanie poszła sałatka. Chcąc posiłek rozweselić i uprzyjemnić, na półmisek wypuściłem ptaka - pół gęsiego jaja, zostawiając same białko wysadziłem na gnieździe z czerwonej papryki, boki zdobiąc zieloną sałatą, szyja wycięta z białej rzodkwi, takoż skrzydła, ogon z rukoli. Środek wypełniony zaś tym co główną podstawę posiłku stanowiło, czyli sałatka, to i teraz Wam opiszę. Najsampierw czerwona papryka,cebulka biała z zieloną,rzodkiew biała, jajka twarde po dwa na łeb, wszytko gładko usiekane w drobną kostkę, dobawione kurkumą i pieprzem cayenne, no i jeśli już ktoś zyć bez tego nie może szczypteńką soli. Całość zaś, byle nie pływała zlana olejem lnianym najwyższego kwalitetu zimno tłoczonego. Jęśli myślicie, że to już koniec cierpień młodego Wertera toście w błędzie. By do konsumpcji przystąpić trza gembe wykrzywiwszy okrutnie wypić szklanicę soku świeżo wyciśniętego z cytryny zalanego ciepłą wodą. Drugie śniadanie to gruszeczka i koniec! Całe mojej jestestwo się ode tego przewraca, ale cóż robić kiedy Moje Szczęście na moim zywym organiźmie chce ekszperymentować. Pani każe, sługa musi. Po tych moich karkóweczkach, pieczonych półgeskach taka odmiana. Jak żyć będę opiszę jakem dotrwał do obiadu.      
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl