poniedziałek, 23 lutego 2015
List do Marka: Moja fasolka, która z Bretanią ma mało wspólnego

Od przyjaciela mojego Andrzeja, smakosza jakich mało, otrzymałem list a w nim przepis, którym się z Wami dzielę. W liście było zdjęcie nastrojowe. A oto i przepis i zdjęcie:

SKŁADNIKI: 50 dag Pięknego Jasia, 10 dag świeżego boczku, 10 dag boczusia wędzonego, 10 dag karkówki bez kości, 2 kiełbasy śląskie, duża cebula, mała marchewka, 3 ząbki czosnku, ćwiartka dobrego przecieru pomidorowego lub zmiksowanych włoskich pomidorów pelati, 2 łyżki koncentratu pomidorowego, 5 - 6 ziarenek ziela angielskiego, 2 listki laurowe, po 2 szczypty kminku i cząbru.

"Jak doskonale wiesz, mój kamracie przy garach, fasolka po bretońsku jest potrawą typowo polską. Na północy Francji – twierdzi z całą mocą zaprzyjaźniony smakosz z Bretanii, Yann Gontard - dość często szykuje się zupełnie inną potrawę. Składa się ona z gotowanej drobnej fasoli, przysmażonych na oliwie obranych i wypestkowanych pomidorów, cebuli i czosnku. Całość na koniec podlana jest białym wytrawnym winem.
Tę, którą warzyliśmy wspólnie w ogromnym garze, w starodawnych czasach za komuny, u mnie na poznańskich Garbarach, była prawdziwą fasolką po bretońsku (o czym te niedouki kulinarne z Bretanii nie wiedzą), i taka fasolka jest po poznańsku, ale dla uniknięcia zamieszania w nazewnictwie zostańmy przy starej, i niesłusznej nazwie. Wtedy - w tych trudnych czasach - sztuką było zdobycie Pięknego Jasia oraz wkładu mięsnego. Teraz ogromne ziarna tej królewskiej fasoli kupuję na Placu Bernardyńskim. I tu jest sprawa zasadnicza: sprzedawany w sklepach i marketach Piękny Jaś, wcale nie jest piękny. Jest to zazwyczaj malutki, pomarszczony zdechlak fasolowy. Zaklinam Cię - poszukaj naprawdę Pięknego Jasia! 
W przeddzień umyj Jasia, i zalej dużą ilością wody; będzie ją ciągnął jak smok. Następnego dnia ugotuj fasolę w tej samej wodzie, dodając - dopiero po zagotowaniu i dokładnym zdjęciu szumówką piany - soli do smaku, paru ziarenek angielskich, dwóch listków bobkowych i trzech ząbków zmiażdżonego czosnku. Jasiek gotuje się bardzo długo na małym ogniu, dlatego co pewien czas uzupełniaj wyparowaną wodę. Jak mu dasz za dużo ognia - to popęka.
Teraz smaż na patelni surowy, pokrojony w kostkę, boczek, potem pokrojoną, przerośniętą tłuszczykiem, karkóweczkę, kiełbasę i boczek wędzony. Wyjmij tę smażeninę i dorzuć do pyrkoczącej na wolnym ogniu fasoli. 
W wytopionym na patelni tłuszczu smaż pokrojoną w drobną kostkę dużą cebulę, jedną marchewkę - i też dorzuć do garnka z fasolą. Gdy fasola jest już miękka, ja dodaję swojski przecier pomidorowy z plantacji w Lubochni i dwie łyżki koncentratu pomidorowego. Solę jeszcze raz do smaku, bo Jaś połyka sól w trakcie gotowania, doprawiam kminkiem (jeśli Twoja Pani nie znosi kminku, oszukaj Ją i dodaj kminku mielonego, bo nie daj Bóg znajdzie ziarenko i zrobi awanturę) i cząbrem. Lekko jeszcze całość gotuję, mieszając drewnianą łyżką, bacząc pilnie, by nie uszkodzić ziaren i żeby potrawa się nie przypaliła. Nigdy nie stosuję zagęszczacza z mąki, co robią zbrodniarze kulinarni w knajpach, bo długo gotująca się fasola w pysznym sosie mięsno-pomidorowym jest z natury rzeczy należycie gęsta. Najlepiej zrób dwa razy więcej tej mojej fasolki. Po pierwszej porcji wszyscy żądają dokładki. A.N. "

