Kategorie: Wszystkie | dieta | emka gotuje | gościnnie | kuchnia Felli | kuchnia i dom na wsi | sery
RSS
niedziela, 26 lutego 2012
dietę piersią kurzęcą zaczynam
 

Bo to jak mam tam czegoś za dużo, to i dieta jest obowiązkowa. Moje Szczęście dba o to zacnie. Podała więc pierś kurzęcą, którą specjalnie dietetycznie dla mnie przyrządziła. Wyciągnęła w tym celu garnek parowy. Mięso oprószyła lekko solą, pieprzem i czosnekiem. Do garnka pierwszego wlała wody, na dziurki położyła cebulę w krążkach, jabłuszko w łódeczki,marchewkę wzdłuż ciętą, lekko sokiem z cytryny i piersi.

 

Tak sobie przykryte w mgiełce wodnej przez dobre pół godziny dochodziły. Do tego był jeszcze szpinak liściasty z czosneczkiem świeżym w plasterki, ryż basmati jeden na półtora wody, więc sypki niezwykle. Mięso wyszło białe jak śnieg wiosenny, więc lekko topniejący, przeszło mięciutką cebulką, co się w krążki rozeszła, musem jabłkowym doprawione i do tego łódeczka z marchewki. Nie dość, że smaczne to jeszcze oko cieszyło. Tak to drób rybą przeplatając będę zbyt wysokie elementa przez konowałów wykryte do normy prawidłowej doprowadzał.

czwartek, 16 lutego 2012
Brukselka inaczej, ale jakże pyszna
 

Przysypało, śniegiem zabieliło, nie widać żadnych brudów, efektów złej działalności człowieka. Świat  się zrobił czysty, może trochę chłodny, ale piękny. Nie wiada jak długo się nam to utrzyma, bo już znawcy od chmur się odgrażają, że najsamprzód przyjdzie  obliga, potem zaś mróz znowu przyszczypie. Połowa druga już lutego, potem marzec a w nim jako w garcu mieszać się będzie. By trochę te złe myśli odegnać do pracy wzięło się Moje Szczęście, a ponieważ wyobraźni jej nie brakuje postanowiła, a jak postanowiła to i zrobiła – tak przyrządzić brukselkę, by moja starsza latorośl, która za tym warzywkiem nie przepada, zjadła z apetytem. No i stało się! Najpierw ugotowała w wodzie lekko posolonej i posłodzonej małe kapustki, odsączyła, pokroiła w ćwiartki.

 

Na rozgrzanej patelni roztopiła klarowane masło, dodała soli i miodu łyżeczkę, wrzuciła suszoną żurawinę, płatki czosnku, włoskie orzechy,

 

gdy miszkulancja lekko się przypiekła (ok. minuty),

 

włożyła brukselkę i pieczołowicie wymieszała by sos każdą cząstkę oblepił. Efekt przeszedł wszelkie możliwe oczekiwania. Zięć bardzo był zadowolony. Bo moja córcia brukselką go nie obdarzała, a on lubi, to jeszcze sama ponad wymiarową porcję zjadła. Reszta gości zresztą też sobie nie szkodowała i tak jarzynka do cna z patelni znikła. Za oknem zaś nadal w powietrzu kręciły się białe płatki.

czwartek, 04 listopada 2010
Emki babka wysoce niemoralna
 

Zobaczyłem dziś na internetowych stronach zdjęcie Kaliny Jędrusik. Łza zakręciła mi się w oku. jako zywa stanęła mi taką jaką ją pamiętam w trakcie łagowskiego filmowego lata. Wiem byłem wtedy młody, fryzura jak Jimmi Hendrix i pseudo, którym odbarzyli mnie koledzy z pierwszej pracy - Bel Ami. Było, było ale się minęło po malutkiej chwili. ONA w skąpym stroju wodząca hipnotyzującym wzrokiem po nas, młodziakach, ten głos z charakterystyczną chrypką. Nie było takiego, który by dla Niej na łeb do pustego basenu  nie skoczył. I wiecie co Mości Państwo, dla mnie ten JEJ czar nadal paruje z czarno białych foto. A tu nagle na obiadowy stól Moje Szczęście serwuje piękną babkę, jakby w moich myślach czytała.

 

Jak zaś ją sprokurowała niech sama opowie:

"Pomimo tego, że jestem na diecie, a może właśnie dlatego (smaki mnie gonią),  postanowiłam bliskim moim zrobić na obiad coś nowego, coś niespodziewanego i kolorowego. Pomysł naszedł na mnie przypadkiem. W lodówce stały resztki ugotowanych buraczków, co to po golonce zostały. Kolor bił w oczy. Obrałam więc ziemniaki, ugotowałam je. W czasie gotowania na patelni zeszkliłam cebulkę, którą z boczkiem mielonym zasmażyłam i doprawiłam do smaku.

 

Potłuczone ziemniaki podzieliłam na dwie części, z których jedną pomieszałam ze zmiksowanymi burakami i czosnkiem zmiażdżonym. Drugą część doprawiłam suszonym selerem, i częścią boczku z cebulką.

 

Oczywiście obie części dosmaczyłam przyprawami dla nadania im wyrazu i osobowości, a także wbiłam po dwa nieduże jajka dla zwartości i  łatwości zapieczenia masy. W formie babecznej układałam składniki warstwami: pure czerwone, pure żółte, boczek z cebulką, pure żółte i pure czerwone.

 

Całość zapiekałam w piekarniku przez ok. 40 minut. Do gotowej babki sos się nadał złożony ze śmietany, kaparków, musztardy, drobiny przecieru pomidorowego, sosu chili słodko-kwaśnego i bazylii suszonej przeze mnie osobiście, a wyhodowanej w przydomowym warzywniku.  

 

Kolorystycznie babka biła po oczach. Zarówno Ziemianin jak i Pani Matka zaskoczeni byli nie tylko efektem kolorystycznym, ale i smakiem. Że im smakowało, wiem, bo z talerzy znikało w tempie błyskawicznym."

niedziela, 26 września 2010
matka ratuje syna, a kucharzy jak my

Dostałem maila od niejakiej Hanny Synowiec, kobiety, która z uporem wielkim walczy o życie swego syna. Mały to jedna wielka kupka nieszczęścia. Gdyby zastanowić się nad tym jakie schorzenie go nie dotknęło, łatwiej wymienić, niźli to co ma. Zaczęło się od serduszka, które ma tylko jedną komorę. Uch łza się w oku kręci, gdy się o tym czyta. Może jednak gdy się skrzykniemy i po grosiku zrzucimy, ulżymy biednej matce, która przecie kucharzy tak jak my, może medycyna z czasem poczyni takie postępy, które ułatwią zycie Kubusiowi. Ja tam życzę mu jak najlepiej, współczując podziwiam matkę, która tak walczy. Oto link do akcji Kubusia na DoMore: http://www.domore.pl/beta/view/strony/cele/116735

Moje Szczęście zaś upichciło coś co na zamieszczenie na stronie zasługuje, bo pyszności wielkiej. Ale nie chcąc sobie Jej zasług przypisywać, głos i miejsce zostawiam:

"Jednorazowo zrobiłam dwie pieczenie.

Jedna śliwką nadziewaną – to dla ojca mojego szanownego, druga śliwką i papryczką chili z myślą o gościach i Ziemianinie. Oba kawałki,  bardzo gęsto nafaszerowałam czosnkiem, a w środek naładowałam,  w pierwszym przypadku  śliwki kalifornijskie, w drugim obok śliwek długą papryczkę,

oczyszczoną z pestek, do wnętrza której włożyłam kawałki śliwki i czosnku.

Poleżały sobie w marynacie specjalnie zrobionej. Poi wyjęciu z  kąpieli ułożyłam pieczenie w garnku specjalnym do gotowania na parze, przykryłam pierzynką z cebuli, jabłek, pokrojonego cienko czosnku i posiekanych śliwek.