piątek, 30 stycznia 2015
wojaże, wojaże

No i ostatnio ganiam ja z Moim Szczęściem po świecie. Dzięki mojemu Marszałkowi wojewódzkiemu, pojechaliśmy do Berlina na Grune Woche. Ludzie, czegoś takiego nie widziałem dawno! Jak za dawnych, komuszych czasów gdy czerwcowe Targi w Poznaniu były jedynym okienkiem na świat, szło się tam choćby powąchać zakazanych zapachów, tak tam za własne pieniądze przez dziesięć dni maszeruje tłum ludzi, jeden przy drugim, rządek w rządek, że się przepchnąć nie można, próbują, smakują, kupują jak im się co zda. Ceny takie, że nie pytaj. W pawilonie Moskwician kieliszeczek gorzałki, przyznać trzeba, że dobrze zmrożonej dwa Eurasie! I jeszcze w kolejce stoją. Niemcy wystawili swoje piwa, na deskach kolekcja kapsli, każdy od innego a są ich tysiące. Od zaprzyjaźnionego Mongoła spróbowałem kusztyczek wódeczki podanej w srebrnej czarce i ichniego piwa. Jedno i drugie zaręczam, że przednie. Moje sery szły jak te ciepłe bułeczki. O dziwo amatorów znajdowały te najbardziej dojrzałe, przyciągające zapachem z kilkunastu metrów. Jak mówił o nich mój serdeczny komilton, ongiś kucharz Króla Belgów Jean Bos - Marek to onuce carskiego sołdata, ale te spod Berezyny! Ale kupowali i nie narzekali. Polskie stoisko jakie było, takie było, żyło tylko i wyłącznie dzięki wystawcom. Szanowne Ministerstwo wystawiło sobie metrów wiele, tyle, że nic się tam nie działo. Jakieś smętne mało aktualne biuletyny, foldery niczego nie dotyczące i góra jabłek nie wiadomo od kogo i jakich gatunków. Oficjele przyjechali na otwarcie, napili się, poklepali po ramionach i wyjechali. Gdzie indziej inaczej to wyglądało. Widać było wsparcie państwa dla producentów żwyności. Począwszy od maleńkiej Łotwy, czy Estonii na Wielkiej Brytanii czy gospodarzach skończywszy. A podobno polski eksport żywnością stoi. Nic to otarłem się o wielki świat, widziałem wiele i wiele się nauczyłem. Może coś się uda przenieść na grunt mojej serowarni. Ale to będzie już inna opowieść

piątek, 20 grudnia 2013
imieniny u Rafałowstwa
 

 

I dzisiaj Was Szanowni Moi Mili zaskoczę. Nie będzie o tym co się w mojej kuchni dzieje, choć rzecz jasna obiecuję, że przed  Wigilią o specjałach coś upiszę. Tym razem zajrzę do naszych przyjaciół Honoraty i Rafała, z którymi regularnie, poza chorobami, jak na Dwór przystało w brydża grywamy. Zaprosili ci nas oni na wspólne imieniny do swojej Róży.Moje Szczęście z miasta tego dnia zjeżdżało, więc głodne było. Tom i je nakarmił ze świeżo zmielonego mięsa kotlecikami, gdzie oliwa z oliwek łącznikiem była, bez jajka, z tartą bułeczką, kawałkami dobrego czosnku. I tu błąd był popełniony karrrrdynalny! W Róży czekało nas przyjęcie, a mnie trudno zaskoczyć byle czym, książęcego stołu godne. Najsamprzód wjechała kaczka, swojego chowu, dobrze mięsna, bez tłuszczu nadmiaru. Natarta przyprawami, solą, pieprzem białym odpoczęła sobie, dopiero nadziana w pełni jabłuszkami kwaśnymi ze słodyczą w drugim planie, boskop najlepszy, zamknięta dobrze, lekko wodą podlana poszła do piekarnika na  170 stopni nagrzanego. Pilnowana była przez dwie godziny pieczenia, obracana i cały czas wilgotna. Dopiero ostanie półgodziny otwarta przez co skórki chrupiącej dostała. I tu nastąpiło clou programu - pokrojona została dzięki ostremu nożowi w regularne plastry w poprzek z zachowaniem jabłuszek, które takoż przecięte zostały!

 

Jako dodatek Honcia zaserwowała własnoręcznie robione buraczki - tarte i w kawałkach, smakowitości wielkiej.