W takim ubranku na parze dochodziła. Kiedy miękkości nabrała, na piętnaście minut do gorącego  piekarnika powędrowała, co by skórki złotej nabrać.

Następnego dnia po pokrojeniu wyglądała dekoracyjnie, a i w smaku delikatna i soczysta była."

Zdjęcia takoż pyszne same ślinotok wywołują.

sobota, 14 sierpnia 2010
Multijarzynówka na upały

Od zup jarzynowych to ja jestem specjalistka. Szczególnie dbam o ich lekkostrawność i zachowanie roli tzn. żeby pobudzały apetyt przed daniem głównym, nadmiernie nie napełniając żołądka. Na upały nie ma to jak multijarzynówka. Przygotowanie jest bardzo szybkie (upał!), pod warunkiem posiadania zamrożonego bulionu.

Można oczywiście zrobić na kostce ze sklepu, ale mnie osobiście odpowiada własny domowy bulionik. Bierzemy wszystkie dostępne, sezonowe jarzynki, siekamy na drobne kawałki. W mojej zupie znalazły się marchewka, pietruszka, kalarepka, seler, por,

buraczki ćwikłowe razem z młodymi listkami.

Obowiązkowo pomidory, w celu obrania ze skórki, nacięte na krzyż i sparzone,

a także kapusta włoska pocięta na cieniutkie paseczki w zastępstwie makaronu.

Wszystko to zalewamy wodą i wrzucamy zamrożony bulion. To wszystko gotuje się ... tyle czasu ile trzeba, to znaczy do ulubionej miękkości jarzynek. Piętnaście minut przed końcem gotowania wrzucam zwykle kalafiora podzielonego w drobne różyczki. Jeżeli ktoś chce się bardziej taką zupą nasycić dodaje ziemniaki w kostkę pokrojone. Może nie każdy takie dietetyczne danka lubi, ale zapewniam Was, że zjedzenie tej zupki nie obciąży żołądka, a jedzenie nie będzie męczące. Nie wiem jak Wam, ale mnie kiedy na dworze gorączka, sama tak zupa starczy za cały obiad.

poniedziałek, 12 lipca 2010
Rekonwalescenta żeberka wieprzowe

Rekonwalescent zażyczył sobie żeberek. Nie dziczych, jakimi dysponuje szanowny Ziemianin na wsi, ale normalnych, swojskich – wieprzowych. Jako żem ponoć specjalistka od takowych, podjęłam wyzwanie, wykorzystując dostępne w kuchni i ogrodzie Rekonwalescenta ingrediencje, takoż w mojej miejskiej kuchni. Po pierwsze główka czosnku, którego ząbki, po obraniu, pokroiłam na mniejsze cząstki. Po drugie cebula biała, w plastrach  i zielona, skrojona na cząstki, a także duże naręcze usiekanej pietruszki zielonej. Do tego  zalewa z oliwy z pierwszego tłoczenia wymieszanej z morską sola, cayenne, kurkumą, czosnkiem granulowanym i przyprawami  włoskimi Alla genovese i  Salsa per bruschetta.  Każdy kawałek żeberek naszpikowałam kawałkami czosnku, a następnie tak przygotowane mięso położyłam  do misy, przekładając je cebulami i pietruszką i zalewając sosem z oliwy.  Po pewnym czasie, kiedy smaki się wymieszały, wyłożyłam wszystko do garnka do gotowania na parze. I tak przez następny czas (aż do miękkości), żeberka nabierały pulchności i delikatności, a sosik z nich skapywał na dno garnka, tworząc z wrzącą warstwą wody niesamowicie smakowitą mieszankę. Kiedy już zmiękły i prawie odchodziły od kości, na piętnaście minut włożyłam je na półmisku kamionkowym, żaroodpornym razem z sosikiem wymieszanym z uparowanymi cebulką i pietruszką,  do piekarnika, żeby wyzłociły się apetycznie.   Podano z młodymi ziemniaczkami i pomidorami w sposób tradycyjny upichconymi.

Sama siebie mogę pochwalić, mimo, że zwykle skromna jestem. Żebra rozpływały się w ustach, a kosteczki wyskakiwały z nich samodzielnie bez pomocy sztućców lub rąk.

poniedziałek, 31 maja 2010
Karp błyskawiczny w śmietanie i ziołach

Było to tak. Mieliśmy z Ziemianinem kilka spraw do załatwienia w okolicznych miasteczkach. Wiedząc, że zajmie nam to kilka godzin, zapobiegawczo przygotowałam się na zrobienie na obiad  ryby.  Jak bowiem wiadomo ryba dużo czasu nie potrzebuje. Myślałam również o jakichś bliżej niesprecyzowanych dodatkach. Plany nieco się zmieniły. Nagle w trakcie objazdu, starsza Ziemianinówna, przez wymysł cywilizacji, czyli telefon komórkowy, oznajmiła, że za pół godziny będzie w domu. Kiedy przyjechałam, okazało się, że ma pół godziny, ale obiad chętnie zje. Pal diabli więc dodatki. Pokroiłam szybko świeżutkiego, jeziornego karpia, pokropiłam sokiem z cytryny, posoliłam, popieprzyłam, lekko obtoczyłam w mące i obsmażyłam go z dwóch stron, dla zrobienia skórki. Na głęboką patelnię wrzuciłam czosnek, cayenne, kurkumę, czosnek niedźwiedzi oraz  garść świeżo zebranych i posiekanych ziół ogrodowych czyli mieszankę tymianku, mięty, oregano, bazylii, melisy, szałwii, koperku, szczypiorku i cebuli siedmiolatki i drobno skrojonej rzodkiewki. Całość zalałam śmietaną (oczywiście z porannego odwirowania) i w to wszystko włożyłam podsmażone filety karpiowe.

Całość jeszcze moment dochodziła do siebie na patelni, po czym została wydana na talerze w towarzystwie małosolnych, nastawionych  przez Ziemianina kilka dni temu. Karp pod pierzynką śmietanowo-ziołową  okazał się delikatny i rozpływający w ustach, a sos, aromatyczny wiosennymi ziołami,  towarzystwo wycierało z talerza kawałkami chleba, co by nic się nie zmarnowało.  Przygotowanie powyższego zajęło mi 20 minut, można więc danie nazwać błyskawicznym.

Tagi: karp
22:47, emka1216 , emka gotuje
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 24 maja 2010
Lekkostrawnie na chorobę

No to w ramach choroby, potraktowałam Ziemianina lekkostrawnym jadłem,  dla zdrowotności, co by organizmu za bardzo nie obciążać.  No więc były  i sałata świeżo zerwana, z ziołami z ogrodu,  z dużą ilością czosnku zaprawiona oliwą i różnymi rozgrzewającymi przyprawami była,

i brokuł na ciepło z wody wyciągnięty, i marchewka młodziutka. Na patelnię wrzuciłam cebulę skrojoną w plastry, kawałki indyczego mięsa (ze względu na mięsożerność Szczęscia Mojego) i wkroiłam dwie młode cukinie (niestety jeszcze nie z własnej hodowli). Dodałam przecier pomidorowy (o tej porze wolę jednak przecier, niż pomidory sztucznie pędzone i w smaku wodniste i kwaśne), czosnek zmiażdżony, świeże zioła (mięta, tymianek, szałwia, oregano i  bazylia), szczypiorek i zieloną cebulkę.  Przypraw nie za dużo, żeby smaku ziół nie zepsuć.  Zapomniałabym o ziarnach słonecznika i ostropestu, które podduszone nabrały miękkości.

Całość pięknie pachniała i mnie smakowała bardzo. Dla Ziemianina za bardzo dietetyczne było i nosem kręcił.    Cóż wątrobie też trzeba dać od czasu do czasu odpocząć!  Dla jej zdrowia polecam szczególnie ostropest, który bardzo dobrze wpływa na jej pracę.  Do dziś nie wiem czy mu smakowało, ale zdrowe to to było na pewno.