 

 

Jeśli myślicie, że na tym uczta się skończyła, jesteście w błędzie. Na stole stał tatar usiekany z sarniej polędwicy, świeżutki, obok garście cebulki, kiszonego ogórka. Żółtka z jajek od własnych kurek, więc bez salmonelli, już wcześniej wraz z niewielką ilością soli i czarnego pieprzu wmieszane zostały. Mięso błyszczące było, lśniło ciemną barwą zaś smakowało tak, że człek jam mizerny oderwać się od talerza nie mogłem.

 

 

Dalej wędzona polędwiczka w carpaccio skrojona, obok kiełbasa podwędzona na owocowym drewnie, grusza ponoć najlepsza.

 

 

Do tego sałatka ze świeżych warzyw - na sałacie leżała pomarańcza albo mandarynka, pomidorki koktajlowe, ser gatunki nie pamiętam. Całość polana była doskonałym aceto balsamico i posypane prażoną cebulką. Jeżeli składnik jakiś ominąłem, Honorata niech podpowie. Sałata była przepyszna, a prażona cebulka nadała jej niezwykłego posmaku. Honorata PROSZĘ o przepis.

Wszystko zaś winem było podlewane przez gospodarza wykonanym z owoców wszelakich. Ludkowie rostomili - takem się opakował, że trudności w poruszaniu miałem, ale przyznam się szczerze, oprzeć się nie mogłem.

niedziela, 15 września 2013
świnia pieczona w dole

Nadeszła połowa września, czas Dnia Korbola w naszej wsi. Postanowiłem imprezę ubogacić.Jeden koło stukilowy kaban dostał w łeb i wyprawiony pięknie. Potem Moje Szczęście zręcznie skórę ponacinało w rąbek. W szczeliny wtarło sól morską rozrobioną z czosnkiem i oliwą, potem dołożyłem słodką paprykę i suszone pomidory z bazylią.Zrobiła się czerwona. Jako nadzienie posłużyły świąteczne korboliki, małe, zielone i pomarańczowe, do tego doszły całe jabłka, gruszki i polowe pomidory Lima. Zaszyłem go zręcznie, zawinąłem w płótno. W noc poprzedzającą nasi strażacy wykopawszy dół, dno polnym kamieniem wyłożywszy palili ogień. Rano w dzień imprezy rozgarnęliśmy żar, lekko posypawszy go piaskiem złożyliśmy kabana, zasypaliśmy. Na wierzchu znowu zapłonął ogień i palił się przez dziewięć godzin.

Wyciągnęliśmy go, w krojeniu pomógł zacny Piotruś Michalski, szef jednej z najlepszych poznańskich restauracji czyli Togi. Rozdzielaliśmy dodając do mięsa świątecznego korbola.

Danie było tak pyszne, że całość znikła w mig, a dokładkowiczów nie brakło. Najlepsze zaś było to, że zanim żeśmy jej nie wyciągnęli niedowiarków nie brakło. A że surowa będzie, a że smak niewiadomy, tymczasem pochłaniali pieczonkę wszyscy uszami trzęsąc.

poniedziałek, 17 czerwca 2013
z wizytą u mennonitów

Ponieważ do Gruczna wielki sentyment z Moim Szczęściem mamy, to i gdy na XX lecie niejaki Jarek Pająkiem zwany, nas zaprosił, odmówić nie mogliśmy. Zapakowaliśmy gościniec, bo z pustymi łapami pchać się nie lza i ruszyliśmy w drogę.

Przyjęcie było zacne co nie miara. Przy Młynie gości w bród, wojewody, marszałki, posły i inne, wszystkie na jedzenie łakome. A było w czem wybierać. Najsamprzód rosół z kapłona uwarzony przez Tomka Kwiatkowskiego, mistrza nad mistrze, potem gulasz Piotrka Lenarta smakowity niezwykle, na przekąskę zaś nasze deski z serami ubarwione przez Moje Szczęście kwiatkami, wszystkie jadalne, róży smażonką zwanej, bazylii czerwonej i ogórecznika. A wszystko popite piwkiem Ambera, Żywym. Wieczorem zaś wylądowawszy u gościnnych Państwa  Chomiczów w Topolnie, zażywaliśmy zasłużonego wypoczynku w zacnym gronie. Był bowiem Wojtek Marchlewski, etnograf wiedzy wielkiej, erudyta co na stacji kolejowej mieszka, Jurek Szałygin, konserwator od zabytków, co do Gruzji co rusz jeździ, bo kraj piękny i Sławek Paszkiet, wielbiciel pączków, niderlandysta i miłośnik opery. Przy nalewce, do której i gospodarze przysiedli tematów nie brakło aż żal do łóżka wędrować. Następnego zaś dnia trzeba było jechać do Chrystkowa gdzie Pająk chatę odrestaurował, co w niej kiedyś mennonici mieszkali. Nasi wieczorni towarzysze zajęli się upowszechnianiem wiedzy o tych dawnych olendrach co Wisłę ujarzmiali.  Jeżeli jesteście zainteresowani pozyskaniem wiedzy na ten temat zajrzyjcie na stronkę: holland.org.pl Ja zaś prowadziłem warsztaty serowarskie wszystkich chętnych moją wiedzą racząc.

Ławy były pełne, pogoda piękna, sery wyszły nad wyraz zacne. Następnego dnia była powtórka z rozrywki jeno, że z innymi gośćmi. Do grona trzech muszkieterów kolejnego dnia dołączył Lukasz Maurycy Stanaszek, archeolog, co to ponoć szkielety u siebie pod biurkiem trzyma aż ich nie zbada.

Pająk nawiózł też prawdziwych Holendrów, ale także mennonitów, którzy teraz w Kanadzie i Meksyku mieszkają, co o współczesności opowiadali, pani zaś smażyła naleśniki na kwiatach dzikiego bzu.

Tu zaś dowiedzieliśmy się, że to właśnie Olendrzy tę potrawę do polskiej kuchni przywieźli. Były pyszne, na słodko i słono, znikały takoż szybko jak i nasze sery. Było pięknie, że żal było wracać, ale przecież sierpień niedługo, wtedy na Festiwal Smaku do Gruczna zjedziem.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Trendy Chef i po nim

Przyszło nam, razem z Moim Szczęściem do Bydgoszczy ruszyć. Zaproszono nas, czyniąc partnerem imprezy, na wydarzenie o międzynarodowej randze, z udziałem Cordon Bleu. Na takie dictum ad verbum odpowiedź mogła być jedna - jedziemy. Hotel Słoneczny Młyn położony bajecznie, w centrum miasta a nad rzeką, niby ulica a oddalony i cichy. W sobotę waliły tam tłumy by ogrzać się w cieple sław, sama śmietanka polskiej kuchni, do tego młodzież a wśród nich przechadzający się niczem pawie dumne gwiazdkowi od Michelina mistrzowie z Europy. Wojciecha Modesta nie było bo i przecie on człowiek pracą zajęty, ale na pewno duchem był z obecnymi. Myśmy częstowali czym chata bogata.

Furorę robiły, oprócz serów rzecz jasna, nasze miodowe ogórki według XVIII wiecznego przepisu gdzie w zalewie jeno miód i ocet winny o znakomicie zbalansowanym smaku. Do galerii miłośników naszych serowych cudów przybyła rodzina Sowów. Pan Adam degustował, smakował i do torby pakował.

Ponieważ wraz z nami występował Michał Kuter poznańskiej już kultowej restauracji A Nóż Widelec z wielkopolską jagnięciną przez niego samego upieczoną, genialnym surowcem który na stałe postanowiliśmy wprowadzić to i udźca  P.Sowa podjadł i od razu zamówił by mu słać dla wyróżnienia od słodyczy. Ja zaś cicho się przyznam, że nie mogąc łakomstwa powstrzymać trzy babeczki z borówką upieczone pożarłem w skrytości do ostatniej kruszyny. Miło było niezwykle, ambicję moją również łechcąc, bo w spisie byłem umieszczony jako jedne z najlepszych serów w Polsce, Bydgoszcz sobie zapamiętamy.