środa, 03 lutego 2010
Była kapucha, czas na owoce morza

Zakupiliśmy z Ziemianinem Black Tigery. Uwielbiam chwytać te morskie stworzonka za ogonek, chrupać ich białe mięsko i zlizywać z warg ostry sos przyrządzony na bazie białego wina. Tak więc po kolejnej wizycie na basenie i lekcji nurkowania, tym razem w masce i z fajką (nawiasem mówiąc to jest fantastyczne, jestem zaskoczona,  że tak mnie to wciągnęło), zanurzyłam się w otchłani  kuchni.

Na gorący olej ryżowy  wrzuciłam pokrojony w płatki świeży czosnek, dodałam przyprawy – cayenne, kurkuma, curry. Wszystko razem podprażyłam i na to wrzuciłam pomidorki czereśniowe skrojone w kostkę. Odrobina chili z imbirem, szczypta cukru (malusieńka, tylko po to, żeby kwasowość zimowych pomidorów zabić), sól do smaku (morska zielona z Bretanii – mój nowy nabytek)  i białe wino. Wszystko razem doprowadziłam do wrzenia i na końcu dodałam kilka kropel oleju sezamowego dla uszlachetnienia smaku. Na osobnej patelni, na również na  oleju ryżowym  z dodatkiem kawałka  masła podsmażyłam krewetki i następnie wrzuciłam je  do sosu, w którym dusiłam do momentu, aż nie zgęstniał. Na końcu dodałam świeży koperek, tzn zamrożony z lata (najlepsza forma przechowywania koperku na świeżo), wymieszałam, a nadając potrawie ostatni szlif posypałam koperkiem całość po wierzchu.  Zasiedliśmy z Ziemianinem do stołu, na którym królowała patelnia z krewetkami w sosie i białe wino.

Ja wiem, że do wymazania sosu powinna być biała bułeczka, ale obydwoje wolimy ciemne pieczywo i zapewniam, że z taki  sosik doskonale smakuje. A  pestki słonecznika rozgryzane razem z krewetką, to po prostu bajka.

wtorek, 26 stycznia 2010
Szpinak z dobrociami różnymi

Wspomniał był Ziemianin, że szpinakowi z pomidorami należy się opowieść osobna. Opowieść tę czynię niniejszym. Szpinak wzięłam,  niestety nie z własnej hodowli (próby podejmowałam jednak ptactwo domowe bardzo sobie mój warzywnik upodobało, zaprzestałam więc rozmachu i pozostałam przy klasyce warzywniakowej, której i tak nie udaje się dotrwać do pełni rozwoju), mrożony, ale za to liściasty. Skroiłam pomidory, paprykę żółta, dla koloru i oliwki. Do gorącego szpinaku na patelni dodałam wymienione wyżej ingrediencje i smażyłam na oliwie, nie za długo, tyle tylko, żeby woda z pomidorów wyparowała (niestety zimowe pomidory za dużo jej mają). Całość doprawiłam zmiażdżonym czosnkiem, brązową solą morską (nowy nabytek), a i to niedużo bo oliwki słone były i jak zwykle czosnkiem niedźwiedzim.

Po usmażeniu wymieszałam ze usiekanym  koperkiem i po przełożeniu do salaterki, posypałam świeżą bazylią.  Lubię szpinak i lubię z nim eksperymentować. Ten eksperyment był całkiem udany.

niedziela, 17 stycznia 2010
Kurczak wypchany dobrem wszelakim

Wczoraj byliśmy z Ziemianinem na zakupach, w nieodległym miasteczku powiatowym. Kiedy wchodziliśmy do marketu budowlanego (tak, tak marketu jednej z dużych sieci, które w ramach globalnej wioski są wszędzie), w celu nabycia materiałów niezbędnych do remontu kolejnego kawałka naszego domu,  poczułam dolatujący z budki pod tytułem „Gastro Viola”, zapach pieczonego kurczaka. Ślinka mi pociekła i zapowiedziałam szanownemu, że dzisiaj na obiad kurczak będzie, którego zakupiwszy po drodze do domu.  Jak zapowiedziałam, tak i zrobiłam.  Po drodze wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionego sklepiku z „prawdziwym” drobiem i nabyliśmy dużego, wypasionego kuraka. W tym miejscu wtręt: jako jednak mieszczanie kur z naszego kurnika, które domownikami są, wychowanymi na memełonie, nie jadamy.