środa, 20 lutego 2013
Noc Śledziożerców i moje tortelino

Jako to już zwykle bywa w miesiące na L trzeba mi do Szczecina jechać, bo nobless oblige, a Noc Śledziożerców do chlubnej weszła tradycji. Veni, vidi. vici. Pojechałem, zobaczyłem a potrawa przeze mnie przyrządzona spotkała się z aplauzem licznie zgromadzonych. Tym razem był to torcik śledziowo serowy. Najpierw zacne matiasowe tuszki zmacerowałem w oleju z Góry Św. Wawrzyńca czyli rzepakowym, tłoczonym na zimno i niczym śródziemnomorskiej oliwie nie ustępującym, wraz z octem balasmicznym di Modena. Tak leżały przez tydzień. Potem do formy papierem pieczeniowym wyłożonej dałem moją riccotę kozią na ostro zrobioną z pieprzem cayenne, curry i prażonym czosnkiem, na to poszedł w paski skrojony śledź, przykryty został ubitymi na sztywno białkami lekko rozciągniętymi białą riccotą. Forma poszła na pół godziny do pieca ustawionego na 170 stopni. Gdy białka się ściągnęły posmarowane zostały rozbełtanymi żółtkami i znowu na 20 minut wstawione. Potem piec wyłączony i torcik samoistnie stygł. Dobrze zniósł podróż do Szczecina, tam wyłożony z formy oblany został moimi powidłami pomidorowymi i obłożony ogórkiem zakonserwowanym czystym miodem i winnym octem według starodawnego przepisu. Tak wydany został i sam wielki Bolek Sobolewski, podszedł do mnie by stwierdzić - Maruś, gdyś mi dał w duszy bałem się, że kawał za duży, bo przecie jedzenia tu nie brakuje, a ja talerzyk wylizałem! Taka pochwała serce cieszy i raduje.

niedziela, 24 czerwca 2012
wianki u Hrabiny
 

Tradycji stało się zadość. Jak co roku ruszyliśmy podwodami do sąsiedniej miejscowości by uczcić Dzień Imienia  Hrabiny Łąckiej Tyszkiewicz. Czy potraficie sobie wyobrazić moi mili mieszkańców wsi, która  w całości należała do jej przodków, ale dziś w XXI wieku, prowadzących ją pod ręce nad jezioro by posadowiła na wodzie wianek

 

i śpiewających - kochamy Cię, Alleluja, kochamy Cię? Jak nie z tej rzeczywistości, do tego sołtys o swojskim imieniu i nazwisku Wacek Słoma, dyskutujący o czterech rycerzach wyekwipowanych przez okoliczne wsie na bitwę pod Grunwaldem,za co później o cztery lata Lwówek otrzymał prawa miejskie, że już starczy łożenia na miasto, teraz czas na sołectwa, one muszą pięknie wyglądać i za podatkowe pieniądze mieć kwiatki i rabatki. Hrabina swój rodzinny dom odnowiła pięknie, błyszczy jak perełka na tle obdrapanej rzeczywistości,

 

do tego zdobyła miłość mieszkańców, stojących dziś za nią murem. Jej imieniny to święto całej wsi, na którą ta stawia się w komplecie. Do tego patrząc na włościan miłym okiem okoliczne ziemiaństwo, dziś mieszkające na ogół w metropolii i nie zajmujące się rolą, dystyngowani panie, panowie, dobrze po osiemdziesiątce. Obraz jak nie z tego wieku. Kochamy Cię Pani Nino! W przetwórni zaś powstają konfitury z morwy, zdrowe niezwykle.

środa, 01 lutego 2012
przyjęcie u córci
 

Przyszedł dzień Macieja, a to dzień kiedy moja starsza latorośl zagłębia się czeluście kuchenne i majdruje, majdruje na potęgę. Nie dziwota, święto ojca mojego wnuka wymaga odpowiedniej oprawy. Zaczęło się od faszerowanego słupka świeżego ogórka, wykwintnie, pomysłowo i smacznie, potem sympatyczna grzaneczka. Na stół wniesiona została waza. To było to na co w czasy mrozu goście czekali. Dagusia lubuje się teraz w kuchni Wysp Brytyjskich. Tak więc wygrzebała coś od oszczędnych Szkotów i upichciła zupę na jagnięcych kąskach, zaciągnęła kaszą jaglaną.

 

Ludkowie rostomili, znikało to w tempie pociągu Paryż - Marsylia! Potem była pieczona wołowina z również upieczonymi jabłkami  ziemniaczkami i surówką. Całość przyjęcia zakończył pudding czekoladowy z bitą śmietaną.

 

Ci co mogli popijali wszystko po łyczku znakomitymi winami mołdawskimi, od białego, poprzez różowe, na czerwonym skończywszy. Imprezę ubarwiał wnuk Ignacy swoją buzią i chęcią dołączenia do biesiadników z wilczym apetytem. Było smacznie, miło i rodzinnie, tak jak trzeba.

poniedziałek, 30 stycznia 2012
zaszczyt po latach

Zaszczyt po latach i to latach wielu, tak żem prawie o tym zapomniał. Ale okazało się, że są tacy co pamiętają. To nawiązanie do tego co działo się trzydzieści lat temu. Dostałem Medal, medal dedykowany ludzką wdzięcznością.

 

Spotkałem przyjaciól z tamtego czasu. Posiwieli, przytyli, ale duchem są nadal młodzi. Gdyby trąbka zagrała, ruszą w bój. Zakręciła się łza w oku, wróciły na chwilę tamte dni.

 

Wtedy czas wojny, dziś pokoju, nie do końca spełnionych obietnic  i marzeń, pokazał, że najbardziej nie dorośli do ideałów ludzie, ale cóż takie życie. No i tak trochę ruszyła melancholia a tu wnuk się śmieje.

 

Jest dla kogo i po co żyć. Nadmienić by jeno należało, że przez Solidarność  wielkopolską lat osiemdziesiątych przewinęło się ponad milion ludzi a medali wybito jedynie dwa tysiące i w tym nobilitacja.

środa, 11 stycznia 2012
Zapraszam na film

Dla tych, którzy nie widzieli, a chcieliby zobaczyć załączam link do programu:

http://dziendobry.tvn.pl/video/amatorzy-smierdzacych-serow,111,newest,18196.html

I cały film:





piątek, 06 stycznia 2012
Ślimaczki Reniafera na Święto Trzech Króli
 

We Dwór w okresie świątecznym jak to zwykle bywa zjeżdża gości mrowie. Zasady wszyscy znają - gospodarzom głowy nie zawracać, bawić się dobrze i coś zacnego po sobie zostawić. Tym razem jest to  to, co pod spodem macie, z przyjemnością na stronie swej zamieszczam liścik wczoraj otrzymany,  a Wam przyjemną lekturę zostawiam!

"Hej Ludkowie Nasi Mili!!!

Reniafer mówi, że mam napisać, że w  podziękowaniu za przepisy i miłe towarzystwo, przesyłamy Wam przepis na  ślimaczki i że bardzo się cieszymy, że możemy razem z całym narodem świętować  jutrzejsze święto Trzech Króli. Ta druga część wypowiedzi nie wynika bynajmniej  z tego powodu, że zapiłyśmy te ślimaczki. Reniafer po prostu podchodzi do tego w sposób subiektywny, bo jako pedagog ma jutro wolne. Niestety, ja pracuję więc ja podchodzę do jutrzejszego święta z mniejszym optymizmem. W  każdym razie, żeby nie było zbyt pesymistycznie (nie nadużywamy, jutro  pracuję i w ogóle) zapewniam wszystkich, że ślimaki są po  prostu RE-WE-LA-CYJ-NE!!! Niebo w gębie po prostu, a przy tym malownicze w  krwawej zalewie, co widać na załączonych zdjęciach.
Moja cała zasługa przy powstaniu  tegoż specjału sprowadza się do zrobienia zdjęć oraz konsumpcji. Reszta to dzieło Reniafera.

Z pozdrowieniami znad miski
ślimaków. 
R i M."

 

A oto przepis:

ŚLIMACZKI

Zalewa

1l wody

1 szkl. Octu10%

1 szkl. Oleju kujawskiego

5 łyżek cukru

1 łyżka soli

2 liście laurowe

2-4 cebule pokrojone w półksiężyc

5 ziel angielskich

1 przecier pomidorowy Pudliszki 200g

1 ketchup Pudliszki 200g

Wszystkie składniki zagotować około 5 minut

5filetów z kurczaka pojedynczych pokroić w większą kostkę ok. 3-4 cm

Filety pokrojone posolić ,posypać słodką papryką – otoczyć w mące tortowej rozbełtać 2 całe jajka w których obtoczyć filety a następnie w tartej bułce i smażyć na gorącym oleju kujawskim na złoty kolor. Gorące usmażone wkładać do ciepłej zalewy można zrobić na 1 dzień wcześniej wtedy są smaczniejsze.