Na początek przygotowałam farsz, składający się z wątróbki usiekanej, jabłek w niedużych kawałkach, cebulki drobno pokrojonej i papryki,  który doprawiłam odpowiednio na ostro, jak zwykle posługując się pieprzem Cayenne i czosnkiem niedźwiedzim. Nawiasem mówiąc dyskusja z graza04 pod wpisem Ziemianina dotyczącym karpia, przekonała mnie ostatecznie do tej przyprawy. Częścią farszu wypchałam kuraka, którego uprzednio marynowałam w oliwie z czosnkiem świeżo ukręconym i innymi przyprawami, a to co zostało przeznaczyłam na sos do niego.


W brytfannie położyłam drobiowe zwłoki, obłożyłam jabłkami, plastrami cebuli, plastrami gruszki, orzechami i posypałam płatkami suszonego czosnku. Na dno pod ruszt, wlałam odrobinę wody. Najpierw, żeby farsz puścił soki i mięso wilgotności nabrało, dusił się na parze jakiś czas pod przykryciem. Następnie przełożony (wraz z wymieszaną z sokami resztą farszu z dna brytfanny i kawałkami owoców i cebuli)  na tę płytszą część brytfanny,  opiekał w piekarniku. Po upieczeniu przeniosłam zwierza na talerz, a do farszu wymieszanego z sokami puszczonymi przez owoce i cebulę, wsypałam warzywa mrożone i wszystko to po zawrzeniu i lekkim odparowaniu doprawiłam chili  i tabasco, kilkoma kawałkami sera pleśniowego i niedużą łyżką śmietany dla złamania smaku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obiad wydałam podając kurczaka i osobno warzywa w sosie.  Chyba smakowało.

środa, 16 grudnia 2009
Surówka z selera

Skorośmy gości się spodziewali zacnych, to i nie tylko o kapuśniaku, ale i o warzywach dla zdrowia pomyśleć należało. Leżą w przechowalni świeże, to znaczy wykopane z własnego, osobistego ogródka, późną jesienią selery. Pomyślałam więc, że coś dla zdrowia, smaku i wzmocnienia sił witalnych warto byłoby skomponować. Temat banalny, surówka  z selera.  Starłam więc na tarce z dużymi okami selery. Przyznam się, że z powodu ich smaku (słodkie i soczyste) i zapachu, musiałam obrać więcej niż należało, bo skonsumowana część została, bez czekania na pomieszanie z innymi składnikami.  Do tego starłam jabłek słodko winnych, obranych ze skórki do smaku. Trzeba pamiętać, żeby zaraz po utarciu skropić jabłka sokiem z cytryny, co by białego koloru nie straciły. Dodałam  ananasa, wcale nie w takich małych kawałeczkach. Wszystko porządnie wymieszałam z sokiem z połowy cytryny. Osobno w miseczce sos zrobiłam z oliwy, szczypty pieprzu Cayenne, odrobiny czosnku niedźwiedziego. A to dla złamania słodkości. Pamiętać należy, że do tej surówki, używam oliwy z oliwek, ale  innej niż extra vergine, która ma zbyt moim zdaniem ostry smak i intensywny zapach. Moim zdaniem bardziej pasuje ta, w kolorze złotym, łagodniejsza i bardziej neutralna.  Po wymieszaniu selera z  sosem, niech ten się chwilę odstoi i przesiąknie zapachami i składnikami. Nie wiem jak wy, ja to lubię. Gościom chyba również smakowało, bo półmisek pusty został.

Gościu siądź i odpocznij sobie...
Durszlak.pl