SMACZNEGO

 

 

 

 

 



niedziela, 25 grudnia 2011
obiecałem tort i jest tort
 

Co na stole jest w naszej wigilii opisałem, bogaty ci on, obfity, aż trudno do końca dotrwać. Pani Matka czuwała nad wszystkim i wszystko było jak się należy. Strach pomyśleć co będzie gdy Jej zbraknie. Oni, a zwłaszcza one są spoiwem trzymającym bujnie rozwijające się gałęzie w jednym pniu. Lecz gdy seniorzy odchodzą do lepszego ze światów pień pęka, społowień nie ma jak zlepić, zaczynają żyć własnym życiem, może i tak trzeba, ale zawsze żal. Jednak korzystając z tego, że są z dokładnością wielką spisałem jak powstaje tort makowy Pani Matki i wiedzą tą się z Wami dzielę, tak więc wpis nietypowym będzie bom jeno obserwował i pisał a nie czynił:

50 dkg maku

40 dkg cukru

10 jaj

2 łyżki tartej bułki

Żółtka utrzeć z cukrem, dodać sparzony, osączony, trzykrotnie zmielony mak, połączyć z pianą ubitą z jajecznych białek, dodać tartą bułkę i łyżkę proszku do pieczenia ciast, wymieszać drewnianą łyżką i przełożyć do tortownicy, piec przez godzinę w temperaturze 160 stopni, podzielić nitką na 3 warstwy i nasączyć koniakiem, może być Martell, najmniej trzygwiazdkowy, odłożyć by pokłady odpoczęły.

Krem:

6 całych jaj

1 i pół szklanki cukru

1 i pół szklanki mleka

1 i pół kostki masła

Jaja ubić z cukrem i zaparzyć mlekiem, dalej trzepać, po lekkim przestudzeniu dodawał utartego masła, gdy masa stęgnąć zaczyna przełożyć warstwy i potem z wierzchu, na koniec orzechami ozdobić można. W chłodnym trzymać przed wydaniem na stół.

Taki właśnie był, wiem wiem kalorii ci w nim bez liku, cholesterolu bez miary, ale smak za to jaki! Je się go jeno raz do roku i basta. Więc Szanowni liczarze centymetrów w pasie nie krzyczcie i tak Wasz pisk zginie w wielkim chórze zachwyconych gości. Wszystkiego Najlepszego od całej ziemiańskich familii na ten drugi Dzień Świąt.

wtorek, 15 listopada 2011
z wizytą u Ordynata
 

No i ruszyliśmy z Moim Szczęściem w Polskę, jak co roku w Dzień Niepodległości. Tym razem padło na Zamość, miasto idealne by dobrze człowiekowi służyć zbudowane. Myśl Hetmana Wielkiego do dziś mocno jest widoczna. Zaś rządzi tam Marcin Zamoyski,

 

już nie z nadania krwi a demokratycznego mandatu, miły i ciepły człowiek wygrywający w cuglach każde wybory. Zobaczyliśmy czym i jak włada, czysto, przyjaźnie, w ładnych barwach i blokowisk nie ma! Oczywiście w Stary Zamościu.  Ruszyliśmy też na Roztocze z jego serdecznymi plebanami, nie spod znaku księdza grzybka, a przesączonych ideą pracy organicznej, zbierających dorobek wiejskich pokoleń,

 

pokazujących jak się ludowi za Ordynacji żyło, widzieliśmy uroczyska gdzie jeno czarci furgają,

 

jechaliśmy brekiem ciągnionym przez parę dobranych koników polskich, jedliśmy biłgorajskie przysmaki, które grumko opisuje, czyli pierogi nadziewane kaszą gryczaną. popijaliśmy grzańcem smakowitym, nie odwiedziliśmy jeno przyjaciela naszego Włóczęgi bo czasu nie stało i wracać trzeba było do ziemiańskiego kieratu.

niedziela, 23 października 2011
znowu byłem na Zielonym Bazarze
 

Dziewczyny, które wymyśliły sposób na ożywienie martwiejącego Rynku Bernardyńskiego w Poznaniu nie popuszczają, muszę się tam stawiać regularnie w każdy sobotni poranek, by słowa  raz danego dotrzymać.

 

I jak się okazało impreza ta działa na mnie motywująco - zrobiłem kozi bunc, był jaśniutki, zwarty, czysty, no i co najważniejsze szybko znalazł amatorów. Do tego w pudełeczkach czysty grani, słodziutki i niewinny, a może służyć dzieciom, które nic co krowie jeść nie mogą. Moje dojrzałe jak zwykle cieszyły się niesłabnącym powodzeniem, znikały aż miło.Człek do tego sobie pogadał z miłymi ludźmi a pogoda dopisała nadzwyczajnie. Tak więc do następnego sobotniego ranka!

 
1 , 2 , 3
Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl